Więcej zdjęć z Północy



Wrzucam fotki które nie zmieściły się w notkach górskich, bądź były robione podczas dni odpoczynku, a są tak ładne że szkoda by było ich nie upublicznić. Piękno Szkocji uwidacznia się nie tylko w górach, ale i w ich połączeniu z wodą, przestrzenią, klifami, pustkowiem…


Skye, gdzieś z zejścia ze Sgurr na Banachdich:


Red Hillsy na Skye z tegoż zejścia. Glamaig (uwielbiamy tę nazwę!), ten po lewej, jest najwyższy (stanowi połowę korbetów na wyspie ;P):

Cmentarzysko łódek w urokliwym Gairloch, klasycznym (choć większym) miasteczku północnego zachodu, czyli najlepszej części Szkocji:
Nasz hotel, Shieldaig Lodge. Raczej polecam choć trzeba lubić psy – jeden mieszka tam na prawach głównej maskotki, rozwala się zadem na kanapach na których siedzisz a przy śniadaniu gra oświęcimski zamorzony szkielet.
Beinn Alligin (te linie! Ta góra jest kobietą) z Gairloch:
Panorama poniekąd Torridonu (jest Beinn Alligin oraz Northern Pinnacles of Liathach), tyle że z Gairloch więc od dupy strony:
Fragment Fisherfield Six – chyba najkonkretniejsza, w sensie wysiłkowo i czasowo, wyrypa w Szkocji:
Not sure (okolice Gairloch):
Fionn-abhain, dopływ rzeki Carron:


Loch Torridon:


Sgurr Ruadh w zachodzącym słońcu:


Wyspa Soay ze szczytu Sgurr nan Eag na Skye (w pakiecie z niemieckimi nastolatkami):


Loch Coire Ghrunnda:



Szkocjo kocham cię :))

Maol Chean-dearg

Nr 143, Maol Chean-dearg

Wymowa: maul cin dzierek

Znaczenie nazwy: bald red head (za MunroMagic)

Wysokość: 933m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 247.

Data wejścia: 15.7.14

Ten munros pozostał nam jako ostatni w Torridon. Będziemy tam oczywiście wracać, obok Glencoe to nasza ulubiona dolina. Niemniej w znaczeniu baggingu kolejny rejon odhaczony.

Na MCd można dojść z Torridon albo z Glen Carron. Drugi wariant jest o 4 km krótszy ale wybraliśmy go raczej dlatego by zrobić zakupy w dużym Sparze w Lochcarron (spaliśmy w Torridon).

Start z parkingu przy drodze A890 tuż obok mostu w Coulags. Niestety zapowiadało się że czeka nas kolejna szara wycieczka.

Już po chwili marszu zorientowaliśmy się że popełniliśmy wielki błąd zakładając lekkie scramblingowe buty. Trzeba było wziąć treki. Po paru częściowo deszczowych dniach w dolinie zrobiło się bagno. Strumień tak wezbrał że wolałam przekroczyć go bez butów niż ryzykować że powinie mi się noga. I tak było wiadomo że je przemoczę ale chciałam jeszcze chwilę nacieszyć się w miarę suchymi nogami.

Główną rzekę na szczęście można przejść po mostku.

Dolina nie robi zbyt imponującego wrażenia. Od wschodu flankują ją Sgurr Ruadh i Fuar Tholl, piękne góry ale od drugiej strony, zwłaszcza Fuar Tholl z jej pionowymi filarami. MCd przez długi czas w ogóle nie widać.

Po trzech kilometrach z kawałkiem dochodzimy do bothy Coire Fionnaraich, utrzymywanego przez Mountain Bothy Association. W sezonie służy polującym na jelenie, a poza sezonem korzystać może każdy.

Kilometr za bothy dochodzimy do rozwidlenia dróg. Prawa odnoga prowadzi do Torridonu, a lewa na munrosa. Dopiero od rozwidlenia zaczynamy się wznosić. Celem jest przełęcz dość ciekawie umiejscowiona pomiędzy trzema górami: MCd, korbetem An Ruadh-Stac i podrzędną górką Meall nan Ceapairean. Podejście w większości jest łagodne.

Sgurr Ruadh w tle:

Dopiero na tym podejściu zaczyna być widać wierzchołek MCd (ten w środku). Wyglądał na wyciągnięcie ręki, w rzeczywistości od rozwidlenia ścieżek na szczyt są jeszcze ponad 3 kilometry.

