Stob Dearg: Lagangarbh Buttress & Crowberry Tower

Tym razem mieliśmy iść z nowymi znajomymi którzy chcieli spróbować jakiegoś scramblingu. Wyszperałam w książkach trasę na Stob Dearg (masyw Buachaille Etive Mor) przez Lagangarbh Buttress. Na Stob Dearg w Glencoe byliśmy już trzykrotnie (ja – raz tradycyjnie, dwa razy przez Curved Rigde) i czterokrotnie (Mariusz – to samo, plus dodatkowe CR na zimowym kursie), ale nigdy nie mieliśmy z niego widoków. Gdyby tym razem wreszcie udało się coś zobaczyć, byłoby fantastycznie. Samo wejście miało nie przedstawiać specjalnych trudności ale kryterium scramblingu spełniało, czyli powinno być fajną opcją jak na pierwszy raz. Start z tego samego parkingu z którego prowadzą wszystkie trasy na Stob Dearg. Lagangarbh Buttress na poniższym zdjęciu to ten pas skałek w centrum.

Dosłownie po paru minutach opuszczamy ścieżkę by zacząć podchodzenie. Skała na tej górze jest rewelacyjna, daje niesamowite tarcie. Właściwość tę szczególnie dało się odczuć na pierwszych kilkudziesięciu metrach, prowadzących przez mutonopodobne formacje.

Mariusz stwierdził że stworzyłam nowa dyscyplinę, gramoling. Nie mogę za bardzo z tym polemizować, faktycznie zdarza mi się tworzyć nawet na całkiem nieproblemowych momentach jakieś dziwaczne figury, z reguły kiedy mam mało energii 😛

Wysokości nabiera się bardzo szybko i z tego powodu wariant ten stanowi poważną konkurencję dla trasy tradycyjnej – jest trudniejszy ale krótszy.

Momenty scramblingowe przypominały Curved Ridge, z tą różnicą że tu mniej było skały i nie było prawdziwej lufy za plecami, ale szło się fajnie.

Widoki były, w dość smętnej aurze ale były. Miałam nadzieję graniczącą z pewnością, iż sytuacja ta jest stabilna i z wierzchołka też coś zobaczymy. Poniżej góry od the Mamores, poprzez uciętego chmurą w połowie Ben Nevisa i Grey Corries, po munrosy nad Loch Treig.

Ściana poniżej tylko wydaje się być tuż za mną, w rzeczywistości oddzielał ją od nas spory żleb. Mariusz chciał tamtędy włazić ale nie pozwoliłam – nadal byłby to technicznie nietrudny scrambling, bo skała tam jest niesamowicie rzeźbiona, ale z taką lufą, dziękuję bardzo – drapałabym się tam tylko z asekuracją. Może nie jestem najodważniejsza, ale mam dzięki temu szansę dożyć końca kolekcjonowania munros :/

Jak sobie człowiek pomyślał, że jeszcze niedawno przechodził obok tego małego białego  domku w dolinie, nogi momentalnie zaczęły się wydawać znacznie cięższe…

Ostatni scramblingowy fragment był najfajniejszy, bo bez tych cholernych trawek, pionowy, a tak ukształtowany że wchodziło się jak po drabinie.

W dole widać ścieżkę turystyczną:

Kiedy scrambling się skończył a do szczytu pozostał jeszcze kawałek, zakryła nas chmura. Po raz kolejny zanosiło się że nic nie zobaczymy :(. Wobec powyższego, zamiast kierować się bezpośrednio w górę, postanowiliśmy przetrawersować zbocze tak żeby dotrzeć do Crowberry Tower nie przechodząc przez niepotrzebny już wierzchołek. Trawersowanie trzeba było zakończyć kiedy kolejną przeszkodą okazał się głęboki Great Gully. Wyszliśmy na górę, na ostatnich -nastu metrach łącząc się z normalną trasą wejściową.

Na szczycie panowało tradycyjne mleko, mimo to postanowiliśmy poszukać Crowberry Tower, w którym to celu należało się obniżyć na wschód o ok. 100 metrów. W mleku szukaliśmy na czuja, co w górnych partiach Stob Dearg nie było przedsięwzięciem do końca odpowiedzialnym, ale w końcu wyłoniła się z mgły. Jako że na wieży już byłam a widoków i tak byśmy z niej nie mieli, zaproponowałam że usiądę na zboczu naprzeciwko i porobię chłopakom zdjęcia.

Wejście na Wieżę technicznie nie jest skomplikowane – pionowa ścianka plus eksponowany ale łatwy trawersik.

Chłopakom bardzo się podobało, bo kiedy w drodze do Glencoe pokazałam im zdjęcie Wieży robione z innego kierunku i zapowiedziałam że dzisiaj tam wejdą, byli przekonani że żartuję. Tymczasem bez problemu weszli i zeszli.

Wracając ponownie przeszliśmy przez wierzchołek, by zejść ścieżką turystyczną.
Pomijając moje usprawiedliwione chyba rozczarowanie brakiem widoczności, uważam wycieczkę za bardzo udaną, a najbardziej cieszę się że byliśmy w stanie pokazać komuś jakie fajne miejsca można tu znaleźć przy odrobinie chęci by nie leźć tak jak wszyscy :))

Stob Coire nam Beith i Bidean nam Bian

Tym razem po raz trzeci wybraliśmy się na Bideana nam Bian. Jego masyw jest tak gigantyczny i daje tyle możliwości, że będziemy tam wracać jeszcze wielokrotnie, choć opóźnia nam to zdobywanie munrosów. Nigdy nie było ono jednak naszym priorytetem, raczej czymś co trzeba w końcu odwalić ;D
Wczorajsza wycieczka miała być bez ciśnień, chcieliśmy żeby był fajny klimat i gwarantowany śnieg. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się na Glencoe.
Tym razem wchodzić mieliśmy przez Stob Coire nam Beith, zachodni przedwierzchołek Bideana (przedwierzchołek, bo choć jest fajnym szczytem, ma za małą wybitność na status samodzielnego munro). Tej zachodniej odnogi nigdy jeszcze nie penetrowaliśmy.
Poniżej Aonach Eagach posypane cukrem:

Z dolinki należało wbić się na grzbiet po prawej stronie. Sam wierzchołek Stob Coire nam Beith widać w tle. Z początku szliśmy kamienistą ścieżką przypominającą tę pomiędzy Siostrami. Weszliśmy nią dość głęboko w dolinkę. Nie wiem, czy gadając przegapiliśmy odpowiednie miejsce do rozpoczęcia podchodzenia, czy takiego miejsca po prostu tam nie było, w każdym razie kiedy ścieżka gwałtownie skręciła w lewo stało się oczywiste że najwyższy czas ją porzucić. Tymczasem zbocze na które mieliśmy wchodzić nie zachęcało: było bardzo strome, ale prawie bez skał, same mokre trawy i mchy.

W książeczce "Ben Nevis & Glencoe", która choć jest fajnym i inspirującym źródłem informacji, to jednak celuje zdecydowanie w mało zaawansowanych, zarekomendowane jest właśnie wchodzenie po tym zboczu, gdzieś w okolicy gdzie my je uskutecznialiśmy. Dlatego jestem przekonana że przegapiliśmy ten właściwy moment, bo to nasze wejście na grzbiet było najcięższym odcinkiem trasy i raczej by go nie zalecali. Było gorsze niż wrzosing w zboczach Meall na Teanga (>>LINK<<). Na szczęście ten przykry odcinek nie był długi i wkrótce osiągnęliśmy początek ramienia które miało nas wyprowadzić na Stob Coire nam Beith.

