Mayar i Driesh

Nr 31, Mayar i nr 32, Driesh

Wymowa: miijar; drisz

Znaczenie nazwy: być może od m’aighear, my delight. Albo od magh – a plain. Do mnie najbardziej przemawia wersja z MunroMagic – obscure hill – mayar jest faktycznie ukryty, wycofany; thorn bush – ale czytałam też, że trójkąt

Wysokość:
928m n.p.m.; 947m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 253.; 219

Data wejścia: 2.05.2009

W naszej pierwszej wycieczce na wschód eksplorowaliśmy The Mounth plateau, obszar na południe od najwyższych gór w Szkocji, Cairngormsów.  East Highlands, choć to również Grampiany, różnią się znacznie od sąsiadów z zachodu. Przestrzenie wydają się tu większe, zamiast zaostrzonych wierzchołków mamy rozległe płaskowyże, krajobraz jest tundrowaty. Mc Neish w "The Munros" pisze (o Cairngormsach, ale można to odnieść także do okolicy):
Z powodu swej wysokości i ekspozycji (nie w znaczeniu wspinaczkowym rzecz jasna, nie jestem pewna jak to przetłumaczyć) wzg
órza te mają ze wszystkich brytyjskich gór klimat najbardziej zbliżony do arktycznego, a ukształtowanie terenu, gleby, wegetacja oraz świat bezkręgowców i ptaków wykazują znaczne podobieństwo do arktycznej części Kanady, Islandii czy Grenlandii, o wiele większe niż do południowoeuropejskich pasm górskich – Alp, Pirenejów czy Kaukazu.

Trudności na tym obszarze trzeba sobie wyszukiwać, ale owszem, są. Przy czym te opiszę dopiero, jak poeksploruję.

Mayar z Drieshem leżą we wschodniej części płaskowyżu Mounth, na południowym skraju East Highlands. Tym razem wyruszaliśmy z Dundee, z którego jedzie się ok. półtorej godziny.

Z Dundee kierujemy się (najpierw A90, potem A928) na Kirriemuir, i dalej do Glen Clova. Samoch
ód zostawiamy na parkingu w Glen Doll, skąd spacerowa droga w ciągu 30 min. wprowadza nas do klimatycznego Corrie Fee.

"Tatrzańskim" chodniczkiem okrążamy kocioł od lewej, by wzdłuż strumienia zacząć się wspinać na Mayara.

Po wyjściu ponad kocioł otwierają się widoki na Mounth plateau. Ten typ krajobrazu jest tylko na zdjęciach mniej spektakularny od gór o wyraźniejszej rzeźbie. W realu ta przestrzeń jest czymś niesamowitym – melancholijnym i uspokajającym…

Znad Corrie Fee łagodnym zboczem jakieś pół godziny (nieśpiesznie) na wypłaszczenie szczytowe Mayara z kamiennym kopcem. Na płaskowyżach owe kopce są niezbędne – samemu bardzo ciężko byłoby ustalić gdzie znajduje się najwyższy punkt.



Na wierzchołku:

Z Mayara na nieco wyższego Driesha (widocznego poniżej) jest przyjemny spacer:

Patrząc na niektóre zdjęcia aż trudno uwierzyć, że były robione w górach i to jeszcze na munrosach – toż to, panie, Nizina Mazowiecka, tylko wierzby ukradli:

We wschodnich Highlandach kluczowym problemem nie są trudności techniczne, a nawigacja. Przy braku widoczności może zrobić się naprawdę poważnie. Graniami (to słowo nabiera tutaj zupełnie innego znaczenia) biegną zatem gdzieniegdzie płotki lub linie tyczek, można też napotkać kopczyki.

Czy tak wyglądałyby Bieszczady, gdyby je ogołocić z drzew?

W dole Glen Clova:

Z Driesha schodziliśmy zerodowaną i stromą ścieżką, niezbyt miłą dla kolan. Na szczęście dość szybko sprowadza ona w dolinę, skąd do parkingu już tylko kawałek wygodną drogą.

Po tej wycieczce zostałam fanką wschodnich Grampianów. Pokonywanie trudności i charakterne niebezpieczne szlaki są genialne, ale równie fajnie jest wybrać się na włóczęgę po pustkowiach. Ten rejon to wymarzone miejsce aby przyjechać z namiotem (mamy, plany już są) i łazić sobie bez pośpiechu, aby odetchnąć od cywilizacji. No i ponieważ nie jest trudno ani bardzo męcząco, podczas takiego wypadu powiedzmy na weekend można zaliczyć ładną kolekcję munrosów. Że mało prestiżowych? Pff. Prestiżowe nie uciekną 🙂

Całość: >>LINK<<

Beinn Fhada i Buachaille Etive Beag

Nr 29, Stob Dubh i nr 30, Stob Coire Raineach

Wymowa: stob duu; stob kori ranah

Znaczenie nazwy: black peak ; peak of the bracken filled corrie

Wysokość: 958m n.p.m.; 925m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 201.; 263.

Data wejścia: 10.04.2009

Grań Beinn Fhady jest ostatnią z trzech sióstr Glencoe, na której nie byliśmy. Podobnie jak dwie pozostałe, Gearr Aonach i Aonach Dubh, należy do masywu Bideana nam Bian. Beinn Fhada kulminuje w ładnym munro Stob Coire Sgreamhach, z którego już bezpośrednio można się dostać na wierzchołek Bideana, ale SCS jak widać powyżej nie został uwzględniony w obliczeniach, ponieważ zdeptaliśmy go już drugi raz. Był to nasz drugi munro w ogóle.

Wjeżdżając do Glencoe od strony Tyndrum, najpierw mijamy spektakularną bryłę Buachaille Etive Mor, potem jego mniejszego brata Buachaille Etive Beag, a kolejną granią jest właśnie Beinn Fhada, ograniczająca od wschodu Wielki Tron Glencoe, czyli całą ogromną bryłę Bideana i jego satelitów. Samochód zostawiliśmy na parkingu u wylotu Lairig Eilde, dolinki wciśniętej pomiędzy mniejsze Buachaille i naszą BF.

Jak zwykle o tej porze roku, kiedy to za motto szkockich dolin może posłużyć maksyma Heraklita z Efezu, najbardziej problematyczne okazało się podejście pod trasę właściwą. Allt Lairig Eilde, dwa lata temu w czerwcu pokonany suchą nogą, zmienił się w rzekę. Trzeba było zdjąć buty, zacisnąć zęby i napierać.

Za potokiem na grań Beinn Fhady (oznacza to nic innego, jak "długą górę") według uznania, pomiędzy skałami jest dużo trawników, po których stromo ale bezproblemowo do góry. 

Specyfiką Beinn Fhady jest to, iż choć nie widzimy z niej niczego, czego nie zobaczylibyśmy z dowolnego punktu w masywie Bideana, znajduje się ona w centrum zamieszania. Jesteśmy w samym środku Glencoe i z każdej strony dzieje się bardzo wiele.