Na przełęczy okazało się że z torridońskich munrosów niewiele widać, masyw MCd póki co wszystko zasłaniał. Za to An Ruadh-Stac prezentował się imponująco. Żałowałam że nie damy rady go obskoczyć ze względu na brak czasu.

Pogoda zgodnie z prognozami stopniowo się poprawiała, póki co było bez rewelacji, ale przynajmniej chmury znacznie się podniosły:

Z przełęczy na przedwierzchołek wznosimy się stromym i bardzo zerodowanym zboczem. Jedyne ostre podejście na trasie. Z przedwierzchołka na szczyt z kolei wchodzi się po rumowisku. Ogółem trochę męczący fragment, zwłaszcza rumowisko. Czasowo zajmuje więcej niż wynikało by z jego długości.

Szczyt to obszerna regularna kopuła a kopiec szczytowy jest, jak widać, konkretny:

Zoom na nasz hostel przycupnięty u podnóża Liathach. MCd doskonale widać z hostelowej panoramic lounge, więc fajnie było teraz znaleźć się w odwrotnej pozycji. 

Widoki niespodzianką nie były, jako że w zeszłym roku byliśmy na sąsiednich Sgurr Ruadh oraz Beinn Liath Mhor, ale na tak piękne góry jak w Torridon zawsze przyjemnie popatrzeć. Są tak inne od polskich gór: nie połączone ze sobą mini-łańcuchy górskie.

Niesamowity w kształcie Spidean Coire an Laoigh:

Oraz fragment Beinn Eighe. Kolejnym celem będzie trawers dwóch wierzchołków po prawej. Nie są munrosami ale niczego im nie brakuje.

Nasza zeszłoroczna trasa, przez Beinn Liath Mhor i Sgurr Ruadh. Cudowna wycieczka:

 

Mogłabym na tym szczycie przesiedzieć cały dzień, ale czas gonił.

Zerodowane zejście na przełęcz:

Zgodnie z prognozami pogoda zrobiła się bardzo ładna… Ale dla nas już było za późno, więc zdjęcia ze szczytu mamy jakie mamy. Przynajmniej bagno w dolinie trochę podeschło w promieniach słońca, choć dla butów było już za późno.

Ostatni rzut oka na bothy:

Gdy po zakupach w Lochcarron wracaliśmy do Torridon, było już pięknie. Chociaż uwiecznialiśmy te widoki milion razy, nie mogliśmy się powstrzymać żeby nie popstrykać kolejny raz.

Beinn Alligin:

Początek masywu Liathach:

Oraz na koniec, wierzchołek Maol Chean-dearg zdjęty z panoramic lounge. Nawet gołym okiem wyraźnie było widać kopiec szczytowy. Niesamowite uczucie, jeszcze parę godzin wcześniej stałam na nim i patrzyłam na hostel.

MCd to niespecjalnie wymagający a piękny cel. Trasa liczy ok. 14 km. Warto też rozważyć czy nie dołączyć do trasy An Ruadh-Stac, co dodało by 2,5 km ale góra wyglądała zachęcająco.


Beinn Liath Mhor i Sgorr Ruadh

Nr 111, Beinn Liath Mhor; nr 112, Sgorr Ruadh

Wymowa: ben lija wor, skor rua

Znaczenie nazwy: big grey hill; red rocky peak (za MunroMagic)

Wysokość: 926m n.p.m.; 962m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 258.; 195.

Data wejścia: 8.06.13


Te dwa piękne munrosy leżą w Glen Carron, sąsiadującą z Glen Torridon od południa. Powyżej Inverness a zatem za daleko dla nas jak na jednodniowy wypad – trzeba było zabiwakować na dziko. Znaleźliśmy kawałek płaskiego terenu, co prawda kilkanaście metrów od szosy, ale ruch nawet za dnia jest tam niewielki.

Rano zalegała mgła, która miała jakoby zniknąć, ale na razie się na to nie zanosiło. Postanowiliśmy jednak dać jej szansę i nie śpieszyć się przesadnie. Zwinęliśmy namiot walcząc z midgesami i podjechaliśmy do odległego o kwadrans jazdy Lochcarron zjeść śniadanie na ławkach piknikowych nad jeziorem. Przez mgłę przeglądało gdzieniegdzie niebieskie, niemniej sytuacja nie wyglądała za dobrze. 