Ramieniem dalej już bez niejasności topograficznych, za to przy pogarszającej się widoczności. Lina, którą niesie kolega, była przeznaczona do celów szkoleniowych – Mariusz miał nam pokazać w śniegu parę technik których nauczył się na kursie. Jak w większości takich sytuacji, gdy przyszło co do czego nikomu się nie chciało a Mariuszowi najmniej (wiedziałam że tak będzie) 😛

Śnieg był niezwiązany, w stromszych miejscach musieliśmy się pilnować żeby z nim nie zjechać.

Po dotarciu na Stob Coire nam Beith otaczało nas takie mleko, że kierunek dalszego marszu trzeba było ustalać za pomocą GPSa. Byłam rozczarowana, bo zanosiło się na to że znowu nie będziemy mieć z Bideana żadnych widoków. Coś tam się momentami przecierało, ale generalnie widoczność była taka jak poniżej:

Podejście na szczyt:

Mimo mleka było naprawdę fajnie. Na wierzchołku zrobiliśmy postój z gotowaniem herbaty, wyluzowaliśmy się i dopiero kiedy już porządnie zmarzliśmy, zdecydowaliśmy się iść dalej. Planowaliśmy schodzić na przełęcz pomiędzy Bideanem a Stob Coire nan Lochan i z niej zejść w dolinkę którą przyszliśmy.

Na zejściu znów należało uważać ze względu na bardzo sypki śnieg. Po dotarciu na przełęcz obniżyliśmy się trochę, ale rekonesans wykazał że schodzenie tamtędy może być nieco ryzykowne. Nie chcąc pojechać z lawinką, zdecydowaliśmy się przejść przez Stob Coire nan Lochan i schodzić pomiędzy Siostrami, jako że z Aonach Dubh, siostry obramującej dolinkę naprzeciwko ramienia którym wchodziliśmy, zejść by się nie dało.

Po osiągnięciu Stob Coire nan Lochan wyszliśmy z chmury i wreszcie zaczęły się widoki. Poniżej widać ludzi na Dorsal Arete, jedynej drodze na północnych filarach tej góry którą będziemy w stanie przejść po uzupełnieniu braków sprzętowych (pozostałe to hardkory):

Widać gościa, który asekuruje od góry:

Panorama Aonach Eagach, the Mamores oraz Ben Nevisa choć częściowo wynagrodziła nam mleko na Bideanie.



Filary opadające ze Stob Coire nan Lochan:

Oraz zbocze i ramię, którymi wchodziliśmy:

Tu rewelacyjnie widać, jak wielki jest niższy od tatrzańskiej Gęsiej Szyi Ben Nevis. Pamiętajmy, że dla Tybetańczyka Tatry są zaledwie depresją 😉

Znów nasze ramię wejściowe:

Oraz jeszcze raz wspomniane filary:

… i w przybliżeniu, by można było wyraźnie dostrzec ludzi. Dorsal Arete jest w centrum.

Zeszliśmy tak jak pisałam, co prawdopodobnie zwiększyło zarówno nasze bezpieczeństwo jak i zakwasy, bo dodaliśmy sobie parę kilometrów asfaltem.

Wycieczka była świetna i znakomicie udało się spełnić jej założenia o braku spinania się i relaksacyjności. Częściowo też dlatego że nie padał żaden nowy cel, wiedzieliśmy więc że w razie czego wycofamy się bez złości. W tym wyjściu chodziło wyłącznie o obcowanie z górami w fajnej kompanii. Lubię takie klimaty.

Curved Ridge ponownie

Na Curved Ridge już byliśmy. Z przewodnikiem. Nasze doświadczenie scramblingowe było wtedy jeszcze w powijakach, podobnie jak moja pewność siebie. Ponieważ przez te parę lat rozwinęliśmy się nieco, postanowiliśmy przejść tę trasę ponownie i skonfrontować wspomnienia z aktualnymi wrażeniami. Linę zabraliśmy, mając jednak nadzieję że nie trzeba będzie jej wyciągać (ja co prawda byłam raczej pewna że w najtrudniejszym miejscu o nią poproszę). Dojściówka w końcowych partiach, już za Waterslide Slab, okazała się mniej oczywista niż zapamiętaliśmy. Na szczęście przed nami szło sporo luda więc nawigacyjnie daliśmy radę. Początek, tak jak zapamiętałam, był łatwy, choć przyznam że już na pierwszym kawałku na chwilę się zastopowałam, bojąc się wykonać prosty ruch na śliskiej ściance. Zadziałało tu zapewne prawo początkowego nierozruszania, bo później znacznie trudniejsze momenty przechodziłam bez żadnych kłopotów.
Grań składa się z odcinków stających dęba oraz z zupełnie poziomych, tworząc coś w rodzaju olbrzymich stopni:

Skała jest wspaniała, urzeźbiona tak rewelacyjnie że momentami trudno uwierzyć że nie ingerowała tam ludzka ręka. Technicznie scrambling jest prosty i przyjemny. Na pierwszej eksponowanej ściance z początku miałam trochę stracha, bo pamiętałam że podczas poprzedniego przejścia zrobiła na mnie wrażenie. Okazała się jednak banalna. W jednym miejscu, gdzie trochę mi się nie podobało iść bezpośrednio w górę, po prostu sobie przetrawersowałam w lewo i znalazłam fajniejszy wariant, chyba słusznie bo chłopaki też z niego skorzystały.

Poniżej ekipa szykuje się do atakowania Crowberry Ridge:

Scrambling tak jak napisałam był wspaniały. Bodaj w jednym miejscu poprosiłam Marcina o podanie ręki, obawiając się dać kroka na eksponowanych półeczkach.

Widoczność tego dnia nie była za rewelacyjna, pomimo ogólnie niezłej pogody. I tak jednak odsłoniło nam się dużo więcej niż za pierwszym razem, kiedy od samej podstawy góry szliśmy w mleku. Za mną River Coe i szosa A82:



To miejsce gdzie poprosiłam Marcina o rękę (hehe) jest gdzieś w rejonie ścianki widocznej na poniższym zdjęciu.

Z najtrudniejszego fragmentu zdjęć nie ma, bo zwyczajnie nie dało się go zmieścić w kadrze stojąc na półce poniżej. Faktycznie poprosiłam tam o linę. Ponadto użyłam pierwszej kości jako chwytu na początkowym zupełnie gładkim kawałku, więc w mojej ocenie asekuracja bardzo się przydała. Choć okazało się, że miejsce to jest w 100% omijalne: para, która szła za nami, strawersowała je od lewej, bardzo stromym, ale łatwiejszym niż nasz wariantem.

Natomiast ostatniego trudnego miejsca które zapamiętałam tym razem w ogóle nie zauważyłam. Może dlatego że teraz drogę wybieraliśmy sami.

