Glen Shiel: The Brothers Ridge

Nr 230, Aonach Meadhoin; nr 231, Sgurr a’Bhealaich Dheirg; nr 232, Saileag

Wymowa: unah mian; skur a bialah djerik; salak

Znaczenie nazwy: middle ridge; rocky peak of the red pass; little hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1001 m n.p.m.; 1036 m n.p.m.; 956 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 135.; 96.; 205.

Data wejścia: 25.9.18

Braćmi nazywane są trzy munrosy w północnej grani Glen Shiel, w opozycji do leżących w tej samej grani bardziej znanych i bardziej kształtnych Sióstr. Miały to być nasze ostatnie już munrosy w tej dolinie co oznacza że raczej nie będziemy tu wracać dopóki nie skompletujemy wszystkich, za to później… Obok Glencoe, Cuilinów i The Mamores tu będziemy jeszcze wielokrotnie coś ogarniać. Kapusty będą mogły za to się cmoknąć.

Zaparkowaliśmy tak żeby do samochodu zejść i przetuptaliśmy te kilka kilometrów szosą do punktu startowego na wysokości Cluanie Inn. Ścieżka z początku jest wyraźna, później to już nie ma wielkiego znaczenia. To, co podczas podchodzenia wydaje się być szczytem munrosa to jedynie liczący sobie 843m n.p.m. przedwierzchołek – o ile ostatnie partie podejścia nań są dość strome, po jego osiągnięciu teren się wypłaszcza i przede wszystkim wreszcie pokazuje się nasz pierwszy munro.

Pogodę mieliśmy zdecydowanie jesienną: zimno, mokro i ciągłe ryzyko że chmury przykryją nas na amen, toteż pstrykaliśmy jak najwięcej zdjęć póki było coś widać. Poniżej Loch Cluanie i Cluanie Inn:



Momentami dzięki dziurom w chmurach robiło się bardzo fotogenicznie. Kompozycja pt. randomowy kopczyk oraz munro Ciste Dubh: 



Południowa grań Glen Shiel:



Spektakl dawany przez chmury i światło był momentami nawet bardziej dekoracyjny niż gdybyśmy mieli pełne słońce, ale przyjemność estetyczną psuła świadomość iż w każdej chwili może się on skończyć.



Grań wyprowadzająca na Aonach Meadhoin z okolic wspomnianego przedwierzchołka. Szczyt właściwy po lewej:



Na pierwszym planie korbet Am Bathach, a dalej munrosy Mullach Fraoch-choire i A’Chralaig:



Po raz kolejny grań południowa, gdzie światło po prostu szalało:



Oraz Ciste Dubh inkrustowany tęczą.



Na wierzchołku Aonach Meadhoin, munrosa numer 230. Tu zrobiliśmy szybkie zdjęcia po czym trzeba było lecieć dalej, jako że trasę rozpoczęliśmy nieprzyzoicie późno to jest w południe (urlop ma swoje prawa).



Droga na Sgurr a’Bhealaich Dheirg (można dostrzec kopiec szczytowy). Trzeci brat jest całkowicie schowany a to co widać na dalszym planie to już Siostry: Sgurr nan Spainteach i Sgurr na Ciste Duibhe.



Grań pomiędzy pierwszym a drugim munro jest przepięknie zdefiniowana i wąska (czego zdjęcia o tyle nie oddają że nachylenie stoków po obu stronach to zaledwie około 30 stopni, więc koło lufy to nawet nie stało), to bardzo piękny kawałek trasy i dokładnie to czego Glen Shiel ma pod dostatkiem.



Gdzieś na tym odcinku pogoda faktycznie się spieprzyła i mało brakowało a przegapilibyśmy wierzchołek Sgurr a’Bhealaich Dheirg – leży on u zarania pobocznej grani (bardzo zresztą ładnej), kilkadziesiąt metrów od głównej. Zdecydowanie jest to jeden z ładniejszych wierzchołków munrosów:



Kiedy zaczęliśmy marsz w kierunku Saileag pogoda wciąż nie rokowała, ale na zdjęciach coś jednak widać. Na tym odcinku grań również jest bardzo ładna a w pewnym momencie całkiem serio się zwęża (co widać poniżej), i te kilka kroków po mokrych śliskich skałach trzeba było robić dość uważnie.



Saileag to najniższy z braci, obiektywnie ładna góra ale dużo traci sąsiadując z dużo wyższymi i kształtniejszymi Siostrami.



Gdzy osiągnęliśmy wierzchołek było już naprawdę późno i trzeba było szybko lecieć w dół żeby ciemności nie zastały nas zanim znajdziemy ścieżkę zejściową.



Ostatni rzut oka na Sgurr a’Bhealaich Dheirg:



Z Saileag szeroką granią zeszliśmy na przełęcz skąd zbiegała ścieżka prosto na parking gdzie zostawiliśmy samochód. Zejście, choć relatywnie krótkie, okazało się o tyle problematyczne iż było dosyć ślisko a w pewnym momencie faktycznie zapadł zmrok i trzeba było wyjąć czołówki, co nie ułatwiało szybkiego schodzenia. Na szczęście ścieżka wytyczona jest dość inteligentnie, w najstromszych miejscach zygzakuje. Udało się dotrzeć do samochodu bez strat własnych większych niż stłuczona kostka.

Bracia mnie nie zawiedli, munrosy były niekapuściane, dużo marszu po ładnej grani: dokładnie tego spodziewałam się po Glen Shiel. Ta trasa musi być niesamowita w zimie!

Mapka z Walkhighlands: >>LINK<<

Opis z Walkhighlands (od drugiej strony): >>LINK<<

South Glen Shiel ridge part II

 

Nr 216, Maol Chinn-dearg; nr 217, Aonach Air Chrith; nr 218, Druim Shionnach; nr 219, Creag a’Mhaim

Wymowa: maol hin diereg; unah er hri; drim hiumoh; kreg a waim

Znaczenie nazwy: bald red head; trembling ridge; ridge of foxes; crag of the large rounded hill (za MunroMagic)

Wysokość: 981 m n.p.m.; 1021 m n.p.m.; 987 m n.p.m.; 947 m m.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 168.; 109.; 160.; 218.

Data wejścia: 26.5.18

 

Do południowej grani Glen Shiel składającej się z siedmiu munrosów i kilku pomniejszych szczytów przymierzyliśmy się parę lat temu, z worami (wory bo pierwszego dnia pokonaliśmy 11km szosą tak żeby z grani zejść do samochodu, a kempingowaliśmy na dziko w połowie drogi na grań, stąd trzeba było taszczyć wszystkie dobra). Daliśmy wtedy radę przejść trzy munrosy po czym raz że nie mieliśmy już siły dwa że pogoda się popsuła – musieliśmy się ewakuować z grubsza w połowie trasy. Ostatnia wycieczka miała na celu dokończenie grani, tym razem rozsądnie – na lekko. 

Tym razem rozbiliśmy się koło Cluanie Inn. Klimat majowej highlandzkiej nocy był specyficzny – dolina pełna namiotów i camper vanów a kilkanaście metrów od nas w zagłębieniu gruntu spały jelenie. Rano namiot poszedł do auta a my rozpoczęliśmy trzykilometrową wędrówkę szosą do podnóża jednego z północnych ramion opadających z grani (Druim Coire nan Eirecheanach).

Druim Coire nan Eirecheanach po lewej, po prawej alternatywne podejście granią Druim Thollaidh:



U podnóża DCnE trzeba było przekroczyć rzekę ale że pogoda dopisywała prawie cały maj, stan wody był bardzo niski i poszło gładko. Ścieżka zygzakami wyprowadza w wyższe partie grani:



Kiedy osiągnęliśmy w końcu główną grań okazało się że stoimy na munrosie – DCnE kulminuje dokładnie w wierzchołku Maol Chinn-dearg. 



