Błękit, zieleń i złoto czyli trzy dni na Północy

 

Ostatni wypad nie był górski lecz objazdowy, ponieważ wybraliśmy się z Ernestem i Olą którzy mieszkają w Polsce. Plan noclegowy – pierwsza noc na Skye, druga w Lochinver – nie pozostawiał dużo miejsca na improwizację: wiadomo że przy takich odległościach główną atrakcją będzie sama jazda przez Highland. 

Nocleg mieliśmy w Portree Hotel >>LINK<<. Było bardzo czysto, pokoje przytulne, sympatyczny personel, śniadanie rewelacja: bogaty bufet „kontynentalny” oraz kilka solidnych opcji na ciepło z karty. Jedyne do czego mogę się przyczepić to akustyka – pomiędzy naszymi poddaszowymi pokojami było jedynie przepierzenie co na dłuższą metę byłoby wybitnie krępujące. Jedną noc jakoś jednak przetrwaliśmy.

Przed wieczorną eskapadą do hotelowego baru wyskoczyliśmy popod The Storr, najwyższe (719m n.p.m.) i najbardziej południowe z pasma Trotternish Hills, popularne głównie z powodu wyrastającego u jego podnóża obelisku Old Man of Storr. To tu kręcono np. otwierającą sekwencję Prometeusza (i pewnie coś jeszcze jak znam życie, filmowcy uwielbiają wyspę Skye). Poniżej wszystko elegancko widać: 



Napisałam że wybraliśmy się „popod” Storra, bo nikt też nie zamierzał na niego wchodzić. Do samego Old Mana też zresztą nie doszliśmy zadowalając się widokiem z dołu. Jeśli o mnie osobiście chodzi to perspektywa wiszących nade mną osiemdziesięciu munrosów – oraz świadomość że pracowicie wdrapałam się na dzieście dwa – sprawia iż czerpię radość z rzadkich okazji kiedy mogę w Highlandzie wrzucić bardziej luźny tryb. Żeby było jasne, nadal kocham munrosowanie, tyle że to jest przy naszym pracowitym trybie życia i napiętym grafiku naprawdę wielkie i wymagające samozaparcia przedsięwzięcie.



Światło tego wieczoru było jak marzenie fotografa i musiałam się mocno zastanowić które zdjęcia wybrać.



Pamiętam że patrzyliśmy na Cuilliny i zastanawialiśmy się ile osób będzie się niedługo szykować do noclegu na grani – początek weekendu, pogoda nie z tej ziemi, wspaniała okazja żeby zrobić grań główną w warunkach zimowych.



Kolejnego dnia musieliśmy się przemieścić do Lochinver, ale przed rozpoczęciem podróży wyskoczyliśmy jeszcze na Quirang po drugiej stronie Trotternish Hills. Pod >>LINKIEM<< relacja z mojej i Mariusza poprzedniej wycieczki lata temu (niestety imageshack zeżarł część zdjęć ale wciąż polecam).

Tym razem coś nam się pomerdało i nie poszliśmy wzdłuż krawędzi klifów podziwiać leżący w dole park skalny, a jakimś cudem zabrnęliśmy na najwyższy punkt wzniesienia, Meall na Suiramach (543m n.p.m.). Z kolei wracając również nie weszliśmy pomiędzy skalne formacje a obeszliśmy je dołem – miało to o tyle sens że w parku skalnym zeszło by nam o wiele dłużej. No ale fakty są takie że najciekawszą część opuściliśmy.



A propos kinematografii, fragment krajobrazu na zdjęciu poniżej pojawia się w „Gwiezdym pyle”.



Było bardzo zimno a niektóre miejsca pokryte warstewką lodu – Mariusz się nieco stresował jak któreś z towarzystwa podchodziło za blisko klifu 😉



Poniższe zdjęcie zaispirowało nieco bardziej niż zwykle poetycki tytuł notki:



W takiej minimalistycznej bez-scramblingowej wersji wycieczka zajęła około dwóch godzin ale jak ktoś chce na Quiraing można się bawić cały dzień.



Podróż ze Skye do Lochinver w taką pogodę była sama w sobie wielką przyjemnością. Nie starczyło czasu żeby napierać przez Applecross ale za to przejechaliśmy przez Torridon:



Kiedy zaś wyjeżdżaliśmy z Ullapool zaczynał się jeden z tych przepięknych zachodów słońca kiedy człowiek zawsze żałuje że nie ma aparatu, albo jest w pracy i nie może wyjść na zewnątrz popstrykać. No więc tym razem było wszystko, także bajkowa sceneria.





Jak zwykle będąc w Assynt nie mogliśmy nie zahaczyć o knajpę Am Fuaran w Altandhu. Mariusz miał intuicję żeby zadzwonić do nich z drogi i upewnić się że będzie stolik – udało się choć prawie wszystko było już zarezerwowane. Na zadupiu jakim jest półwysep Coigach, gdzie można dotrzeć tylko single track road i oprócz krajobrazu nie ma żadnych atrakcji turystycznych. Poza sezonem. To wiele mówi o tej miejscówce. Info pod >>LINKIEM<<



Langustynki kosztowały wprawdzie 17 funtów ale kiedy składaliśmy zamówienie były jeszcze żywe. Do świeżego pysznego żarcia dochodzi przemiła obsługa oraz fakt że bar jest okupowany przez miejscowych więc można poczuć się częścią lokalnego kolorytu.



