Aonach Eagach po raz drugi część II


5. Na szlaku co kilkanaście / dziesiąt metrów pojawiają się kilkumetrowe ścianki, niebezpieczne z tego samego powodu co kominy: ekspozycji. Nie można sobie tutaj pozwolić na zlekceważenie zasady trzech punktów oparcia, trzeba szukać chwytu aż do skutku. Nieodzowne okazuje się schodzenie przodem, które jak większość kobiet odbieram jako nienaturalne.

Znienawidzone przeze mnie schodzenie przodem okazało się niezbędne jedynie w bardzo niewielu i najtrudniejszych momentach. Tym razem nie dałam się przekonać Mariuszowi, który jest zwolennikiem takiego złażenia, i uparłam się, że robię po swojemu. Jak się okazało, można. Przodem schodziłam może ze trzy – cztery razy, na niewielkich fragmentach.

6. A tu najlepsze miejsce trasy, zaiste heart-stopping. Uwaga: szlak biegnie trawersem przez trawki aż do widocznego w dole komina zawieszonego nad przepaścią (…) Z tym miejscem naprawdę były jaja: nie dość, że wąski, nachylony i trudny, to jeszcze sprowadzał na wąską eksponowaną półeczkę, a dalej wcale nie było lepiej…

Komin Śmierci faktycznie może być kłopotliwy. Jest dość długi, w dolnej partii nie ma zbyt wielu chwytów i co najgorsze, faktycznie sprowadza tylko na niewielką półkę. Upadek prawie na pewno skończyłby się może nie lotem, bo tamtejsza przepaść nie jest ściętą ścianą nachyloną pod kątem prostym, tylko nadzwyczaj stromym zboczem – ale z pewnością dłuuugim i baaardzo szybkim turlaniem, co w temacie konsekwencji na jedno wychodzi.
Najlepszy dowód że Bat, który do tego momentu radził sobie świetnie, w KŚ zaczął zdradzać objawy paniki. Przez dłuższy czas nie mógł się zdecydować na żaden ruch, stwierdził nawet, że robi mu się niedobrze. Wreszcie z pomocą Mariusza pokonał paraliż i jakoś zlazł. Nie opisuję tej sytuacji po to, by nabijać się z kumpla, ale jako dowód, że to miejsce może psychicznie dać popalić, bo Baty w górach zawsze trzyma poziom, a nawet dla niego okazało się trudne.
Ja sama przeszłam komin ze strachem, lecz bez większych problemów (dużo dała mi świadomość, że już raz mi się udało), acz było to jedno z tych miejsc, gdzie musiałam zejść przodem i wcale nie trzeba mnie było przekonywać.
Poniżej zastanawiamy się z Batym co dalej u wylotu KŚ:

W KŚ. Siedzę w połowie długości i to ta dolna sprawia kłopoty. To zdjęcie dość dobrze oddaje skalę ryzyka, spad po lewej oraz półka zejściowa są nieźle widoczne:

7. Kiedy już udało się nam przedostać na półkę, czekała nas wspinaczka kilkunastometrową ścianą, która z dołu wyglądała na świetnie wyrzeźbioną (…), ale okazała się raczej przesrana, ponieważ uformowana była z grubsza w bardzo wysokie schody, tak wysokie że ani nogi zadrzeć, ani się złapać (krawędź schodów to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chciałabym widzieć jako uchwyt). Jakoś się udało, ale nie bez trudu i stresu. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że prędzej zadzwonię po 911 niż zawrócę, gdyby była taka konieczność. Za nic nie chciałam schodzić tą ścianką.

A to jest już bullshit drodzy państwo. Owszem, ścianka jest wysoka i eksponowana, ponieważ sytuuje się dokładnie nad naszą małą półeczką. Nie jest natomiast trudna. Nie wiem, gdzie ja widziałam te "schody". Chwyty są, jest na czym stanąć. Podejrzewam, że poprzednio byłam tak roztrzęsiona Kominem Śmierci, że zmieniło to moją perspektywę. Jest to jedyne miejsce szlaku co do którego moja obecna ocena różni się o 180 stopni.

"Ściana Śmierci", której już nie będę tak nazywać

8. Na szczęście nic gorszego już na nas nie czekało. Przy czym nie był to bynajmniej koniec trudności.

Tu się zgadzam. Należałoby zaznaczyć jedynie, że na tym właśnie odcinku szlaku sytuuje się ich najwięcej. W kilku momentach miałam małą zagwozdkę, ale faktycznie, niczego trudniejszego niż KŚ już tam nie ma.

9. Szlak (…) doprowadza do miejsca, którego w żaden sposób nie da się ominąć (…) Jedyny sposób to przejście tym właśnie kominkiem (po lewej), starając się wystawać z jego rynny najmniej, jak to możliwe.

Jak widać poniżej, nie jedyny.

10. Trasa dostaje ode mnie *****. Szlak tylko dla osób obytych z ekspozycją, które są pewne, że nie sparaliżuje ich lęk wysokości. Sporo podciągania na rękach. Koniecznie należy pamiętać o zasadzie trzech punktów oparcia, ścieżki szukać ostrożnie (momentami wariantów przejścia jest więcej, nie warto ryzykować trudniejszego). Brak możliwości wcześniejszego zejścia z ponad trzykilometrowej grani. Przy złej pogodzie, śliskiej skale lepiej się wycofać póki jeszcze można. Schodząc z ostatniego szczytu na trasie uważać na ścieżkę.

Pięć gwiazdek – tak, ale tylko dla KŚ. Dla szlaku jako takiego ****.

Generalnie: Aonach Eagach pokonywane na chłodno okazało się nie aż tak trudne. Sądzę, że przyczyna różnicy ocen leży wyłącznie w mojej psychice. Za pierwszym razem byłam totalnie zaskoczona, ponieważ moja eksperiencja w temacie szkockich gór była dużo skromniejsza i nie spodziewałam się, że można tu znaleźć podobne szlaki. Ponadto przez całą długość drogi nie wiedziałam, co mnie JESZCZE czeka, a wyobraźnia pracowała na ostro. Tym razem miałam kilka poważnych przewag: wiedziałam, że szlak już raz przeszłam, pamiętałam jego przebieg i charakter trudności całkiem nieźle, więc nie mordowała mnie własna imaginacja. Myślę, że to właśnie jest recepta na strach: dać sobie spokój w wyobrażaniem, skupić się na tym, co aktualnie robimy. Na Orlej Perci będzie to o tyle trudne, że znam tylko małe fragmenty więc siłą rzeczy coś tam sobie wyobrażać będę. Ale obiecałam sobie, że spróbuję te wizje zminimalizować i postaram się koncentrować jedynie na obecnie pokonywanych trudnościach. Warunki fizyczne mam dobre, jestem sprawna i wystarczająco silna, mam długie kończyny. Jeśli tylko dam radę zmierzyć się z własną psychiką, nie ma powodów dla którego miałabym tego szlaku nie przejść.
Cieszę się, że wybrałam się na Aonach Eagach po raz drugi. Zwłaszcza dlatego, że pozwoliło mi to dojść do takich, a nie innych wniosków.