Widoki stamtąd były wyjątkowo zacne, jak to w Glen Shiel i okolicach, które są drugim (po Ben Nevisie z przyległościami aż do Glencoe) największym skupiskiem charakternych munrosów. Poniżej widok na munro Sgurr an Doire Leathain, z którego zwiewaliśmy poprzednim razem:



Po prawej piękna góra Ladhar Bheinn leżąca na odludnym półwyspie Knoydart, którego jeszcze nie daliśmy rady poeksplorować:



Piękny i już zaliczony munros Sgurr a’Mhaoraich:



Loch Quoich z całym stadem munrosów: zaraz za jeziorem Gairich z wystającym zza ramienia Gulvainem, a dalej Sgurr na Coireachan, Sgurr Thuim, Sgurr Mor i Sgurr na Ciche z satelitami. W Glen Quoich zaś jakiś milioner walnął sobie nie tylko posiadłość ale nawet prywatne lądowisko:



Droga na Aonach Air Chrith też wyglądała dobrze:



Odcinek pomiędzy Maol Chinn-dearg i Aonach Air Chrith był najładniejszym kawałkiem trasy. Grań zwęża się coraz bardziej by pod koniec przejść w wijące się arête, z klifami po jednej stronie.



Miejsce poniżej w razie oblodzenia można bezproblemowo obejść od prawej strony:



Niestety ten kawałek kończy się o wiele za szybko kiedy osiągamy wierzchołek Aonach Air Chrith, najwyższego munro ze wszystkich siedmiu w grani. W tle Easains, Grey Corries i Nevis Range:



Na północ opada momentami eksponowana grańka Druim na Ciche, którą na zdjęciu ekspoloruje Mariusz, za plecami mając Brothers Ridge, ledwo dostrzegalny mikro szczycik Ciste Dhubh, oraz giganty Glen Affric Mam Sodhail i Carn Eige.



W porównaniu z dotychczasową trasą kolejny odcinek wygląda jak pastwisko (ten połogi fragment jedynym takim w całej dość dobrze zdefiniowanej grani). Widać dwa ostatnie munrosy, Druim Shionnach i Creag a’Mhaim.



Południowi sąsiedzi, piękne munrosy Gleouraich i Spidean Mialach:



Pastwiska ciąg dalszy. To dobra okazja żeby wspomnieć że ruch na grani był w obie strony jak na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alejami. Większość zaliczała całą grań, co jest opcją karkołomną przede wszystkim ze względu na konieczność powrotu szosą do punktu startowego (stąd nasze dawne kombinacje z rozbijaniem tego na dwa dni) bo razem to jest kobyła ok. 37 km, bez gwarancji złapania podwózki – i weź tu popylaj asfaltem 11 km prawie bez pobocza po przejściu siedmiu munrosów. Jeśli ekipa większa to rozwiązaniem są dwa samochody.



Zoom na Ciste Dhubh, maleńkiego ale bardzo charakternego munrosa, oraz Mam Sodhail i Carn Eige, najwyższe szczyty po tej stronie Great Glen.



Oraz zaskakująco niedoceniany a również wspaniały Sgurr nan Conbhairean. Lumpa po prawej to Carn Ghluasaid, który jakimś cudem jest klasyfikowany jak samodzielny munros.



Rzut oka wstecz na Aonach Air Chirth oraz grańkę Druim na Ciche:



Na wierzchołku Druim Shionnach, gdzie byliśmy już nieźle wytrzepani, głównie słońcem:



Oraz Gairich wyglądający spomiędzy Gleouraicha i Spideana Mialacha, z bonusowym Gulvainem najbardziej w lewo. Gairich to była nasza jak na razie jedyna wycieczka w ten rejon w pełnych warunkach zimowych, i lód sprawił że było emocjonująco:



Grań pomiędzy Druim Shionnach a Creag a’Mhaim nie ma już pastwiskowatego charakteru a pod wierzchołkiem tworzy nawet kolejną na tej trasie arête, tyle że miniaturową (znów, przy oblodzeniu można ją strawersować od południa). 



Odcinek pomiędzy dwoma ostatnimi munrosami w przeciwnym kierunku:



Na Creag a’Mhaim przyznaję że już miałam dość. Niestety zejście stamtąd najwygodniejszą opcją jest długie, a tą mniej wygodną podejrzewam że bardzo męczące. Teoretycznie ze szczytu można zejść na rympał do Cluanie Inn (nie wiem czy jest jakaś ścieżka, nie szukaliśmy jej) ale my poszliśmy zwykłym zejściem, tzn. najpierw zygzakującą stalkerską ścieżką, a potem przez ok. 7 km szutrową drogą.



Ten ostatni odcinek, pomimo pięknych widoków na Loch Shiel, był już dość ciężki.

Szczegółowa mapa całej siedmiomunrosowej trasy ze strony Walkhighlands pod tym >>LINKIEM<<. Info o trasie natomiast tu: >>LINK<<.

W Glen Shiel pozostały nam już tylko trzy munrosy Brothers Ridge, które planujemy na jesienny urlop. Ale gdzie jak gdzie alu tu na pewno będziemy regularnie wracać, podobnie jak do Glencoe, w Mamores, Benka czy na Daleką Północ.


Ciste Dhubh

 

Nr 205, Ciste Dhubh

Wymowa: kista du

Znaczenie nazwy: black chest (za MunroMagic)

Wysokość: 979m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 173.

Data wejścia: 26.3.17

 

Na kolejny dzień tego pięknego weekendu zaplanowaliśmy munrosa Ciste Dhubh w niezrównanej Glen Shiel. Tam ciężko o nieudany wypad. Ciste Dhubh można połączyć z trzema munrosami Brothers Ridge ale nie jestem Cameronem McNeishem ani moim bratem, po górach nie biegam, a dodatkowo mieliśmy w nogach zrobionego poprzedniego dnia Gulvaina. Taka trzynastokilometrowa trasa wydawała się w sam raz.

Poranny postój pod pomnikiem komandosów koło Spean Bridge – widać kawałek zimowej północnej ściany Ben Nevisa:



Loch Cluanie:



Parking znajduje się na wysokości niewielkiego lasku, może z kilometr od Cluanie Inn. 

Trzynaście kilometrów to jedno, ale to Glen Shiel, więc zapyla się do góry od samego początku, bez szansy na rozgrzewkę – Glen Shiel nie daje forów. Tu trzeba popracować. 



W południowej grani zostały nam jeszcze cztery munrosy. 



Wspinamy się – jak to w Glen Shiel, dość żmudnie – na grańkę skromnie wciśniętą między wielkie masywy Brothers Ridge od zachodu oraz A’Chralaiga z sąsiadem od wschodu. Jej kulminacją jest korbet Am Bathach. Kiedy już pokona się pierwszą stromiznę i osiągnie faktyczną grań, zaczyna być przyjemnie.

Widoczny po lewej szczycik An Cnapach poczatkowo wzięliśmy za wierzchołek munrosa. Widać było że śniegu trochę jest, ale powinno być ok. Tym razem raki i czekany zostawiliśmy w bagażniku i mogliśmy tylko mieć nadzieję że to słuszna decyzja.



Właściwy wierzchołek munrosa odsłonił się dopiero z podejścia na Am Bathach. Widok był pod takim kątem iż nie było widać czy trawers jest w śniegu, ale ludzie których spotkaliśmy na trasie również nie mieli zimowego ekwipunku, co było pocieszające. Szlag by mnie trafił gdybym musiała się wycofać.



