Beinn a’Chroin


Nr 150, Beinn a’Chroin

Wymowa: bin a kroin

Znaczenie nazwy: hill of the sheepfold (za MunroMagic)

Wysokość: 940m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 233.

Data wejścia: 14.3.15

Na Beinn a’Chroin idzie się z Glen Falloch, doliny przez którą przebiega droga A82 pomiędzy Loch Lomond a Crianlarich. W bezpośredniej okolicy zrobiliśmy już wszystkie munrosy, w tym dwa które spokojnie można byłoby połączyć z Beinn a’Chroinem w jedną ambitniejszą wycieczkę: Beinn Chabhair i An Caisteal. Rzeźba terenu jest typowa dla gór w okolicy Loch Lomond: strzelistych wierzchołków w większości brak, najwyższe punkty czasem trudno zlokalizować, ale rejony szczytowe to bynajmniej nie płaskowyże, ale wysoko wyniesione mocno pofałdowane tereny z mnóstwem dziwacznych formacji skalnych, jeziorek itp.

Start z parkingu przy A82 tuż za Crainlarich. Zaczynamy spacer łagodnie się wznoszącą drogą wzdłuż rzeki Falloch.

Bryła Beinn a’Chroina zamyka dolinkę. Wchodzić będziemy tak jak najlogiczniej, pofałdowanym ramieniem po lewej stronie.

Kiedy droga się kończy mamy jeszcze do przejścia około dwóch kilometrów zanim będzie trzeba przekroczyć "rzekę" i zacząć się wznosić na ramię. Dolinka, jak to w Szkocji bywa, jest niemożebnie bagnista i marne są szanse uchowania się z suchymi skarpetami. 

Na podejściu na ramię znaleźliśmy ścieżkę. Ten odcinek, miejscami dość stromy, to bardzo przyjemny kawałek trasy. 

Niestety okazało się że jednak nie będziemy mieć widoczności na wierzchołku. Na górze przez cały czas siedziała chmura. Okazało się że prognozę BBC należało potraktować dosłownie: nad Crianlarich miało być pełne słońce, i owszem przez większość czasu było… Nad miasteczkiem widniała wielka dziura przez którą widać było błękit. Okazało się że pozornie sprzeczne prognozy MWiSa (20% szans na widoczność na munrosach w tym rejonie) i BBC (słoneczne Crianlarich) nie kłamały.

W wyższych partiach znaleźliśmy się w innym świecie, gdzie wciąż panowała prawdziwa zima. Wrzuciliśmy po cztery warstwy na górę i najgrubsze rękawice a zimno mimo to dokuczało. Nałożyliśmy też raki bo pełno było lodu oraz twardego, zmrożonego śniegu.

Przy rzeźbie terenu takiej jak opisana na początku notki i wobec braku widoczności bardzo łatwo było się zgubić, co też zrobiliśmy. Zaczęliśmy napierać w kierunku przełęczy między Beinn a’Chroinem i An Caistealem, i z błędu wyprowadził nad dopiero GPS. Bez niego tego dnia na 99% nie znaleźlibyśmy szczytu.

Wierzchołek niespecjalnie wyróżnia się w terenie: ot jeszcze jedno niewielkie przewyższenie, nawet kopczyk jest raczej symboliczny. We mgle nie czuć że to najwyższy punkt.

Zeszliśmy tą samą drogą, tyle że tym razem nie było potrzeba GPSa, wystarczyły własne ślady.

Na zejściu pogoda, jak to często bywa pod wieczór, zaczęła się poprawiać. Chmura nie opuściła szczytu całkowicie ale przerzedziła się na tyle iż niewykluczone że dałoby radę mieć stamtąd jakieś widoki. Sytuacja od początku do końca taka sama jak mieliśmy na sąsiednim Beinn Chabhairze.

Wycieczkę oceniam zdecydowanie bardziej jako munro-rzemieślnictwo ale też i o nic więcej nie chodziło po tak długiej przerwie.



Beinn Chabhair


Nr 124, Beinn Chabhair

Wymowa: ben ka-war

Znaczenie nazwy: hill of the hawk (za MunroMagic)

Wysokość: 933m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 244.