Samochód zostawiliśmy na parkingu pod stacją kolejową w Achnashellach. Po przekroczeniu torów i metalowej bramy należy skręcić w prawo. Droga z początku prowadzi malowniczą zalesioną doliną:

Image Hosted by ImageShack.us

Na rozejściu ponownie należy skręcić w lewo, i wypatrywać przy drodze małego kopczyka, który oznacza początek ścieżki wiodącej najpierw w lewo, a potem w głąb doliny. 

Po wyjściu z lasu teren wędrujemy łagodnie wznoszącym się szlakiem, pośród głazów i skał – nadal jest malowniczo. Jedyne co nas irytowało to mgła, która uparcie nie chciała się podnieść.

Image Hosted by ImageShack.us

Jak tylko osiągnęliśmy próg górnej części doliny, zaczęło się przecierać. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom – w idealnym momencie, w ciągu pięciu, może dziesięciu minut… Mgła zniknęła, rozwiała się zupełnie 😀 Momentalnie zrobiła się lampa.

Dolina do której weszliśmy jest łysa, wrzosowa i urokliwa w swej surowości. Otaczają ją (od lewej) monumentalne bryły Sgorr Ruadh i Beinn Liath Mhor:

Oraz chyba najbardziej spektakularna, piękna Fuar Tholl której do statusu munro zabrakło niestety 7 metrów:

Zwłaszcza środkowy filar (Mainreachan Buttress) robi wrażenie:

Od początku nie było jej w planach, ale nie z powodu niebycia munrosem, a napiętego planu: musieliśmy wrócić do domu tego samego dnia. Z chęcią ją jednak zaliczę w przyszłości.

Zaczęliśmy pętlę od Beinn Liath Mhor. Ścieżka jest wyraźna a nawigacja przy widoczności oczywista. Na wypadek mgły: są dwa rozejścia szlaków i na obu należy skręcić w prawo (pierwszy skręt w lewo wyprowadza na Fuar Tholl, drugi na przełęcz pomiędzy munrosami). BLM to długiiii garbaty grzbiet a wierzchołek mieści się na jego północnym krańcu. Kiedy już wbijemy się na grzbiet idzie sprawnie, pomimo dwóch dość głębokich przełęczy do pokonania.

Początek grzbietu: wierzchołek jest na samym końcu.

Jedna z przełęczy:

Widoki powalają. Najbardziej oczywiście na Torridon. Beinn Alligin chowa się co prawda za Liathach ale samego Szaraka oraz Beinn Eighe mamy jak podane na tacy.

Beinn Eighe:

Liathach:

Image Hosted by ImageShack.us

Sgorr Ruadh także wygląda nie najgorzej. Prezentuje się niebywale potężnie choć jest tylko trzydzieści metrów z hakiem wyższy od BLM. Inna rzecz że przewyższenia są tu faktycznie spore, jako że punkt startowy leży na wysokości ok. 70m n.p.m.

Pod koniec grzbiet się zwęża i robi bardziej "graniowy":


Do przełęczy pomiędzy munrosami musimy zejść poprzez kilka garbów. Z początku można iść dowolnie, acz schodząc z przedostatniego garbu, zwłaszcza we mgle, polecałabym jednak zlokalizować ścieżkę (początek oznaczony kopczykiem) – zbocza są tu niewysokie, ale bardzo gęsto poprzerastane słabo urzeźbionymi skałkami. Poniżej widać jak biegnie ścieżka:

Pierwszych ludzi tego dnia spotkaliśmy dopiero pod samą przełęczą – podchodzili na Sgorr Ruadh ścieżką biegnącą dnem doliny. Potem jeszcze dwie niewielkie grupy. I to wszystko, poza tym tylko jelenie: 

Z przełęczy na szczyt wcale nie było tak długo i mozolnie jak sugerował widok z BLM. Przeciwnie, miałam wrażenie że weszliśmy momentalnie! Finałowe podejście jest dość strome, dzięki czemu szybko zyskuje się wysokość, ale niezbyt długie.

Munro Maol Chean-dearg:

Wierzchołek BLM:

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz reszta grzbietu – to jednak jest konkret:


Na wierzchołku:

Image Hosted by ImageShack.us

Panorama wzbogaciła się o Loch Carron i leżące na nim miasteczko. Było widać munrosy Skye (niestety za daleko by je ładnie oddać). W Glen Torridon jak na dłoni lansował się hostel. Z hostelowej panoramic lounge widać wszak właśnie Sgurr Ruadh (po lewej) i Maol Chean-dearg.