Pełny widok z wierzchołka korbeta – tu już widać było że śnieg leży jedynie na krawędzi klifów a więc będzie luz. Swoją drogą Ciste Dhubh to bardzo piękny szczyt, nawet jak na takie zagłębie imponujących munrosów jak Glen Shiel.



Urodą prawie dorównuje Pięciu Siostrom:



Z Am Bathach zeszliśmy na głęboką przełęcz, skąd wracając mieliśmy schodzić w dolinę. Można stąd kontynuować także w kierunku Brothers Ridge. Z przełęczy rozpoczęliśmy kilkuetapowe podchodzenie na munrosa. Pierwszy odcinek, bardzo stromy, był po czymś w rodzaju pionowego bagna (przesadzam, ale tylko trochę) bo wszystko tam płynęło łącznie ze ścieżką którą radośnie pluskał strumyk, i taplaliśmy się w błocie. Ponad tym nieprzyjemnym kawałkiem jest kolejny fragment, odrobinę łagodniej nachylony i bardziej suchy. Podchodzimy nim pod szczycik An Cnapach – ten skalny trójkąt który z początku wzięliśmy za szczyt – i można albo przez niego przejść, albo go strawersować (co też uczyniliśmy albowiem było już nieprzyzwoicie późno).



An Cnapach na drugim planie, na kolejnym Am Bathach. To ostatnie podejście wzdłuż klifów jest cudowne. Momentami bardzo uważałam, bo stromizna po lewej (zdjęcia nigdy nie oddają tego dobrze, chyba że mówimy o pionowych tatrzańskich ścianach których fotografie ciężko spieprzyć) była znaczna, a ścieżka śliska i gdzieniegdzie jednak ten śnieg zalegał. Partie szczytowe Ciste Dhubh mogą nie być trudne do sforsowania ale zdecydowanie są powietrzne.



Ale poważnie, czyż to nie jest piękna góra? 



Przed widocznym na poprzednim zdjęciu obniżeniem miałam moment lekkiego pietra, bo na wąskim fragmencie grani leżał płytki śnieg, taki w sam raz żeby na nim pojechać i sturlać się w dolinę. Trzeba było usiąść na tyłku…

Generalnie jednak śnieg nie przeszkadzał, poprzedni baggerzy wydeptali eleganckie stopnie.



W tle Brothers Ridge a na najostatniejszym planie po lewej wychyla się Ben Nevis:



Chyba jedyne zdjęcie które jakoś oddaje to wrażenie powietrzności:



Widok z wierzchołka oczywiście jest spektakularny ale nieco cierpi przez fakt że Ciste Dhubh, choć charakterny, jest raczej średnich rozmiarów munrosem i trochę ginie przy swoich wyższych sąsiadach. W panoramie najokazalej przezentują się oczywiście Siostry, choć po raz pierwszy uważnie przypatrzyłam się także Braciom i zaimponowali mi liniami i kubaturą.



Szczytowe. Upał był, jak na marzec, nieziemski.



Mam Sodhail i Carn Eige, najwyższe szczyty Gór Kaledońskich (Ben Nevis należy do Grampianów). Po lewej wychyla się Liathach. Na żywo wyraźnie było widać pinakle Am Fasarinen. Cóż za widoczność 🙂



Nie było czasu żeby delektować się widokami, po paru minutach rozpoczęliśmy odwrót.



Ze szczytu munrosa do samochodu udało nam sie dojść w trochę ponad dwie godziny co dowodzi że dobrze mieć grawitację po swojej stronie.

Po tej wycieczce zostałam wielką fanką Ciste Dhubh – uważam że to jeden z fajniejszych munrosów w ogóle. Zdecydowanie cel nie tylko dla baggerów. Generalnie miniony weekend był cudowny: granie, wysokość, wysiłek, morze szczytów po horyzont… Bardzo mi tego brakowało.

 

Carn Ghluasaid, Sgurr nan Cobhairean i Sail Chaorainn

 

Nr 174, Carn Ghluasaid; nr 175, Sgurr nan Conbhairean; nr 176, Sail Chaorainn

Wymowa: karn kluaszid; skur nan koniweyren; sal kuu-ran

Znaczenie nazwy: cairn like hill of movement; rocky peak of the hound keeper; rounded hill of the rowan tree (za MunroMagic)

Wysokość: 957 m n.p.m.; 1109 m n.p.m.; 1002 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 203.; 44.;

Data wejścia: 30.5.2016

 

Na te trzy munrosy idzie się z Glen Shiel, z miejsca zwanego Lundie. Nie wiem czym to Lundie miało by być bo na pewno nie miejscowością – żadnych budynków tam nie ma. Jest za to spory parking.

Muszę się do czegoś przyznać: do tej pory byłam święcie przekonana że munrosy Glen Shiel kończą się na masywie A’Chralaig i Mullach Fraoch-coire (choć przecież byłam na obu tych szczytach i widziałam jak okolica wygląda). Jakoś kompletnie ominął mnie fakt istnienia w tej dolinie kolejnych trzech munrosów. Trochę usprawiedliwia mnie to że kiedy wjeżdżamy do Glen Shiel efektownie po tej stronie drogi zaczyna się robić kiedy pojawia się Brothers Ridge, przedtem widać tylko jakieś połogie zbocza. Tak czy inaczej, być w okolicy tyle razy i wykazać się taką ignorancją, to jest wyczyn 😛

Kiedy zaczynaliśmy nie było zbyt efektownie, wszędzie chmury. Zgodnie z prognozami miały się podnieść więc mogliśmy jedynie mieć nadzieję że nastąpi to zanim osiągniemy szczyty munrosów.

Na Carn Ghluasaid wchodzi się niezłą ścieżką, z początku łagodnie (przechodzi się koło masztu telefonii komórkowej więc to jedno z nielicznych miejsc w okolicy gdzie nie ma problemu z zasięgiem), potem teren stromieje. Na tym etapie widoków nie mieliśmy prawie żadnych.

Loch Cluanie:

Sam Carn Ghluasaid za wiele charakteru nie ma. Wierzchołek jest po prostu kulminacją płaskowyżu, dobrze chociaż że położoną tuż na krawędzi kotła – gdyby nie kotły ten munros byłby po prostu kopą. Jak widać, cały czas nie mieliśmy widoczności acz było widać że wastwa chmur jest cienka, miejscami prześwitywało niebieskie niebo i ogólnie wydawało się jest nadzieja.

Nie pamiętam czy to moje drugie czy trzecie górskie widmo Brockenu (samolotowych nie liczę):

Na Sgurr nan Conbhairean idzie się z początku po płaskim, dopiero na finisz teren znacznie się spiętrza. W związku z czym trochę nie rozumiem jakim cudem Carn Ghluasaid załapał się na munrosa – przełęcz pomiędzy nimi jest wyjątkowo płytka.

Na etapie podchodzenia mieliśmy jeszcze chmury, ale coś tam się odsłaniało. W pewnym moemncie odsłoniło się pole snieżne pod wierzchołkiem Sgurr nan Conbhairean i aż mnie zmroziło jak niesamowicie wysoko zdawało się ono być, dużo wyżej niż się spodziewałam. Różnica wysokości pomiędzy munrosami to 152 metry więc faktycznie trochę wspiąć się trzeba.

Wierzchołek Sgurr nan Conbhairean okazał się zaskakująco nieobszerny, z ładnymi kotłami z obu stron (fakt że można się było tego domyśleć z samej nazwy, „sgurr” oznacza górę nie będącą kopą) – milion razy więcej charakteru niż Carn Ghluasaid. Wreszcie pojawiły się widoki, choć chmur jak widać wciąż trochę było, głównie niestety nad kolejnym munrosem toteż nie mam dobrego zdjęcia ilustrującego dalszą drogę.