Bardzo dobra mapka, przy czym my schodziliśmy ze Sgurra nam Fiannaidh ścieżką prosto do Clachaig Inn, nie zaznaczoną na mapie (cieńsza fioletowa linia nie reprezentuje drogi).
Komplet zdjęć tu: >>LINK<<

Na Gruagaichean


Nr 12, Na Gruagaichean

Wymowa: na grujehan

Znaczenie nazwy: the maidens, panny

Wysokość: 1056m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 74.

Data wejścia: 18.05.2008

Tym razem zachciało nam się Mamoresów. The Mamores (w sumie powinnam spolszczać to słowo na "mamory", ale "mamoresy" mają jedyny w swoim rodzaju czar:D) to efektowne pasmo o fenomenalnym położeniu pomiędzy Ben Nevisem a Glencoe. Z Ben Nevisem sąsiadują, do Glencoe jest wciąż blisko, ale jednak dalej – przy czym to nawet lepiej, co zamierzam udowodnić zdjęciami. Z Mamoresów pięknie widać całe otoczenie doliny, od Buachaille Etive Mor po Sgorr na Ciche i dalej.

Mamoresy można ekspolatować od Glen Nevis bądź od Loch Leven położonego po stronie przeciwnej. Do miasteczka Kinlochleven, bo tę opcję wybraliśmy, od Glencoe jedzie się zaledwie kilkanaście minut.

Co do trasy, to koncepcje mieliśmy dość mgliste, tym razem miała jedynie być krótka i niezbyt forsowna. Na Na Gruagaichean padło, ponieważ prowadziła nań najkrótsza droga, i to pomimo że góra wcale słaba nie jest – pod względem wysokości trzecie miejsce w grupie Mamoresów, a trochę tam szczytów jest. Zachęcił nas też opis z The Munros, które przezornie wzięliśmy że sobą, że niby Na Gruagaichean jest "most imposing" w tym paśmie.

Trasa zaczyna się przy hotelu Mamore Lodge. Hotel jest położony wysoko – przejeżdżając przez Kinlochleven możecie dostrzec hen na zboczu rzucające się w oczy (oj ktoś miał fantazję, że tam się pobudował) domki. To właśnie hotel (to większe) i nieodległy dom nie wiem czyj, ale cholernie tej osobie zazdroszczę. Parking pod Mamore Lodge kosztuje 3 funty, a zaoszczędzamy kupę czasu i około 200 metrów różnicy wzniesień.

Najpierw czeka nas krótka przechadzka przez bujny las. Bujny las tu, w Szkocji, to prawdziwa gratka. Ten, choć puszcza to nie była, prezentował się w majowej szacie po prostu cudnie. Wszędzie rosną tam rododendrony. Drzew iglastych jest niewiele. Przyroda niby swojska, północnoeuropejska, ale jednak zupełnie inny klimat niż w Tatrach.

Am Bodach, Stob Coire a’Chairn i Na Gruagaichean widziane ze zbocza powyżej Kinlochleven. Białe punkciki w ramieniu Am Bodach to Mamore Lodge (lewy) i wspomniany dom

Po krótkim (za krótkim!) marszu lasem skręcamy do doliny, którą nazwę doliną Ba, jakoże płynie nią Allt Coire na Ba. I dalej nią, terenem łagodnie się wznoszącym, szczyt docelowy (a właściwie szczyty, gdyż Na Gruagaichean jest dwuwierzchołkowy) mając po ręce prawej, nie chowający się ani na chwilę. Od lewej dolinę flankuje Am Bodach, który w miarę jak nabieramy wysokości staje się coraz bardziej imponujący. Na Gruagaichean jest wyższy, ale z doliny to Am Bodach robi większe wrażenie.

Górne partie grani Na Gruagaichean nie chowają się, jak wspomniałam, ani na chwilę, więc od razu szukajcie o, takiej przełęczy:

Jest to największe obniżenie w grani, już bardzo blisko pierwszego ze szczytów, więc tam właśnie należy się wbijać.

Kolejno wygląda to tak: idziemy wyraźną ścieżką wzdłuż Allt Coire na Ba, aż szlak skręca w prawo i zaczyna się wznosić, by po jakimś czasie,kiedy jesteśmy już całkiem wysoko, skręcić w lewo. Jest to mniej więcej pod przełęczą, więc skręcamy tylko na chwilę (skręt dłuższy wyprowadziłby nas na Stob Coire a’Chairn, a dalej hulaj dusza, granie Mamoresów stoją otworem – opcja jak najbardziej do wypróbowania), i kierujemy się na rympał prosto w górę. Trochę mozolnie, ale króciutko. Na przełęczy otwierają się nowe widoki, a w krajobrazie dominuje Ben Nevis widziany od strony Carn Mor Dearg Arete.

Poniżej rejon, w którym szlak skręca przed rozpoczęciem podchodzenia na przełęcz:

I sama przełęcz:

Już na przełęczy, widok w kierunku The Grey Corries:

Z rejonów podszczytowych Na Gruagaichean Mariusz cyknął fajną panoramkę. Zobaczcie koniecznie (należy kliknąć w zdjęcie, aby powiększyć) >> LINK <<. Żałuję tylko, że z przyczyn wiadomych nie miałam jak opisać tego, co na niej widać. Poniżej kilka wybranych zdjęć:

Początek Glencoe. Plan trzeci zajmują Glen Etive Hills. Pasmo na planie drugim to Buachaille Etive Mor, kulminujące w Stob Dearg (najb. po lewej) i Stob na Doire. Pasmo z planu pierwszego to dłuuuuuuuugaśna grań, której klejnotem jest króciutkie Aonach Eagach

Plan III: Stob Dubh, Beinn Fhada, Stob Coire Sgreamhach, Bidean nam Bian. Plan II: grań sięga już do początków szlaku przechodzącego przez Aonach Eagach. Rozpoczyna go kopulasty wierzchołek Am Bodach

Z tyłu Bidean, bliżej wreszcie Aonach Eagach – to te ciemne poszarpańce – przechodzące w Stob Coire Leith i Sgorr nam Fiannaidh

A tu koniec grani z efektowną piramidką Sgurr na Ciche

Am Bodach i Sgurr an Lubhair

Sgurr a’Mhaim, najwyższy w Mamoresach. Piękny. Jak piramidka bitej śmietany



Jest i król. Ben Nevis wyglądający jak fala tsunami, Carn Mor Dearg Arete i Carn Mor Dearg

Z przełęczy na pierwszą pannę wchodzi się szybko. Szczyt jest długi i spłaszczony, ale fajna ekspozycja na obie strony – na prawą owszem dałoby się zejść, wprawdzie kosztem wielkich zakwasów, ale na lewą nie polecam. Nowe widoki na rejon Perthshire, Great Wall of Rannoch i Crianlarich Hills. Widać Ben Mora i Stob Binneina, ale trzeba wiedzieć gdzie patrzeć, bo z tej odległości to mikroby są.

Z panny nr 1 stromo na przełęcz, skąd na pannę 2 jest dosłownie kilka minut.

Na fotce powyżej jasno widać, że panna pierwsza ma gdzieniegdzie co pokazać. Zbocze po prawej to już prawie ściana.