Data wejścia: 11.1.14

Beinn Chabhair to kolejny z
najbliższych nam geograficznie munrosów. Znajduje się w Glen Falloch
przez którą przebiega A82. W kierunku południowym rzut kartoflem od
Loch Lomond, w kierunku północnym też kartofel tylko większy do Crianlarich.
Którędy by nie jechać z Livi wychodzi ok. półtorej godziny.

Beinn Chabhair da się połączyć z dwoma
sąsiadami: już przez nas odwiedzonym An Caisteal (>>LINK<<)
oraz Beinn a’Chroin. Nam pasowało deptać go samodzielnie – 14 km
na wciąż krótki dzień jest ok.

Start z parkingu w Inveraran, kolo
Drovers Inn. Należy się stamtąd ruszyć (miałam napisać cofnąć, ale to
tylko dla tych co jadą od strony Crianlarich) poboczem w stronę
niedalekiego kempingu. Przekraczamy mostek, przechodzimy przez teren
kempingu, wpadamy na dead end, zatem skręcamy w prawo. Trasa właściwa
rozpoczyna się wąską dość stromą ścieżką biegnącą po lewej stronie
wyżłobionego przez strumień wąwozu (przy oblodzeniu gdzieniegdzie
uważać!). Jest stromo, ponieważ musimy wbić się na początkowy górski
wał po osiągnięciu którego teren znowu się wypłaszczy. Ten kawałek
jest całkiem ładny, tak ze względu na wąwóz i rwący potok (jest nawet
niewielki wodospad) jak i to że bardzo szybko zyskujemy wysokość i po
drugiej stronie doliny zaczynają się wyłaniać kolejne wierzchołki.

Kiedy osiągamy górną część walu teren
się kładzie. Znajdujemy się w poniekąd dolince obramowanej z jednej
(lewej) strony przez długi grzbiet Beinn Chabhair, po drugiej przez
szatańską kopę (666m n.p.m.) Parlan Hill.  

Teraz macie wybór. Można
ścieżkami dnem dolinki, z
grubsza wzdłuż Beinn Glas Burn. Teren jest tam jednak niemożebnie
bagnisty. Wiosną czy jesienią, podejrzewam można się wyświnić po
pachwiny. Gdybym miała iść na tego munrosa jeszcze raz myślę że zaraz
po osiągnięciu wypłaszczenia starała bym się odbić w lewo, na
początek grzbietu – wariant zapewne sporo żmudniejszy ale mniej
syfiasty. Tym razem jednak poszliśmy “podręcznikowo”, tj. dolinką aż do Lochan Beinn Chabhair. 

To jeszcze nie wierzchołek, a jedna z licznych kop po drodze:

W stronę stawu opadał szeroki żleb z
charakterystyczną formacją skalną po lewej stronie:

Tamtędy idzie
ścieżka. Ponieważ przylazła śniegowa chmura i piękne światło oraz
widoczność szlag trafił staraliśmy się jej w miarę trzymać na tyle na
ile nie była zasypana. Ta wędrówka na grzbiet a potem grzbietem to
bardzo fajny odcinek z ciekawą rzeźbą terenu charakterystyczną dla
wzgórz w tym rejonie: raz w górę, raz w dół, pomiędzy urozmaiconymi
formacjami skalnymi, taki trochę labirynt. Mimo zerowej widoczności i śniegowych "showersów" nie mieliśmy problemu z trafieniem na wierzchołek. Na dwóch ciut stromszych fragmentach gdzie śnieg był zmrożony na kamień trochę się zasapałam, jako że raków wyciągać nikomu się nie chciało. Gdzie indziej zapadałam się po kolana. Tęskniłam za zimą 🙂 Trochę nam tylko było szkoda widoków na Loch Katrine i jego dzikie otoczenie.

Na wierzchołku nie zatrzymaliśmy się
nawet na pięć minut, tak było zimno. Powrót z początku po własnych
śladach, potem chmura zaczęła się przesuwać ukazując ponownie piękne
niebieskie niebo. Szczyt odsłonił się w pełni przed 15, kiedy
zaczynaliśmy schodzenie z walu. 