Loch Carron:

Schodziliśmy w kierunku Fuar Tholl, znacznie łagodniejszymi zboczami. Trasa na jej wierzchołek jest naprawdę krótka, ale już nawet nie chodziło o czas – zwyczajnie nie mieliśmy siły w tym upale. Zanim droga połączy się w dolinie z dojściówką, musimy przekroczyć rzekę Lair. Z przyjemnością wykąpaliśmy się w niej (tzn. ja w zasadzie zamoczyłam nogi). Taka pogoda nie trafia się tu za często, więc jeśli już, trzeba korzystać na maksa.

Ostatni kawałek lasem w słońcu był jeszcze ładniejszy niż z rana. Flora w rozkwicie, fioletowych rododendronów na masę. Cuda, panie…

Wycieczka była fantastyczna, w wielkiej mierze dzięki pogodzie acz ten rejon jest tak atrakcyjny, że musi robić wrażenie także w mniej sprzyjających okolicznościach. Trasa nie nastręcza żadnych trudności (choć jak wspomniałam na zejściu z BLM warto trzymać się ścieżki). Już nie mogę się doczekać powrotu w te okolice – mam wielką ochotę zaliczyć Maol Chean-dearg jako następny 🙂

Trasa liczy ok. 15 km.

Image Hosted by ImageShack.us

Beinn Eighe


Nr 84, Spidean Coire nan Clach, nr 85, Ruadh-stac Mor

Wymowa: spidżyn kori nan klah; rua stak mor

Znaczenie nazwy: peak of the corrie of stones;  big red stack (za MunroMagic)

Wysokość: 993m n.p.m.; 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 150.; 120.

Data wejścia: 19.08.12

Zdobywanie torridońskiego trio zaczęliśmy, niezbyt oryginalnie, od najbardziej spektakularnego Liathach. Parę lat później weszliśmy na piękny w kształtach Beinn Alligin. Został nam więc tylko Beinn Eighe (czyt. bin ey), najbardziej rozległy z trzech masywów, ale o najmniej przyciągających oko liniach. W sumie chyba właśnie dlatego jakoś średnio nas kusił, chociaż po wycieczce stwierdzam że go nie doceniliśmy.

Beinn Eighe to masyw o czterech odnogach, wysunięty najbardziej na wschód, wznoszący się ponad Kinlochewe. Z kilku szczytów tylko dwa mają status munro. Najbardziej charakternym rysem całości jest kocioł Mhic Fhearchair do którego opada wspinaczkowy Triple Buttress. Kocioł ten jest ukryty przed przejeżdżającymi przez Glen Torridon, którzy widzą jedynie wysokie, charakterystycznie jasnoszare zbocza. 

Przy pierwszej próbie wejścia na munrosy Beinn Eighe spędziła nas w dół pogoda. Akurat w tak widokowym miejscu jak Torridon chodzenie bez widoczności nie bardzo ma sens. Ponownie spróbowaliśmy kolejnego dnia i była to dobra decyzja.

Zostawiliśmy samochód na parkingu i pomaszerowaliśmy szosą do kolejnego, skąd odchodzi ścieżka. Początek podejścia nie jest jakiś wyjątkowo żmudny, ścieżka zygzakuje po zboczu by ok. w połowie wysokości skręcić w lewo do niewielkiego kotła. Z kotła na grań jest nieco bardziej męcząco ze względu na większe nachylenie terenu.

Poniżej jeszcze widok z szosy. Trasa będzie biegła po drugiej stronie wysuniętego na prawo ramienia, by w najniższym punkcie pomiędzy szczytami wyprowadzić na grań. Szary wierzchołek nie jest tym właściwym, tego z poziomu szosy w ogóle nie widać.

Widok na grań z kotła, ścieżka biegnie zygzakami na przełączkę:

Wyjście na grań:

Na grani zrobiło się widokowo, przede wszystkim w kierunku Liathach, ale żeby było naprawdę "wow" należy się wbić jeszcze trochę do góry. Najpierw osiągamy punkt triangulacyjny, szczyt leży po prawej stronie. Jest skalisty i z tej perspektywy oczom odzwyczajonym od takich widoków, jawi się jak co najmniej munrosy Cuilinów 😛 To oczywiście tylko wrażenie, skałki nie przedstawiają najmniejszej trudności. Na wierzchołek tylko parę minut.