Noc spędziliśmy w bed & breakfast Hillside w Lochinver – nie mają własnej strony więc podaję linka do info z Booking.com: >>LINK<<. Bardzo przytulna miejscówka, idealna na dłuższy pobyt. Klimat bardziej jak w (dobrym!!) hostelu bo co prawda w ofercie nie ma ciepłego śniadania (są produkty do śniadania „kontynentalnego” – zawsze biorę to określenie w cudzysłów ponieważ brytyjska wizja tego co „kontynent” jada jest tak raczej średnio adekwatna), za to jest w pełni wyposażona kuchnia gdzie można sobie samemu pichcić.

Z Lochinver ukochaną nadbrzeżną drogą – wariatką pojechaliśmy na północ. Poniżej tradycyjny postój przy punkcie widokowym w Drumbeg nad zatoką Edrachillis:



Jak zwykle, kierowaliśmy się do Durness – jest to chyba najbardziej ulubione moje i Mariusza miejsce w całej Szkocji, choć paradoksalnie gór tu nie ma (najbliższy jest masyw Foinavena ale zdecydowanie nie w odległości spacerowej). Spokój, Atlantyk, poczucie że od zabieganej codzienności oddziela cię potężna masa lądu oraz sześć godzin jazdy mnie osobiście resetują idealnie. Oraz zawsze lubię pokazywać znajomym i rodzinie którzy nie odwiedzali Szkocji wcześniej jak piękne są północne plaże. Ten fragment Europy raczej z nich nie słynie a wizualnie nie ustępują śródziemnomorskim, chociaż kąpać się oczywiście raczej nie da, chyba że w piankach, co zresztą ludzie robią.



Nie zapomnę nigdy imprezy jaka na plaży Sango urządziliśmy sobie z dwójką przyjaciół w 2013 roku… 🙂 Those were the days! 😉



Wspinanie się po skałkach także należy do tradycji. 



Po plaży wybraliśmy się do niedalekiej jaskini Smoo. W sezonie można ją zwiedzać pontonem z przewodnikiem, poza sezonem pieszo dostępna jest jedna komora. Smoo Cave jest bardzo popularna i jak widać niektórzy uważają że to idealne miejsce na podzielenie się swoim światopoglądem:



Do zwiedzania nie ma wiele ale jeśli już i tak jest się w okolicy, warto zajrzeć.



Wracaliśmy pustkowiami przez Altnaharrę i Bonar Bridge. Po drodze nie mogliśmy się nie zatrzymać żeby nie ustrzelić Ben Loyala, pięknego korbeta który jeszcze czeka na zdeptanie:



Im dalej na południe się kierowaliśmy tym bardziej pogarszała się pogoda, co miało tę zaletę iż przestaliśmy czuć przymus zatrzymywanie się na zdjęcia w związku z czym do domu udało się dotrzeć o ludzkiej porze a nie w środku nocy. 

Jak widać zaczęłam dodawać informacje o miejscach gdzie można przenocować czy coś zjeść – to krok który zamierzam kontynuować. Nie chcę się bawić w szczegółowe recenzje tym bardziej że podaję linki do konkretnych informacji m.in. o cenach, bardziej chodzi mi o przekazanie ogólnego wrażenia na temat miejsca i jakości serwisu. Jeśli komuś się to przyda to wspaniale 🙂

Ben Klibreck

Nr 162, Ben Klibreck

Wymowa: angielska

Znaczenie nazwy: hill of the speckled cliff (za MunroMagic)

Wysokość: 962 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 194.

Data wejścia: 27.10.15

 

Ben Klibreck był ostatnim z czterech munrosów Dalekiej Północy który jeszcze nam został. Robiliśmy na niego jak dotąd jedno podejście ale pogoda była wówczas tak paskudna że poprzestaliśmy na zlokalizowaniu początku trasy.

Klibreck to wielki, rozłożysty i plaskaty masyw. Jego rozmiary robią wrażenie, ponieważ ta wschodnia część Sutherlandu jest znacznie mniej pofałdowana od zachodniej i taki wyrastający pośrodku pustkowia munros wygląda spektakularnie. Sam wierzchołek (Meall nan Con) jest kształtny i nie trzeba się głowić, gdzie też znajduje się najwyższy punkt.

Świt w Durness był obiecujący. Zanosiło się na kolejny dzień pięknej pogody.

Ben Klibreck z trójkątem Meall nan Con z początku trasy. Widać że ścieżka pnie się najpierw na garb po prawej. Wyglądało że czeka nas długi ale raczej niezbyt żmudny marsz.

Wrażenie pustki było niesamowite. Klibreck leży w samym sercu Dalekiej Północy, wciąż blisko Atlantyku (inna sprawa że w Szkocji znikąd nie ma daleko nad morze, najdalej z Cairngormsów a też nie jest to wielka wyprawa) lecz na tyle daleko by wody nie było widać. Tereny na wschód są coraz lżej pofałdowane, do zupełnie płaskiego Caithness. Szczyty Assynt na zachodzie wydają się odległe. Najbliższe góry: korbet Ben Loyal i munro Ben Hope – leżą w odległości 18 i 23 kilometrów.

Ben Loyal:

Ben Hope:

O ile z wycieczki na Quinag wróciliśmy z suchymi butami, tu już na starcie przywitało nas bagno. Właściwie na każdym wypłaszczeniu, czyli na tej trasie w wielu miejscach, natykaliśmy się na klasyczne highlandzkie atrakcje:

Można tam wpaść w błoto po pachwinę i mnóstwo czasu się traci na obchodzenie (o ile obejście jest możliwe) tych bagien. Przez nie podejście na pierwszy pagór było dużo bardziej forsowne niż można by sądzić po samej rzeźbie terenu.

Ben Hope i Ben Loyal:

Za pagórem następuje obniżenie, kolejną kopę na szczęście można strawersować.

Niestety, wiatr ze wschodu się wzmagał i zaczęły na nas iść chmury. Już było raczej wiadomo że szanse na widoki z wierzchołka będą marne.