W miejscu, gdzie Curved Ridge się kończy, zrobiliśmy odpoczynek i podzieliliśmy się wrażeniami. Moje były takie, że trasa jest łatwa, scrambling piękny, a ekspozycja momentami daje sporo adrenaliny. Zdecydowanie nie zaklasyfikowałabym tej drogi jako hardkor. Stopień trudności porównałabym do szlaku na Kazalnicę – przynajmniej w wejściu, bo w zejściu myślę byłoby znacznie trudniej (najtrudniejsze fragmenty kazalnicowe, tj. te usiane klamrami, można spokojnie przeleźć dupą do skały, tu piony były większe i w większości miejsc taki numer by nie przeszedł).
Jako że do szczytu został jeszcze ładny kawałek, postanowiliśmy obadać możliwości wejścia na Crowberry Tower. Weszliśmy na przełączkę u jej stóp, pany zostawiły plecaki na ziemi i zaczęły się drapać do góry. Po chwili zniknęli za załomem a minutę później pokazali mi się na wierzchołku. Mariusz zszedł kawałek i zachęcił żebym dołączyła, bo jest łatwo. Najpierw należało pokonać pionową scramblingową ściankę (zdjęcie poniżej), a potem łatwym trawersem, z dużą lufą po lewej, już tylko kilkanaście metrów do szczytu pinakla. Niestety widoków nie mieliśmy żadnych bo wyższe partie góry przykrywała chmura, ale i tak euforia ze zdobycia Crowberry Tower była wielka, ponieważ patrząc na tę kozacką turnię z doliny nie przypuszczaliśmy w najśmielszych marzeniach, że da się na nią wleźć tak łatwo.
W zejściu Mariusz trochę mi pomógł na tej pionowej ściance, ale dla kogoś kto nie ma problemu psychicznego z wyszukiwaniem stopni na oślep byłaby to łatwizna.

Z przełączki wbijaliśmy się na rympał po stromiźnie, aż teren znacznie się położył, zobaczyliśmy w oddali ludzi i wkrótce okazało się, że to już szczyt. Pod spodem za nami Crowberry Tower:

Na wierzchołku Stob Dearg stanęliśmy trzeci już raz i trzeci raz widać było jedynie mleko. Widoki zaczęły się dopiero kiedy obniżyliśmy się popod chmurę, niewiele powyżej przełęczy oddzielającej nasz szczyt od reszty masywu Buachaille Etive Mor. Na szczęście ściany Stob Dearg oferują tyle wariantów wejścia, że na pewno prędzej czy później staniemy tam w piękną pogodę.

Widok zdjęty już poniżej przełęczy, ze ścieżki zejściowej:

Glencoe wyglądało przepięknie.

Poniżej udało się uchwycić Crowberry Tower, kiedy chmura na chwilę ją odsłoniła – przełączka z której wchodziliśmy znajduje się po jej prawej stronie i niestety jest zakryta:

Reasumując, nasza (a zwłaszcza moja) obecna percepcja tej trasy wskazuje iż nasze możliwości znacznie się rozwinęły, co jest bardzo budującą konkluzją. Curved Ridge polecam każdemu miłośnikowi scramblingu – dzięki temu że w ogóle nie ma tam zejść jest łatwiejsze od Aonach Eagach na przykład.

Bidean nam Bian


Bidean był naszym trzecim munro. Po raz pierwszy zaliczyliśmy go parę lat temu w czerwcu, razem z jedynym w masywie satelitą o tym samym statusie, Stob Coire Sgreamhach. Jest to jedna z tych gór, gdzie chętnie wraca się wielokrotnie. Raz, lokalizacja w Glencoe zapewnia znakomite widoki i niedługie podchodzenie od razu z parkingu. Dwa, ogromny masyw Bideana pozwala na atakowanie go z różnych stron i trasami o różnym stopniu trudności, od ścieżkowego tuptania po wspinaczkę. Masyw ten pokrywa ok. jednej trzeciej całego Glencoe, o czym łatwo zapomnieć, jako że sam wierzchołek nie jest widoczny z doliny. A przecież grupę, której Bidean jest zwieńczeniem, tworzą wszystkie trzy Siostry (Beinn Fhada, Gearr Aonach i Aonach Dubh) oraz "czwarta siostra", Stob Coire nam Beith.
Trasa taka jak tym razem zrobiliśmy, między siostrami do Coire nan Lochan i dalej graniami, jest chyba najkrótszą opcją.

Najmniej sympatyczną częścią drogi okazał się zalodzony chodniczek między Siostrami. Przy pokonywaniu skalnego prożku ponad potokiem musieliśmy się trochę nakombinować, choć gdy nie ma lodu, miejsce to nie przedstawia najmniejszej trudności, w ogóle się go nie zauważa.
W górnej części ścieżki marsz stał się tak nieprzyjemny, że założyliśmy raki, choć mieliśmy to zrobić dopiero w kotle.

Po dojściu do kotła Coire nan Lochan osiągnęliśmy granicę śniegu i marsz stał się o wiele milszy. Po niedługim podchodzeniu wbiliśmy się na wypłaszczenie pod Stob Coire nan Lochan – samoistny cel naszej pierwszej w ogóle wycieczki do Highlandu. Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na wtedy mnie niteczka szosy A82 oglądana z takiej wysokości. Teraz było jeszcze ładniej, tym bardziej że białego Glencoe nigdy jeszcze nie oglądałam.

Teraz należało wybrać najlepszą drogę na Stob Coire nan Lochan. Grań zachodnia, widoczna na zdjęciu powyżej, raczej odpadała – wchodzenie po skałach wymagałoby sprzętu i kwalifikacji wspinaczkowych, a dwa śnieżne żleby były zbyt strome. Co do wchodzenia środkową grzędą wyprowadzającą na wierzchołek, mieliśmy wątpliwości ze względu na kilka bardzo stromych pól śnieżnych. Pozostała grań wschodnia, najłatwiejsza ale i najbardziej widowiskowa. Przetrawersowaliśmy tak, żeby trochę ją ściąć.

Z grani roztacza się piękny widok na Glencoe, a samo podejście jest łatwe, choć nieco stromsze niż wygląda na zdjęciach. Opadające z grani zbocza, zwłaszcza te od strony kotła, także były bardziej spadziste. Aparat zawsze trochę przekłamuje.

Na Stob Coire nan Lochan wchodzi się szybko.

Na drugim planie widać kolejno granie Beinn Fhady, Buachaille Etive Beag oraz Buachaille Etive Mor, zza którego wystaje masyw Creise:



Na zdjęciach robionych w dół charakter grani jest lepiej widoczny – przepaści ani urwisk tam nie ma, ale to zdecydowanie grań, nie łagodne zbocze. Nietrudny, ale bardzo piękny kawałek trasy.

Na wierzchołku spotkaliśmy łojantów, którzy wchodzili jakimś "zachodnim" wariantem.

Dopiero teraz Bidean odsłania się w całej okazałości. Różnica wysokości pomiędzy nim a Stob Coire nan Lochan to zaledwie 35m, ale przełęcz pomiędzy nimi nie ma 500ft głębokości, zatem SCnL nie cieszy się statusem munro. Za to dzięki temu nawet pomimo iż początkowo trzeba stracić trochę wysokości, podchodzenia nie ma za wiele.

Pierwszy odcinek jest stromy i trochę daje w kość, wyżej to już spacer.

Ze szczytu niestety nic nie było widać, nie zdążyliśmy przed chmurą. Podczas schodzenia ładnie było za to widać Loch Leven i rejon i miejscowości Glencoe i Ballahulisch. Z gór na ostatnim planie rozpoznałam Garbh Bheinna.