Poniżej sąsiednie dwie siostry, Gearr Aonach i Aonach Dubh. Po drugiej stronie doliny Sgurr nam Fiannaidh zamyka grań Aonach Eagach:

Bidean i Stob Coire nan Lochan:

Sama grań BF (na zdjęciu jej najwyższy punkt, 931m n.p.m. ale nie mający statusu munro; zza niego wychyla się skromnie Stob Coire Sgreamhach) jest spacerowa, zaledwie w paru miejscach węższa i – pomijając widoki – niezbyt spektakularna.

Poniżej można prześledzić naszą trasę zejściową ze Stob Coire nan Lochan sprzed lat dwóch. Schodziliśmy na tzw. rympał równolegle do strumienia po prawej stronie. Zejście to powinno się zadawać jako pokutę szczególnie zatwardziałym grzesznikom. Pamiętam, że Mariusz następnego dnia wziął w pracy wolne…

Z BF ładnie wygląda Aonach Eagach, którego turnie i turniczki są z tej perspektywy wyraźnie zarysowane:

Poniżej widok na wyłaniające się zza AE The Mamores i grupę Ben Nevisa. Zwróćcie uwagę na przewagę, jaką ma ten ostatni, choć wszystkie niemal okoliczne szczyty to munrosy. Pomijając Nevis Range, drugi po Benku jest widoczny po prawej stronie zdjęcia Binnein Mor, o ponad 200m niższy. Przy czym jak widać przewaga Benka nie ogranicza się tylko do wysokości, ale także rozległości powierzchni. A Nevis Range jako całość, to w ogóle jest mocarz.

Na kolejnej fotce ostatnie wzniesienie Beinn Fhady, dalej jest już Stob Coire Sgreamhach formalnie do niej nie zaliczany.

Podejście na SCS rozpoczyna ok. 20 metrowy boulder zwany The Bad Step, gdzie trzeba już wyjąć ręce z kieszeni. Należy zaatakować go od lewej, ukształtowanie terenu jest takie że nie ma żadnych problemów orientacyjnych – po chwili objawiamy się powyżej, na bardzo stromej ścieżce na SCS, skąd na szczyt już niedaleko.

Beinn Fhada:

Z SCSa schodziliśmy naszą drogą sprzed dwóch lat, tj. zboczem na wschód, w kierunku przeciwnym do Bideana. Poniżej Sron na Lairig, scramblingowa grańka opadająca do Lairig Eilde:


Zeszliśmy na przełęcz, z niej skierowaliśmy się w dolinę, praktycznie do wysokości z której zaczynaliśmy trasę, po czym rozpoczęliśmy żmudny marsz na zamykającego wał Buachaille Etive Beag munrosa Stob Dubh. Plan był taki, żeby przetrawersować na mniej strome zbocza od strony Lairig Gartain, czyli kolejnej dolinki, ale nie chciało nam się kombinować, wbijaliśmy się więc prosto w górę.
Stob Dubh poniżej, wchodziliśmy po linii z grubsza prostej, nieco po lewej od ciemnych charakterystycznych skałek.

Glen Etive z Ben Staravem:

Podejście było męczące, ale i tak dzięki obranej taktyce zaoszczędziliśmy trochę czasu.

Dokładnie gdy osiągnęliśmy grań Buachaille, już niedaleko od szczytu, pogoda uległa gwałtownemu spieprzeniu a widoczność zmalała do zera. Buachaille Etive Beag zrobiliśmy już w deszczu i we mgle. Grań jest jeszcze bardziej spacerowa niż Beinn Fhada, niedługa, drugi munro Stob Coire Raineach nie jest szczególnie wybitny, z przełęczy wchodzi się na niego bardzo szybko a schodzi jeszcze szybciej. Droga w dół, opadająca z tejże przełęczy, jest bardzo sympatyczna, ułożona w "tatrzańskie" schodki, i wyprowadza na sam parking.

Wycieczka była bardzo udana, trudnościom bouldera daję **, kilka uwag:

– ani Beinn Fhada ani tym bardziej Buachaille Etive Beag nie nadają się żadną miarą na wycieczkę całodniową, Buachaille w ogóle robi się ekspresowo –  wobec tego nasza łączona opcja stanowi w miarę sensowną propozycję. BF można też wykorzystać jako drogę wejściową na Bideana, który jest już jakimś celem i da się w jego masywie wykroić kilka fajnych opcji na konkretniejszą wyprawę (nawet na _bardzo_ konkretną, odsyłam do literatury poświęconej scramblingowi – ja sugeruję jedynie rzeczy, na które sama bym się na dzień dzisiejszy zdecydowała). Można też wchodzić (lub schodzić) przez Sron na Lairig i wtedy schodzić (wchodzić) Beinn Fhadą, trasa ta w skali scramblingowej jest oceniona na 2, czyli łatwiej niż trójkowe Aonach Eagach i Creise. Z czym połączyć Buachaille Etive Beag, pomysłu nie mam. Masyw ten jest całkowicie samodzielny.
W Glencoe byliśmy już prawie wszędzie, ale im więcej się chodzi, tym więcej widzi się potencjalnych możliwości… Jeszcze nie raz i nie dwa nas tu rzuci. Zaczynam się w tej dolinie czuć jak w domu.


Creise i Meall a’Bhuiridh


Nr 27, Creise i nr 28, Meall a’Bhuiridh

Wymowa: krisz; milla wuri

Znaczenie nazwy: nieustalone; hill of the bellowing

Wysokość: 1100m n.p.m.; 1108m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 50.; 45.

Data wejścia: 4.04.2009

Creise leży u wylotu Glen Etive, sąsiadując z Buachaille Etive Mor. Meall a’Bhuiridh, z którym tworzą masyw, wysuwa się na plan pierwszy wyrastając nad drogą A82 – to ta góra, z ktorej spada wyciąg narciarski – zaś wycofane Creise staje się widoczne dopiero po osiągnięciu Glen Etive. Szczyt można osiągnąć na wiele sposobów. The Munros McNeisha rekomenduje najłatwiejszą drogę, wzdłuż żlebu w centrum. Dla zaawansowanych jest grań Inglis-Clark. My wybraliśmy opcję pośrednią, czyli wchodzenie granią przez Sron na Creise.

Najpierw trzeba było pokonać niekończące się wrzosowisko. Na początku pomyliliśmy drogę próbując startować z parkingu u wylotu Glen Etive, co wiązało się z koniecznością przekraczania rzeki. Teraz wiem, że najlepiej zaczynać na wysokości mostu na A82 i dawać na przełaj po najprostszej linii, rzekę mając po prawej stronie.

W krajobrazie dominuje Stob Dearg, bardziej imponujący sąsiad. Nam niestety jakoś nie chciał się do końca odsłonić.