Na Meall nan Con podchodziliśmy w chmurze i silnym wietrze (nie przewracał ale powodował dyskomfort). Chmury kłębiły się tylko nad masywem który je zatrzymywał, przeświecało przez nie słońce i momentami widać było wciąż błękitne niebo a nawet jakieś fragmenty widoków. Z nawigacją jednak nie było problemów. Sam wierzchołek też jest ewidentny.

W drodze powrotnej z chmury wyszliśmy dopiero na trawersie. 

Tu fajnie widać kocioł jaki się przewalał nad Klibreckiem, tylko trzeba to sobie jeszcze wyobrazić w ruchu:

Do samochodu doszliśmy nieco wytrzepani. Długość trasy to zaledwie 14 kilometrów ale subiektywnie odczuliśmy ją jako dłuższą, częściowo na pewno ze względu na przedzieranie się przez błota. 

Po Klibrecku nie spodziewaliśmy się szału, atutem tej góry jest jej lokalizacja. Pod tym względem faktycznie zrobił wrażenie. Nawet pomimo braku widoczności na szczycie, to co zdołaliśmy zobaczyć, klimat pustki i dzikości, było niesamowite. Warto odnotować że przez cały dzień nikt poza nami na Klibrecka nie szedł. Na Quinag z kolei spotkaliśmy jedynie pojedynczą trzyosobową grupkę. Daleka Północ o tej porze roku raczej nie jest popularna. Idealny kierunek dla koneserów 😉

Mapka z Walkhighlands.


 

Quinag

 

Tym razem zrobiliśmy dwudniowy wypad na najdalszą Północ, krainę chilloutu i jedyne tak duże zagłębie nie-munrosów gdzie górskie wrażenia są najwyższej klasy. 

Pierwszego dnia poszliśmy na Quinag, imponujący z każdej strony mur czy też mini pasmo górskie, który tyle razy podziwialiśmy znad Loch Assynt i z Kylesku. Trzy ze szczytów masywu mają status korbetów.

Z parkingu skierowaliśmy się na przełęcz z zamiarem zdobywania najpierw północnej (czyli po prawej ręce) połowy.

 

Za przełęczą rozpoczęliśmy podchodzenie na najwyższego korbeta, Sail Gharbh (całe 808 m n.p.m.) Widoki na tym etapie zaczęły już wymiatać.

Dalsza trasa. Dwa kolejne szczyty nie mają nawet nazw, rzecz nietypowa bo przynajmniej drugi z nich (przez nas ochrzczony „Pypkiem”) jest bardzo charakterystyczny. Pierwszy nazwę roboczo Zwornikiem bo zbiegają się tu wszystkie granie masywu.

Oraz końcówka masywu, korbet Sail Gorm, ten który tak pięknie dominuje nad Kylesku.

Z grani wiodącej przez Pypka (jego fragment poniżej) są chyba najlepsze widoki, bo na Atlantyk. Widać pustkowie ciągnące się po wybrzeże – jak zauważył Mariusz, w prostej linii nie jest to aż tak daleko lecz w rzeczywistości szłoby się ze dwa dni. To co z góry wydaje się prawie płaskie jest w rzeczywistości labiryntem malutkich (po 100, góra 200 m n.p.m.) wzniesień poprzetykanych atrakcjami w postaci błot i zielonych terenów podmokłych. Wiemy bo testowaliśmy.

Formacja na której wszyscy zdobywcy Quinag robią sobie zdjęcia. Większość na samym końcu, niektórzy niekoniecznie 😉

Przy zejściu z Pypka jest moment delikatnego scramblingu.

Dalej – charakterystyczny żleb.

Finałowe podejście na Sail Gorm z całą kolekcją szczytów i szczycików Assynt w tle:

Most w Kylesku, z którego zawsze podziwiamy Quinag. Tym razem miejsca się odwróciły:

Powrót na przełęcz prawie tą samą drogą, tym razem jednak strawersowaliśmy wierzchołek Zwornika.

Dwa kolejne szczyty razem tworzą korbeta Spidean Coinich. Uważam że piękny stożek po prawej stanowczo zasługuje na osobą nazwę a nie tylko bycie północnym wierzchołkiem Spideana. Jest zdecydowanie najatrakcyjniejszym fragmentem trasy. Przy pewnym wysiłku można wypatrzeć jak biegnie ścieżka: najpierw zygzakuje po ciemnym zboczu by po osiągnięciu żebra kontynuować po nim na sam czubek.

To bardzo ładne podejście, bez trudności ale na węższych odcinkach czuć przestrzeń dookoła.

Z północnego wierzchołka już moment na ostatniego korbeta, Spidean Coinich. Też ma charakter.

Światło się zmieniało ale malowniczość nieba i krajobrazu nie malała. Ten dzień naprawdę nam się trafił. Jesień w Szkocji potrafi być przepiękna, a szanse na pogodę są znacznie większe niż latem.

Ze Spideana zeszliśmy na zachód jego łagodnym ramieniem. Walkhighlands poleca tę drogę jako wejściową ale ja jestem zdania że nasz wariant jest fajniejszy ponieważ od razu wpuszcza w samo serce masywu. 

Quinag, kiedy się już po nim łazi, absolutnie nie sprawia wrażenia że czegoś mu brakuje z racji nie posiadania statusu munro, raczej przeciwnie, wiele munrosów ma znacznie mniej charakteru. Na Dalekiej Północy to nasza trzecia mała góra (obok Suilvena i Stac Pollaidh) i potwierdza się że te małe wariaty dostarczają niezapomnianych wrażeń i jeśli ktoś ich nie odwiedzi tylko dlatego że nie są munrosami, jest frajerem.