Wierzchołek jest raczej nieobszerny i jest – co było do przewidzenia – wspaniałym punktem widokowym.

Tak prezentuje się Liathach, góra, która jest jak (podobno) Greta Garbo: z której strony byś nie cykał, nie dasz rady zrobić niekorzystnego ujęcia:

A tak dalsza część grani, ta biegnąca na wschód:

Poniżej kontynuacja trasy. Zielone wzniesienie po prawej, Coinneach Mhor, można strawersować wąską percią i zaoszczędzić trochę energii.

Ostatni szczyt to drugi munros, wyższy Ruadh-stac Mor.

Trasa granią jest przepiękna i w sumie niespecjalnie męcząca – nam pokonanie odległości pomiędzy dwoma munrosami zajęło ok. półtorej godziny, z zatrzymywaniem się na robienie zdjęć.

Spidean Coire nan Clach z zupełnie innej perspektywy:

Kiedy stanęliśmy na drugim munrosie, nie byliśmy jeszcze zmęczeni. Na wierzchołku spędziliśmy przeszło pół godziny nie mogąc zebrać się, żeby zacząć schodzić, tak było pięknie.

Ścieżka zejściowa do Coire Mhic Fearchair prowadzi z początku paskudnie zerodowanym żlebem, dlatego łatwiej i bezpieczniej jest schodzić po skałkach po prawej.

Triple Buttress jest faktycznie malowniczy, nie bez estetycznego wsparcia ze strony Loch Coire Mhic Fearchair. Widać żleb którym schodziliśmy, ale to iż zdaje się prawie pionowy jest wyłącznie złudzeniem optycznym:

Droga wychodząca z kotła prowadzi pomiędzy masywami Beinn Eighe i Liathach przez prawdziwe zadupie – jeśli popatrzeć za prawym ramieniem, aż do Gairloch ciągnie się pustkowie gór, jeziorek i bagien, odwiedzane wyłącznie przez koneserów, np. zbieraczy corbettów, bo tam głębiej munrosów nie ma na całkiem sporym odcinku.

Do parkingu jest jeszcze długi, ale przyjemny spacer, bez ostrych zejść, po ładnej "tatrzańskiej" ścieżce ułożonej z kamieni.

Cała trasa ma ok. 17 km acz tylko to pierwsze podejście bardziej daje w kość. Muszę powiedzieć, że była to jedna z moich ładniejszych highlandzkich wycieczek.

Beinn Alligin

Nr 76, Tom na Gruagaich, nr 77, Sgurr Mhor

Wymowa: tom na grujah; skur woor

Znaczenie nazwy: rounded hill of the maiden;  big peak (za MunroMagic)

Wysokość: 922m n.p.m.; 986m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 268.; 162.

Data wejścia: 2.08.11

Masyw Beinn Alligin to najmniej rozległy z trzech torridońskich olbrzymów. Pozostałych dwóch, Beinn Eighe i Liathach, nie trawersuje się zazwyczaj w całości, poprzestając na ogarnięciu fragmentu z munrosami, Beinn Alligin można za to bez problemu ogarnąć cały i nie jest to bynajmniej ekstremalna wyprawa.

Start z parkingu parę km za Torridon (przy drodze na Diabaig). Cel widać jak na dłoni. Najpierw będziemy piąć się w kierunku kotła pomiędzy ramionami pierwszego z munrosów w masywie, Tom na Gruagaich. Ścieżka jest wyraźna, inaczej niż w przypadku poprzedniej wycieczki mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć że zgubić się jej łatwo nie da.


Za pierwszym munrosem sytuacja będzie następująca: najwyższy punkt masywu, munro Sgurr Mhor, a potem trzy szczyciki Horns of Alligin, gdzie miało być trochę scramblingu (zwróćcie uwagę na szczelinę poniżej wierzchołka Sgurr Mhor):


Droga na Toma stromieje dopiero w kotle. Musimy wbić się na ramię po prawej stronie które szybko wyprowadza na wierzchołek. Wrażenie zrobiła na mnie głębia kotła Toll a’Mhadaih na którego stronę opada bardzo strome, niesamowite zbocze ukształtowane w charakterystyczny dla gór w tym rejonie sposób – całe pokryte regularnym deseniem skał ułożonych w poziome pasy.