Schodziliśmy tą samą drogą, niestety chodnik między siostrami pokonywaliśmy już w ciemnościach i jakkolwiek lód po części stopniał, nie było to najprzyjemniejsze przeżycie. Na szczęście zeszliśmy bez niemiłych przygód.
Do masywu Bideana wracać będziemy wielokrotnie, z początku trudniejsze trasy zostawiając na okres letni. Na zimowy ta którą zrobiliśmy jest genialna. Pomimo braku trudności dzięki scenerii dało się odczuć autentyczną górską atmosferę, co myślę całkiem nieźle oddają zdjęcia 🙂

Sgor na h-Ulaidh. Glencoe padło.


Nr 50,
Sgor na h-Ulaidh

Wymowa: skor na hulej

Znaczenie nazwy: rocky peak of treasure

Wysokość: 994m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 149.

Data wejścia: 9.10.09

Sgor na h-Ulaidh ze względu na swoją specyfikę nie jest tak popularny jak pozostałe szczyty Glencoe. Jako jedyny leży w znacznym oddaleniu od A82, z szosy nie widać go w ogóle, a w dodatku ma pecha mieć za sąsiada imponujący Wielki Tron Glencoe, czyli masyw Bideana nam Bian. My również zostawiliśmy go sobie na sam koniec.

Samochód zostawiamy na parkingu za zjazdem na Clachaig Inn (jeśli zaś jedziemy od strony miejscowości Glencoe, będzie to pierwszy parking w dolinie). Szosą tuptamy kilkaset metrów aż osiągamy wylot dolinki którą biegnie szeroka droga jezdna (nie sposób przeoczyć, początek drogi znajduje się dokładnie za łuku zakrętu szosy).

Kiedy wbijamy w dolinkę, munrosa wciąż nie widać. Po lewej za to wznosi się grzbiet, który na niego wyprowadza, Aonach Dubh a Ghlinne. Zgodnie z zaleceniami książki skierowaliśmy się od razu na niego, wygodną drogę zostawiając sobie na zejście. Wchodziliśmy zupełnie po swojemu, nie starając się wbijać pionowo do góry, a bardziej trawersować upierdliwe zbocze. Upierdliwość jego polegała raz na długości, dwa na stromości wystarczającej, żeby szybko zmęczyć, trzy – na fakcie iż po osiąganiu kolejnych, wydawałoby się, finałowych jego partii, ukazywało się kolejne spiętrzenie.

Poniżej wyraźnie widać początek trasy, po prawej lansuje się Pap of Glencoe:



Cały czas możemy podziwiać śmiały profil Aonach Eagach, najciekawszej miejscówki w polu widzenia:

Za plecami mamy dwumunrosowy masyw Beinn a’Bheithir, który prezentuje się z tej perspektywy raczej niepozornie – a to taka fajna trasa w rzeczywistości jest:

Wreszcie osiągamy grzbiet i ukazuje się Sgor na h-Ulaidh – to to wzniesienie po prawej. Od momentu wyjścia na grań (znowu mnie Mariusz opieprzy, że szafuję tym słowem, ale jak nazwać coś, co, choć szerokie i obłe, ma po obu stronach spady) to już spacer. Musimy tylko podejść na najwyższe spiętrzenie, niezakwalifikowanego do munros ze względu na zbyt małą wybitność Stob an Fhuarain. Wbijka z niego na naszego munro to już moment.

Z Aonach Dubh a Ghlinne wreszcie odsłania się reszta Glencoe, a dokładnie to wszystko, czego nie zasłania Bidean i jego satelity.



Bidean i Stob Coire nam Beith (to ten wierzchołek po lewej):

Wiatr był taki, że rzucało nami, mną oczywiście najgorzej. Kilka razy wiatr dosłownie mnie posadził i nie mogłam wstać. Na trasie takiej jak ta mogło to być zabawne, ale w terenie eksponowanym… Nawet nie chcę sobie wyobrażać.

Co ciekawe, nasz raczej opływowy w kształtach munros w okolicach szczytu ujawnił całkiem konkretną lufę, niestety tylko na odcinku kilku metrów i tylko po jednej stronie. Wierzchołek jest skalisty, żeby się nań wspiąć trzeba użyć rączek. Nie chcę być źle zrozumiana – trudności są żadne, akcentuję tę "lufiastość" i "skalistość" – owszem, obie na króciutkich odcinkach i nie wpływające na trudność szlaku – jedynie po to, by zaznaczyć, że nie jest to totalna kopa typu Schiehalliona, a takiej się spodziewałam.

Obniżyliśmy się najpierw kawałek na zachód granią szczytową, by w dogodnym naszym zdaniem miejscu zacząć schodzić na rympał do doliny. Zejście to, o którym wiedzieliśmy tylko tyle, że jest strome, trochę dało nam popalić. Trawy są tam poprzerastane pasami skał, których nie da się ominąć. Przy suchym – lajtowy scrambling, urozmaicający monotonię zejścia. Niestety czy to powodu mżawki, czy typu skał, czy tego, że porośnięte były jakimś śluzowatym mchem – a najpewniej wszystkiego na raz – było totalne lodowisko i w kilku miejscach musieliśmy trochę kombinować. Na naprawdę łatwej drodze, gdzie w dodatku nie było mowy o żadnej lufie, bo schodziliśmy zboczem, a z tych skałek nie zleciałoby się więcej niż kilka metrów. Ów fragment, dzięki tym konkretnym warunkom, dodał trochę pieprzu spacerowej trasie.

Samą dolinę pokonuje się ekspresowo, należy jedynie pamiętać, iż przez usytuowane tam prywatne ogrody nie wolno przechodzić – właściciele zapewnili jednak ścieżkę na okrągło. Nie byłam w stanie jej zaznaczyć na mapce, ale w terenie da się ją zauważyć.

Sgor na h-Ulaidh na pewno nie jest jednym z najbardziej ekscytujących celów w Glencoe, ale nawet jeśli ktoś nie kolekcjonuje munrosów, warto się na niego wybrać. Przede wszystkim jak i cała okolica jest bardzo widokowy (pogoda nie pozwoliła tego dobrze oddać na zdjęciach). Ponadto jest to znakomity cel na spacer kondycyjny, kiedy nie chcemy się przemęczać, ale gdzieś by się jednak poszło co by nie zgnuśnieć.

Do Glencoe będziemy wracać regularnie, ponieważ zostało tam jeszcze mnóstwo ciekawych tras, a niektóre już przebyte warto powtórzyć. Munrosy zostały zaliczone, ale absolutnie niczego to nie zmienia. Glencoe jest miejscem niepowtarzalnym i nie są one bynajmniej jego główną atrakcją.

Fotki: >>LINK<<

Curved Ridge (Buachaille Etive Mor)

Na Wielkim Pasterzu Glen Etive już byliśmy, ale ścieżką turystyczną. Tymczasem rozpoczynające masyw Stob Dearg najbardziej znane jest ze swoich północno – wschodnich ścian, którymi prowadzą interesujące drogi scramblingowe (wspinaczkowe też) o różnym stopniu zaawansowania. W Ratho (>>LINK<<) zabukowaliśmy sobie wycieczkę przez – w zależności od pogody – Northern Buttress albo właśnie Curved Ridge, z zamiarem dowiedzenia się jak najwięcej o asekuracji na tego typu przejściach.
Już w Glencoe nasz mentor Nic zaproponował jednak Curved Ridge, raz z powodu pogody, dwa bo na trudniejszym NB nie bardzo jest jak się zatrzymywać i pokazywać "jak to się robi".