Mapka z Walkhighlands.



Widoczki z Północy

…………………………………………………..
Będzie zwięźle i nie górsko. Tylko kilka zdjęć z Mojej Szkocji.

Moja Szkocja to zachodnie i północne wybrzeże. Kto nie posmakował tych terenów, ten nie widział niczego.

Może i lepiej, że największe tłumy kłębią się jednakowoż nad nudnym Loch Ness – wcale mi nie zależy, żeby ktoś mi tereny zadeptał.

Gairloch:


Gdzieś za Kylesku:


Okolice Durness:


I samo Durness:






Widok na Edrachillis Bay z okna naszej kwatery (najlepsza miejscówka na Północy):



Ardvreck Castle:


Quinag:


W tych okolicach będzie można nas znaleźć kiedy w końcu wygramy w Euromillions 😉

I jeszcze link do jednej z innych naszych wycieczek objazdowych, która obfitowała w piękne widoki:

Pierwsza wycieczka na Lewis i Harris


Górsko nam ten czas na Północy nie wyszedł, ale przynajmniej zobaczyliśmy nowy zakątek Highlandu.

Z Ullapool popłynęliśmy na Hebrydy Zewnętrzne, a konkretnie na Lewis. Lewis i Harris to jedna wyspa. Patrząc na mapę może się wydawać (tak na logikę) że Harris to ta dolna, mniejsza część poniżej przesmyku, ale nie jest tak. Mniej więcej połowa zielonego na północ od przesmyku to też Harris, tyle że North. Podział jest historyczny i w terenie widać że nie do końca bez sensu, ponieważ upraszczając nieco Harris jest górzysta a Lewis płaskawa.
Image Hosted by ImageShack.us
Tak wygląda część północna na której – w Stornoway – wylądowaliśmy:
Image Hosted by ImageShack.us
O L&H wiedzieliśmy niewiele – głównie to iż język gaelic jest tu wciąż żywy i przez część mieszkańców używany jako pierwszy, choć wszyscy znają angielski. Przejrzałam też pobieżnie jakiś przewodnik żeby zorientować się czego na pewno nie powinniśmy przegapić. Generalnie jednak byliśmy zdecydowani iść na żywioł, bo na wyspie mieliśmy spędzić tylko jedną dobę i bardziej chodziło o to żeby liznąć klimatu i zobaczyć czy warto tu wrócić na dłużej.

Sam rejs promem był świetną atrakcją, choć pogoda dopisała średnio. Najważniejsze jednak że kiedy wypływaliśmy, trochę było widać góry: szczyty Sutherlandu i An Teallacha. 

Poniżej Stac Pollaidh z wystającym mu zza pleców Cul Mor oraz wychylającym się nieśmiało Cul Beag:
Image Hosted by ImageShack.us
Płynęliśmy 2h 45min. Pierwszy widok Stornoway:

Image Hosted by ImageShack.us

Miasto okazało się większe niż się spodziewaliśmy, sporo rozleglejsze niż Portree na Skye. Tak na pierwszy rzut oka mieszkańcom nie brakuje niczego poza porządnym sklepem outdoorowym. Turystów znacznie mniej niż w Portree, ale czuć że jest tu życie.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

I jak to w UK: nieważne że jesteś na totalnej, surowej, posępnej Północy, na relatywnym zadupiu, w enklawie kultury gaelic. Bez palmy się nie liczy! Trudno o lepszą ilustrację określenia "kwiatek do kożucha".

Image Hosted by ImageShack.us

Zamek sobie odpuściliśmy ponieważ znacznie bardziej pociągał nas interior wyspy. 
Za początkowy cel obraliśmy Calanais Standing Stones, chyba największą atrakcję. Calanais zaznaczyłam na mapie czerwonym krzyżykiem. 
Sama podróż była przeżyciem – pierwszy raz na Hebrydach Zewnętrznych! Jak tylko wyjechaliśmy ze Stornoway zaczął się inny świat: płaskie, bezdrzewne pustkowie. Klasyka 😀 Na południu majaczyły wzgórza North Harris.

Image Hosted by ImageShack.us

Do kamieni wstęp jest wolny oraz nieograniczony czasowo. W pobliskim visitor centre można niedrogo zjeść oraz zaopatrzyć się w, jak określa to Mariusz, "śmieci dla turystów". To tam kupiłam książkę sprzed dwóch notek.
O samych kamieniach wiem tyle, iż zaczęto jest ustawiać circa 3000 lat przed Chrystusem i że pełniły rolę kalendarza księżycowego. W sumie tak naprawdę wiadomo o nich niewiele więcej.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Chciałabym tam jeszcze raz pojechać ale tak wycyrklować żeby nie było ludzi (czyli pewnie w środku nocy). Miejsce jest potencjalnie klimatyczne tylko trzeba się mocno postarać żeby ten klimat poczuć będąc w stadzie. 

Po kamulcach ruszyliśmy do Carloway aka Carlabhagh, obejrzeć Blackhouse Village. Już w tej okolicy uderzyło nas – a potem było tylko lepiej – jak niesamowicie zaludniona jest ta wyspa. Wg wiki żyje tam ok. 21 k mieszkańców (dane sprzed dwóch lat), oczywiście większość w stolicy ale wybrzeże jest również całkiem gęsto oblepione osadami.

Ach i faktycznie słyszeliśmy ludzi rozmawiających między sobą w gaelic! Ba, niektórzy mówili po angielsku z dziwacznym akcentem, jakby nie byli przyzwyczajeni do komunikowania się w tym języku.