Po przekroczeniu strumienia teren wreszcie stromieje, co oznacza że zaraz zacznie się trasa właściwa. Pojawiają się pierwsze skałki. Z początku szliśmy po prawej stronie żlebu ktory oddziela Sron na Creise od reszty masywu, by wkrótce zdecydować że wbijamy na grań.

Od tego momentu zaczyna się scrambling. Skała jest bardzo dobra, przede wszystkim na tyle szorstka że nawet po mokrej się jakoś specjalnie nie ślizgaliśmy. W dwóch momentach musiałyśmy z Kasią trochę pokombinować, panowie natomiast nie mieli tam żadnych zagwostek.

Trudność nie większa niż na Aonach Eagach, ale wszystko na zaledwie 300 metrach.

Już blisko szczytu Sron na Creise przeżyliśmy chwilę grozy. Grań zamykał potężny boulder, a obejścia nie było widać.



Wydawało się, że możliwości są dwie. Mariusz wszedł bardzo stromą rysą z minimalnymi chwytami i stopniami, ale reszta z nas wolała poszukać czegoś prostszego. Tym sposobem wmanewrowałam się w kominek, który Wojtek ocenił na tatrzańskie 4 z plusem. Mariusz probował mi pomoc od góry, pozostali od dołu, aż po kilku minutach spanikowałam totalnie, nawrzeszczałam na wszystkich i jakoś się wycofałam. Cieszę się, że nie wlazłam wyżej, bo stamtąd w przypadku utknięcia mogłoby nie być tak prosto się wydostać.

Po moim wycofie wiadomo już było, że kominkiem nie ma się co pchać. Na szczęście po małym rekonesansie okazało się, że po lewej stronie jednak jest obejście! Krótki trawers po zboczu, a potem mały scrambling wyprowadziły nas dokładnie na wierzchołek Sron na Creise.
Poniżej odpoczynek od wiatru i deszczu w bothy bagu:

Ze Sron na Creise musimy jeszcze spory kawałek podejść granią. Scrambling zakończył się definitywnie.

Warunki pogodowe były najoględniej mowiąc słabe. Deszcz przeszedł w śnieg, widoczność zerowa, a wiatr mną i Kaśką po prostu rzucał. Uważam jednak, że i tak mieliśmy sporo szczęścia, że najtrudniejsze miejsca udało nam się przejść kiedy było jeszcze całkiem znośnie.

Z wierzchołka odbijamy w lewo na przełęcz.

Dupozjazdy były boskie:

Na Meall a’Bhuiridh wchodziliśmy około 30 minut. Idzie się niezbyt stromą, kamienistą granią. Skalisty wierzchołek to najwyższy punkt całej trasy.

Kilkadziesiąt metrów poniżej wierzchołka zaczyna się wyciąg. Schodzimy wzdłuż niego na sam dół. Całą długość orczyka udało się pokonać na siedzeniach, niestety poniżej śnieg się skończył i trzeba było tuptać z buta. Zejście w dolnych partiach jest bardzo strome, ścieżka całkiem zerodowana i moim zdaniem jest to najbardziej męcząca (ex aequo z brodzeniem we wrzosowisku) część trasy. Pozytyw jest zaś taki, że schodzimy prosto na parking.

Kiedy schodziliśmy, pogoda zmieniła się diametralnie i po raz pierwszy tego dnia można było zobaczyć nasz cel w całej okazałości. Poniżej Sron na Creise i grań szczytowa, wierzchołek właściwy góry nie jest widoczny na zdjęciu.

A tu jeszcze widok z szosy, Sron na Creise to ta wielka trójkątna formacja po prawej. Widać stamtąd całą naszą część scramblingową. Wierzchołek ponownie niewidoczny.



Wycieczka była genialna. Najtrudniejszym momentom daję ****, acz Mariusz by się z tym pewnie nie zgodził. No ale skala jest MOJA. Wariantów przejścia jest w większości cięższych miejsc więcej niż jeden, gdzieniegdzie trudności można całkowicie ominąć, choć z wyjątkiem tego bouldera pod granią szczytową nie warto moim zdaniem tego robić.
Samochód najlepiej zostawić na parkingu koło Glencoe Ski Centre, tego na który będziemy schodzić. O tej porze roku dobre buty konieczne – śnieg spływa z gór i wrzosowiska po prostu pływają.

Beinn a Bheithir

Nr 25, Sgorr Dhearg i nr 26, Sgorr Dhonuill

Wymowa: skor dyerek; skor do-nul

Znaczenie nazwy: red rocky peak; Donald’s rocky peak

Wysokość: 1024m n.p.m. ; 1001m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 107.; 137.

Data wejścia: 21.03.2009

Masyw Beinn a’Bheithir, Góry Piorunów, najpiękniej prezentuje się z mostu nad Loch Leven, przez który droga A82 biegnie w kierunku Fort William. Zaliczany na ogół do Glencoe Hills, leży jednak na uboczu, pozwalając podziwiać jedną z najpiękniejszych dolin Szkocji z nieco innej perspektywy, niż jej pozostałe szczyty.
Trasa rozpoczyna się na parkingu w Ballachulish. Ulica wkrótce przechodzi w polną drogę. Idziemy nią ok. 10 -15 min, wypatrując samotnego płotu antyowczego. Zaraz za płotem niezbyt wyraźna, ale widoczna ścieżka wbija się na zbocze – tędy do góry, cały czas prosto, dopoki grań się nie zwęzi i nie zrobi skalista.

Tutaj zaczyna się najciekawszy etap trasy. Musimy pokonać liczne skalne progi, których nie da się strawersować, cały czas dajemy po grani. Nietrudny scrambling, który porównałabym do skał Kazalnicy poniżej klamer na szlaku na Chłopka. Przy drugim progu pion, znakomicie wyrzeźbiony ale podczas ślizgawicy – my szliśmy w mżawce i bardzo uważałam w tym miejscu – napierać ostrożnie.

Powyżej progów już ścieżkowo na niewybitny Sgorr Bhan, na wierzchołku jest kopczyk. Stąd na pierwszego munro, Sgorr Dhearg, już bardzo blisko. Lakoniczność opisu spowodowana jest faktem, iż przez cały czas szliśmy w chmurze i zamiast widoków była dupa. Dopiero kiedy zaczęliśmy schodzenie na przełęcz pomiędzy oboma munrosami masywu, okoliczności przyrody zaczęły się robić łaskawsze.

Sgorr Dhonuill prezentuje się z przełęczy pięknie i charakternie, choć trasa granią jest spacerowa:



Widoki cud, miód i orzeszki. Glen Etive Hills, Glencoe, Mamores, Nevis Range, morze szczytów jeszcze przez nas nie poznanych i niezidentyfikowanych. Dla takich chwil chodzi się po górach.