W tle kolejno corbett Beinn Dearg, fragment Beinn Eighe oraz Liathach

Z wierzchołka dość stromo schodzimy na przełęcz, potem wznosimy się kawałek, osiągamy pomniejszy bezimienny szczycik, i dopiero stąd zaczyna się właściwe podchodzenie na Sgurr Mhor. Trasę urozmaicają klasyczne torridońskie "stosy bułek":


W krajobrazie największe wrażenie robi Liathach, choć grani Am Fasarinen właściwie nie widać, za to pięknie lansują się Northern Pinnacles:


Finałowe podejście jest zaskakująco łagodne i krótkie, dużo bardziej niż wydawało się z pierwszego munro. Idzie ekspresowo.

Szczelina opadająca spod wierzchołka – Eag Dubh, Czarna Szczerba – oglądana od góry po prostu rozwala!

Widoki ze szczytu moim subiektywnym zdaniem najbardziej spektakularne są na północ i zachód. Na morzu widać półwysep Trotternish na Skye, a dalej Hebrydy Zewnętrzne. Na północy można wypatrzeć An Teallach. Doliny po drugiej stronie masywu to pustkowie:

Fajnie prezentują się stąd Hornsy, choć wrażenie ostrości grani jest wywołane wyłącznie przez kąt pod jakim zostało zrobione zdjęcie. 

Na Hornsach scrambling jest opcjonalny, można trawersować po prawej, ale że nie jest trudno, warto przejść się granią wprost.

Zejście, z początku średnio lub bardzo strome, szybko łagodnieje a reszta drogi to już spacer doliną. Byłam zaskoczona jak szybko zleciał mi cały ten trawers – wcale nie mieliśmy rewelacyjnego tempa (nigdy nie mamy :P), a odcinek od pierwszego munro do końca grani Hornsów pokonaliśmy w AFAIR godzinę dwadzieścia, z postojem na posiłek. 

Wypad był bardzo fajny, niemniej z Liathach porównania nie ma – przede wszystkim scrambling jest o wiele łatwiejszy i nigdzie nie ma prawdziwej ekspozycji. Natomiast widoki na zachód, na morze, są o wiele bogatsze. Nabijać sobie munro-licznik takimi wycieczkami to czysta przyjemność.

Mapkę zrobię ASAP.

Liathach

Nr 38, Spidean a’Choire Leith i nr 39, Mullach an Rathain

Wymowa: spidżyn a kori lei; muluh an rahan

Znaczenie nazwy:
peak of the grey corrie; summit of the pinnacles

Wysokość: 1055m n.p.m.; 1023m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 75.; 108.

Data wejścia: 14.06.2009

Liathach (czyt. lijah, the grey one, na mój osobisty użytek Szarak) planowaliśmy już od dawna. Dziewięciokilometrowy masyw górski uchodzi – obok Aonach Eagach i An Teallach – za najciekawszą graniówkę szkockiego mainlandu (palmę pierwszeństwa dzierżą Black Cuillin na Skye). Klasyczny trawers Liathach nie zakłada przejścia całej grani, a jedynie odcinka środkowego pozwalającego zaliczyć dwa munrosy i Am Fasarinen Pinnacles. Drugą w miarę popularną, jakkolwiek o wiele mniej niż klasyk opcją, jest atak od północy przez Meall Dearg i Northern Pinnacles. Jest to wariant wciąż scramblingowy, ale trudniejszy i zaleca się na nim asekurację.

Jako że szliśmy drogą tradycyjną, wystartowaliśmy z Glen Torridon. Dolinę tę warto odwiedzić dla niej samej, nawet bez ambicji górskich bo jest przepiękna. Pod przytłaczającymi ścianami Szaraka kuli się hostel SYHA i kemping. Uwaga: pokoje w hostelu nie są koedukacyjne. Pomimo dwu wolnych miejsc w damskiej sypialni, w której niżej podpisana nocowała, panowie musieli się przespać w namiocie, walcząc z midgesami. Nie rozumiem i nie zrozumiem nigdy.

Samochód zostawiliśmy na początku szlaku, woląc podchodzić asfaltem póki i tak trzeba się rozchodzić.
Wbijka na grań Szaraka była łatwa, w nieprzesadnie stromym terenie, ale ze względu na swą długość nieco męcząca. Ponieważ kiedy uskuteczniam za długie notki blox się narowi, ograniczyłam ilość zdjęć oraz opis do samego gęstego. Komplet fotek, a jest na co popatrzeć, tutaj >>LINK<<.