Blackhouse Village to zrekonstruowana osada z domami urządzonymi tak, jak ludzie żyli na Hebrydach jeszcze do niedawna (egzemplarz "Stornoway Gazette" wyeksponowany w jednym z domów ma datę 1955).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Z tymi łóżkami był jeden problem: były niesamowicie krótkie. Ja mogłabym na takim spać wyłącznie w pozycji embrionalnej a mierzę nie jakoś ekstremalnie dużo, bo 173 cm. Czyli taki przeciętny hebrydzki chłop w dawniejszych czasach musiał mieć metr sześćdziesiąt w kapeluszu, nie ma przebacz. W sumie nic dziwnego patrząc jak ograniczoną musieli mieć dietę.

Image Hosted by ImageShack.us

Z Carloway ruszyliśmy na północ do Port Nis. Tu na wybrzeżu jest miejscowość za miejscowością. Osada docelowa wyróżnia się spośród reszty wyspy  ilością posługujących się gaelic – ponad 90% – oraz malowniczym malutkim portem:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us

Kolor wody przy brzegu jest niesamowity:
Image Hosted by ImageShack.us
Ponieważ robiło się późnawo a my nie mieliśmy koncepcji gdzie dzisiaj śpimy zakończyliśmy aktywne zwiedzanie i po szybkich zakupach w Stornoway pomknęliśmy na południe, planując rozbić namiot gdzieś w górach. Tu już plener miał więcej pazura:

Image Hosted by ImageShack.us

Ostatecznie przejechaliśmy przez Tarbert (mała acz i tak druga co do wielkości miejscowość, z której następnego dnia mieliśmy odpływać) i już na Harris zaczęliśmy się rozglądać za dobrym miejscem. Krajobraz do złudzenia przypomina tu Sutherland, okolice Lochinver: teren pofałdowany w same maleńkie górki. Od razu poczuliśmy się jeszcze bardziej swojsko.  

Niestety próba rozłożenia namiotu zakończyła się złamaniem jednego z kijków dlatego zmuszeni byliśmy poszukać jednak hostelu. I znaleźliśmy – w miejscowości Drinisiadar. Wieczór mogłam więc sfiniszować na wygodnej kanapie delektując się nową książką o St Kildzie. Szkoda że nie mieliśmy więcej czasu by poeksplorować Harris, bo to przez co przejeżdżaliśmy ogromnie nam się podobało. 

Rano wypłynęliśmy zgodnie z planem. Udało nam się nawet załatwić kwestię złamanego kijka – Mariusz znalazł (tak po prawdzie to nie musiał jakoś intensywnie szukać) w Tarbert sklepo-warsztat jakby żywcem przeniesiony z połowy ubiegłego wieku, gdzie pan z wykręconym akcentem sprzedał mu za grosze metalową tulejkę. Fajny klimat 🙂

Na pewno jeszcze wrócimy na tę wyspę, tym razem na dłużej i bardziej koncentrując się na dzikiej Harris. Okazało się że owszem, warto – i już nie mogę się doczekać tego następnego razu. Może jeszcze w tym roku?

Na deser fotka z Portree do którego zawinęliśmy z nadzieją urobienia czegoś na Skye (płonną albowiem pogoda załamała się totalnie i trzeba było machnąć ręką):

Image Hosted by ImageShack.us

Mimo to urlop nie był górsko zupełnie stracony, ale o tym w kolejnych notkach.

Conival i Ben More Assynt

Nr 82, Conival, nr 83, Ben More Assynt

Wymowa: koniwal; ben mor assynt’

Znaczenie nazwy: adjoining hill (from cona’ Mheall);  big hill of the rocky ridge (za MunroMagic)

Wysokość: 987m n.p.m.; 998m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 158.; 141.

Data wejścia: 15.08.11


Z Ben Klibrecka po dwu nieudanych próbach zrezygnowaliśmy, ponieważ złośliwiec stał cały czas w chmurach praktycznie od samej podstawy. Czyli jest on ostatnim munrosem jaki został nam na Dalekiej Północy. Przy czym nawet jak w końcu go zdepczemy i tak będziemy tam wracać, tak w górskich jak i nie górskich celach.

Z Conivalem i Ben More Assyntem się udało, chociaż mało brakowało…

Samochód można zaparkować pod Inchnadamph Hotel a potem dosłownie kawałeczek szosą, do ścieżki wchodzącej do Gleann Dubh. Tą dolinką wędrujemy względnie płasko ok. 4 km. Później ścieżka, cały czas wzdłuż potoku, zaczyna piąć się w kierunku ramienia Conivala. Na tym odcinku mieliśmy jeszcze dobrą pogodę, nawet krem z filtrem był w użyciu. Według prognoz miało silnie wiać ale generalnie dzień nie zapowiadał się najgorzej.


Tuż przed osiągnięciem ramienia góry, wchodzimy do niewielkiego kotła w obramowaniu skałek. Ponad skałkami należy skierować się w prawo i cisnąć tak jak prowadzi szeroka grań.

Dałam zdjęcie z powrotu, bo podczas wchodzenia na tej wysokości szliśmy już praktycznie w chmurze.

I tu właśnie, kiedy zaczęliśmy podchodzenie, wyszło na jaw że nie będzie tak prosto. Wiatr robił się coraz silniejszy. Przez grań przewalały się masy chmur, niekiedy coś się odsłaniało, ale jasne było że na porządne widoki na razie nie ma co liczyć. Wicher był taki, jaki pamiętam może z trzech czy czterech wycieczek – co silniejsze podmuchy mnie przewracały, ciężko było oddychać nie mówiąc już o staniu prosto. Gdzieś w połowie drogi do szczytu złapałam poważny kryzys – straciłam wiarę że w tych okolicznościach robimy mądrze decydując się na kontynuowanie kiedy przed nami jeszcze nie ten jeden, a dwa munrosy! Ciśnięcie dalej przy tym wietrze to był jakiś wyrafinowany masochizm. Ale cisnęliśmy, chociaż Mariusz w partiach szczytowych musiał mnie prowadzić za rękę, żeby pomóc mi utrzymać równowagę.