Widoki z najwyższego punktu Na Gruagaichean są tak zbieżne z już opublikowanymi, że wrzucam tylko jedno zdjęcie. Poniżej Loch Eilde Mor a dalej Blackwater Reservoir:

Schodziliśmy obniżającą się długą granią, a kiedy stało się oczywiste że podążanie nią do końca, tj,. do samego dołu skaże nas na bardzo długie podchodzenie do szlaku ku Mamore Lodge, zdecydowaliśmy się na zejście na dzika zboczem, bezpośrednio do Doliny Ba. Zejście było męczące, długie, bardzo strome ale torfowo-trawiaste, więc bez niebezpieczeństw, acz wchodzić przy takim nachyleniu bym nie chciała. W dolinie pozostało przedostać się przez ogrodzenia dla owiec i po kwadransie od zejścia byliśmy na parkingu.

Mamoresy są… piękne. Dla miłośników szkockich gór obowiązkowe. Następnym razem w tym rejonie będziemy robić Ring of Steall, graniówkę obejmującą większość szczytów the Mamores – to już kosztowniejsza impreza, bo z noclegiem, ale nie mam najmniejszych watpliwości, że wrażenia z nawiązką zrekompensują każdego funta. I to pomimo że szlakowi przebytemu daję *, i jakoś mi się nie wydaje żeby w tym rejonie była szansa na hardkory. Ale te widoki, wysokość – miód. Polecam.

Buachaille Etive Mor

Nr 7, Stob Dearg:

Wymowa: stob dyerek

Znaczenie nazwy: red peak, czerwony szczyt

Wysokość: 1021m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 110.

Data wejścia: 8.09.07

Nr 8, Stob na Broige:

Wymowa: stob na bruka

Znaczenie nazwy: znalazłam dwie wersje, absolutnie rozbieżne i obie brzmiące dość głupawo – lively peak bądź peak of the shoe, jeszcze poszukam; 

Wysokość: 956m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 207.

Data wejścia: 8.09.07

Grań Buachaille (czyt. bukal) Etive Mor, Wielkiego Pasterza Glen Etive, jest jakoby w pierwszej piątce najpopularniejszych celów Highlandu. Faktycznie, stopniem zatłoczenia przypomina szlaki tatrzańskie. Powody nie są trudne do odgadnięcia: położenie w Glencoe, dwa munrosy po drodze, zapewne widowiskowość (my mieliśmy pecha pod tym względem, ale biorąc pod uwagę położenie masywu, przy lepszej pogodzie wrażenia muszą być takie, że proszę siadać), wreszcie łatwość techniczna i stosunkowo niewiele podchodzenia do góry.

Szlak zaczyna się tradycyjnie koło parkingu, chyba drugiego w dolinie. Nawet jeśli się mylę, nie powinno być żadnych problemów z właściwym zlokalizowaniem go – kiedy już wypatrzymy szczyt Stob Dearg, który rozpoczyna Buachaille Etive Mor, nazwijmy w skrócie BEM…

… i zaczniemy go okrążać… 

Po lewej Stob Dearg

… wkrótce ukaże się przełęcz, na którą wspina się nasz szlak – a zaczyna się on dokładnie na parkingu.

Przełęcz jest położona na wysokości 902m. n.p.m.

Szlak jest dość stromy, dzięki czemu bardzo szybko zyskujemy wysokość. Wejście na grań zajmuje (z postojami) około godziny.

Ostatni odcinek pokonuje się po pięknie wyrzeźbionych skałach – niestety, tylko z parkingu wygląda to ciekawie, w rzeczywistości ani na trudności, ani na ekspozycję nie ma co liczyć. Cały czas idziemy po wygodnych i bezpiecznych schodkach.

Z przełęczy można się udać w obu kierunkach: na wierzchołek Stob Dearg bądź dalej wzdłuż grani. Większość turystów łączy obie opcje – Stob Dearg jest najwyższym punktem BEM, a wejście na niego zajmuje zaledwie ok. 20 min i nie jest szczególnie forsowne. Góra znajduje się u wylotów Glencoe i Glen Etive, z wierzchołka musi się zatem roztaczać wspaniały widok na obie doliny oraz cudownie posępne przestrzenie Rannoch Moor. Niestety, chmury towarzyszyły nam tego dnia permanentnie.

Końcowy odcinek tuż przed szczytem Stob Dearg to jedyne miejsce całej trasy, gdzie momentami występuje chociaż cień sugestii ekspozycji:

Po zdobyciu munrosa wróciliśmy na przełęcz i kontynuowaliśmy marsz po grani. Absolutnie nie przypomina ona Aonach Eagach, jest spłaszczona, szeroka i bezpieczna. Z początku szliśmy po płaskim, mając jednak świadomość, że przed nami jeszcze trzy znaczące wzniesienia, z czego pierwsze, Stob na Doire, jest zaledwie o 10m niższe od Stob Dearg. Widoczność była słaba, zaledwie na kilkadziesiąt metrów, więc w tej kwestii musieliśmy całkiem zaufać mapie. We mgle człowiek głupieje, więc zaniepokoiliśmy się trochę, kiedy chmury nieco się przerzedziły i tuż przed nami na moment pokazało się coś, co wyglądało jak wielka i bardzo stroma góra:

Tymczasem wejście na Stob na Doire okazało się stosunkowo łagodne, chociaż istotnie podejść kawałek trzeba było. Szczyt nie ma statusu munro ze względu na zbyt małą wybitność, ale jest drugim co do wysokości punktem trasy – 1011m n.p.m.

Były to już ostatnie momenty, kiedy przynajmniej na krótko dało się coś dostrzec poprzez mgłę.

Schodząc ze Stob na Doire zgubiliśmy szlak. Nie od razu zdaliśmy sobie z tego sprawę. Ścieżka, do szczytu wyraźna, po drugiej stronie rozmyła się, we mgle nie było widać, które z opadających z wierzchołka zboczy przechodzi w grań, a które sięgają w doliny. Schodziliśmy jakimś kosmicznie stromym żlebem, pełnym żwiru, aż w końcu M. stwierdził, że chyba złazimy do Glen Etive i musimy spróbować przetrawersować jeszcze kawałek zbocza po czym wrócić na grań, do szlaku. W tym momencie wielki szacun, ponieważ mój wewnętrzny kierunkowskaz mówił mi wyraźnie, że schodzimy na stronę dokładnie przeciwną, i również w przeciwnym kierunku powinniśmy wchodzić. Tymczasem po chwili okazało się, że M. ma 100% racji.

Przed nami wędrowało trzech miejscowych, którzy altruistycznie wysłali jednego w tył, żeby nas ogarnął i doprowadził na szlak. Też zabłądzili na wierzchołku Stob na Doire, ale mieli GPSa, kompasy i wszystko, więc kiedy zdali sobie sprawę, że poszli źle, wiedzieli dokładnie którędy dostać się na właściwą drogę.

Moje wewnętrzne poczucie kierunku było już jednak całkiem rozregulowane, i aż do końca trasy mówiło mi, że idziemy w stronę przeciwną niż powinniśmy. Ciekawe że obaj koledzy mieli tak samo, jeden M. wykazał się intuicją.