Sail Chaorainn jest przed nami we mgle:

Ramię którym mieliśmy wracać do Glen Shiel:

Taki góra trzyosobowy (chociaż to pewnie zależy od gabarytów) schron znajduje się nieco poniżej wierzchołka:

Ta dolina na mapie figuruje jako kocioł: Coire Sgreumh. 

Ze szczytu obniżamy się łagodnym ramieniem, potem nieco ostrzej ale bez wielkiej stromizny na przełęcz, skąd na Sail Chaorainn jest dosłownie spacer.

Różnica wysokości pomiędzy drugim a trzecim munrosem to 107 metrów na korzyść drugiego. Uwaga: za ostatnim munrosem znajduje się kolejne wzniesienie oddzielone płytką przełęczą, które wydaje się być tej samej wysokości co Sail Chaorainn. W rzeczywistości jest o 1 metr niższe. Jeśli ktoś ma energię spacer może sobie oczywiście zrobić, tym niemniej wierzchołek właściwy to ten wcześniejszy.

A’Chralaig i Mullach Fraoch-choire, bardzo piękna trasa:

Jak widać, wracając nie trzeba ponownie wchodzić na Sgurr nan Conbhairean, szczyt można strawersować chociaż trawers wypada i tak sporo powyżej wierzchołka Sail Chaorainn więc włażenia pod górę się nie uniknie:

Na drugim planie początek Brothers Ridge, dalej południowa grań Glen Shiel z charakterystycznymi sylwetkami masywów The Saddle oraz Sgurr na Sgine – ten ostatni z ramieniem kulminującym w szczyciku Faochag, schodzenie z którego było katorgą a wchodzenia nawet nie chcę sobie wyobrażać 😛

Ścieżka zejściowa, na pzredostatnim planie munrosy Glen Quoich które też wystąpią w relacjach z tego urlopu.

Im niżej schodzimy tym bardziej Sgurr nan Conbhairean traci swoje śmiałe linie i zaczyna wyglądać jak kopa. Co trochę usprawiedliwia moją ignorancję opisaną na początku 😉

Pod koniec można zdecydować – iść ścieżką biegnącą zboczami ponad szosą czy też samą szosą. Zdecydowaliśmy się na to ostatnie. Wg Where’s the path odległość odcinka po szocie to dwa i ćwierć kilometra więc jesli nie jest się w zimowych scarpach można się porywać 😉

Trasa liczy sobie tyle samo co poprzednia: 17 km. Tyle że tym razem zaliczamy trzy munrosy. Swoją drogą dwa z nich są na tyle łagodne że jest to relatywnie mało forsowna trójmunrosówka. 

Mapka z Walkhighlands:

 

Beinn Fhada

 

Nr 173, Beinn Fhada

Wymowa: bin fada

Znaczenie nazwy: long hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1032 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 100.

Data wejścia: 29.5.2016

 

Na tegoroczny (pierwszy z dwóch) highlandzki urlop wybraliśmy się znowu w Kintail a konkretnie na półwysep Glenelg, niezłą bazę wypadową w rejon Glen Shiel a nawet na Skye. Wadą tej lokalizacji była konieczność przejeżdżania przez przełęcz Mam Ratagan za każdym razem kiedy chcieliśmy się wydostać z Glenelg (wyjątkiem był wypad na Skye kiedy popłynęliśmy promem). Nie da się jednak zaprzeczyć że widok z przełęczy jest spektakularny. Na zdjęciu po lewej jest A’ Ghlasbheinn, dalej fragment Beinn Fhady (konkretnie Hunter’s Ridge) a na bliższym planie początek grani Pięciu Sióstr Glen Shiel.

Na Beinn Fhadę wchodziliśmy częściowo znaną nam drogą przez Gleann Choinneachain, którą rok wcześniej wracaliśmy z A’Ghlas-bheinna. Start jak poprzednio z miejscowości Morvich. 

Poniżej Bealach an Sgairne, przełęcz pomiędzy A’Ghlas-bheinnem a masywem Beinn Fhady. Całkiem niedaleko od tego miejsca ścieżki rozdzielają się i zaczynamy się piąć zboczami w kierunku szczytowego plateau.

Ścieżka jest wyraźna, wije się przyjaznymi zygzakami, żadnych bagien – jak na Highland to są prawdziwe luksusy.

Hunter’s Ridge jest najciekawszym elementem masywu, który poza tym bardziej by pasował w Cairngormsach niż w Kintail, gdzie góry są strzeliste i mają zdefiniowane granie. Mieliśmy nim schodzić ale spasowałam. Nie czułam się podczas tego wyjazdu nastawiona na żadne, nawet stosunkowo niewielkie przygody czy wyzwania (będzie to widoczne także w notce ze Skye). 

Pogoda była najsłabsza właśnie tego dnia. Przez resztę wyjazdu już nie mieliśmy już powodów do narzekań.

Tu dobrze widać „cairngormskość” Beinn Fhady. To na swój sposób imponujący masyw ale oglądany z innych gór w rejonie po prostu ginie, nie będąc ani najwyższym ani nie dysponując kształtem rozpoznawalnym z daleka.

Widoki ze szczytu (położonego w południowo-wschodniej części masywu) także nieco tracą jako że na pierwszym planie w każdym kierunku wyjąwszy Glen Affric, widzi się przede wszystkim kawał płaskowyżu. 

Droga do Hunter’s Ridge:

Fragment grani sióstr z bardzo charakterystycznym Beinn Sgritheall na ostatnim planie. Nie mam pojęcia jakim cudem ta góra praktycznie z każdego miejsca wygląda na tak wysoką mając zaledwie 974m n.p.m. – ok, wyrasta dosłownie z morza ale wszystkie okoliczne munrosy są blisko morza, większość ma powyżej 1000m a to Beinn Sgritheall robi wrażenie giganta. Ot zagadka.

Poniżej Mullach Fraochchoire i A’Chralaig zaś pomiędzy nimi czubek Sgurr nan Conbhairean, o którym jeszcze nie wiedziałam że wejdę na niego kolejngo dnia.

Jako że zrezygnowaliśmy z Hunter’s Ridge powrót wypadł tą samą drogą a zatem bez przygód. Beinn Fhada zdobyta w ten sposób okazała się dobra na rozruch – 17km po dobrej ścieżce, w sporej części w nieznacznym nachyleniu, pozwoliło się rozgrzać przed kolejnym nieco konkretniejszym dniem.

 

 


Sgurr na Sgine

 

 Nr 165, Sgurr na Sgine

Wymowa: skur na skine

Znaczenie nazwy: rocky peak of the knife (za MunroMagic)

Wysokość: 946 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 223.

Data wejścia: 16.4.16.

 

Tym razem plan zakładał że przejdziemy znaną już trasę przez Forcan Ridge na munrosa The Saddle, po czym pójdziemy na nie zdobytego poprzednim razem Sgurr na Sgine. Tu >>LINK<< do poprzedniej wycieczki z lata 2008 roku.

Poranne Rannoch Moor:

Topografii nie będę szczegółowo opisywać ponieważ mapka jest w dużej skali i dobrze wszystko pokazuje, ponadto nie jest to skomplikowana orientacyjnie trasa. Co muszę napisać to to że Glen Shiel, jak zawsze, powaliła mnie swoją potęgą. Jest chyba nawet bardziej monumentalna od Glencoe.