Znów piękne światło:

W prawym górnym rogu Beinn a’Chleibh, Ben Lui i Ben Oss:

Trasa jak wspomniałam liczy sobie 14 km ale wytrzepało nas nieźle. Ogólnie wycieczka oraz miejscówka okazały się bardzo przyjemne, a widoki pooglądałam sobie w relacjach na Walkinhighhlands. Fajnie bo jakoś nigdy wcześniej Glen Falloch nie zdołała sobie zaskarbić mojego serca. Cieszę się że jeszcze jeden munros nam tu został.

Nawiasem, ilość osób spotkanych na trasie: 1 😀


Stob Binnein


Nr 95, Stob Binnein

Wymowa: stobinion

Znaczenie nazwy: conical peak (za MunroMagic)

Wysokość: 1165m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 18.

Data wejścia: 20.10.12

Stob Binneina na ogół łączy się z bliźniakiem Ben Morem, ale że my już mieliśmy bliźniaka zdeptanego: >>LINK<<, zostawiliśmy sobie tę górę na jakiś lekki dzień. Trasa liczy sobie zaledwie 9 km.

Stob Binnein i Ben More leżą w Glen Dochart, tuż przed miasteczkiem Crianlarich. Doliną przebiega A85 i to dzięki temu, że podchodzenie zaczynamy praktycznie z szosy, tura jest tak krótka. Rozpoczynamy koło Benmore Farm, skąd wygodna droga wyprowadza do Benmore Glen u zachodnich podnóży obu gór.

Po ok. dwóch kilometrach droga urywa się gwałtownie – i tu mamy dwie opcje. Bowiem jeśli atakować z Benmore Glen, to obojętnie na którego bliźniaka, najpierw należy się wspiąć na przełęcz pomiędzy nimi, ale można na dwa sposoby. Albo zacząć wspinanie od tego właśnie miejsca, gdzie droga się urywa (jest wątła ścieżka) bądź podejść jeszcze kawałek doliną, do osiągnięcia bardziej połogiego terenu, skąd na przełęcz już jak strzelił, bez trawersowania zboczy. My wybraliśmy opcję ze ścieżką.

Sama droga na przełęcz jest raczej nudna, choć Glen Dochart w jesiennych kolorach prezentowała się całkiem ładnie.

Ale naprawdę fajne widoki odsłoniły się po osiągnięciu przełęczy. Co prawda byłam rozczarowana że nad Lowlands stały chmury – skoro Stob Binneina z bliźniakiem widać ze wzniesień koło Livingston, to i z nich na pewno można by było rozpoznać jakieś znajome tereny. Niestety nie tym razem. Poniżej, Loch Tay i przyprószony śnieżkiem Ben Lawers:

W kierunku Lowlands wyglądało to tak:

Z przełęczy na szczyt około pół godziny marszu umiarkowanie stromym zboczem. Wierzchołek jest ładny, a choć żadną miarą nie lufiasty, jakimś cudem robi wrażenie całkiem powietrznego, może dlatego że znajdujemy się na dość wysokim munro, górującym nad otoczeniem (acz Ben More i tak jest wyższy). 

Prognoza z BBC Weather po raz kolejny nie zawiodła. Sprawdzalność oceniam na 90%.

To zbocze to kontynuacja masywu, Na Staidhrichean. Od tamtej strony również jak najbardziej da się wejść i w sumie uważam, że i my powinniśmy tak zrobić zamiast odruchowo powtarzać trasę, którą już znaliśmy (Ben Mora wprawdzie atakowaliśmy od czoła, ale schodziliśmy również przez przełęcz).

Ben More ze szczytu – wspinania z przełęczy na pewno trochę więcej:

Na zejściu światło uskuteczniało fajne klimaty w dolinach. Poniżej Glen Dochart. Ta długa dolina ciągnie się hen, aż za Killin:

Tu zaś – Strath Fillan, widać A85 biegnące w kierunku Tyndrum.

Przy samochodzie byliśmy przed 14. Padł zatem nowy rekord 😀

Wycieczka była tak lekka jak tylko się dało, bo i na dłuższą nie mogliśmy sobie pozwolić. Mimo wszystko uważam ze Stob Binneina najlepiej robić w dwupaku z Ben Morem, wbijać od frontu a przełęczą jedynie schodzić. Taką opcję najbardziej polecam.