Napotkana ekipa była bardzo sympatyczna, a munrosy BEM okazały się być ich sto piętnastym i sto szesnastym. My też pochwaliliśmy się, że parę mamy już na rozkładzie. Próbowałam nauczyć się prawidłowej wymowy Aonach Eagach – to jest AFAIR coś w stylu ionak’ ieegak’, ze zmiękczeniami jak w rosyjskim – ogólnie wymowa w gaelic jest strasznie popieprzona. Dowiedziliśmy się też, którędy schodzić – z najgłębszej (820m) przełęczy na trasie, pomiędzy Stob na Doire a kolejnym szczytem, opada ścieżka do doliny Lairig Gartain, która (to wiedzieliśmy) odchodzi od Glencoe. Początek ścieżki jest oznaczony kopczykiem z kamieni.

Na przedostatnim wzniesieniu, Stob Coire Altruim (941m n.p.m.) spotkaliśmy nietypowego turystę:

Jest tam gdzieniegdzie nawet trochę przepaściście, ale o trudnościach można zapomnieć:

Chmury robiły się coraz gęstsze, wilgoć coraz większa, wiatr silniejszy. Gdyby nie chęć zaliczenia ostatniego munro, pewnie byśmy zawrócili, bo ani widoków, ani trudności – dupa, panie.

Stob Coire Altruim

Munro Stob na Broige liczy sobie 956m wysokości i zamyka grań BEM, która dalej opada już do Glen Etive.

Schron na szczycie Stob na Broige

Z munrosa wycofaliśmy się do przełęczy, z której w dolinę sprowadza wzdłuż potoku stroma ścieżka – bądź w formie chodniczka, bądź po łatwych, naturalnie wyrzeźbionych skałach.

Do Lairig Gartain schodzi się szybko, nie więcej niż 40 min. dość urozmaiconym terenem. Sama dolina to jedno wielkie torfowisko, podmokłe, błotniste, pełne dziur, w które można wpaść po kolano, usiane zielonymi kępami, po których fajnie jest przeskakiwać dopóki odległość pomiędzy naszą a najbliższą kępą nie będzie tak duża, że pluśniemy w błoto.

Zwłaszcza dziury są wyjątkowo wredne, bo zamaskowane i ciężko wydostać z nich nogę bez pomocy. A i potem nie chcą cię wpuścić do samochodu dopóki nie pozbędziesz się butów i skar;P

Odcinek doliną do parkingu w Glencoe to jakaś godzina – mogłoby być krócej, gdyby nie konieczność szukania suchej (w zasadzie to mniej mokrej) drogi w torfowisku.

Szlak jest średnio długi, łatwy, taki na *. Z tym, że orientacyjne trudności jak widać wystąpić mogą, w rejonie szczytu Stob na Doire droga nie jest ewidentna. Na tym odcinku, zwłaszcza we mgle, należy bardzo uważać.

Żałuję, że nie jestem w stanie powiedzieć niczego o widokach, przez co opis wypadł dość zdawkowo. Sama będę chciała za jakiś czas powtórzyć tę trasę przy pięknej pogodzie, bo pomimo zaliczenia dwóch munrosów czuję niedosyt. Myślę, że szlak jest wart polecenia nawet w ciemno – jak wspomniałam, BEM jest tak położone, że przy dobrej widoczności musi tam być pięknie, a że trudności nie ma żadnych i męcząco też jakoś bardzo nie jest, warto spróbować się o tym przekonać.

Kiedy powtórzymy wycieczkę w bardziej sprzyjających warunkach, oczywiście wrzucę zdjęcia.

Orla Perć Glencoe: Aonach Eagach Ridge

Nr 4, Meall Dearg:

Wymowa: mil dyerek

Znaczenie nazwy: red hill, czerwone wzgórze

Wysokość: 953m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 212.

Data wejścia: 17.08.07

Nr 5, Sgorr nam Fiannaidh

Wymowa: skyr nam fijani

Znaczenie nazwy: peak of the fair haired warriors, szczyt jasnowłosych wojowników

Wysokość: 967m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 188.

Data wejścia: 17.08.07

Przejście Aonach Eagach to nasza pierwsza munroistyczna wycieczka, kiedy munrosy zdecydowanie nie były główną atrakcją. Jest to też pierwszy szlak który dostaje ode mnie pięć gwiazdek, co od dziś nie będzie się tłumaczyło jako "nigdy więcej", ale jako "prawdziwe szaleństwo, i NA PEWNO tam wrócę":)))

Droga zaczyna się koło parkingu po prawej (patrząc w kierunku miejscowości Glencoe) stronie szosy, koło domku nad potokiem Allt-na-reigh, na wysokości Trzech Sióstr. Trudno mi to określić precyzyjniej – AFAIR jest to czwarty parking w dolinie. Chodnik wspina się prosto w górę, cały czas wzdłuż potoku. Ścieżka jest wyraźna i raczej nie ma możliwości by ją zgubić. Wspięcie się na obniżenie w grani zajmuje około dwóch dość nudnych godzin, praktycznie bez widoków – te odsłonią się dopiero po osiągnięciu grani. Wreszcie wychodzimy na szeroką przełęcz, skąd rozpoczyna się nasza właściwa trasa, wyglądająca póki co dość niewinnie:

Na przełęczy spotkaliśmy sympatycznego tubylca, z którym ucięliśmy pogawędkę. Wyglądał na niezłego dzika, zresztą napomknął, że 14 lat temu łaził w zimie po Tatrach Wysokich. Na nasze pytanie o szlak udzielił nam przydatnej informacji, żeby przy schodzeniu uważać na fałszywą ścieżkę prowadzącą w przepaść, dodał też, że ta grań to coś w stylu tatrzańskiej "path of the eagles". Tak więc zaczynało zapowiadać się ciekawie, chociaż  początek szlaku był bardzo łatwy:

Pierwszym wzniesieniem na trasie jest Am Bodach, 943m n.p.m. W tym rejonie napotyka się już wstępne trudności: strome i eksponowane trawersowanie skalnego zbocza, zdecydowanie podwyższające poziom adrenaliny. Kiedy przez nie przechodziliśmy, wydawało nam się dość hardkorowe. Pod koniec trasy uznaliśmy, że to była dopiero rozgrzewka.

Na tym odcinku, z wyjątkiem wspomnianego miejsca, szlak nie jest jednak szczególnie trudny, a tylko eksponowany, jak to graniówka:

Prawdziwe szaleństwo sytuuje się na odcinku grani pomiędzy Meall Dearg a Stob Coire Leith, w rejonie Crazy Pinnacles, które my, nic jeszcze nie wiedząc o tej nazwie, ochrzciliśmy Wariatami:

Do Wariatów, które już z tej odległości prezentowały się raczej niepokojąco, czekała nas jeszcze jedna ciekawa akcja.