Kiedy wreszcie zobaczyliśmy schron byłam już tak stytłana, że prawie w niego padłam. Jednak radość z odhaczenia kolejnego munrosa zmotywowała nas żeby kontynuować na Ben More Assynta. Co prawda w tych warunkach (brak widoczności i to koszmarne wietrzysko) nie wydawało się to mądre, ale z drugiej strony, nie byliśmy w Cuilinach gdzie taki wiatr mógłby zepchnąć z grani, tu były owszem porządne stromizny, ale nie było lufy, czyli brak realnego niebezpieczeństwa.

Jeszcze przez jakiś czas trzymając się za ręce, kontynuowaliśmy długą granią, z miejscami całkiem konkretnymi zerwami z prawej strony. Wiatr nieco osłabł, ale nadal był niemożliwy. Na szczęście ścieżka przeważnie trawersowała najwyższy punkt grani od lewej, z czego skwapliwie korzystaliśmy.

Ben More Assynt okazał się znacznie bardziej skalisty od Conivala, sam szczyt także zbudowany był ze skałek. Szczyty są w ogóle dwa i trochę nas kosztowało w tych chmurach żeby upewnić się, że na 100% jesteśmy na tym właściwym. Po przejściu pierwszego wierzchołka z kopczykiem szliśmy granią dalej, aż do wywyższenia skąd można było już tylko w dół. Zaczynały się też skałki semi-scramblingowej grani opadającej z Ben More Assynta, którą zresztą mieliśmy schodzić, ale wiatr skutecznie wybił nam to z głowy. Był też kolejny kopczyk. Którykolwiek z wierzchołków nie byłby więc tym właściwym (a był nim raczej ten drugi), przeszliśmy oba.

Powrót wypadł zatem tą samą drogą.


Niestety dopiero teraz wiatr pokazał, co naprawdę potrafi. Póki mogliśmy trawersować grań, nie było tak źle, ale kiedy podchodząc ponownie na Conivala już naprawdę nie było gdzie się schować, musiałam iść zgięta wpół, a i tak mnie co jakiś czas wywracało:

Jedynym plusem tego nienormalnego wiatru był fakt, że coś się dzięki niemu odsłaniało.

Najgorzej było podczas schodzenia ze szczytu. Podmuchy wiatru kilkakrotnie zarzuciły Mariuszem (sic!), a we mnie jeden walnął akurat kiedy po lewej miałam kilkunastometrowy spad, na szczęście szliśmy za rękę. Na ramieniu Conivala spotkaliśmy dwóch facetów z chłopcem, którzy najwidoczniej zawracali, być może nawet po zaliczeniu szczytu (jakakolwiek konwersacja nie bardzo była możliwa). Szło im jeszcze gorzej niż nam, poruszali się – zwłaszcza jeden – systemem paru kroków na minutę. My z kolei, w zależności od tego jak silnie wiatr nami rzucał, schodziliśmy jak narąbani albo totalnie narąbani, ale schodziliśmy. 

Dopiero kiedy ramię się skończyło, wiatr zelżał. Byliśmy tak wykończeni walką z nim, że droga zejściowa dłużyła się nam ponad wyobrażenie. Okazało się też, że doliną biegnie więcej ścieżek niż nasza poranna, na co wchodząc i gadając nie zwróciliśmy uwagi. Byliśmy tym trochę skonfundowani i chyba kawałek przeszliśmy inaczej niż rano, ale koniec końców trafiliśmy na parking bez problemu.


Jak to zwykle w podobnych wypadkach bywa, uznaliśmy oboje że wycieczka była rewelacyjna. Od czasu do czasu dobrze jest być uświadomionym przez Naturę, kto tu naprawdę rządzi. Byliśmy też z siebie dumni że nie skapitulowaliśmy po drodze i dwa munrosy padły zgodnie z planem.

O samych górach mogę powiedzieć tyle, że pozbawione charakteru nie są. Na samej trasie nie ma wprawdzie żadnych trudności, ale odsłaniały się nam i poważne stromizny, i ciekawe formy skalne. Być może wybierzemy się tam kiedyś ponownie żeby tym razem mieć jakieś widoki. Tego jednego mi szkoda, ze tak niewiele było widać. Ogólnie jednak było super.

Trasa liczy 17 km.

<a

Old Man of Stoer


Włócząc się po Sutherlandzie, nie mogliśmy nie wybrać się na Point of Stoer, na klify, obejrzeć sobie Old Mana. Ten 60-metrowy obelisk wystaje prosto z wody i jest popularnym celem wspinaczkowym.

Jak widać na mapie, dojechać da się do odległej o ok. 3 km latarni morskiej, a potem trzeba się przespacerować wzdłuż klifów (bez pośpiechu ok 40 min.).

Mieliśmy szczęście bo akurat jeden zespół się wspinał. Kiedy zobaczyliśmy ich po raz pierwszy, odpoczywali w dwóch trzecich wysokości obelisku, przed ostatnim wyciągiem. Mariusz udokumentował ich przygodę jak umiał najlepiej – może kiedyś natkną się na te zdjęcia?


A tu widać, że Old Man naprawdę ma twarz:

Kibicowanie wspinaczom, sceneria i sam spacer były tak fajne, że czuliśmy iż dzień z całą pewnością nie został zmarnowany, pomimo iż tego ranka nie wpuścił nas (z powodu fatalnej pogody) Ben Klibreck. Jednak Ben Klibreck nie ucieknie, a tak przynajmniej mieliśmy szansę popatrzeć sobie na fajną akcję.