Skorzystałam z naszej starej mapki – CR zaznaczyłam (na oko) na zielono. Startujemy z tego samego miejsca co szlak popularny. Po prawej wysoko na tle nieba widać dwa pionowo stojące głazy – to ultra charakterystyczny początek drogi przez Northern Buttress. My idziemy dalej, by przy również niemożliwym do przeoczenia Waterslide Slab, wielkiej skale z której cieknie woda, zacząć się wbijać do góry.

Nic związał nas liną od razu, co było bez sensu bo początek to przyjemny i łatwy scrambling. Za to po pierwszych progach zaczęłam być zadowolona, że mam zabezpieczenie – wspinaczka sama w sobie nie była szczególnie trudna, ale teren bardzo wystromiał, momentami po kilkanaście – dziesiąt metrów szło się w zupełnym pionie. Po drodze Nic pokazywał nam podstawowe węzły, oraz demonstrował zakładanie punktów asekuracyjnych.

Większość trasy to dość prosty scrambling. Skała jest rewelacyjnie wyrzeźbiona i nie trzeba specjalnie kombinować z szukaniem chwytów. Jest jednak kilka miejsc, ktore stawiają CR wyżej od Aonach Eagach na przykład.
Są to fragmenty, gdzie rzeźba skały jest o wiele gładsza, stopnie i chwyty minimalne, a za plecami całkiem sporo powietrza. W tych miejscach asekuracja dała mi spory komfort psychiczny. Niezabezpieczona byłabym pewnie tak speniana, że wydałyby mi się niesamowicie trudne. Przywiązana, mogłam nie zawracać sobie dupy strachem tylko skupić się na faktycznym stopniu trudności, a ten nie był porażający. Ale noga może tam się bardzo łatwo omsknąć, więc jeśli iść na żywca, to tylko przy suchej skale.

Niestety pogoda była niefotkowa, i po raz drugi ze Stob Dearg nie zobaczyliśmy nic.

Bardzo nam się podobało i sporo wynieśliśmy z tego wypadu. Pewne plany stały się o wiele bardziej realne – nie napiszę co, aby nie zapeszać, ale mamy już 100% pewności co do kolejnych celów, tym razem ogarniętych całkowicie własnym sumptem. Na Stob Dearg też na pewno jeszcze wrócimy.
Poniżej fotka która pokazuje, jak tam jest fajnie jak nie ma chmur:
>>LINK<<

Beinn Fhada i Buachaille Etive Beag

Nr 29, Stob Dubh i nr 30, Stob Coire Raineach

Wymowa: stob duu; stob kori ranah

Znaczenie nazwy: black peak ; peak of the bracken filled corrie

Wysokość: 958m n.p.m.; 925m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 201.; 263.

Data wejścia: 10.04.2009

Grań Beinn Fhady jest ostatnią z trzech sióstr Glencoe, na której nie byliśmy. Podobnie jak dwie pozostałe, Gearr Aonach i Aonach Dubh, należy do masywu Bideana nam Bian. Beinn Fhada kulminuje w ładnym munro Stob Coire Sgreamhach, z którego już bezpośrednio można się dostać na wierzchołek Bideana, ale SCS jak widać powyżej nie został uwzględniony w obliczeniach, ponieważ zdeptaliśmy go już drugi raz. Był to nasz drugi munro w ogóle.

Wjeżdżając do Glencoe od strony Tyndrum, najpierw mijamy spektakularną bryłę Buachaille Etive Mor, potem jego mniejszego brata Buachaille Etive Beag, a kolejną granią jest właśnie Beinn Fhada, ograniczająca od wschodu Wielki Tron Glencoe, czyli całą ogromną bryłę Bideana i jego satelitów. Samochód zostawiliśmy na parkingu u wylotu Lairig Eilde, dolinki wciśniętej pomiędzy mniejsze Buachaille i naszą BF.

Jak zwykle o tej porze roku, kiedy to za motto szkockich dolin może posłużyć maksyma Heraklita z Efezu, najbardziej problematyczne okazało się podejście pod trasę właściwą. Allt Lairig Eilde, dwa lata temu w czerwcu pokonany suchą nogą, zmienił się w rzekę. Trzeba było zdjąć buty, zacisnąć zęby i napierać.

Za potokiem na grań Beinn Fhady (oznacza to nic innego, jak "długą górę") według uznania, pomiędzy skałami jest dużo trawników, po których stromo ale bezproblemowo do góry. 

Specyfiką Beinn Fhady jest to, iż choć nie widzimy z niej niczego, czego nie zobaczylibyśmy z dowolnego punktu w masywie Bideana, znajduje się ona w centrum zamieszania. Jesteśmy w samym środku Glencoe i z każdej strony dzieje się bardzo wiele.

Poniżej sąsiednie dwie siostry, Gearr Aonach i Aonach Dubh. Po drugiej stronie doliny Sgurr nam Fiannaidh zamyka grań Aonach Eagach:

Bidean i Stob Coire nan Lochan:

Sama grań BF (na zdjęciu jej najwyższy punkt, 931m n.p.m. ale nie mający statusu munro; zza niego wychyla się skromnie Stob Coire Sgreamhach) jest spacerowa, zaledwie w paru miejscach węższa i – pomijając widoki – niezbyt spektakularna.

Poniżej można prześledzić naszą trasę zejściową ze Stob Coire nan Lochan sprzed lat dwóch. Schodziliśmy na tzw. rympał równolegle do strumienia po prawej stronie. Zejście to powinno się zadawać jako pokutę szczególnie zatwardziałym grzesznikom. Pamiętam, że Mariusz następnego dnia wziął w pracy wolne…

Z BF ładnie wygląda Aonach Eagach, którego turnie i turniczki są z tej perspektywy wyraźnie zarysowane:

Poniżej widok na wyłaniające się zza AE The Mamores i grupę Ben Nevisa. Zwróćcie uwagę na przewagę, jaką ma ten ostatni, choć wszystkie niemal okoliczne szczyty to munrosy. Pomijając Nevis Range, drugi po Benku jest widoczny po prawej stronie zdjęcia Binnein Mor, o ponad 200m niższy. Przy czym jak widać przewaga Benka nie ogranicza się tylko do wysokości, ale także rozległości powierzchni. A Nevis Range jako całość, to w ogóle jest mocarz.

Na kolejnej fotce ostatnie wzniesienie Beinn Fhady, dalej jest już Stob Coire Sgreamhach formalnie do niej nie zaliczany.

Podejście na SCS rozpoczyna ok. 20 metrowy boulder zwany The Bad Step, gdzie trzeba już wyjąć ręce z kieszeni. Należy zaatakować go od lewej, ukształtowanie terenu jest takie że nie ma żadnych problemów orientacyjnych – po chwili objawiamy się powyżej, na bardzo stromej ścieżce na SCS, skąd na szczyt już niedaleko.