Grupa Bideana nam Bian: Stob Coire nan Lochan, Aonach Dubh, szczyt Bideana, stob Coire nam Beith; w dole Loch Achtriochtan

Crazy Pinnacles

Atrakcją okazał się piękny 15-metrowy komin, który z punktu, z jakiego ujrzeliśmy go po raz pierwszy, prezentował się po prostu strasznie. Było to pierwsze (i po prawdzie ostatnie, acz tylko dlatego, że potem nie miałabym odwagi na wycofywanie się) miejsce, gdzie powiedziałam: pieprzę, nie idę. Na szczęście M. namówił mnie, żebym zeszła aż do samego podnóża komina i dopiero stamtąd oceniła możliwości – faktycznie, z tej perspektywy wyglądał na całkiem łatwy. Owszem, totalnie pionowy, ale tak znakomicie wyrzeźbiony, że szło się jak po drabinie, bez żadnych trudności.

W drodze wyjątku, poniższe zdjęcia z braku materiału własnego pozwoliłam sobie przekopiować ze strony www.gla.ac.uk:

My dysponujemy jedynie fotkami ze środka komina:

O ile komin wyglądał tragicznie, a okazał się łatwy, o tyle na Wariatach było inaczej. I wyglądały, i były hardkorowe. Ekspozycja cały czas, momentami bardzo poważna, ŻADNYCH ubezpieczeń, skały generalnie nieźle wyrzeźbione, ale w kilku wspinaczkowych momentach nie było łatwo o dobry chwyt. Jak to ujął autor naszej książki: (…) it also offers several heart-stopping moments if you’re not used to exposure – ja bym nawet zaryzykowała stwierdzenie, że obycie z ekspozycją wcale nie miało kluczowego znaczenia, ponieważ ten szlak jest autentycznie trudny sam w sobie.

Za Wariatem Stob Coire Leith i najwyższy na trasie Sgorr nam Fiannaidh

Z zdjęciami o tyle jest problem, że 1) nie w każdym miejscu da się wyjąć aparat; 2) nie są w stanie w pełni oddać głębi i perspektywy. Z pierwszego powodu tak mało tu tych "heart-stopping" akcji, z drugiego – nawet te miejsca, które uwieczniliśmy, wyglądają na fotkach dużo niewinniej niż w rzeczywistości. Potencjalni czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, do jakiego stopnia zwariowany jest ten szlak. Nie umiem ocenić, na ile jego trudność jest spowodowana brakiem ubezpieczeń, nie wiem, czy ołańcuchowany stałby się banalny. W każdym razie w takiej postaci, w jakiej jest teraz, spokojnie wytrzymuje porównanie z zejściem z Koziej Przełęczy do Pięciu Stawów, a na pewno jest dużo gorszy niż np. Granaty.

Poniżej kolejny komin, których trochę tam jest. Same w sobie do przejścia, są groźne z powodu ekspozycji: upadek niesie bardzo duże ryzyko zatrzymania się dopiero na dole.

Łatwiejsze partie pozwalają ponacieszać się trochę widokami. Od strony Glencoe zdecydowanie dominuje masyw Bideana.

Aonach Eagach oznacza notched ridge, pokarbowaną grań. Trudno o nazwę mniej pretensjonalną w swej trafności:

Na szlaku co kilkanście / dziesiąt metrów pojawiają się kilkumetrowe ścianki, niebezpieczne z tego samego powodu co kominy: ekspozycji. Nie można sobie tutaj pozwolić na zlekceważenie zasady trzech punktów oparcia, trzeba szukać chwytu aż do skutku. Nieodzowne okazuje się schodzenie przodem, które jak większość kobiet odbieram jako nienaturalne.

Przed nami ostatnie i najgorsze momenty, najwyższy z Wariatów:

To zdjęcie jest klasycznym przykładem wypaczania rzeczywistości przez obiektyw. Fragment grani, na którym siedzę, musieliśmy pokonywać okrakiem. Z obu stron opadają mocno nachylone żleby, które na fotce zlały się z planem pierwszym, zwłaszcza prawy – za szarym kamieniem jest spad, i to taki, że gdyby polecieć, zatrzymało by się pewnie dopiero na blacie szosy A82. 

A tu najlepsze miejsce trasy, zaiste heart-stopping. Uwaga: szlak biegnie trawersem przez trawki aż do widocznego w dole komina zawieszonego nad przepaścią. Nie jestem w stanie określić dokładnego przebiegu drogi, ponieważ mnie samą zastanawia, jak właściwie myśmy tamtędy zeszli:

Zbliżenie na komin. Z tym miejscem naprawdę były jaja: nie dość, że wąski, nachylony i trudny, to jeszcze sprowadzał na wąską eksponowaną półeczkę, a dalej wcale nie było lepiej….

W kominie:

Kiedy już udało się nam przedostać na półkę, czekała nas wspinaczka kilkunastometrową ścianą, która z dołu wyglądała na świetnie wyrzeźbioną (zasada: myśl nie o przepaści za tobą, a o faktycznych trudnościach zadziałała bez pudła, wspinaczkę zaczęłam bez strachu), ale okazała się raczej przesrana, ponieważ uformowana była z grubsza w bardzo wysokie schody, tak wysokie że ani nogi zadrzeć, ani się złapać (krawędź schodów to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chciałabym widzieć jako uchwyt). Jakoś się udało, ale nie bez trudu i stresu. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że prędzej zadzwonię po 911 niż zawrócę, gdyby była taka konieczność. Za nic nie chciałam schodzić tą ścianką.

Na szczęście nic gorszego już na nas nie czekało. Przy czym nie był to bynajmniej koniec trudności. Tu akurat fragment "relaksacyjny":

Po kilku kolejnych ściankach przyszła kolej na ostatni już komin na trasie. Szlak, wyraźnie widoczny za M., doprowadza do miejsca, którego w żaden sposób nie da się ominąć:

Jedyny sposób to przejście tym właśnie kominkiem (po lewej), starając się wystawać z jego rynny najmniej, jak to możliwe:

Na szczęście zejście od drugiej strony okazało się dużo mniej ryzykowne:

Od Crazy Pinnacles aż do Stob Coire Leith, i dalej do najwyższego punktu na trasie, Sgorr nam Fiannaidh, grań nie sprawia już żadnych kłopotów. 

Na przełęczy pomiędzy Stob Coire Leith i Sgorrem spotkaliśmy dwoje turystów, faceta z młodziutką dziewczyną. Po udzieleniu nam informacji co do drogi zejścia wyjawili, że planują przejść całą grań. Zdziwiliśmy się, bo było już po 18, ostrzegliśmy ich uczciwie o trudnościach jak i o tym, że my robiliśmy odcinek od pierwszej przełęczy trzy godziny. Podziękowali, ale nie wyglądało że informacje te wywarły na nich szczególne wrażenie. Rozeszliśmy się każda para w swoją stronę.

Widok ze Sgorra nam Fiannaidh jest piękny i rozległy, ale prawdę mówiąc marzyliśmy już tylko o tym, by jak najszybciej zejść i zdobyć coś do picia, ponieważ tuż po Wariatach skończył nam się niemały przecież zapas.

 Sgorr nam Fiannaidh

Za szczytem należy bardzo uważać: przed oczkiem wodnym zbiega w dół fałszywa ścieżka, która sprowadza do przepaści. Należy ją ominąć, a za chwilę trafi się na właściwą, oznaczoną kopczykami z kamieni.