To climbers on the pictures: if you want me to send you all the pics we’ve taken, just contact me on connspeach@gmail.com.

(Szansa, że tu trafią, jest minimalna, ale tak na wszelki…)

Ben Hope

Nr 81, Ben Hope

Wymowa: angielska

Znaczenie nazwy: hill of the bay (z języków nordyckich)

Wysokość: 927m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 256.

Data wejścia: 12.08.12

Ostatni wyjazd miał na celu zaliczenie czterech munrosów na dalekiej północy Szkocji. Z powodu odległości nie bywamy tam za często, a szkoda, bo to przefantastyczny rejon. Tu >>LINK<< nasza zeszłoroczna relacja z wyprawy w te okolice. Atrakcją oprócz gór są cudowne plaże:




Więcej zdjęć pod >>LINKIEM<<. Polecam zajrzeć!

Do parkingu pod górą można dojechać single track road w kierunku na Altnaharrę. Tam zaczyna się najłatwiejsza droga. Ben Hope’a można też zdobywać granią północną (trasa jakoby dość łatwa, ale w jednym miejscu ekstremalnie eksponowana) bądź którąś z grani na zachodnim zboczu, co wymaga już umiejętności wspinaczkowych. My jednak dawno nie chodziliśmy i postanowiliśmy nie zaczynać zbyt ambitnie – trasa turystyczna w zupełności nam wystarczyła.

Ben Hope od zachodu:

Droga ponad parkingiem pnie się najpierw średnio stromo (acz i tak jest to najstromszy odcinek trasy) na niski wał. Potem teren na krótko się wypłaszcza, ponownie spiętrza i po tym drugim spiętrzeniu wychodzimy już na rozległe plateau szczytowe.

Tak to wygląda jeszcze z tego pierwszego odcinka:


Początek wydał mi się nieco żmudny, ale chyba po prostu miałam za długą przerwę w chodzeniu po górach. No i nie mogłam się doczekać stanięcia po raz kolejny na szczycie munrosa.


Szkoda że nie do końca udało się nam z widokami, pomimo pięknej pogody widoczność z rana była kiepska. Ci których mijaliśmy schodząc, mieli już więcej szczęścia.


Na wierzchołku:


Urwiska zachodniej ściany opadające nad Loch Hope faktycznie robią wrażenie. Żeby je popodziwiać obniżyliśmy się do końcówki North Ridge:

Powrót tą samą drogą.

Ben Hope zdobywany turystycznie nie stanowi żadnego wyzwania, ale bez wątpienia jest górą ładną, a przede wszystkim niesamowicie położoną. Przy dobrej widoczności ze szczytu można podobno zobaczyć Orkady. Najbliższym munro jest dopiero oddalony o 23 km Ben Klibreck, więc wydaje się jakbyśmy stali na o wiele wyższej górze, tak Ben Hope wyrasta ponad otoczenie. Piękna, krótka i nieforsowna wycieczka do polecenia każdemu.

No i teraz do końca pierwszej setki już naprawdę nie -dzieścia, a -naście! 😀


Stac Pollaidh i Suilven


Na szkocką Daleką Północ jeździmy rzadko ponieważ z pasa centralnego jest to prawdziwa wyprawa. Przez "daleką północ" rozumiem tereny położone na północny zachód od Moray Firth, a umowną granicą jest dla mnie miejscowość Ullapool.

Najciekawsze jest zachodnie oraz część północnego wybrzeża, z kompletnie zwariowaną linią brzegową – mnóstwo ukrytych zatoczek, mniejszych i większych półwyspów, wysp i wysepek. Tam właśnie się zatrzymaliśmy, na kempingu w Altandhu położonym na półwyspie Rubha Mor (jak już pisałam, kempingom poświęcę oddzielną notkę, na razie tylko wspominam).

Na Dalekiej Północy znajdują się jedynie cztery średnio interesujące munrosy, ale nie znaczy to iż brak tam ciekawych górskich celów. Ten rejon znany jest przede wszystkim ze swoich korbetów i grahamów. Stac Pollaidh (aka Stac Polly), Suilven, Cul Beag i Mor, Ben Mor Coigach, Ben Stack, Quinag, Foinaven i Arkle – każdy szanujący się miłośnik szkockich gór zna te nazwy.

Podczas tegorocznego tripu byliśmy otwarci na różne możliwości, ale bezwzględnymi priorytetami były dwa grahamy – ikony: Stac Pollaidh i Suilven. I niestety na tych dwóch istotnie się skończyło, jako że pogoda nie rozpieszczała.

Pierwszego wieczoru była co prawda bardzo obiecująca – i właśnie wtedy Mariusz trzasnął najładniejsze zdjęcia Stac Pollaidh. Graham ten liczy sobie zaledwie 613m n.p.m. lecz tym, co go wyróżnia, jest sylwetka niczym z westernu:

Loch Lurgainn:

Tak natomiast góra prezentuje się z początku szlaku. Szczyt jest maksymalnie po lewej stronie (informacja bardzo istotna, o czym dalej):

Tak zaś widok na Stac Pollaidh z zachodniego wybrzeża, wzniesienie po prawej to Cul Beag:

Niestety po tym pierwszym pięknym wieczorze pogoda zrobiła się raczej w kratkę. Całą nadzieję pokładaliśmy w niewielkich rozmiarach Stac Pollaidh – nawet w pochmurny dzień była wszak szansa, że pułap chmur będzie powyżej tych 613 metrów. Z początku istotnie tak było:

Ścieżka wychodzi z samego parkingu, po czym łagodnie się wznosząc okrąża górę od prawej, by od drugiej strony wyprowadzić na przełęcz.