Z pomiędzy obu munrosów opada fajna grań. Kto wie, może się ją kiedyś zbada…

Sgorr Dhearg od drugiej strony traci swój zadziorny charakter, ale i tak jest to dobry kawał góry. Pamiętajcie że startujemy z poziomu morza, Loch Leven jest bowiem odnogą fiordu.



Zachwycałam się widokami, więc proszę:



Na ostatnim planie Ben Cruachan

W centrum zdjęcia Ben Starav

Loch Linnhe

Ben Nevis, Aonachs i The Mamores

Most w South Ballachulish

"Atak szczytowy" jest głównie ścieżkowy, choć pod samym szczytem mamy – jeśli trzymamy się dróżki – moment lekkiej ekspozycji, i nawet mini scrambling.



Loch Leven – szczyty po drugiej stronie to dla nas póki co terra incognita

Grupa Bideana nam Bian, czyli Wielki Tron Glencoe podziwiany tym razem z boku

Na wierzchołek Sgorr Dhonuill – szczytu Donalda – pomimo znacznego nachylenia wchodzi się raczej szybko. Bardzo żałowałam, że pogoda nie zrobiła się wcześniej, kiedy byliśmy na Sgorr Dhearg. Z niego musi być świetnie widać całą Glencoe, a tak to Donald zasłania, taki syn 🙂



26 munrosów padło, czy też, jak twierdzi kolega, pozwoliło na siebie wejść.
To już więcej niż ćwierć setki;)

Schodziliśmy z przełęczy leżącej w załamaniu grani, która w pewnym momencie skręca w prawo by opaść ku Ballachulish. Ślady ścieżki były, ale każdy schodził jak chciał. Z początku szło się po średnio przyjemnym piarżysku:

… by w dolince osiągnąć znacznie sympatyczniejszy teren, skąd najpierw miłą ścieżką w gęstym lesie (!!!), a potem wygodną drogą jezdną do szosy A82, i dalej niestety asfaltem do parkingu. Na tym odcinku bardzo przyda się mapa, ponieważ dróg w tej dolinie jest kilka, przecinają się i niechcący możemy się objawić w South Ballachulish, a stamtąd czeka nas o wiele dłuższy marsz wzdłuż szosy.



Sgorr Dhonuill i koniec interesującej grani

Loch Leven



Po lewej The Mamores, po prawej Sgurr na Ciche aka Pap of Glencoe

Wycieczka była po prostu genialna. Trochę scramblingu – nie że hardkor, ale jednak sporo więcej niż spacer; cudowne widoki, całkiem przyjemne zejście (zejścia są moim największym koszmarem). Beinn a’Bheithir jest piękną górą, znakomitą dla początkujących w Szkocji a mającym już jakieś pojęcie o hillwalkingu, oferuje bowiem w pigułce to, co w Highlandzie najlepsze – scenerię gór z każdej strony, morze szczytów jakiego w Karpatach się nie uświadczy, i ogólną łagodność ze szczyptą prawdziwego charakteru. Bardzo polecam wchodzenie dokładnie taką trasą jak my. Przewodniki rekomendują różne opcje, ja uważam że nasza jest najlepsza. Grań wejściowa to jeden z ciekawszych fragmentów masywu, ponadto trudności pokonujemy do góry, więc jest łatwiej. Zejście jest łagodniejsze i, pomijając odcinek piargowy, relaksacyjne. Trasa generalnie przepiękna, trudność oceniam na *** z minusem. Bardzo chciałabym tam wrócić w celu bliższego obadania grani ktorej fotka jest gdzieś wyżej. Zobaczymy.

Miałam trochę wątpliwości co do przebiegu trasy i mogłam popełnić jakieś nieścisłości przy zaznaczaniu wejścia i zejścia, na tyle jednak drobne, że mapkę uważam za rzetelną.

Stob Ban i Mullach nan Coirean

Nr 23, Stob Ban i nr 24, Mullach nan Coirean

Wymowa: stob ban; mulah nan koran

Znaczenie nazwy: white peak; summit of the corries

Wysokość: 999 n.p.m.; 939m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 140.; 236.

Data wejścia: 13.03.2009

Zatęskniło nam się do the Mamores. Rejon Lochaber, to jest Glencoe, Mamoresy i Nevis Range jest naszym ulubionym w Highlandzie, a widzieliśmy już sporo. Grupa Mamoresów jest spektakularna ze względu na genialne położenie pomiędzy Glencoe a Ben Nevisem, tatrzańskie przewyższenia, długość podejść i przepiękne miejsca startu wycieczek, czyli Kinlochleven albo moja ukochana Glen Nevis.

Nie byliśmy pewni jak z pogodą, a Stob Ban z Mullach nan Coireanem wydały nam się prostsze topograficznie niż trzy pozostałe z lokalnych munros (Binnein Mor, Binnein Beag i Sgurr Eilde Mor), więc na wypadek pogorszenia się widoczności jak na poprzedniej wyprawie zdecydowaliśmy się na wariant mniej skomplikowany orientacyjnie.

Trasa wychodzi z przedostatniego parkingu w Glen Nevis, tego samego na którego schodzi się ze Sgurra a’Mhaim kończąc Ring of Steall. Zresztą przez pierwsze kilkaset metrów to jest ta sama droga, dopiero potem zygzaki ścieżki na Sgurr a’Mhaim podrywają się w górę, my zaś wędrujemy sobie na relaksie dolinką pomiędzy masywami jego i Stob Bana.

Dolinka – właściwie głęboki i stromy wąwóz – jest bardzo przyjemna. Wysokość zyskujemy sukcesywnie acz bez większego wysiłku. Stosunkowo szybko zaczynają się wyłaniać interesujące rzeczy:

Skały po prawej to wschodnie ściany Stob Bana. Już we wrześniu, oglądane z Ring of Steall, wywarły na nas wrażenie. Teraz, przy śniegu, prezentowały się jeszcze dramatyczniej:

Pogoda, odwrotnie niż na poprzedniej wycieczce, poprawiała się z chwili na chwilę.

Wkrótce ukazała się grań zamykająca dolinę. W lewo prowadzi ona na Sgurra an lubhair, element Ring of Steall, w prawo zaś na nasze munrosy.

Na przełęcz idzie się bezproblemowo, a ślady dupozjazdu wskazywały że i z zejściem nie byłoby kłopotu.

Z przełęczy na szczyt Stob Bana już ściśle granią, po prawej ręce mając spektakularne wschodnie ściany, po lewej – strome, ale jednak zbocze. Podejście wyglądało na ostre, ale nietrudne. Otuchy dodawała też wydeptana ścieżka.