Na zdjęciu kolejno: grań wyprowadzająca na Sgurr nan Forcan, grań pomiędzy nim a The Saddle oraz wierzchołek munrosa. Nazwę „Forcan Ridge” rezerwuje się (wyjątkiem zdaje się być Walkhighlands) jedynie na odcinek pomiędzy Sgurr nan Forcan a The Saddle. Całość w półzimowych warunkach wyglądała mniej niewinnie niż zapamiętałam z poprzedniego razu.

Zwłaszcza końcowe podejście na Forcana budziło respekt:

Południowa grań Glen Shiel:

Fragment Pięciu Sióstr:

Na pierwszym odcinku grani, do wypłaszczenia, scrambling jest w miarę prosty i bez ekspozycji.

Widoczne po prawej wypłaszczenie jest już z kolei dość eksponowane ale bez trudności. Finałowe podejście wyglądało za to dość groźnie. Z tego co pamiętałam była tam ścieżka którą można było omijać ostrze grani w cięższych momentach… Ale ogólnie po sześciu latach wspomnienia dość mocno się zatarły.

Okazało się że jest dużo trudniej niż zapamiętałam, momentami spora ekspozycja, gdyby nie chłopaki nie poradziłabym sobie. Trudno mi ocenić na ile wzrost trudności wynikał z zimowych warunków, choć nie wiem z czegóż by w sumie innego: przez te sześć lat trochę po górach połaziłam, nawet się lekko powspinałam ze trzy razy, nie powinno być tak że w mojej percepcji trudności nastąpił totalny regres. A jednak odebrałam tę trasę jako dużo cięższą niż poprzednim razem! Było na przykład jedno miejsce gdzie miałam dylemat: dać bardzo niezręcznego pojedynczego kroka nad lufą, albo schodzić po nieco tylko mniej eksponowanej gładkawej płycie, obie opcje niefajne. Zupełnie takiego miejsca ani dylematów nie kojarzę z pierwszego razu.

Było i suwanie okrakiem po koniu skalnym, i inne atrakcje obiektywnie nietrudne ale takie których naprawdę nie pamiętałam. Jak myśmy szli poprzednio? 

Finałowe podejście na kopułę szczytową Forcana uskuteczniliśmy po twardym jak beton polu śnieżnym. Do przejścia pozostała nam jeszcze „tylko” Forcan Ridge. Też pamiętałam ją jako nietrudną ale na tym etapie już raczej nie ufałam swoim wspomnieniom.

Tu widać szczyt Forcana a dalej Forcan Ridge po The Saddle. Staliśmy u wylotu żlebu opadającego spod wierzchołka i wtedy mnie olśniło, że możemy równie dobrze nim zejść – miałam już dosyć. 

Zejście żlebem okazało się niewiele mniej emocjonujące niż dotychczasowa trasa. Na pewno było to jedno z bardziej stromych zejść jakie kiedykolwiek zaliczyłam. Ostrożność i koncentracja konieczne przez cały czas, zwłaszcza na odcinkach pokrytych śniegiem, na których czułam się zresztą jak na drabinie.

Fizycznie ten stresujący odcinek dał mi popalić najbardziej. Cudownie było wreszcie usiąść na dole i zagrzać sobie wodę na herbatę. Musieliśmy tylko jeszcze podjąć decyzję: kontynuujemy na Sgurr na Sgine czy nie?

Oczywiście byłam za. Nie darowałabym sobie zrezygnowania z tej góry po raz kolejny.

Żeby wejść na munrosa najpierw należało się wdrapać na przeciwległy wał górski (znaleźliśmy ścieżkę więc poszło szybko), skąd na wierzchołek było już niedaleko – to garbik po lewej:

Tu już atrakcji nie było, uważać należało jedynie na płatach betonowego śniegu. Raki zdjęliśmy po zejściu żlebem i nikomu już nie chciało się z nimi pieprzyć.

Widoki ze Sgurr na Sgine powalały, ale najwspanialej przezentował się jednak masyw The Saddle. Pięknie widać nasze zejście: z Forcana opadają dwa śnieżne żleby tworząc literę V; ten po prawej jest nasz. Aż mnie zmroziło jak go zobaczyłam z tej perspektywy.

Żeby zacząć schodzić należało przejść przez widoczne poniżej ramię wyprowadzające na szczycik Faochag, który pięknie przezentuje się z dna doliny. Konkretnie to wygląda na niemal niemożliwy do wejścia ze względnu na stromiznę. Podejrzewam że to „ostrze noża” w nazwie munrosa mogło się wziąć właśnie od jego kształtu.

Faochag – stąd trzeba było jeszcze tylko zejść 900 metrów w dolinę.

Przyjemnym momentem było rozdziewiczanie snieżnej grańki:

Zejście było bardzo strome, ale jeśli na odcinku dwu i pół kilometra obniża się o 900 metrów trudno się spodziewać czegoś innego. Dla kolan – zabójstwo, ale na pewno piękne i spektakularne zwieńczenie trasy.

Wycieczka cudowna, ale bardzo dała mi w kość. No i cały czas zastanawiam się skąd różnica w moich wspomnieniach z obecną percepcją tej trasy. Mariusz twierdzi, że po prostu trudności wzrastają w zimowych warunkach i o nic więcej tu nie chodzi. Przyznaję uczciwie – grań wejściowa na Forcana była dla mnie tym razem wyzwaniem, a żleb zejściowy okazał się nieoczekiwaną wisienką na torcie. 

Weekend w Highlandzie



W góry zupełnie nie udaje nam się ostatnio wyskoczyć, ale w ostatni weekend zrobiliśmy sobie objazdówkę po Skye i zachodnim Highlandzie. Złota jesień plus okno pogodowe zaowocowały fantastycznymi wrażeniami. Szkoda że nie jestem w stanie wrzucić wszystkich zdjęć.


W sobotę na Skye jeszcze nie było rewelacyjnie, trochę co chwila popadywało, ale dało się coś zobaczyć. 

Storr stał w chmurach, za to Qiraing nie rozczarował:
Image Hosted by ImageShack.us
Hebrydy Zewnętrzne wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Za krową widać góry na Harris.

Image Hosted by ImageShack.us



Czarne Cuilliny odsłoniły się dopiero wieczorem, ale jak już to już. Sgurr nan Gillian wygląda od tej strony tak, że słowackie Tatry Wysokie by się nie powstydziły:

Image Hosted by ImageShack.us
Zachód słońca był spektakularny.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us


W niedzielę – masakra. Od rana pogoda taka że trudno było uwierzyć. Śniadanie z widokiem na przyśnieżone, skąpane w słońcu Cuilliny, bezcenne.

Image Hosted by ImageShack.us


Nie chciało nam się tak od razu wracać więc najpierw pojechaliśmy na półwysep Sleat, gdzie nas jeszcze nie było. Roztaczają się stamtąd widoki na dziki półwysep Knoydart z piękną górą Ladhar Bheinn (najwyższa na zdjęciu) na którą od dawna się szykujemy (wycieczka niestety dość skomplikowana logistycznie).

Image Hosted by ImageShack.us



Image Hosted by ImageShack.us

Loch Alsh:

Image Hosted by ImageShack.us

To natomiast niewątpliwie dwie najwyższe z Five Sisters of Kintail >>LINK<<.

Image Hosted by ImageShack.us

Na cmentarzu u wylotu Glen Affric było tak pięknie, że zrobiliśmy tam dłuższy postój.