Poniżej Am Fasarinen widziane z szosy:

Po wyjściu na grań widoki na przeciwległą stronę miażdżą (będą dalej). Kierujemy się w lewo – wzniesienie po prawej ma powyżej 914m, ale nie kwalifikuje się do munros. Odcinek początkowy nie jest trudny. Najpierw mamy fragment płaskiej grańki – można iść jej ostrzem, co już odrobinę daje przedsmak tego, co Liathach oferuje, jakkolwiek trudności nie występują – dalsza zaś droga na pierwszego munro (trzecie wzniesienie) wygląda tak:

Za Wojtkiem widoczny jest Stob a’Choire Dhuibh Bhig, który podobnie jak dwa szczyciki przed Spideanem nie załapał się do munros ze względu na MDW niższą niż 500ft.

Widok na kluczowy fragment trasy, grań Am Fasarinen, otwiera się dopiero ze szczytu Spideana. Nie wiem jak na zdjęciu, ale na żywo naprawdę robi wrażenie.

Tu obiecany widok na przeciwległą stronę grani, po prawej podnóże masywu Beinn Eighe, kolejnego ze szkockich klasyków:

Poniżej zaś prześledzić można resztę trasy. Am Fasarinen przechodzą w łagodną grań, kulminującą w Mullachu an Rathain. Czarne poszarpańce z prawej strony wierzchołka to początek – lub koniec, wedle preferecji – Northern Pinnacles:

Moje ulubione zdjęcie:

Mullach, Northern Pinnacles i Meall Dearg:

Tu zaś widać, którędy na Meall Dearg się drapać. Trasa podobno łatwiejsza niż wygląda, scramblingowa czwórka (Am Fasarinen mają dwójkę, pewnie dlatego że trudności można stopniować lub całkiem ominąć).

Am Fasarinen można obejść ścieżką biegnącą nad Glen Torridon, ale ze względu na jej stan nie jest to zalecane. Ponadto, na samych pinaklach też można stopiować trudności. Najłatwiejsze warianty są naprawdę proste. Korzystałam to z nich, to z trudniejszych, chłopaki leźli hardkorami (w mej subiektywnej ocenie rzecz jasna).

Piaskowiec jest pięknie urzeźbiony i daje wiele możliwości. Formacje w rejonie pinakli są takie:

Albo takie:

Wrażliwych może nieco poczesać ekspozycja. Przyznam że mnie mocno zdeprymował koń skalny na samym początku Am Fasarinen. Nie był trudny, ale od północy lufa taka, że spokojnie 100m wolnego lotu. Nie podobało mi się to i weszłam na skurczybyka od drugiej strony. Od południa, od Torridonu, spadło by się najwyżej kawałek: tam też jest lufiasto i to nawet bardziej, ale jednak dopiero te kilkanaście metrów od trasy. Tamtędy zresztą biegnie sobie scieżka – omijanka.
Tak to wygląda w stronę Torridonu:



A tak w stronę Coire na Caime, i tu nie ma żartów, bo ściana opada bezpośrednio z pinakli:

Nie jest trudno, chyba że naprawdę najcięższymi opcjami (jedną taką zaliczył Mariusz, przy oglądaniu tegoż nieco osłupiałam). Jedyne co może powodować dyskomfort to lufa. U mnie trochę powodowała. Nie przeszłam wszystkiego najłatwiej jak się dało ale najtrudniej też nie, z wyjątkiem jednego miejsca, gdzie zresztą przeżyłam chwilę grozy gdy zaklinowała mi się noga, a z prawej taki spad, że hej.

Za Am Fasarinen aż do Mullacha teren jest łatwy, jakkolwiek na prawo opadają imponujące ściany.

Rzut oka na Am Fasarinen od drugiej strony:

Z Mullacha do Torridonu schodzi się najpierw piarżyskiem, potem przyjemniejszą ścieżką. Można złazić ramieniem Mullacha (scramblingowa trójka), ale nawet nie przyszła nam do głowy taka opcja. Co mieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy. Liathach jest imponujące i piękne a okolica rzuca na kolana. Jest to na mojej prywatnej liście jedna z tych wycieczek, które dały mi prawdziwego energetycznego kopa i zapewniły uśmiech na twarzy na kolejne parę dni.
Tu >>LINK<< bardziej emocjonalna relacja. Niestety na blogu muszę się pilnować z ilością tekstu.