Zejście jest męczące, długie, upierdliwe i nie do końca bezpieczne. Bardzo strome piargi albo (momentami lekko eksponowane) skałki. Oczywiście do Wariatów nie ma porównania, ale na pewno należy uważać, zwłaszcza że człowiek zmęczony traci pewność ruchów. Droga w dół zajęła nam dwie godziny. Do parkingu szliśmy jeszcze około czterdziestu minut, podziwiając naszą grań:

Ściemniało się już, siąpił rzadki deszczyk. Zastanawialiśmy się, gdzie są teraz napotkani przez nas turyści, czy jeszcze w górze, czy też udało im się zejść bezpiecznie. Odpowiedź przyszła do nas sama. Zaczepiły nas kolejno dwie ekipy ratowników, wypytując, czy to my jesteśmy Andrew i jego towarzyszka, którzy zadzwonili z grani, że utknęli i proszą o pomoc. Udzieliliśmy możliwie jak najobszerniejszych informacji co do miejsca i godziny, kiedy to widzieliśmy ich na trasie, życzyliśmy ratownikom powodzenia i poszliśmy w swoją stronę. Nie sądzę, żeby akcja miała się zakończyć źle – jeśli tylko nasi turyści byli na tyle inteligentni, by nie posuwać się dalej tylko zabiwakować w osłoniętym miejscu, nic nie powinno im się stać. Później w samochodzie zastanawialiśmy się jeszcze, czy nie mogliśmy ostrzec ich jakoś skuteczniej, bardziej przestraszyć, ale z drugiej strony – skąd mieliśmy wiedzieć, czy nie mamy do czynienia z dzikami takimi jak ten pierwszy facet? Mam w każdym razie nadzieję, że wszystko zakończyło się szczęśliwie.

Trasa dostaje ode mnie *****. Szlak tylko dla osób obytych z ekspozycją, które są pewne, że nie sparaliżuje ich lęk wysokości. Sporo podciągania na rękach. Koniecznie należy pamiętać o zasadzie trzech punktów oparcia, ścieżki szukać ostrożnie (momentami wariantów przejścia jest więcej, nie warto ryzykować trudniejszego). Brak możliwości wcześniejszego zejścia z ponad trzykilometrowej grani. Przy złej pogodzie, śliskiej skale lepiej się wycofać póki jeszcze można. Schodząc z ostatniego szczytu na trasie uważać na ścieżkę.

My wybieramy się tam znowu za rok, potrenować przed Orlą Percią. Miłośnikom tego typu przejść grań Aonach Eagach z pewnością się spodoba.

Stob Coire Sgreamhach i Bidean nam Bian

Nr 2, Stob Coire Sgreamhach

Wymowa: stob kori skrijah

Znaczenie nazwy: peak of the fearful corrie , szczyt przerażającego kotła

Wysokość: 1072m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 65.

Data wejścia: 17.06.07

Nr 3, Bidean nam Bian

Wymowa: bitien nam bią

Znaczenie nazwy: pinnacle of the mountains, szczyt szczytów

Wysokość: 1150m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 23.

Data wejścia: 17.06.07

Potężny, o ciężkiej sylwetce Bidean nam Bian razem ze swymi trzema satelitami (Stob Coire Sgreamhach, Stob Coire nan Lochan i Stob Coire nam Beith) rozsiada się majestatycznie pomiędzy Glencoe a Glen Etive. Zaliczany do Glencoe hills, z głównej doliny jest jednak praktycznie niewidoczny (trzeba wiedzieć, gdzie i kiedy patrzeć). Z trzech położonych opodal szczytów tylko SCS uznany został za dostatecznie wyodrębniony, by zaliczono go do munros, pomimo iż gabarytowo na listę łapią się wszystkie sąsiadujące wierzchołki. Osobiście uważam że Stob Coire nan Lochan, zresztą wyższy od SCS, jak najbardziej powinien być munro. No ale jak lista, to lista, trudno.

Wędrówkę rozpoczęliśmy przy czwartym parkingu w Glencoe (patrząc od strony Bridge of Orchy). Wybiega stamtąd wyraźna ścieżka, która początkowo wspina się lekko, wyprowadzając do doliny. Szlak biegnie po płaskim, wzdłuż potoku Allt Lairig Eilde, po prawej stronie mając poszarpaną grań Beinn Fhady, po lewej zaś ścianę Buachaille Etive Beag z piramidą Stob Dubh (958m n.p.m.).

Nie bardzo mieliśmy pomysł, jak iść – wiedzieliśmy tylko, że przed nami powinien się znajdować SCS, no i skoro jest szlak, to pewnie nas GDZIEŚ wyprowadzi. Nasza droga, jak się okazało, miło i spacerowo łączy Glencoe z Glen Etive, co tłumaczyłoby, że spotkaliśmy na niej trochę ludzi i psów (potem, do samego końca wycieczki, tylko raz w ogóle widzieliśmy człowieka). Istotnie wyprowadziła nas bez pudła, bo pod samą grań SCSa.   

Grań Stob Coire Sgreamhach zamyka dolinę. Jest to sam początek, zasłonięty zboczami Beinn Fhady szczyt znajduje się o wiele wyżej

Postanowiliśmy wbić się na przełęcz i kontynuować marsz po grani. Innych bezpiecznych możliwości zresztą nie było.

Przełęcz (741m n.p.m.)

Wspinaczka ma przełęcz była niedługa, ale strasznie mozolna z powodu znacznego nachylenia. Na szczęście przewyższenie w tym miejscu wynosi zaledwie circa 300 metrów.

Grań Buachaille Etive Beag, najbardziej po prawej Stob Dubh

Widoki z przełęczy na dolinę, choć piękne, nie mogły równać się z tym, co zobaczyliśmy po drugiej stronie: lśniącym w słońcu Loch Etive i jego wspaniałym otoczeniem. Dla czegoś takiego warto żmudnie brnąć pod górę, przeklinając wczorajsze używkowe ekscesy:

Ku wierzchołkowi SCS pięliśmy się bardzo szeroką granią, z jednej strony płynnie przechodzącą w łagodne zbocze, z drugiej opadającą urwiskami. Ten odcinek jest mniej męczący, denerwuje tylko, że przez dłuższy czas nie widać szczytu, przed nami tylko trawa i kamienie. Za to widoki z boków i tyłu z każdym krokiem zyskują na bogactwie – na północnym zachodzie błyszczy Loch Linnhe, po przeciwnej stronie Blackwater, naokoło morze wzniesień:

Nareszcie widać szczyt

W kierunku szczytu

Na wierzchołku Stob Coire Sgreamhach stanęliśmy po mniej więcej godzinie od ruszenia z przełęczy (ale można ten odcinek przejść szybciej, nie robiąc długich postojów na pikniki i robienie zdjęć:>). Widoki wzbogacają się o kierunek północny, ale z panoramy da się dostrzec tylko fragment (za to z grzbietem Ben Nevisa) – plan pierwszy zasłaniają masywne sylwety Bideana i Stob Coire nan Lochan, rozdzielone głębokim siodłem.

Przełęcz między BnB a SCnL

Zwłaszcza Bidean robi wrażenie.