Beinn Fhada:

Z SCSa schodziliśmy naszą drogą sprzed dwóch lat, tj. zboczem na wschód, w kierunku przeciwnym do Bideana. Poniżej Sron na Lairig, scramblingowa grańka opadająca do Lairig Eilde:


Zeszliśmy na przełęcz, z niej skierowaliśmy się w dolinę, praktycznie do wysokości z której zaczynaliśmy trasę, po czym rozpoczęliśmy żmudny marsz na zamykającego wał Buachaille Etive Beag munrosa Stob Dubh. Plan był taki, żeby przetrawersować na mniej strome zbocza od strony Lairig Gartain, czyli kolejnej dolinki, ale nie chciało nam się kombinować, wbijaliśmy się więc prosto w górę.
Stob Dubh poniżej, wchodziliśmy po linii z grubsza prostej, nieco po lewej od ciemnych charakterystycznych skałek.

Glen Etive z Ben Staravem:

Podejście było męczące, ale i tak dzięki obranej taktyce zaoszczędziliśmy trochę czasu.

Dokładnie gdy osiągnęliśmy grań Buachaille, już niedaleko od szczytu, pogoda uległa gwałtownemu spieprzeniu a widoczność zmalała do zera. Buachaille Etive Beag zrobiliśmy już w deszczu i we mgle. Grań jest jeszcze bardziej spacerowa niż Beinn Fhada, niedługa, drugi munro Stob Coire Raineach nie jest szczególnie wybitny, z przełęczy wchodzi się na niego bardzo szybko a schodzi jeszcze szybciej. Droga w dół, opadająca z tejże przełęczy, jest bardzo sympatyczna, ułożona w "tatrzańskie" schodki, i wyprowadza na sam parking.

Wycieczka była bardzo udana, trudnościom bouldera daję **, kilka uwag:

– ani Beinn Fhada ani tym bardziej Buachaille Etive Beag nie nadają się żadną miarą na wycieczkę całodniową, Buachaille w ogóle robi się ekspresowo –  wobec tego nasza łączona opcja stanowi w miarę sensowną propozycję. BF można też wykorzystać jako drogę wejściową na Bideana, który jest już jakimś celem i da się w jego masywie wykroić kilka fajnych opcji na konkretniejszą wyprawę (nawet na _bardzo_ konkretną, odsyłam do literatury poświęconej scramblingowi – ja sugeruję jedynie rzeczy, na które sama bym się na dzień dzisiejszy zdecydowała). Można też wchodzić (lub schodzić) przez Sron na Lairig i wtedy schodzić (wchodzić) Beinn Fhadą, trasa ta w skali scramblingowej jest oceniona na 2, czyli łatwiej niż trójkowe Aonach Eagach i Creise. Z czym połączyć Buachaille Etive Beag, pomysłu nie mam. Masyw ten jest całkowicie samodzielny.
W Glencoe byliśmy już prawie wszędzie, ale im więcej się chodzi, tym więcej widzi się potencjalnych możliwości… Jeszcze nie raz i nie dwa nas tu rzuci. Zaczynam się w tej dolinie czuć jak w domu.


Creise i Meall a’Bhuiridh


Nr 27, Creise i nr 28, Meall a’Bhuiridh

Wymowa: krisz; milla wuri

Znaczenie nazwy: nieustalone; hill of the bellowing

Wysokość: 1100m n.p.m.; 1108m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 50.; 45.

Data wejścia: 4.04.2009

Creise leży u wylotu Glen Etive, sąsiadując z Buachaille Etive Mor. Meall a’Bhuiridh, z którym tworzą masyw, wysuwa się na plan pierwszy wyrastając nad drogą A82 – to ta góra, z ktorej spada wyciąg narciarski – zaś wycofane Creise staje się widoczne dopiero po osiągnięciu Glen Etive. Szczyt można osiągnąć na wiele sposobów. The Munros McNeisha rekomenduje najłatwiejszą drogę, wzdłuż żlebu w centrum. Dla zaawansowanych jest grań Inglis-Clark. My wybraliśmy opcję pośrednią, czyli wchodzenie granią przez Sron na Creise.

Najpierw trzeba było pokonać niekończące się wrzosowisko. Na początku pomyliliśmy drogę próbując startować z parkingu u wylotu Glen Etive, co wiązało się z koniecznością przekraczania rzeki. Teraz wiem, że najlepiej zaczynać na wysokości mostu na A82 i dawać na przełaj po najprostszej linii, rzekę mając po prawej stronie.

W krajobrazie dominuje Stob Dearg, bardziej imponujący sąsiad. Nam niestety jakoś nie chciał się do końca odsłonić.

Po przekroczeniu strumienia teren wreszcie stromieje, co oznacza że zaraz zacznie się trasa właściwa. Pojawiają się pierwsze skałki. Z początku szliśmy po prawej stronie żlebu ktory oddziela Sron na Creise od reszty masywu, by wkrótce zdecydować że wbijamy na grań.

Od tego momentu zaczyna się scrambling. Skała jest bardzo dobra, przede wszystkim na tyle szorstka że nawet po mokrej się jakoś specjalnie nie ślizgaliśmy. W dwóch momentach musiałyśmy z Kasią trochę pokombinować, panowie natomiast nie mieli tam żadnych zagwostek.

Trudność nie większa niż na Aonach Eagach, ale wszystko na zaledwie 300 metrach.

Już blisko szczytu Sron na Creise przeżyliśmy chwilę grozy. Grań zamykał potężny boulder, a obejścia nie było widać.



Wydawało się, że możliwości są dwie. Mariusz wszedł bardzo stromą rysą z minimalnymi chwytami i stopniami, ale reszta z nas wolała poszukać czegoś prostszego. Tym sposobem wmanewrowałam się w kominek, który Wojtek ocenił na tatrzańskie 4 z plusem. Mariusz probował mi pomoc od góry, pozostali od dołu, aż po kilku minutach spanikowałam totalnie, nawrzeszczałam na wszystkich i jakoś się wycofałam. Cieszę się, że nie wlazłam wyżej, bo stamtąd w przypadku utknięcia mogłoby nie być tak prosto się wydostać.

Po moim wycofie wiadomo już było, że kominkiem nie ma się co pchać. Na szczęście po małym rekonesansie okazało się, że po lewej stronie jednak jest obejście! Krótki trawers po zboczu, a potem mały scrambling wyprowadziły nas dokładnie na wierzchołek Sron na Creise.
Poniżej odpoczynek od wiatru i deszczu w bothy bagu:

Ze Sron na Creise musimy jeszcze spory kawałek podejść granią. Scrambling zakończył się definitywnie.

Warunki pogodowe były najoględniej mowiąc słabe. Deszcz przeszedł w śnieg, widoczność zerowa, a wiatr mną i Kaśką po prostu rzucał. Uważam jednak, że i tak mieliśmy sporo szczęścia, że najtrudniejsze miejsca udało nam się przejść kiedy było jeszcze całkiem znośnie.

Z wierzchołka odbijamy w lewo na przełęcz.

Dupozjazdy były boskie:

Na Meall a’Bhuiridh wchodziliśmy około 30 minut. Idzie się niezbyt stromą, kamienistą granią. Skalisty wierzchołek to najwyższy punkt całej trasy.