Wierzchołek po lewej od przełęczy jest osiągalny w trzy minuty, i tam jeszcze mieliśmy widoki – niestety po chwili przylazła chmura.

Loch Lurgainn

Z wierzchołkiem właściwym nie jest już tak łatwo. Grań szczytowa Stac Pollaidh to niesamowity park skalny, z początku wariantów scramblingowych jest wiele, od naprawdę łatwych do bardzo zaawansowanych. Formacje skalne przypominają te w Torridon i nic dziwnego, są zbudowane z tego samego piaskowca.

O ile większość grani można obejść, ostatnia wyprowadzająca na wierzchołek trudność jest nieomijalna – piaskowcowy pinakiel z lufą po obu stronach. Teraz jestem mądra, bo po fakcie przeczytałam dokładnie naszą literaturę. Przed wycieczką jednak byliśmy raczej beztroscy i ograniczyliśmy się do sprawdzenia trasy dojściowej. Dlatego też kiedy stanęliśmy na drugim wierzchołku, o niemal tej samej wysokości, byliśmy przeświadczeni że to już najwyższy punkt więc można sobie podarować ten ostatni kawałek. Tzn. mnie nie podobała się jego lufiastość (było dość ślisko), Mariusz ten akurat aspekt miał gdzieś, ale skoro i tak nie było nic widać, uznał że wejście na szczyt wystarczy. Post factum doczytaliśmy że jednak właściwy wierzchołek to był ten dalszy. Szkoda, bo z tą wiedzą zaliczył by go przynajmniej Mariusz. Niestety w związku z powyższym nie wpisujemy sobie Stac Pollaidh na listę zrobionych grahamów. Nadrobimy to, mam nadzieję, podczas kolejnej wycieczki w ten rejon.

W dzień wypadu na Suilvena pogoda zapowiadała się bardziej obiecująco. Poniżej fragment drogi do Lochinver, który ukazuje najbardziej IMO zwariowany rys północnego krajobrazu (akurat w rejonie Stac Polladh nie występował więc przedstawiam go teraz) – niesamowite pofałdowanie terenu w niewielkie wzniesienia o wysokości plus minus 100m n.p.m. Nie da się tego nazwać wzgórzami. W takim krajobrazie niesamowicie łatwo jest się zgubić, brak charakterystycznych punktów, tylko morze mini – pagórków i marsz w górę i w dół. W takiej scenerii właśnie mieliśmy maszerować na Suilvena, drogą z parkingu w Inverkirkaig.



Z początku idziemy malowniczym wąwozem ponad rzeką Kirkaig. Po ok. 5 km szlak rozwidla się – w prawo prowadzi do Wodospadów Kirkaig, prosto wyprowadza nad Fionn Loch. Na mapce zaznaczyłam skrót umożliwiający ścięcie kawałka linii brzegowej. Jest tam ścieżka ale skoro w jedną stronę ja przegapiliśmy, nie jest ewidentna.

Koło jeziora wkraczamy w tę właśnie scenerię którą opisałam powyżej. Naprawdę należy tu uważać żeby nie zgubić ścieżki. Marsz pod Suilvena dłuży się w nieskończoność (ponownie z nietypową dla nas niefrasobliwością nie doczytaliśmy dokładnie, lecz trasa ta ma ponad 10 km długości w jedną stronę). Poniżej pięknie widać cały masyw, szczyt – Caisteal Liath, czyli Szary Zamek (731m n.p.m.) jest po lewej. Wierzchołki po prawej to Meall Bheag oraz Meall Mheadhonach:

Image Hosted by ImageShack.us

A tu Suilven zdjęty znad Fionn Loch:

Image Hosted by ImageShack.us

Ścieżka wyprowadzająca na przełęcz jest potwornie zerodowana. Osiągnięcie grani było prawdziwą ulgą.

Na wschodnie wierzchołki podobno jest trochę scramblingu, my jednak nie chcieliśmy powtarzać błędu ze Stac Pollaidh i zależało nam na 100% zaliczeniu szczytu, poszliśmy więc na ścieżkowy Caisteal Liath. Pomimo chmur które przychodziły i odchodziły widzieliśmy wystarczająco dużo by widoki wywarły na nas niesamowite wrażenie.

Poniżej m.in. Fionn Loch i półwysep Rubha Mor:

Tu zaś Cul Beag, Ben Mor Coigach w chmurach i, po prawej stronie, pięknie widoczne filigranowe Stac Pollaidh:

Image Hosted by ImageShack.us

Wschodnie wierzchołki z tej perspektywy wyglądają spektakularnie, choć mamy tu do czynienia z lekkim złudzeniem optycznym, w rzeczywistości grań nie wznosi się aż tak bardzo:

Schodziliśmy tą samą drogą. W niesamowitym wieczornym świetle krajobraz prezentował się po prostu magicznie. Poniżej Stac Pollaidh:

Oraz Cul Mor i Cul Beag znad Fionn Loch:

I sam Suilven:



Droga powrotna wlokła nam się potwornie. Nie że nie robiliśmy nigdy dłuższych tras, niemniej raz że nie byliśmy psychicznie nastawieni na taką, dwa było już naprawdę późno. Wydaje mi się że lepiej było wybrać wariant od drugiej strony, z Lochinver – nie wiem czy ładniejszy ale na pewno krótszy. Taki a nie inny jednak zrobiliśmy dlatego taki zaznaczam na mapce.

W >>LINKU<< więcej zdjęć z Północy. Pogoda nie pozwoliła w pełni oddać piękna i niesamowitości tych krajobrazów, ale musicie mi wierzyć, są jedyne w swoim rodzaju.