Bidean nam Bian – widok z przełęczy łączącej go z SCS

Żeby dostać się na Bideana, musieliśmy zejść na mocno wciętą przełęcz i uwaga! W razie niedyspozycji, załamania pogody czy innych niesprzyjających okoliczności tu można zacząć schodzić – z przełęczy opada stromy, ale bezpieczny szlak do Lost Valley i dalej do Glencoe.

Na szczyt wiedzie wyraźna i wygodna ścieżka. Do końca prowadzi granią, miejscami wąską i nieco eksponowaną, jednak bez żadnych trudności technicznych. Po pół godzinie marszu w towarzystwie biegnącej kilkadziesiąt metrów niżej owcy indywidualistki, osiągnęliśmy niższy wierzchołek Bideana. Warto się tam zatrzymać na kilka chwil – już tu mamy przedsmak tego, co czeka nas na górze – dookolna panorama szczytów uległa cudownemu rozmnożeniu, a za Loch Linnhe widać otwarte morze.

W tle właściwy wierzchołek BnB

Na szczyt już tylko chwilka.

Stob Coire nan Lochan i Stob Coire nam Beith wydają się być na wyciągnięcie ręki.

Stob Coire nam Beith, 1107m n.p.m.

Za to zejście na przełęcz jest średnio przyjemne. Idzie się po stromym kamiennym usypisku, które przejawia spore tendencje do mobilności – dziewięć na dziesięć kamulców trzyma się ściśle siebie nawzajem, a ostatni wyjeżdża ci spod nóg. Zdecydowanie ostrożność jest tu wskazana. Bokiem usypiska biegnie co prawda ścieżka, ale wypatrzyliśmy ją nad samą przełęczą, tak że nie wiem w którym punkcie się zaczyna.

Na przełęczy po raz pierwszy w życiu widziałam widmo Brockenu.

Zejście z Bideana

Na SCnL wchodzi się szybko, w wejściu atrakcji brak, jest nawet słabo widoczna dróżka. Szczyt jest rozległy, za to ku Glencoe opada stromymi ścianami, u podnoża których widnieje rogalik utworzony przez dwie z Three Sisters, Aonach Dubh i Gearr Aonach.

Po lewej Aonach Dubh, po prawej Gearr Aonach. Środkiem biegnie ten szlak

Na grani SCnL

SCS, przełęcz i zbocze Bideana wznoszące się nad Lost Valley

Zdecydowaliśmy się schodzić w kierunku Gearr Aonach i szukać miejsca, gdzie będzie można zejść na dzika do Zagubionej Doliny. Próbę zejścia podjęliśmy w dolnych partiach grani SCnL – zbocze, choć bardzo strome, spełniało nasze kryteria bezpieczeństwa (nachylenie mniejsze niż 90 stopni, przyczepne podłoże: trawa). Choć się powiodło, uważam, że zrobić głupiej się po prostu nie dało. Przyjemne trawiaste zbocze okazało się cholernie długie i usiane kamulcami, kamieniami, kamykami, kamyczkami oraz żwirkiem. Przy potężnej stromiznie oznaczało to dupozjazdy, uwagę natężoną dziesięć razy powyżej normy i nadwerężenie mięśni pleców podczas prób utrzymania równowagi. Do Zagubionej Doliny zeszliśmy zmordowani, źli i ze sztywnymi łydkami. Od tego momentu każdy zaczął czuć w nogach zrobione kilometry – dobrze, że chociaż można było się napić: dnem płynie, tworząc malownicze wodospadziki, Allt Coire Gabhail.

Lost Valley naprawdę mnie zachwyciła. Jest to dolina wisząca, obrywająca się do Glencoe stromym progiem, z którego z hukiem spada potok. Węższa od swojej sąsiadki którą zaczynaliśmy trasę, w cieniu Bideana nam Bian i Stob Coire nan Lochan, jest też mniej surowa dzięki ilości flory: rosną tu drzewa i krzewy. W ogóle COŚ tu rośnie:) Szlak puszczony został w górnych partiach dnem doliny, w niższych sporo powyżej. Można podziwiać potok daleko w dole.

Tuż przed skalnym progiem otoczenie wygląda sielsko i niewinnie, śliczny lasek po prostu zaprasza… Tymczasem ten ostatni odcinek dopiero dał nam popalić!:D W lasku zaczyna się szaleństwo, scenografia do filmu fantasy: plątanina wiatrołomów, skałek, wodospadów, ogromnych głazów, wykrotów; szlak co chwila się gubi albo naprawdę znika, trzeba przeciskać się pod pniami, szukać zejścia ze ścianek, przekraczać po śliskich kamieniach rwący potok. Coś cudownego, a zarazem strasznie irytującego człowieka, któremu po ciężkim zejściu dygocą łydki i który zrobił po górach potężny dystans. Na ten szlak wybierzemy się kiedy indziej, tylko dla podelektowania się wszystkimi pułapkami i zakątkami, ale wypoczęci i z naładowanymi bateriami w aparatach – będzie oddzielna sesja i oddzielna notka. 

Glencoe pożegnało nas cudownym zachodem słońca, w którego ostatnich promieniach toczyliśmy się złachani do parkingu. Podczas dyskusji podsumowującej już w samochodzie wyprawę uznano zgodnie za absolutnie fantastyczną.

Trasę po wyciągnięciu średniej oceniam na **. Spora część jest banalna, ale kilka odcinków (droga ze szczytu Bideana na przełęcz, grań Stob Coire nan Lochan, wreszcie nasze dzikie zejście oraz końcowy lasek) zasługuje na ***. Droga jest długa i męcząca, przy czym chyba więcej schodzenia niż wchodzenia. Jako szlak zejściowy z SCnL zdecydowanie rekomenduję trasę przez Gearr Aonach i niżej Coire nan Lochan, pomiędzy Siostrami. Przy czym prawdziwych trudności technicznych – tzn. takich, do których potrzeba więcej niż przeciętnej sprawności fizycznej – brak, wystarczy iść ostrożnie.

Bardzo polecam 🙂

PS (03. 01. 2008): dopiero po którymś z kolei kontrolnym czytaniu połapałam się, że to nie wynika jasno z tekstu – na odcinku pomiędzy pierwszą przełęczą a przełęczą między Stob Coire Sgreamhach i Bideanem ścieżki NIE MA. W przewodnikach / na mapach jako rekomendowane wejście i zejście z Bideana zaznaczona jest trasa Glencoe – Zagubiona Dolina – SCS – BnB – SCnL – Coire nan Lochan – Glencoe. Na całej jej długości biegnie szlak, oczywiście w rozumieniu szkockim, bo nie jest w żaden sposób oznaczony, za to wyraźny.

Naszą "autorską" opcję ogromnie polecam, jest fajna, nie chcę po prostu wprowadzać nikogo w błąd. 

Aonach Dubh

Na początku kwietnia wybraliśmy się do Glencoe z zamiarem ponapawania się widokami i ewentualnie zrobienia jakiejś łatwej trasy (w wyższych partiach leżał na masę śnieg). Nie mieliśmy mapy ani koncepcji, za to dużo zapału. Okazało się, że to wystarczy, żeby było wesoło.