Widoki z przełęczy były piękne. Na drugim planie północna grań Glencoe:

Poniżej zaś końcówka RofS, czyli od lewej Sgurr a’Mhaim, Devil’s Ridge kulminujące w Stob Choire a’Mhail, oraz Sgurr an lubhair:

Grań wyprowadzająca na Stob Bana przy śniegu prezentowała się bardzo efektownie. Z jednej strony przepaść i nawisy, od których przezornie trzymaliśmy się w pewnej odległości, z drugiej też stromizna, choć tu spaść nie bardzo było z czego. No i towarzyszące nam cały czas widoki na Glencoe i coraz wyższego króla Benka po prawej stronie.

To podejście jest nieco żmudne, ale niedługie – większość wysokości zyskaliśmy podchodząc przez dolinę.

Na samej końcówce znajdowała się może dwumetrowa pionowa ścianka, w ktorej poprzedni wędrownicy wyrzeźbili piękne stopnie, tak że wchodziło się jak po schodkach. Z tą ścianką było o tyle śmiesznie, że nie było widać co jest za nią. Mogło tam być podejście końcowe, mogła być przepaść. Powyżej było tylko błękitne niebo. Niezależnie od siebie podjęłyśmy z Dorotą milczącą decyzję, żeby puścić Mariusza przodem. Okazało się, że powyżej jest już faktycznie ostatnie, łagodne podejście na sam wierzchołek.
 
Kiedy wreszcie osiągnęliśmy jego kopułę, zachwytom nie było końca. Nasza grań prezentuje się zeń imponująco: dopiero teraz w pełnej krasie widać, jak tam po jednej stronie można się elegancko spierdzielić.

Po lewej Sgurr a’Mhaim

Ze Stob Bana można prześledzić niemal całą dalszą trasę. Dłuuuga grań wiedzie spacerowo na niewybitny wierzchołek Mullacha nan Coireana, z którego dalej opada łagodnym ramieniem:

Rejon szczytowy Stob Bana robi wrażenie. Idziemy ponad wschodnimi ścianami, przed nami już na wpół wiosenna Glen Nevis. W dodatku nawet nie marzyliśmy że pogoda nas tak rozpieści.



Dupozjazdy też były, a jakże:

Na grani Mullacha czeka nas kilka krótkich podejść w górę i w dół, ale to co najżmudniejsze już za nami. Góra niby niecharakterna i naleśnikowata, ale od północy opadająca pięknym kotłem – tak jest zbudowanych wiele wzgórz Szkocji, chociażby całe Cairngormsy. Z jednej strony hałda, z drugiej konkret – nawet Ben Nevisa da się podciągnąć pod tę zasadę, choć to inna skala, zwłaszcza konkrety poważniejsze.

Jest nawet króciutki odcinek skalistą grańką, a w paru miejscach od północy występują całkiem ciekawe formacje. Owszem, jest to spacer, ale spacer interesujący.

Droga na wierzchołek jest naprawdę długa, na mapie widać że odległościowo cała ta trasa porównywalna jest z RofS, tyle że o wiele łagodniej ukształtowana.

Grupa the Mamores ze szczytu Mullacha, Stob Ban to to niepozorne (!) wzniesienie po prawej:

Widoki z Mullacha są imponujące – nie dość że znajdujemy się na ostatnim od zachodu szczycie w grupie Mamoresów, co daje unikalną perspektywę całego pasma, to otwierają się panoramy na zachód, z odległymi wzniesieniami Glen Affric, Glen Shiel, i innymi które jeszcze ciężko nam zidentyfikować. Fort William leży u naszych stóp.
Jestem naprawdę wdzięczna losowi że pogoda spieprzyła się dopiero na Mullachu.

Zejście zaczęło się niewinnie, łagodną granią. Jazdy rozpoczęły się dopiero po znalezieniu się poniżej granicy śniegów. Na odcinku może kilometra (stroma łąka, potem brzozowy lasek) wszystko pływało. Taka pora, wiadomo że ten cały śnieg musi gdzieś znikać. Wkrótce zrobiło nam się wszystko jedno bo buty i tak mieliśmy przemoknięte na wylot.
Na ostatnim fragmencie bagno płynnie przeszło w quasi tatrzański bór, rzecz w Szkocji rzadka i przywołująca miłe wspomnienia. Borem już krotko i sucho na parking.

Trasie daję **, za malowniczość należałoby się znacznie więcej. Po raz kolejny potwierdziło się, że jak po widoki, nie masz jak w Mamoresy. Piękny rejon, wycieczka łatwa a przecież w prawdziwie górskim klimacie. Aż żal, że w tym paśmie została nam tylko jedna trasa. Dobrze, że obok leży słabo przez nas spenetrowana Nevis Range. Jak skończymy, będziemy szaleć tam.

Całość (polecam, piękne zdjęcia wyszły) pod >>LINKIEM<<

Ben Lawers

Nr 22, Ben Lawers

Wymowa: ang.

Znaczenie nazwy: hill of the Labhair (loud) stream

Wysokość: 1214 n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 10.

Data wejścia: 6.03.2009

Na Ben Lawersa nie udało nam się wejść w kwietniu 2008, kiedy to praktycznie spod szczytu (czego byliśmy nieświadomi) spędziła nas konkretna burza śnieżna – co opisałam tu >>LINK<< . W tym roku przyszedł czas na odwet. Żeńska brygada dowodzona przez Mariusza wyruszyła ze znajomego już parkingu koło Visitor Centre, na który skręcamy z drogi A827 za Killin (jest drogowskaz).

Ranek był przyjemny, niebo rokowało nadzieje, śniegu jak na warunki lokalne mnóstwo. Postanowiliśmy pójść inaczej niż w zeszłym roku. Wtedy wchodziliśmy szlakiem przez długą grań zaliczając jeszcze jednego munro, Beinn Ghlasa. Tym razem zależało nam tylko na Ben Lawersie, plan zakładał zatem strawersowanie zboczy Beinn Ghlasa i wyjście na przełęcz pomiędzy nim a BL.

Na mapce drogę przez grań zaznaczyłam na czerwono. Drogę zamierzoną tym razem – na zielono.

Meall Corranaich

Loch Tay

Miało być tak pięknie, a tymczasem wkrótce ogarnęły nas chmury. Pomimo zerowej widoczności zdecydowaliśmy się kontynuować. Pogoda nie była ogólnie zła: wiatr słaby, zero deszczu, temperatura znośna. Szło się całkiem przyjemnie, tyle że bez widoków.

Ostatnie momenty przed wejściem w mleko:

Meall nan Tarmachan

Przypominam, plan zakładał "zielony" trawers i łagodną wbijkę na przełęcz. Niestety przy zerowej widoczności i braku ludzkich śladów okazało się, że trasa wcale nie jest taka oczywista. Podstawowym problemem był fakt, iż zbocza Beinn Ghlasa nie są takie do końca kopiaste, jest tam gdzieniegdzie dość stromo i skaliście. Ścieżka "zielona" omija te miejsca dołem, więc żeby się gdzieś nie wpieprzyć, należało albo ją znaleźć, albo w przypadku nieznalezienia walić prosto w górę, na bezpieczną grań. Ponieważ po ścieżce nie było ani śladu, a teren zaczął stromieć, Mariusz zdecydował się na tę drugą opcję. Poszliśmy prosto w górę, odcinkiem ktory zaznaczyłam na żółto. Z mapy wynika że tamtędy też idzie droga, ale nie mieliśmy o tym pojęcia, zresztą nic nie było przedeptane.