An Caisteal

Nr 69, An Caisteal

Wymowa: an-kasz-tiel (akcent na kasz)

Znaczenie
nazwy:
the castle

Wysokość: 995m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
147.

Data wejścia: 5.12.10

An Caisteal McNeish poleca połączyć z dwoma sąsiednimi munrosami, ale na to moglibyśmy się porwać tylko przy związanym śniegu. Ile i czy w ogóle jakiegoś zdepczemy, zależeć miało więc od warunków.

Początek trasy z szosy A82 tuż za Crianlarich. Parking znajdował się po przeciwnej stronie drogi, ale nie bardzo umiałam zaznaczyć go na mapie.

Wyruszyliśmy w kopnym śniegu, tnąc zbocze jak najwygodniej i pokonując kolejne antyowcze płotki, w większości ozdobione u góry *%#(^%%@ drutem kolczastym (uważać na spodnie i zawartość!)

Jak widać na mapie, cały masyw ma kształt podkowy o długich ramionach. Skierowaliśmy się na ramię prawe (patrząc z parkingu), rozpoczynające się wzniesieniem o nazwie Stob Glas, z którego mogliśmy już kontynuować grzbietem do końca na wierzchołek. Najgorsze było podchodzenie na Stob Glas, ponieważ tu na dole śnieg był najgłębszy. Liczyliśmy że na grzbiecie będzie lepiej.

Widoczność i warunki mieliśmy idealne, Highland w śniegu prezentował się wspaniale. poniżej nasz pierwszy munro, Beinn Dorainn:


Rewelacyjnie lansował się Ben Lui  (po jego prawej Ben Oss, jeszcze czeka w kolejce):

Za wierzchołkiem Stob Glas znaleźliśmy sobie osłonięte od wiatru miejsce i zrobiliśmy przerwę na herbatę. Stąd odsłoniła się nam już cała dalsza droga, tak na oko niespecjalnie długa.

Szło się niespecjalnie. Żeby jeszcze podłoże było jednolite, ale tu mieliśmy na przemian głęboki śnieg, śnieg zmrożony i lód (i tak mogłoby być cały czas), czy lekko tylko przyprószone skały, po których masakrycznie słabo szło się w rakach. Z drugiej strony z dwojga złego lepiej było w rakach niż bez bo na tych zmrożonych a co stromszych odcinkach i tak trzeba byłoby je zakładać. Generalnie, pomijając widoki, nie była to najprzyjemniejsza wędrówka.

Na ostatnim planie Ben Lomond:

Śmieszna była taka jedna pionowa skarpka, wysoka może na dwa metry. Śnieg był tam totalnie luźny i przy każdej próbie wdrapania się na nią zjeżdżał razem ze mną (szłam pierwsza). Jakoś się w końcu udało, choć musiałam w tym celu natworzyć trochę dziwacznych figur ;D

Na szczyt wbiliśmy się nieźle zmachani, ale szczęście było pełne, poniżej Marcin i Mariusz:

Czasu na podziwianie widoków mieliśmy niewiele, była już 15. Poniżej Ben More i Stob Binnein. Na Benie byliśmy, ale jest to tak piękna (plus najwyższa w okolicy) góra, że bardzo chciałabym tam wrócić, koniecznie w sezonie zimowym – no i tym razem ogarnąć go z bliźniakiem.

Choć kształt duetu Ben Vorlich – Stuc a’Chroin jest bardzo charakterystyczny, trochę czasu zajęło mi zidentyfikowanie go. Nigdy jeszcze nie widziałam tych dwóch munro całych na zimowo.

Poniżej widok w kierunku z płd-wsch, mała piramidka po prawej to Ben Ledi, wzgórze wznoszące się nad Callander:

Ponieważ do zmroku pozostało niewiele czasu, przy schodzeniu napieraliśmy jak się dało, robiąc przerwy jedynie na uzupełnienie kalorii i popstrykanie niesamowitego zachodu słońca.

Schodziliśmy niewiele ponad… godzinę! Aż trudno w to uwierzyć. Zaoszczędziliśmy tyle czasu głównie na ostatnim odcinku, zejściu ze Stob Glas, które w odwrotną stronę tak nas umordowało. Udało nam się dotrzeć do samochodu jeszcze zanim zdążyliśmy użyć czołówek.