Kilkadziesiąt metrów poniżej wierzchołka zaczyna się wyciąg. Schodzimy wzdłuż niego na sam dół. Całą długość orczyka udało się pokonać na siedzeniach, niestety poniżej śnieg się skończył i trzeba było tuptać z buta. Zejście w dolnych partiach jest bardzo strome, ścieżka całkiem zerodowana i moim zdaniem jest to najbardziej męcząca (ex aequo z brodzeniem we wrzosowisku) część trasy. Pozytyw jest zaś taki, że schodzimy prosto na parking.

Kiedy schodziliśmy, pogoda zmieniła się diametralnie i po raz pierwszy tego dnia można było zobaczyć nasz cel w całej okazałości. Poniżej Sron na Creise i grań szczytowa, wierzchołek właściwy góry nie jest widoczny na zdjęciu.

A tu jeszcze widok z szosy, Sron na Creise to ta wielka trójkątna formacja po prawej. Widać stamtąd całą naszą część scramblingową. Wierzchołek ponownie niewidoczny.



Wycieczka była genialna. Najtrudniejszym momentom daję ****, acz Mariusz by się z tym pewnie nie zgodził. No ale skala jest MOJA. Wariantów przejścia jest w większości cięższych miejsc więcej niż jeden, gdzieniegdzie trudności można całkowicie ominąć, choć z wyjątkiem tego bouldera pod granią szczytową nie warto moim zdaniem tego robić.
Samochód najlepiej zostawić na parkingu koło Glencoe Ski Centre, tego na który będziemy schodzić. O tej porze roku dobre buty konieczne – śnieg spływa z gór i wrzosowiska po prostu pływają.

Beinn a Bheithir

Nr 25, Sgorr Dhearg i nr 26, Sgorr Dhonuill

Wymowa: skor dyerek; skor do-nul

Znaczenie nazwy: red rocky peak; Donald’s rocky peak

Wysokość: 1024m n.p.m. ; 1001m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 107.; 137.

Data wejścia: 21.03.2009

Masyw Beinn a’Bheithir, Góry Piorunów, najpiękniej prezentuje się z mostu nad Loch Leven, przez który droga A82 biegnie w kierunku Fort William. Zaliczany na ogół do Glencoe Hills, leży jednak na uboczu, pozwalając podziwiać jedną z najpiękniejszych dolin Szkocji z nieco innej perspektywy, niż jej pozostałe szczyty.
Trasa rozpoczyna się na parkingu w Ballachulish. Ulica wkrótce przechodzi w polną drogę. Idziemy nią ok. 10 -15 min, wypatrując samotnego płotu antyowczego. Zaraz za płotem niezbyt wyraźna, ale widoczna ścieżka wbija się na zbocze – tędy do góry, cały czas prosto, dopoki grań się nie zwęzi i nie zrobi skalista.

Tutaj zaczyna się najciekawszy etap trasy. Musimy pokonać liczne skalne progi, których nie da się strawersować, cały czas dajemy po grani. Nietrudny scrambling, który porównałabym do skał Kazalnicy poniżej klamer na szlaku na Chłopka. Przy drugim progu pion, znakomicie wyrzeźbiony ale podczas ślizgawicy – my szliśmy w mżawce i bardzo uważałam w tym miejscu – napierać ostrożnie.

Powyżej progów już ścieżkowo na niewybitny Sgorr Bhan, na wierzchołku jest kopczyk. Stąd na pierwszego munro, Sgorr Dhearg, już bardzo blisko. Lakoniczność opisu spowodowana jest faktem, iż przez cały czas szliśmy w chmurze i zamiast widoków była dupa. Dopiero kiedy zaczęliśmy schodzenie na przełęcz pomiędzy oboma munrosami masywu, okoliczności przyrody zaczęły się robić łaskawsze.

Sgorr Dhonuill prezentuje się z przełęczy pięknie i charakternie, choć trasa granią jest spacerowa:



Widoki cud, miód i orzeszki. Glen Etive Hills, Glencoe, Mamores, Nevis Range, morze szczytów jeszcze przez nas nie poznanych i niezidentyfikowanych. Dla takich chwil chodzi się po górach.

Z pomiędzy obu munrosów opada fajna grań. Kto wie, może się ją kiedyś zbada…

Sgorr Dhearg od drugiej strony traci swój zadziorny charakter, ale i tak jest to dobry kawał góry. Pamiętajcie że startujemy z poziomu morza, Loch Leven jest bowiem odnogą fiordu.



Zachwycałam się widokami, więc proszę:



Na ostatnim planie Ben Cruachan

W centrum zdjęcia Ben Starav

Loch Linnhe

Ben Nevis, Aonachs i The Mamores

Most w South Ballachulish

"Atak szczytowy" jest głównie ścieżkowy, choć pod samym szczytem mamy – jeśli trzymamy się dróżki – moment lekkiej ekspozycji, i nawet mini scrambling.



Loch Leven – szczyty po drugiej stronie to dla nas póki co terra incognita

Grupa Bideana nam Bian, czyli Wielki Tron Glencoe podziwiany tym razem z boku

Na wierzchołek Sgorr Dhonuill – szczytu Donalda – pomimo znacznego nachylenia wchodzi się raczej szybko. Bardzo żałowałam, że pogoda nie zrobiła się wcześniej, kiedy byliśmy na Sgorr Dhearg. Z niego musi być świetnie widać całą Glencoe, a tak to Donald zasłania, taki syn 🙂



26 munrosów padło, czy też, jak twierdzi kolega, pozwoliło na siebie wejść.
To już więcej niż ćwierć setki;)

Schodziliśmy z przełęczy leżącej w załamaniu grani, która w pewnym momencie skręca w prawo by opaść ku Ballachulish. Ślady ścieżki były, ale każdy schodził jak chciał. Z początku szło się po średnio przyjemnym piarżysku:

… by w dolince osiągnąć znacznie sympatyczniejszy teren, skąd najpierw miłą ścieżką w gęstym lesie (!!!), a potem wygodną drogą jezdną do szosy A82, i dalej niestety asfaltem do parkingu. Na tym odcinku bardzo przyda się mapa, ponieważ dróg w tej dolinie jest kilka, przecinają się i niechcący możemy się objawić w South Ballachulish, a stamtąd czeka nas o wiele dłuższy marsz wzdłuż szosy.



Sgorr Dhonuill i koniec interesującej grani

Loch Leven



Po lewej The Mamores, po prawej Sgurr na Ciche aka Pap of Glencoe

Wycieczka była po prostu genialna. Trochę scramblingu – nie że hardkor, ale jednak sporo więcej niż spacer; cudowne widoki, całkiem przyjemne zejście (zejścia są moim największym koszmarem). Beinn a’Bheithir jest piękną górą, znakomitą dla początkujących w Szkocji a mającym już jakieś pojęcie o hillwalkingu, oferuje bowiem w pigułce to, co w Highlandzie najlepsze – scenerię gór z każdej strony, morze szczytów jakiego w Karpatach się nie uświadczy, i ogólną łagodność ze szczyptą prawdziwego charakteru. Bardzo polecam wchodzenie dokładnie taką trasą jak my. Przewodniki rekomendują różne opcje, ja uważam że nasza jest najlepsza. Grań wejściowa to jeden z ciekawszych fragmentów masywu, ponadto trudności pokonujemy do góry, więc jest łatwiej. Zejście jest łagodniejsze i, pomijając odcinek piargowy, relaksacyjne. Trasa generalnie przepiękna, trudność oceniam na *** z minusem. Bardzo chciałabym tam wrócić w celu bliższego obadania grani ktorej fotka jest gdzieś wyżej. Zobaczymy.