Wchodziliśmy po momentami sporej stromiźnie, wzdłuż krawędzi kotła który opadał całkiem konkretnie – poniżej tych konkretów gdzieś tam biegła sobie ścieżka "zielona". Po niezbyt długim marszu (40 min.?) wydostaliśmy się w końcu na grań. Tu okazało się, że popełniliśmy drobny błąd w obliczeniach. Sądziliśmy otóż, że wyjdziemy na grań przed przełęczą (na mapie oznaczona X), ale już za wierzchołkiem Beinn Ghlasa. Tymczasem objawiliśmy się z jego drugiej strony, praktycznie pod szczytem, co oznaczało że dziewczyny zaliczą tego dnia dwa munrosy, a my jednego nowego i jednego podwójnie.

Długą granią Beinn Ghlasa (po lewej wspomniany stromy kocioł, po prawej łagodniejsze zbocze) powędrowaliśmy na znaną nam już przełęcz pomiędzy nim a BL. Mariusz na przełęczy:

Droga z przełęczy na Ben Lawersa to może z pół godziny marszu. Na oblodzonym skalistym podłożu przydały się raki:

Od skałek, przy których z zeszłym roku zrezygnowaliśmy, na szczyt jest dosłownie kilka minut.
Poniżej piknik na wierzchołku. Niestety, skurczysyny chmury nie odpuściły do końca i musieliśmy podziwiać siebie nawzajem z braku widoków. Najważniejsze jednak, że Lawers w końcu PADŁ.

Przy zerowej widoczności bezpieczniej było schodzić granią, po raz kolejny zrezygnowaliśmy zatem ze ścieżki "zielonej". Drugi raz tego dnia zdeptaliśmy Beinn Ghlasa, po czym "czerwoną" granią, przyjemnym spacerem zeszliśmy do doliny.

Cóż mogę napisać. Wycieczka subiektywnie była bardzo udana, ale ze względu na "czynnik ludzki", bo wędrowało nam się razem fantastycznie. No i w końcu zaliczyliśmy Ben Lawersa. Niestety, widokowo klapa na całej linii. Trasa łatwa, z trudności topograficznych wybrnęliśmy na medal, z bardziej męczących podejść ewentualnie odcinek "żółty" i początek bezpośredniej wbijki na szczyt BL, poza tym spacer. Oceniam na **, druga gwiazdka tylko w warunkach oblodzenia. Bardzo chciałabym zrobić w końcu tę górę w ładną pogodę, tym bardziej że można to połączyć ze zdeptaniem munrosów leżących dalej za BL, ale w tym sezonie Ben Lawersowi mówimy zdecydowanie "do widzenia".

Całość: >>LINK<<

Cruach Ardrain i Beinn Tulaichean

Nr 20, Cruach Ardrain i nr 21, Beinn Tulaichean

Wymowa: kruah ad-ran; bin tulahen

Znaczenie nazwy: stack of the high region; hill of the hillocks

Wysokość: 1046m n.p.m.; 946m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 87.; 220.

Data wejścia: 22.02.2009

Oba munrosy leżą w Glen Falloch, górując nad miasteczkiem Crianlarich. Efektowna kopuła Cruach Ardraina rzuciła nam się w oczy kiedy w kwietniu zeszłego roku wchodziliśmy na Ben More’a. Ponadto do Crianlarich Hills mamy blisko, a dni jeszcze są krótkie. Licząc na przygodę w śniegu bardziej interesującą niż w zeszłym tygodniu, zapakowaliśmy raki i keczapy, i wyruszyliśmy.

Już w trakcie podróży stało się jasne, że na śnieg nie ma co liczyć. Od zeszłego weekendu niemal wszystko poszło się kochać. Pocieszałam się, że przynajmniej zdjęcia będą ładne, lubię graficzny efekt jaki dają śnieżne łachy skontrastowane z ciemnym zboczem.

Parking z którego zaczynamy trasę leży nieopodal miasteczka przy drodze A82. Wiedzie z niego wyraźna ścieżka. Po przekroczeniu mostku na River Falloch porzucamy ją, skręcając w lewo pod kątem prostym, by wzdłuż lasu wbijać się na pierwsze wzniesienie masywu, Grey Height, o wysokości 686m n.p.m. Ten odcinek jest widoczny na zdjęciu poniżej:

Po osiągnięciu Grey Height wędrujemy szeroką, łagodną granią. Od jej najwyższego punktu, Cruach Ardraina, dzieli nas jeszcze jedno wzniesienie, Meall Dhamh (814m). Wysokość zyskujemy łagodnie i nieuciążliwie – ot, spacer w przepięknej scenerii. Za plecami mamy rozległą Glen Falloch, po lewej również wyprowadzającą na Cruacha, bliźniaczą do naszej grań Stob Garbh, zza ktorej wystaje potężny szczyt Ben More’a (no nam tak w sumie nie do końca wystawał, jako że partie szczytowe przez cały czas pozostawały w chmurze). Po prawej, nad dolinką rzeki Falloch wznoszą się kolejne munrosy, Beinn a’Chroin (jego kawałek widać po prawej stronie fotki) i An Caisteal:

Beinn a’Chroin i An Caisteal

Wierzchołek Cruacha ukazuje się nam dopiero gdy wspinamy się na Meall Dhamh – ma formę rozległej, majestatycznej, o regularnych kształtach kopuły.

Po lewej stronie widoczny początek grani Stob Garbh, w dole wysoko położony kocioł Coire Ardrain:

Od Meall Dhamh logiczny kierunek jest tylko jeden. Ścieżka jest mylna, bo omija wierzchołek dążąc dalej na przełęcz, więc do góry pchamy się według uznania.

Na kopułę Cruacha wchodzi się dość stromo, ale podejście jest za krótkie, żeby na poważnie dać w kość.