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejne dwa wypadły nad Loch Garry, pierwszy na znanym punkcie widokowym:

Image Hosted by ImageShack.us

I drugi, bo nie dało się przejechać mimo wobec tych kolorów.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Jako że wypadał Remembrance Day, pod Commando Memorial koło Spean Bridge był niezły tłum. Było na co popatrzeć.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Postanowiliśmy podskoczyć jeszcze do Glenfinnam i po drodze ustrzeliliśmy Benka który był jak zwykle bezbłędny.

Image Hosted by ImageShack.us

Glenfinnan Monument i wiadukt załapały się na zdjęcia w ostatnich chwilach przed zachodem słońca:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Glencoe i reszty już się uwiecznić nie dało. Ale co ogarnęliśmy to nasze. Niezapomniany dzień.

Śniegu jest już całkiem sporo i nie mogę się doczekać kiedy w końcu pójdziemy w góry!!!

A’Chralaig i Mullach Fraoch-choire

Nr 121, A’Chralaig i nr 122, Mullach Fraoch-choire

Wymowa: a kralah; mulah fruah kori

Znaczenie nazwy: the basket;  summit of the heathery corrie (za MunroMagic)

Wysokość: 1120m n.p.m.; 1102m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 33.; 49.

Data wejścia: 14.09.13

Te dwa munrosy zdobywa się z Glen Shiel, choć Mullach leży już właściwie w Glen Affric. Parkujemy trochę przed Cluanie Inn. Góry są wysokie ale przynajmniej nie startujemy z poziomu morza, a z ok. 250m n.p.m. 

To zachodnie wybrzeże – góry mają tu znacznie więcej charakteru niż ich naleśnikowate rodzeństwo z centrum kraju, może nie ma tu wiele skały ale wierzchołki są kształtne i strzeliste, granie gdzieniegdzie wąskie, płaskowyżów brak. Ponadto szczyty Glen Shiel są łatwo dostępne gdyż doliną biegnie A87. Z Glen Affric jest pod tym względem ciężej.

Na A’Chralaig Walkinhighlands zaleca wchodzić ramieniem opadającym na parking. My weszliśmy kawałek w dolinę licząc że po zboczach będzie biegła na szczyt jakaś ścieżka, ale że żadnej nie znaleźliśmy, zaczęliśmy wchodzić tak jak było nam najwygodniej z uwagi na rzeźbę terenu. Podchodzenie było średnio przyjemne: mokra wysoka trawa oraz zbocze które nie chciało się skończyć.

Wszystkim nam ulżyło kiedy w końcu osiągnęliśmy grań. Z miejsca na które wyszliśmy na szczyt było jedynie krótkie podejście. Mogliśmy też po raz pierwszy obejrzeć sobie nasz cel nr. 2, Mullacha Fraoch-choire:
Wreszcie mieliśmy widoki na drugą stronę, na Gleann na Ciche oraz Glen Affric z jej jeziorem. Praktycznie ostatnia tegoroczna szansa żeby obejrzeć sobie ten krajobraz w zieleni. Trawy zaczynają już rudzieć.
Jako że miałam jeszcze sporo energii, musiałam zdobyć szczyt pierwsza 😀
A także wejść na najwyższy punkt ;D
Jak widać na Mullacha nie jest daleko, choć po drodze będziemy przechodzić przez jeszcze jedną górę, Stob Coire na Craileig (to ten szczycik w słońcu). Choć ma 1008m n.p.m. nie jest munrosem ze względu na zbyt małą wybitność.
Z A’Chralaig schodzimy miejscami kamienistą granią – przyjemny odcinek, idzie ekspresowo, a widoki powalają. Najciekawiej wyglądał fragment przed szczytem Mullacha, wąska grańka z licznymi turniczkami:
Pogoda była w kratkę, chmury przychodziły i odchodziły, pokapywał deszcz. W niczym nie odbierało to jednak uroku krajobrazowi, powiedziałabym wręcz że wprost przeciwnie:
Schodzić mieliśmy ścieżką opadającą z przełęczy pomiędzy Stob Coire na Craileig a Mullachem, co oznaczało że grańkę będziemy przechodzić dwukrotnie. Zaczęła się niewinnie:

Niestety jak to bywa przyszedł moment który mi się nie spodobał. Chodzi o powyższego pinakla. Na górze trzeba wykonać jeden średnio trudny eksponowany manewr i cofnęłam się, pokonana obustronną ekspozycją. Trochę jak krótszy Rohacki Koń. W jakimś stopniu usprawiedliwia mnie fakt że moje wysłużone braschery mocno się na tej skale ślizgały. Ale w gruncie rzeczy nie przeszłam tego bo nie musiałam, taka prawda 😦 Chłopaki nie mieli problemów.
Tak to miejsce wyglądało – zdjęcie robione w dół – niby tylko kilka ruchów, ale…
Dalej podobno było już bezproblemowo:
Ja natomiast po cofnięciu się wpadłam na genialny pomysł schodzenia z grani prosto na omijankę, po bardzo stromych mokrych trawach. Po kilku metrach kiedy tylko złapanie się kamienia uratowało mnie przed pojechaniem na dupie pacnęłam się w głowę i (nie bez pewnych akrobacji) zdjęłam spodnie przeciwdeszczowe, które działały jak folia albo jabłuszko pod tyłkiem. Gdybym faktycznie na nich pojechała, zatrzymałabym się pewnie dopiero w Gleann na Ciche. Już bez większych problemów zsunęłam się na ścieżkę – poniżej widać jak wracam nią na grań:
Po drodze był jeszcze jeden grzebień skalny. Mariusz wspiął się na niego po czym kazał nam go ominąć ze względu na eksponowany i wymagający podciągnięcia się kawałek na górze.
Za grzebieniem pozostał już tylko króciutki odcinek na szczyt.
Para która szła za nami na zdjęciu przymierza się do przejścia feralnego pinakla. Oni jednak także się wycofali.
Pogoda z biegiem dnia robiła się coraz lepsza i kiedy wyszliśmy na szczyt zdążyła się już ustalić. Pięknie było. Cudny, dziki, tajemniczy rejon, jeden z ciekawszych w Szkocji. Fajnie że mamy tu jeszcze tyle munrosów do zdeptania.
Na ten kopiec nie weszłam, bo był luźny 😛 Ale dotknęłam, więc się liczy ;P
Zejście z przełęczy było… mokre. Trzeba było się trochę nagimnastykować żeby nie przemoczyć butów (mnie się to nie do końca udało). Na dole to samo: klasyczne highlandzkie całoroczne pół-bagno. Nie mogliśmy się doczekać kiedy wątła ścieżka przejdzie w utwardzaną drogę i nie będzie trzeba skakać z kępy na kępę żeby ocalić buty.
Trasa liczy ok. 14 km i nie jest bardzo męcząca z wyjątkiem tego pierwszego podejścia. Ponieważ scrambling jest w pełni opcjonalny wycieczka nadaje się polecenia każdemu. Bardzo mi się podobało i mam nadzieję na w miarę szybki powrót w ten rejon. Korci mnie też żeby coś tu zdeptać zimą – cóż to musi być za widok, te wszystkie piękne góry w śniegu.
 
No i w porównaniu z Walią jaki niesamowity spokój: spotkaliśmy tylko dwie osoby, z daleka widzieliśmy kolejne dwie. Rozumiem że te akurat dwa munrosy nie są aż tak oczywistym celem jak Ben Nevis, ale pamiętam wycieczkę sprzed lat na najsłynniejsze w tym rejonie The Saddle: również dwie czy trzy osoby. Rok temu na Pięciu Siostrach nieco więcej (lampa!) ale nadal żaden tłum. Można odetchnąć od ludzi, co zwłaszcza w takiej scenerii jest bezcenne.