Glencoe (bądź Glen Coe), Dolina Łez, jedno ze słynniejszych miejsc w Szkocji (rzecz jasna po pierwszej lidze, którą stanowią Edynburg, Glasgow, Loch Ness i Rosslyn:>), jest miejscem bezdyskusyjnie przepięknym. Położona w West Higland, razem z sąsiednią Glen Etive stanowi konkretne skupisko munrosów oraz wzniesień mniejszych, ale równie dekoracyjnych. Wylotem wschodnim obie doliny opierają się o pustkowie Rannoch Moor. Do zachodniego sięga morze, a powstała zatoka (Loch Linnhe), wżynająca się w ląd głęboko jak fiord, wysuwa w stronę doliny swoje wąskie odgałęzienie, Loch Leven. Patrząc na LL z góry w życiu by się człowiek sam nie domyślił, że to nie jezioro.

Co do naszej trasy, wybraliśmy ją zupełnie przypadkowo. Zatrzymaliśmy się po prostu na jednym z dwóch parkingów i zaczęliśmy kombinować, jakie szlaki odchodzą w polu widzenia. Wybór był dość oczywisty, za niskie by pokrywał je śnieg Three Sisters, niższe piętro z nieznanych mi przyczyn nie będącego munrosem imponującego Stob Coire nan Lochan, wznosiły się tuż nad nami i widać było, że prowadzi tam droga:

Dwie z Three Sisters, Gearr Aonach i Aonach Dubh

Szlak z początku zbiega w dół, do faktycznego dna doliny (szosa puszczona jest nieco wyżej), przekracza potok River Coe i zaczyna piąć się w górę, trawersując zbocze Gearr Aonach. Ścieżka jest dobrze widoczna, raczej wygodna, w znacznej części ułożona z kamieni, choć sporo jest i wkurwiającego żwirku.

Ten pierwszy odcinek jest mało nachylony, wysokość zyskujemy powoli. Daleko w górze widnieje coraz wyraźniejszy szczyt Stob Coire nan Lochan, który z tej odległości wydaje się strasznie daleki, wysoki i ogólnie nie do zdobycia:]

Kiedy osiągamy środek podkowy i zaczynamy się piąć równolegle do potoku, robi się stromiej – już nie trawersujemy ściany, ale walimy centralnie, obrzeżami wielkiego żlebu. Sceneria raczej bez zmian – szczyt bliżej i bliżej, ale wciąż budzący respekt; za plecami coraz głębsza dolina i coraz cieńsza nitka szosy A82.

Im wyżej, tym stromiej, więcej żwiru i słabiej widoczna ścieżka. Pod koniec idzie się już bez zwracania uwagi, jest droga czy nie, skoro jedyny logiczny kierunek prowadzi tak czy inaczej prosto w górę.

Ostatnie podrygi wyraźnego szlaku, zaraz będzie stromo a ścieżka się rozmyje

Kiedy w końcu osiągamy najwyższy punkt zbocza, znajdujemy się na – mniej więcej – równi, lekko tylko pofałdowanej. To szczyt podkowy, czy też półksiężyca, budowanego przez Gearr Aonach i Aonach Dubh. Jeśli te dwie kolumny są nogami krzesła, to równia jest siedziskiem, a urwiska SCnL oparciem. Porównanie tylko z pozoru wydumane, bo dokładnie tak to wygląda:

Na Gearr Aonach, w tle Stob Coire nan Lochan

http://leisure.ordnancesurvey.co.uk/leisure

Widoki oczywiście wymiatają.

Stob Coire Sgreamhach

Grań Aonach Eagach po przeciwnej stronie doliny

Z pogodą wyjątkowo się nam poszczęściło, ale o tym, że to jednak wczesny początek wiosny, nie dawały zapomnieć płaty śniegu:

Na szczyt SCnL nie próbowaliśmy wchodzić. Panowie chcieli, ale zaprotestowałam stanowczo. Było za dużo śniegu. Może to przesadna ostrożność, ale moje doświadczenia ze śniegiem w górach ograniczają się do seryjnych zjazdów na dupie w Tatrach w czerwcu 2006, kiedy warunki (czego się spodziewałam, ale nie miałam możliwości pojechać w innym terminie) były klasycznie zimowe już w wyżej położonych dolinach. Było średnio, czuję się na coś takiego nieprzygotowana i wolę nie ryzykować, tym bardziej że cóż za problem zaliczyć tę samą trasę latem.

Pomimo zmiany planu na mniej ambitny, otoczenie wprawiło ekipę w taką euforię, że zwiedziliśmy całą (a konkretna owszem jest) podkowę, od krańca do krańca. Przepaście po obu stronach były imponujące, ale tym, dla czego naprawdę warto było się tą trasą wybrać, okazały się widoki z Aonach Dubh, siostry wyższej, zachodniej, liczącej 892m npm.

Idziemy na Aonach Dubh

Droga A82

Wyraźnie widać, że szosa jest puszczona powyżej dna doliny

Miejscowość Glencoe nad brzegami Loch Leven

W końcu trzeba było przerwać tę sielankę i zacząć złazić, ale nikt nie miał ochoty wracać żlebem wzdłuż potoku. Postanowiliśmy zejść na dzika bezpośrednio z AD, ścinając hektar starej trasy i zaoszczędzając czas (jeden z kolegów śpieszył się do Edynburda w sprawach mocno prywatnych:P). Szlak w dole było pięknie widać, a zbocze, choć bardzo strome, nie wyglądało jakoś strasznie hardkorowo. Zaczęliśmy schodzić.

Ten odcinek okazał się – oprócz oczywiście widoków – najfajniejszym punktem całej wycieczki. Złaziliśmy prawie pionowym trawiasto – skalistym stokiem, gdzie nachylenie powodowało, że w wielu miejscach trzeba było przysiadać na dupie i trzymać się trawy, kamulców czy co tam jeszcze się znalazło do trzymania. Groźnie nie było AFAIR w żadnym momencie (chociaż przy pewnym pechu jak najbardziej było gdzie połamać nogi), ale w kilku miejscach (skały plus żwirek my love:]) trzeba było jednak następny krok przemyśleć.

Teren naszego zejścia z przyległościami

Łatwy moment

Szlaku tą metodą faktycznie ścięliśmy sporo, w dodatku w malowniczy sposób. Kolega zdążył na swoją randkę;)

Wycieczkę na Aonach Dubh polecam wszystkim, którzy mają ochotę na wysokogórskie widoki, ale niekoniecznie lubią ryzyko. Pierwszoligowe wrażenia estetyczne zapewnione. Trudności technicznych w trasie żlebem brak, w naszej dzikiej właściwie też – choć tu trzeba zachować minimum ostrożności. Droga może być dość męcząca dla osób o słabszej kondycji, ale nie jest na tyle długa, by nie można było sobie pozwolić na częste postoje. Trudności orientacyjnych brak, po prostu należy się wspinać / schodzić zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Niewolnicze trzymanie się ścieżki na tej akurat trasie nie jest konieczne.

Odcinek żlebem oceniam na *, nasze zejście z AD na mocne **.