Poniżej nasza trasa z podejścia szczytowego – widać kolejno Meall Dhamh, Grey Height i przycupnięte w dolinie Crianlarich:

Na ostatnim planie Ben Lomond

Crianlarich

Tuż przed szczytem ogarnęły nas chmury i zaczęło się robić nieco skaliście. We mgle najpierw osiągnęliśmy niższy wierzchołek, udekorowany kamiennym kopcem – z niewielkiego wypłaszczenia poniżej wydawało się, że to już, ale na szczyt właściwy należało jeszcze kawałek zejść, a potem znów podejść. Oba wierzchołki są podobnej wysokości, rozdzielone łagodną przełęczą. Poniżej ten prawidłowy, widoczność niestety zerowa:

Z powodu mgły byliśmy mocno zdezorientowani. Od strony wschodniej Cruach opadał bardzo stromo, częściowo po skałach – latem pikuś, przy zalodzeniu należałoby jednak mocno uważać. Z początku wydawało się nam, że to tędy powinniśmy się kierować na drugiego munro, coś nam się jednak nie zgadzało. Niezależnie od wątpliwości topograficznych postanowiliśmy, że wracamy. Przy takim wietrze i zimnie nie było sensu pchać się dalej, jeśli nie można by było zrekompensować sobie tych niedogodności widokami. Zawróciliśmy na pierwszy wierzchołek, skąd mieliśmy zamiar kierować się prosto w doł, w dolinę rzeki Falloch. Jednak po wydostaniu się poniżej granicy chmur plany uległy zmianie. Drugi munro, Beinn Tulaichean, stał sobie oto przed nami, łatwo dostępny i na wyciągnięcie ręki:

Na Beinn Tulaicheana idzie się z przełęczy wręcz relaksacyjnie. Dopiero z podejścia można ocenić, jak fajną górą jest Cruach Ardrain. Jego masyw jest naprawdę potężny, a rozgałęzienia – z kopuły schodzą cztery granie – ustawiają go w zupełnie innej kategorii, niż prościutkiego topograficznie Schiehalliona.

W okolicach wierzchołka wiało tak, że można było niemal położyć się w powietrzu, parcie wiatru utrzymywało człowieka na nogach. Spotkaliśmy kilka osób wchodzących z przeciwnej strony – na BT można wspiąć się także z Inverlochlarig.

Schodziliśmy tak jak lubię najbardziej – po swojemu. Kopułę szczytową Cruacha strawersowaliśmy od lewej, wchodząc do niewielkiej kotlinki:

… a potem widoczną po prawej przełęczą (nie tą najniższą). W rejonie szczytowym Cruacha jest sporo skał i niewysokich, za to pionowych ścianek, które nasz bardziej ogarnięty w temacie kolega uznał za "interesujące".

Poniżej tenże kolega zmierza w kierunku przełęczy:

Za przełeczą otworzył się widok na znajomą dolinę, ale że cały czas znajdowaliśmy się w partiach szczytowych, czekała nas jeszcze bardzo długa droga w dół.

Wycieczka była naprawdę świetna. Nietrudno (*), a przy tym wysoko i bardzo widokowo. Sposób na zdobycie dwóch munros z jednej strony łatwy, ale jednak trasą o zdecydowanie bardziej wyrazistym charakterze niż monotonna wbijka ramieniem Schiehalliona. Męczących podejść brak, najbardziej daje w kość zejście, głównie ze względu na długość bo stromizn tam nie ma. Polecam zarówno początkującym munrobaggerom, jak i większym dzikom. Towarzyszący nam koledzy zaliczali się każdy do jednej z tych kategorii i obaj byli zadowoleni.

Komplet zdjęć: >>LINK<<


Schiehallion

Nr 19, Schiehallion

Wymowa: szihalion

Znaczenie nazwy: fairy hill of the Caledonians

Wysokość: 1083m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 59.

Data wejścia: 13.02.2009

Na nasze pierwsze prawdziwe zimowe wyjście Schiehalliona wybraliśmy bez zbędnych dyskusji. Trasa jest prosta, typowa droga wiedzie łagodnym stokiem, więc nie ma zagrożenia lawinowego, a przy tym wbijamy się – oczywiście jak na lokalne warunki – całkiem wysoko. Potencjał widokowy spory: skoro Schiehalliona widać m.in. z Glencoe i z Mamoresów, to i owe musi być też widać z niego. Słowem, idealne miejsce do bezpiecznego oswojenia się z rakami i czekanami (czy też, jak mawia kolega Bat, keczapami).

Dojazd jest prosty. Nasz cel leży nieopodal Pitlochry – w miasteczku trzeba skręcić na Tummel Bridge. Trasa rozpoczyna się z parkingu położonego w miejscu oznaczonym jako Braes of Foss. My wysiedliśmy z samochodu za wcześnie, jakieś 500m przed parkingiem, przy o, takiej bramie:

Słupa z literką P nigdzie nie było widać, ale faktycznie wyglądało to jak parking. Oprócz nas do wyjścia na szlak szykowali się jeszcze dwaj turyści, którzy potwierdzili, że tu zaczyna się droga na Schiehalliona. Po tym zapewnieniu nie mieliśmy już wątpliwości, że idziemy dobrze.

Po przejściu kawałka lasem osiągnęliśmy skraj Rannoch Moor. Tu zaczęły się schody. Widoczność była mizerna, chmury stały na wysokości może ze 100m, przed nami z lekka pofałdowane, ciągnące się po skraj widoczności wrzosowisko, zero punktów orientacyjnych, drzew itp., tylko biała połać z kontrastowym deseniem wyschniętych badyli, trupków wrzosów. Po prawej, w odległości kilkuset metrów, widać było podstawę potężnego wzniesienia, które musiało być Schiehallionem, reszta skryta w mleku. Zaczęliśmy marsz po czymś, co było niezbyt ewidentną a momentami zupełnie zanikającą ścieżką.

Po mniej więcej dwóch kilometrach marszu zaczęło się stawać oczywiste, że idziemy donikąd. Na mapach ścieżka z parkingu wiedzie cały czas mniej lub bardziej pod górę, względnie prosto, i dość szybko zaczyna się wspinać łagodną granią Schiehalliona. My od pewnego momentu zaczęliśmy iść w dół, a nasz cel mieliśmy cały czas po prawej ręce, tak że ścieżka musiała by w pewnym momencie ostro skręcać. W dodatku przed nami ukazała się niewielka rzeka (!), której na naszej trasie zdecydowanie nie miało prawa być. Zaczęliśmy kombinować – Mariusz używając kompasu zarządził zmianę kierunku. Po przebiciu się przez strumień i ogrodzenie antyowcze…

…oraz odnalezieniu miejsca, gdzie owce nocowały – można było to poznać po wytopionych w śniegu plamach adekwatnych rozmiarów…



…udało nam się przebić do właściwego szlaku na Schiehalliona. Brawo, Mariusz 🙂

Trasa nie jest skomplikowana (było to ważnym kryterium jej wyboru). Schiehallion ma bardzo regularny kształt – od zachodu to całkiem foremna i rasowa piramida, klarowna topograficznie, bez odgałęzień, ku wschodowi opadająca bardzo długim i łagodnym ramieniem. Tędy właśnie wiedzie droga. Sadzę, że o wiele ciekawiej byłoby wbijać się na dzika od południa lub zachodu, ale przy zerowym doświadczeniu zimowym i braku widoczności woleliśmy wybrać najbezpieczniejszy wariant.