Miałam trochę wątpliwości co do przebiegu trasy i mogłam popełnić jakieś nieścisłości przy zaznaczaniu wejścia i zejścia, na tyle jednak drobne, że mapkę uważam za rzetelną.

Aonach Eagach po raz drugi część I

Notka ze względów technicznych podzielona została na 2 części. Część II poniżej

Na
Aonach Eagach byliśmy po raz pierwszy w sierpniu ’07 i szlak ten
wywarł na nas wielkie wrażenie. Po roku przyszedł czas na
weryfikację – wiedzieliśmy już, czego się spodziewać, byliśmy
przygotowani psychicznie na trudności i bardzo chcieliśmy się
przekonać, czy tym razem odbierzemy tę drogę tak samo. No i
oczywiście potrenować przed Tatrami.

Tym razem wchodziliśmy
inną trasą, prosto z małego parkingu po prawej (patrząc na
zachód) stronie A82. Przypominam: rok temu wbijaliśmy się
trawersując zbocze Am Bodach wzdłuż potężnego żlebu ze
strumieniem i docierając do przełęczy pomiędzy… Hm, może
wytłumaczę tak. Grań, której częścią jest Aonach Eagach,
jest niezwykle długa. Rozpoczyna ją wzniesienie powyżej Blackwater
Reservoir, skąd wije się ona łagodnie, by wreszcie zacząć się
robić coraz bardziej poszarpana, na krótkim odcinku wręcz
zwariowana (to właśnie Aonach Eagach, nazwa odnosi się tylko do
tego niewielkiego fragmentu), po czym znów złagodnieć i po
kolejnych paru kilometrach sfiniszować w niewielkim Sgurr na Ciche
aka Pap of Glencoe nad Loch Leven. Nasza przełęcz oddziela tę
pierwszą, łagodną część od poszarpańców kulminujących
w AE. Z tej przełęczy na Am Bodach, które jest tradycyjnym
początkiem drogi (choć AE sensu stricto to jeszcze nie jest) trzeba
jeszcze kawałek podejść. Tegoroczny szlak jest dużo ciekawszy i
bardziej ekonomiczny niż nasza poprzednia trasa, ponieważ
wyprowadza prosto na wierzchołek Am Bodach, w dodatku fajną,
skalistą ścieżką, na której momentalnie zyskujemy
wysokość, a za plecami cały czas mamy Glencoe.

Teraz
weryfikacja (kursywą zaznaczyłam cytaty z zeszłorocznej
notki):

1. Pierwszym
wzniesieniem na trasie jest Am Bodach, 943m n.p.m. W tym rejonie
napotyka się już wstępne trudności: strome i eksponowane
trawersowanie skalnego zbocza, zdecydowanie podwyższające poziom
adrenaliny.

Pod
tym mogę się podpisać z jednym zastrzeżeniem: to jest bardzo
łatwy fragment. Rok temu wystraszyła nas ekspozycja, ponieważ się
jej nie spodziewaliśmy (o AE pojęcie mieliśmy praktycznie zerowe).
Teraz, patrząc na chłodno, oceniam to przejście jako
banalne.

!
Żadna z fotek nie jest ilustracją dla powyższego akapitu. Obie
przedstawiają początkowe momenty trasy, tuż za Am Bodach !

2.
Atrakcją okazał
się piękny 15-metrowy komin, który z punktu, z jakiego
ujrzeliśmy go po raz pierwszy, prezentował się po prostu
strasznie. Było to pierwsze (i po prawdzie ostatnie, acz tylko
dlatego, że potem nie miałabym odwagi na wycofywanie się) miejsce,
gdzie powiedziałam: pieprzę, nie idę. Na szczęście M. namówił
mnie, żebym zeszła aż do samego podnóża komina i dopiero
stamtąd oceniła możliwości – faktycznie, z tej perspektywy
wyglądał na całkiem łatwy. Owszem, totalnie pionowy, ale tak
znakomicie wyrzeźbiony, że szło się jak po drabinie, bez żadnych
trudności.

Co
do oceny trudności zgoda, ale ten komin wcale nie wygląda tak źle.
Pewnie znów zadział brak efektu zaskoczenia, bo to miejsce
nie wydało mi się ani odrobinę groźne. Poniżej fotki z
komina:

3.
O
ile komin wyglądał tragicznie, a okazał się łatwy, o tyle na
Wariatach było inaczej. I wyglądały, i były hardkorowe.
Ekspozycja cały czas, momentami bardzo poważna, ŻADNYCH
ubezpieczeń, skały generalnie nieźle wyrzeźbione, ale w kilku
wspinaczkowych momentach nie było łatwo o dobry chwyt.

Z tym akapitem mam problem. Bo zasadniczo się z nim zgadzam,
wszystko tu jest prawdą. Ale z tych kilku zdań emanuje autentyczne
przerażenie, którego ten odcinek tym razem we mnie nie
wzbudził. Przyznaję, na trzech czy czterech ściankach miałam
drobne problemy. W jednym miejscu Mariusz musiał ustawić mi nogi,
ponieważ było tak eksponowane, że prosty manewr dania dużego
kroka i obrócenia się na kominko-ściance okazały się dla
mnie sporym obciążeniem psychicznym. Było kilka momentów
wymagających zastanowienia. W jedym miejscu zjechałam po gładkiej
płycie zdzierając skórę z łokcia. Ale nie mogę z czystym
sumieniem powiedzieć, że to były hardkory. Jedynym czynnikiem
utrudniającym była ekspozycja. Trudność szlaku samą w sobie
oceniam raczej nisko.


obycie z ekspozycją wcale nie miało kluczowego znaczenia, ponieważ
ten szlak jest autentycznie trudny sam w sobie.

J.w.
Nie jest.

4.
Potencjalni
czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, do jakiego stopnia
zwariowany jest ten szlak. Nie umiem ocenić, na ile jego trudność
jest spowodowana brakiem ubezpieczeń, nie wiem, czy ołańcuchowany
stałby się banalny. W każdym razie w takiej postaci, w jakiej jest
teraz, spokojnie wytrzymuje porównanie z zejściem z Koziej
Przełęczy do Pięciu Stawów, a na pewno jest dużo gorszy
niż np. Granaty.

Stwierdzam
to z pełnym przekonaniem: owszem, ołańcuchowanie zlikwidowało by
wszelką trudność. Dla mnie zasadne byłoby jedynie w dwóch
miejscach – na wspomnianej eksponowanej kominko-ściance i w (moja
nazwa :D) Kominie Śmierci. Oba miejsca są stosunkowo proste do
przejścia, ale niebezpieczne z powodu znacznej ekspozycji. Łańcuch
mógłby to niebezpieczeństwo zmniejszyć, zwłaszcza przy
śliskiej skale. Acz skoro przejść się bez niego da, niezbędny
nie jest.
Co do mojego porównania z tatrzańskimi szlakami,
wolę się nie wypowiadać, ponieważ na obu byłam naprawdę dawno i
nie wszystko pamiętam. Wydaje mi się jednak, że przesadziłam w
obu przypadkach, zwłaszcza z Granatami. Ocenię to po powtórnym
przejściu.