Wycieczkę zaliczam do nadzwyczaj udanych. Zmęczyliśmy się, ale przecież po to chodzi się w góry. Pogoda nie mogła trafić się lepsza. Widoki… sami oceńcie.

Więcej zdjęć: >>LINK<<

Cruach Ardrain i Beinn Tulaichean

Nr 20, Cruach Ardrain i nr 21, Beinn Tulaichean

Wymowa: kruah ad-ran; bin tulahen

Znaczenie nazwy: stack of the high region; hill of the hillocks

Wysokość: 1046m n.p.m.; 946m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 87.; 220.

Data wejścia: 22.02.2009

Oba munrosy leżą w Glen Falloch, górując nad miasteczkiem Crianlarich. Efektowna kopuła Cruach Ardraina rzuciła nam się w oczy kiedy w kwietniu zeszłego roku wchodziliśmy na Ben More’a. Ponadto do Crianlarich Hills mamy blisko, a dni jeszcze są krótkie. Licząc na przygodę w śniegu bardziej interesującą niż w zeszłym tygodniu, zapakowaliśmy raki i keczapy, i wyruszyliśmy.

Już w trakcie podróży stało się jasne, że na śnieg nie ma co liczyć. Od zeszłego weekendu niemal wszystko poszło się kochać. Pocieszałam się, że przynajmniej zdjęcia będą ładne, lubię graficzny efekt jaki dają śnieżne łachy skontrastowane z ciemnym zboczem.

Parking z którego zaczynamy trasę leży nieopodal miasteczka przy drodze A82. Wiedzie z niego wyraźna ścieżka. Po przekroczeniu mostku na River Falloch porzucamy ją, skręcając w lewo pod kątem prostym, by wzdłuż lasu wbijać się na pierwsze wzniesienie masywu, Grey Height, o wysokości 686m n.p.m. Ten odcinek jest widoczny na zdjęciu poniżej:

Po osiągnięciu Grey Height wędrujemy szeroką, łagodną granią. Od jej najwyższego punktu, Cruach Ardraina, dzieli nas jeszcze jedno wzniesienie, Meall Dhamh (814m). Wysokość zyskujemy łagodnie i nieuciążliwie – ot, spacer w przepięknej scenerii. Za plecami mamy rozległą Glen Falloch, po lewej również wyprowadzającą na Cruacha, bliźniaczą do naszej grań Stob Garbh, zza ktorej wystaje potężny szczyt Ben More’a (no nam tak w sumie nie do końca wystawał, jako że partie szczytowe przez cały czas pozostawały w chmurze). Po prawej, nad dolinką rzeki Falloch wznoszą się kolejne munrosy, Beinn a’Chroin (jego kawałek widać po prawej stronie fotki) i An Caisteal:

Beinn a’Chroin i An Caisteal

Wierzchołek Cruacha ukazuje się nam dopiero gdy wspinamy się na Meall Dhamh – ma formę rozległej, majestatycznej, o regularnych kształtach kopuły.

Po lewej stronie widoczny początek grani Stob Garbh, w dole wysoko położony kocioł Coire Ardrain:

Od Meall Dhamh logiczny kierunek jest tylko jeden. Ścieżka jest mylna, bo omija wierzchołek dążąc dalej na przełęcz, więc do góry pchamy się według uznania.

Na kopułę Cruacha wchodzi się dość stromo, ale podejście jest za krótkie, żeby na poważnie dać w kość.

Poniżej nasza trasa z podejścia szczytowego – widać kolejno Meall Dhamh, Grey Height i przycupnięte w dolinie Crianlarich:

Na ostatnim planie Ben Lomond

Crianlarich

Tuż przed szczytem ogarnęły nas chmury i zaczęło się robić nieco skaliście. We mgle najpierw osiągnęliśmy niższy wierzchołek, udekorowany kamiennym kopcem – z niewielkiego wypłaszczenia poniżej wydawało się, że to już, ale na szczyt właściwy należało jeszcze kawałek zejść, a potem znów podejść. Oba wierzchołki są podobnej wysokości, rozdzielone łagodną przełęczą. Poniżej ten prawidłowy, widoczność niestety zerowa:

Z powodu mgły byliśmy mocno zdezorientowani. Od strony wschodniej Cruach opadał bardzo stromo, częściowo po skałach – latem pikuś, przy zalodzeniu należałoby jednak mocno uważać. Z początku wydawało się nam, że to tędy powinniśmy się kierować na drugiego munro, coś nam się jednak nie zgadzało. Niezależnie od wątpliwości topograficznych postanowiliśmy, że wracamy. Przy takim wietrze i zimnie nie było sensu pchać się dalej, jeśli nie można by było zrekompensować sobie tych niedogodności widokami. Zawróciliśmy na pierwszy wierzchołek, skąd mieliśmy zamiar kierować się prosto w doł, w dolinę rzeki Falloch. Jednak po wydostaniu się poniżej granicy chmur plany uległy zmianie. Drugi munro, Beinn Tulaichean, stał sobie oto przed nami, łatwo dostępny i na wyciągnięcie ręki:

Na Beinn Tulaicheana idzie się z przełęczy wręcz relaksacyjnie. Dopiero z podejścia można ocenić, jak fajną górą jest Cruach Ardrain. Jego masyw jest naprawdę potężny, a rozgałęzienia – z kopuły schodzą cztery granie – ustawiają go w zupełnie innej kategorii, niż prościutkiego topograficznie Schiehalliona.

W okolicach wierzchołka wiało tak, że można było niemal położyć się w powietrzu, parcie wiatru utrzymywało człowieka na nogach. Spotkaliśmy kilka osób wchodzących z przeciwnej strony – na BT można wspiąć się także z Inverlochlarig.

Schodziliśmy tak jak lubię najbardziej – po swojemu. Kopułę szczytową Cruacha strawersowaliśmy od lewej, wchodząc do niewielkiej kotlinki:

… a potem widoczną po prawej przełęczą (nie tą najniższą). W rejonie szczytowym Cruacha jest sporo skał i niewysokich, za to pionowych ścianek, które nasz bardziej ogarnięty w temacie kolega uznał za "interesujące".

Poniżej tenże kolega zmierza w kierunku przełęczy:

Za przełeczą otworzył się widok na znajomą dolinę, ale że cały czas znajdowaliśmy się w partiach szczytowych, czekała nas jeszcze bardzo długa droga w dół.

Wycieczka była naprawdę świetna. Nietrudno (*), a przy tym wysoko i bardzo widokowo. Sposób na zdobycie dwóch munros z jednej strony łatwy, ale jednak trasą o zdecydowanie bardziej wyrazistym charakterze niż monotonna wbijka ramieniem Schiehalliona. Męczących podejść brak, najbardziej daje w kość zejście, głównie ze względu na długość bo stromizn tam nie ma. Polecam zarówno początkującym munrobaggerom, jak i większym dzikom. Towarzyszący nam koledzy zaliczali się każdy do jednej z tych kategorii i obaj byli zadowoleni.

Komplet zdjęć: >>LINK<<


Ben More


Nr 10, Ben More:

Wymowa: ben moar

Znaczenie nazwy: hill of the anvil, szczyt kowadła (kowadłowy?). Tym razem podaję za The Munros

Wysokość: 1174m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 16.

Data wejścia: 2.04.2008


Ben More należy do Crianlarich Hills. Miasteczko Crianlarich położone jest przy drodze A85 pomiędzy Callander a Tyndrum, jeszcze stosunkowo "płytko" w Highlandach, więc dojazd z Pasa Centralnego zajmuje około dwóch godzin – a zarazem wystarczająco głęboko, żeby z każdej strony otaczały nas fascynujące górskie widoki.

Ben More i jego bliźniak Stob Binnein (niekiedy Stobinion bądź Stobinian), niższy o 9m i osiemnasty na munro-liście, są najwyższe w okolicy. Rozumiem przez to, że w ogarnialnym wzrokiem sąsiedztwie nie mają rywali. Najbliższym wyższym szczytem jest Ben Lawers niedaleko Killin, położony jednak zbyt daleko by stwarzał realną wizualną konkurencję.