Five* Sisters of Kintail

Nr 88, Sgurr na Ciste Duibhe; nr 89, Sgurr na Carnach; nr 90, Sgurr Fhuaran

Wymowa: skur na kiszta dui; skur na karnah; skur fuuran

Znaczenie nazwy: rocky peak of the black chest; rocky peak of the cairns; rocky peak of the wolf (za MunroMagic)

Wysokość: 1027m n.p.m.; 1002m n.p.m.; 1067m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 105.; 134.; 70.

Data wejścia: 30.08.12


* Siostry możemy sobie zaliczyć trzy – tyle z nich ma status munro – pozostałe dwie strawersowaliśmy

Trasa znana jako Five Sisters of Kintail wiedzie po części północnej grani w Glen Shiel, ogarniając pięć prominentnych wzniesień z których trzy mają status munro. Jest to jakoby highlandzka klasyka, czemu się nie dziwię, bo trasa jest niebywale piękna. W Glen Shiel jak dotąd atakowaliśmy scramblingową Forcan Ridge prowadzącą na The Saddle oraz grań południową (wszystko pod tagiem "Glen Shiel"). Dolina jest naprawdę przepiękna, góry mają charakter, przewyższenia są jedne z najwyższych w Highlandzie. Jedynym powodem dla którego nie bywamy tam częściej jest odległość, za daleko jak na jednodniową wycieczkę. Tym razem przenocowaliśmy na polu namiotowym i z samego rana zabraliśmy się do dzieła, wiedząc że na noc mamy być w domu.

Samochód zostawiliśmy na campingu. Na wielkie szczęście udało nam się złapać stopa dzięki czemu zaoszczędziliśmy 8 km podchodzenia szosą. Kierowca wyrzucił nas nieopodal miejsca, gdzie w 1712 roku odbyła się Battle of Glen Shiel (oznaczone tablicą) – wg McNeisha stamtąd miała wyprowadzać ścieżka.

No jakaś w sumie była… Na odcinku, bo ja wiem, dwustu metrów. Potem zniknęła. Stwierdziliśmy, że napieramy, zbocze poza tym że mocno mokrawe nie przedstawiało sobą problemu. Wspinaliśmy się bez pośpiechu, bowiem pogoda miała się polepszyć dopiero za godzinę – dwie. Celowaliśmy w obniżenie grani, tak szczerze nie mając pojęcia gdzie dokładnie na trasie ono wypadnie. 

Kiedy w końcu wyszliśmy na grań, okazało się że jesteśmy na przełączce pomiędzy pierwszą siostrą (Sgurr nan Spainteach) a drugą (Sgurr na Ciste Duibhe), będącą munrosem. Bez wahania zdecydowaliśmy się cisnąć na munrosa, o bagging nam chodziło, nie o przejście "klasyki". Z przełączki do wierzchołka dosłownie moment.


Sgurr nan Spainteach i przełączka 

A tak ze szczytu pierwszego munrosa, Sgurr na Ciste Duibhe, prezentowały się dwie pozostałe munro-siostry:


Droga zapowiadała się na długą, tym bardziej wdzięczni byliśmy miłemu kierowcy z rana.

Fota szczytowa:

Wspomniałam o imponujących przewyższeniach – Loch Duich na zachodnim krańcu doliny to fiord, czyli poziom morza – zatem góry w Glen Shiel wznoszą się bezwzględnie i względnie na wysokość ponad 1000 metrów. Tu nitka A87 z grani:

Patrzę na masyw Forcana i The Saddle, który był naszym pierwszym celem w dolinie:

Zejście do przełęczy jest w miarę łagodne. Zrobiliśmy tam sobie postój z posiłkiem i kolejna mielonka padła. Mielonka Krakusa (nie płacą mi za reklamę) nie wiedzieć czemu wchodzi nam w górach najlepiej 😀

Z widoków, mnie osobiście roz*******ał Ladhar Bheinn, w tle po prawej. Jedyny problem że znajduje się on na strasznym odludziu, daleko od dróg. Ale prędzej czy później i on padnie.

Fota szczytowa ze Sgurr na Carnach, środkowej z munro-sióstr:


Wspomniane Loch Duich (tam znajduje się słynny Eilean Donan Castle, jakby ktoś był zainteresowany):

W zejściu z początku mamy dwa odcinki jedynkowego scramblingu:

Ladhar Bheinn my new love, to to na ostatnim planie po lewej: 

Podejście na najwyższą siostrę, Sgurr Fhuaran, było mniej żmudne niż wyglądało. Poszło szybko. Za to widoki ze szczytu rozłożyły nas totalnie. Sceneria, pogoda, wszystko było idealne, takie jak czasem sobie myślimy że "ech, poszedł bym w góry" i właśnie takie klimaty sobie wyobrażamy.

Ale najlepsze były owce, które pojawiły się out of the blue. Zamarłam – jak to, człowiek wspina się na munrosa, krew pot i łzy, milion spalonych kalorii, sukces – a te durne trawojady tak se na luzie błądzą w terenie. 

Tej starszej nagle coś odwaliło i zaczęła biec – byłam w szoku, wiem że kopytne radzą sobie w górach, ale nie przypuszczałam że toto potrafi tak zapieprzać!

Tu jeszcze "Owce zadumane", okres zielono-biało-niebieski:


Oraz inne widoki.

W tym na piątą siostrę, Sgurr nan Saighead. Nie munros, ale charakterna ze względu na piękne zerwy opadające na północ:


Klify robiły wrażenie, niemniej wierzchołek strawersowaliśmy. I tak już ominęliśmy pierwszą siostrę, więc nie było sensu zaliczać ostatniej "bo tak". Poszliśmy jeszcze kawałek granią w kierunku Beinn Bhuidhe.

Tu jeszcze zoom na Cuilliny. Żałuję że nie mogę wrzucić zdjęcia na Torridon, ale żadne nie wyszło wystarczająco ładnie. Gołym okiem za to było co podziwiać.

Po strawersowaniu Beinn Bhuidhe, nie mogąc znaleźć ścieżki w dolinę, zaczęliśmy cisnąć w dół tak jak pozwalał charakter terenu. Kolejne z naszych epickich zejść, na którym wiele jawnogrzesznic zostało rzuconych – stromo, woda, dziury w ziemi, krzaczory, osty i osuwający się grunt. Wcelowaliśmy w końcu w most (raczej naturalna destynacja zważywszy że do przekroczenia była rzeka) tylko po to by się dowiedzieć z tablicy, iż jest niebezpieczny. I tak byśmy go zaatakowali ale był osiatkowany. Dowlekliśmy się jakoś do mostu nad A87 (Mariusz zrobi mapkę i wszystko będzie klarowniejsze) i wyrypa dobiegła końca.

Tak tak, to o tym niewinnie wyglądającym zboczu mowa:

A tu widok na dwie siostry, Sgurr na Ciste Duibhe akurat jest schowany. Prawda że piękna pogoda? Poprawiała się z biegiem dnia i ten wieczór był po prostu momentem absolutnej perfekcji.

Wycieczka była genialna, dobiliśmy do 90, czego chcieć więcej? Chyba tylko więcej takich dni.

Południowa grań Glen Shiel, podejście pierwsze


Nr 59,
Creag nan Damh; nr 60, Sgurr an Lochain; nr 61, Sgurr an Doire Leathain

Wymowa: kreg nan daw; skur an lo-hen; skur an do’re – leen

Znaczenie nazwy: crag of the stags; rocky peak of the little loch; rocky peak of broad oak thicket

Wysokość: 918m n.p.m.; 1004m n.p.m.; 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 274.; 131.; 122

Data wejścia: 24.04.10

Na pierwszy biwak w tym roku wybraliśmy Glen Shiel. Chcieliśmy przejść 11 kilometrową grań Seven Sisters, łańcuch dziesięciu wzniesień z których aż sześć ma status munro.

Z racji że plan był nad wyraz ambitny, postanowiliśmy pierwszy dzień poświęcić na dojście jak najbliżej punktu startowego, tj. grani. Samochód zostawiliśmy u końca trasy, pod Cluanie Inn, przeszliśmy te 11 km dołem, szosą, po czym zaczęliśmy szukać drogi na grań. Trasę tę tradycyjnie pokonuje się w drugą stronę, nie jestem pewna dlaczego. My postanowiliśmy zrobić po swojemu.

Jeszcze nie wszędzie umiem podpisać co jest co:




Maol Chinn-dearg; Sgurr Coire na Feinne i opadająca zeń grań Druim Thollaidh

Na II planie Sgurr nan Forcan i The Saddle

Podchodzenie zaczynamy z parkingu przy Malagan Bridge, tego samego, z którego szliśmy na The Saddle.

Ścieżka z początku jest wyraźna, nastromienie średnie, ogólnie nie szło by się źle ale że mieliśmy ciężkie wory i 11 km w nogach, musieliśmy robić bardzo częste przystanki. Za plecami towarzyszył nam widok na potężny Sgurr na Ciste Duibhe. Wszystkie szczyty Glen Shiel sprawiają wrażenie niezwykle wielkich, przytłaczających – wszystko dlatego, że startujemy z ok. 200m n.p.m. czyli przewyższenia są spore, nawet do 800-900 metrów.



Szło się słabo i wkrótce miało się ściemnić, zatem już w okolicach połowy drogi na grań, po wejściu do zacisznej dolinki, zaczęliśmy wypatrywać odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu, czytaj: płaskiego i w miarę możliwości suchego (czyli w tym przypadku mniej mokrego niż reszta otoczenia).

Jedynym znakiem obecności człowieka była wijąca się w dole nitka szosy. Poza tym, pustkowie, surowość, przestrzeń; wszystko w kolorystyce jeszcze rudej, nie zielonej. Z jednej strony piękna sprawa, z drugiej – krajobraz szalenie melancholijny i rozdzierający…

Po nocy w najsuchszym i najbardziej płaskim miejscu jakie udało się znaleźć (z zimna nie mogłam spać, a Mariusz nie spał bo ciągle wpadał w dziurę, ale to drobiazgi) dzielnie ruszyliśmy do góry coraz bardziej stromiejącym stokiem. Ścieżka zrobiła się zupełnie rozmazana, ale nie miało to już znaczenia, kierowaliśmy się prosto w gorę, na przełęcz.

W międzyczasie zaczęła się psuć pogoda. Na przełęczy okazało się jasne, że optymistyczne prognozy się nie ziszczą:

Szczyty w polu widzenia to Creag nan Damh i Sgurr an Lochain. Jako że wydawały się leżeć na wyciągnięcie ręki, postanowiliśmy osiągnąć drugi z nich w południe (była 10.30, szliśmy tak wolno bo ciążyły nam wory). Wydawało się, że będzie to bułka z masłem.

… nie była.
Kiedy trasa zaczęła nam dosłownie rosnąć w oczach zrozumieliśmy, że padliśmy ofiarą wyjątkowo wrednego skrótu perspektywicznego. Za pierwszym munrosem – nawiasem to co wzięliśmy za jego szczyt okazało się przedwierzchołkiem, a do szczytu właściwego był kawał – grań załamywała się i zataczała pętlę, czego z przełęczy nie było widać. Co gorsza, do pokonania było leżące na owej pętli kolejne wzniesienie, nie munros co prawda, ale też wysokie.

Był nawet krótki odcinek scramblingu, gdzie trochę siałam panikę jako że skały były ośnieżone i śliskie – na zdjęciu nie wygląda na trudne, ale nawet Mariusz przyznał, że ten pierwszy krok nie był przyjemny.

Tego corbetta (muszę sprawdzić czy to na pewno corbett, najwyżej wyedytuję) pomiędzy munrosami trawersowaliśmy ścieżką wydeptaną przez munro-baggerów. Przy krótszej trasie można się wziąć na ambicję i iść cały czas granią, ale tu po prostu nie było sensu.

Chmury obniżały się coraz bardziej, więc na tym odcinku Mariusz strzelił ostatnie fotki (znów, jeszcze nie umiem ich na 100% podpisać):

Z przełęczy za corbettem na Sgurr an Lochain podchodziło się bardzo żmudnie – odcinek nie jest długi, ale stromy. Wierzchołek osiągnęliśmy już we mgle. Zamierzaliśmy w tym miejscu być w południe, mieliśmy tymczasem półtora godzinny poślizg – wina nie tylko worów, ale będącej dla nas totalnym zaskoczeniem długości tego odcinka. Wiadomo było, że należy się ewakuować pierwszym możliwym zejściem. Po analizie poziomic i ukształtowania terenu na mapie padło na grań Druim Thollaidh (tej z trzeciego zdjęcia), opadającej z czwartej siostry, nieletniej, bo liczonej do Sióstr pomimo niebycia munrosem. Czyli zostały nam do pokonania jeszcze dwa wzniesienia i długie zejście – perspektywa nie była wesoła, ale że innych możliwości nie widzieliśmy, kontynuowaliśmy marsz.

W zupełnej mgle zdjęć nie było jak robić, jednak opadające na północ urwiska, momentami niemalże klify, były doskonale widoczne. Z mapy wynikało że północne zbocza są w większości strome i przepaściste, więc przy tak kiepskiej widoczności właściwy wybór drogi zejścia był sprawą kluczową.

Kiedy dotarliśmy na szczyt Sgurr an Doire Leathain, byliśmy już tak zmęczeni, że postanowiliśmy powtórnie przestudiować mapę. Okazało się, ze słusznie – całkiem dobrą opcję mieliśmy z miejsca gdzie się znajdowaliśmy: wyglądało to na w górze bardziej, niżej średnio stromy stok. Zaczęliśmy schodzić, choć oczywista na mapie trasa niezupełnie była taka w terenie. Z początku prowadziły nas ślady – nie my pierwsi wybraliśmy ten wariant – potem się rozmyły i szliśmy na intuicję. Raki były potrzebne tylko na moment, w miękkim śniegu bardziej zawadzały niż pomagały. Kiedy w końcu obniżyliśmy się popod mgłę, okazało się, że idziemy w dobrym kierunku. Dojście do drogi zajęło nam wieki, ale w końcu, mokrzy od nasilającego się deszczu i zmachani, stanęliśmy na asfalcie. Uwaga: wzdłuż szosy płynie rzeka, a przekroczyć ją na sucho można tylko w miejscu, gdzie wpada do skalnego tunelu. Dlatego nie można ulec pokusie wędrowania po skosie, tak aby ściąć jak najwięcej asfaltówki. Trzeba niestety iść prosto. Tunel zaznaczony jest na mapie, w terenie widoczny jest w formie niewielkiej górki przy samej szosie.

Marsz szosą dał nam w kość, ale przynajmniej odpadły wątpliwości nawigacyjne. Przy samochodzie zameldowaliśmy się o 19. Stanu naszego zmachania oraz ulgi po pozbyciu się worów nawet nie będę próbować opisywać.

Trasę definitywnie dokończymy, "mniejsza połowa" została zrobiona, a to co pozostało wydaje się być mimo wszystko nieco lżejszym wyzwaniem. Na kolejny raz zaplanowaliśmy wchodzenie granią Druim Thollaidh – nie mogę się już doczekać, Glen Shiel jest przepiękne.