Ben More jest nie do przegapienia, ponieważ wznosi się tuż nad drogą do Crianlarich. Kiedy już go zidentyfikujemy, co nie jest trudne – potężne kopuły jego i Stob Binneina są doskonale widoczne z samochodu – uważajmy na parking po prawej stronie szosy (zakładam że jedziemy od Callander). Z parkingu jeszcze ćwierć mili do tabliczki z napisem "To Ben More", od której zaczyna się szeroka droga jezdna.



Ben More

Droga okrąża górę od prawej strony, po czym urywa się. Na Ben More nie prowadzi żadna ścieżka, więc opcji mamy nieskończoną ilość, z tym że najrozsądniejsze wydają się dwie:

– iść wspomnianą drogą do końca, aż ukaże się przełęcz pomiędzy Ben More a Stob Binneinem. Atakować przełęcz i z niej już bezpośrednio szczyt;

– wbijać się na górę "od frontu", tj. mając cały czas za plecami szosę.

My wybraliśmy na wejście wariant drugi. Zbocze jest strome i wspinaczka trochę daje w kość, z drugiej strony plusem takich bezpośrednich podejść jest szybkie zyskiwanie wysokości.

Tym zboczem prosto w górę



Crianlarich

Od pewnego momentu zaczynamy czuć, że znajdujemy się wyżej niż cokolwiek w bezpośredniej okolicy. Za wzniesieniami, które otaczały nas gdy zaczynaliśmy wspinaczkę, otwiera się drugi, trzeci, dziesiąty plan.



Munro Cruach Ardrain po drugiej stronie Benmore Glen

Trawiaste zbocze staje się po pewnym czasie bardziej skaliste i jeszcze stromsze. Kopuły szczytowej wciąż nie widać. Za to było coraz więcej śniegu 🙂

Od lewej: munro Beinn Tulaichean, munro Cruach Ardrain, wznoszący się nad doliną wał ze szczytami Stob Garbh i Stob Coire Bhuidhe, zza których wyłania się munro An Caisteal

Wreszcie, po ostatnich skałkach i kamieniach, wychodzimy na kopułę szczytową, łagodnie nachyloną, rozległą i gładką – w sensie, że bez kamulców. Stąd na wierzchołek już tylko paręnaście minut.

Śnieg dodaje dostojeństwa każdym górom. Pod białą kołderką nawet relatywnie niewysokie wzniesienia Highlandu prezentują się jak miniaturowe (ok, bardzo miniaturowe:P) Alpy.



Najwyższy punkt Ben More jest oznaczony kamiennym słupkiem. Widoki… A co tu gadać. To trzeba zobaczyć. Najlepiej teraz, kiedy tam w górze jeszcze panuje zima, ale temperatury są już znośne.

Stob Binnein

Stob Binnein, oddzielony od Ben More głęboką przełęczą, wyglądał przepięknie, ale zrezygnowaliśmy ze wspinaczki. Za dużą mieliśmy przerwę w chodzeniu po górach. Acz będąc w lepszej formie jak najbardziej bym się zdecydowała, podejście jest strome, ale niedługie.

Trossachs

Cruach Ardrain

Żeby nie wracać tą samą drogą zeszliśmy na przełęcz – Stob Binnein prezentował się z niej o wiele łagodniej i aż zapraszał – i trawersując zbocze Ben More, zaczęliśmy się obniżać w kierunku Benmore Glen.

Cały czas trawersując i przekraczając liczne, bardzo teraz rwące potoczki, w towarzystwie owiec (owca na owcy owcą tam pogania) osiągnęliśmy miejsce gdzie zaczyna się wspomniana na początku szeroka droga, która już bez najmniejszych trudności, po około pół godziny wyprowadza na szosę.

Trasa jest piękna i bardzo widokowa. Nietrudna technicznie (*), ale może zmęczyć bo wchodzimy na naprawdę konkretną górę. Wielkim atutem jest brak jakichkolwiek trudności nawigacyjnych, i to pomimo iż ścieżka jako taka nie istnieje: góra wyrasta praktycznie z szosy, nie ma żadnych męczących podchodzeń przez doliny, kierunek jest oczywisty – byle wyżej, nieważne którędy. Żałuję tylko, że nie udało się tym razem zdobyć Stob Binneina, ale mamy zamiar to nadrobić.
Reszta fotek tu.