Kiedy śniegu zaczęło się robić naprawdę sporo, a i lodu było na ścieżce niemało, zdecydowaliśmy że można już wypróbować nasz ekwipunek. Mariusz oniemiał, widząc, że swojego pierwszego raka założyłam tyłem do przodu. Kiedy odzyskał mowę stwierdził, iż nie sądził, że jest to możliwe :O
Sama nie wiem czy się tym chwalić czy żalić 😀 ;P

Chmury były gęste i tak białe, że perfekcyjnie zlewały się ze śniegiem. Granica pomiędzy niebem a ziemią nie była widoczna. Tylko wystające spod śniegu ciemniejsze elementy – badyle bądź kamienie – rysowały "podłogę". I tylko w bezpośredniej okolicy. Otaczała nas biała pustka i poczucie ukrycia przed światem, odrealnienia było kompletne. Tym bardziej że nie wiało i panowała cisza.

Po drodze spotkaliśmy turystów z "parkingu". Właściwą trasę odnaleźli szybciej niż my, dzięki GPSowi, i już schodzili. Bardzo nas przepraszali za wprowadzenie w błąd. Acz tak naprawdę poza zmarnowaniem półtorej godziny na bujaniu się po wrzosowisku nic się nie stało, timing wciąż mieliśmy taki jak w planach.

Na wierzchołku – z którego normalnie widać naprawdę ładne rzeczy, ja największego smaka miałam na pustkowie Rannoch oraz okolice Glencoe – Fort William – widoczność była taka, jak poniżej:

Tu jeszcze widok na stromsze południowe zbocza, którymi będziemy wchodzić latem. Nie odpuszczę sobie tej góry, nie jest niby żadnym wyzwaniem ale skoro chciałam coś z niej zobaczyć to zobaczę. Ole!

Schodziliśmy już po bożemu, aż do prawidłowego parkingu. Stoi tam taka oto tablica:

A tyle z Schiehalliona odsłoniło się najwięcej. Partie szczytowe były w mleku przez cały czas.

W rakach, po pierwszych niepowodzeniach z zakładaniem, chodziło mi się bardzo dobrze. Keczap natomiast może spełniać wiele funkcji, o, można nim np. dokonać dekapitacji:

Bardzo sympatyczny zimowy cel, z powodów które opisałam w pierwszych akapicie. I chyba jeden z najłatwiejszych munro w ogóle. Nie była to wycieczka podczas której mocniej zabiłoby mi serce, ale jako że chodziło bardziej o podbudowanie kondycji i test sprzętu, nie wspominając już o kolejnym piórku do kapelusza, czuję się usatysfakcjonowana.

Ring of Steall


Nr 15, An Gearanach,
nr 16, Stob Coire a’Chairn, Nr 17, Am Bodach, Nr 18, Sgurr a’Mhaim

Wymowa: an gi-aranah; stob kori a kern; am bodak; skur a waim

Znaczenie nazwy: the complainer, narzekacz; peak of the corrie of the cairns, szczyt kotła w którym są kurhany; the old man, stary człowiek; peak of the breast. Cycek 😀

Wysokość: 982m n.p.m.; 981m n.p.m.; 1032m n.p.m.; 1099m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 167.; 168.; 100., 51.

Data wejścia: 12.09.2008

Ring of Steall jest trasą wyjątkową pod każdym względem. Po pierwsze, znajduje się po południowej stronie Glen Nevis, dzięki czemu jest najlepszym miejscem do podziwiania Ben Nevisa, który z Ringu prezentuje się naprawdę królewsko. Po drugie, daje możliwość zrobienia w stosunkowo łatwy sposób czterech munros za jednym zamachem. Wreszcie jest to trasa wymagająca: długa, momentami mozolna, z atrakcjami tak wizualnymi jak i technicznymi (most linowy!). Przewyższenia w tym rejonie są zdecydowanie bardziej tatrzańskie niż highlandzkie.

Nazwa wzięła się od wodospadu Steall. Ring jest stąd, że robimy pętlę.

Trasa piesza zaczyna się od końca asfaltówki biegnącej przez Glen Nevis, przy ostatnim parkingu – przy czym samochód warto zostawić na poprzednim i podejść ten kawałek, żeby zaoszczędzić sobie łażenia po asfalcie w drodze powrotnej.

Na początku szlaku stoi znak informujący o niebezpieczeństwie i trudności przy przechodzeniu Nevis Gorge, ale niech ani was to nie kusi ani nie odstrasza. Idziemy zwykłą ścieżką nad kanionem, po prawej owszem mamy spad, ale szerokość drogi i jej nachylenie są takie, że spaść można stamtąd tylko po ciemku ewentualnie na dobrej bani. Ciekawe, jakie znaki lokalsi postawili by przed Orlą Percią. Na zejściu z Krzyżnego do Pańszczycy można się dziesięć razy bardziej wysypać, niż na tej ścieżce.

Przygody zaczęły się po wyjściu na płaskie Steall Meadows, położone pod zboczami An Gearanach. Najpierw musieliśmy przekroczyć rzekę po moście linowym. Zupełnie jak na >>Go Ape<<, tylko niżej, za to bez asekuracji.

Na środku most fajnie się kołysał. Patrzenie pod nogi w takim momencie prowokuje do rozmyślań na temat głębokości wody: jeśli spadnę, to raczej się utopię czy połamię? A serio, był to najfajniejszy odcinek całej trasy. Technicznie łatwy, ale trzeba było jednak być naprawdę skupionym na każdym ruchu.

Ze ściany An Gearanach spada piękny Steall Waterfall:

Na uroczej Steall Meadow spędziliśmy prawie godzinę na przygodach (most, forsowanie potoku na bosaka po bezskutecznych próbach znalezienia bezpiecznego wariantu po kamieniach, szukanie drogi w bagnie).
Szlak ponad łąką zaczyna się wznosić zakosami wzdłuż zbocza An Gearanach.

Stob Coire Bhealach, Sgurr Choinnich Beag i Sgurr Choinnich Mor

Kiedy w końcu wydostajemy się na szeroką grań, ukazuje się widok na dalszą część trasy. Na wierzchołek (niewidoczny, skałki powyżej to nie jest szczyt) jednak jeszcze kawałek.

Końcowe partie Ring of Steall spod szczytu An Gearanach: Sgorr an lubhair, Devil’s Ridge oraz Sgurr a’Mhaim

Binnein Beag i Binnein Mor, najwyższy w grupie the Mamores

Kiedy już wydostajemy się na wierzchołek, na drugi, An Garbhanach, niższy o 7m, jest dosłownie moment. Grań An Garbhanach to IMHO (oprócz mostu:D) najciekawszy odcinek trasy. W szczytowej partii jest eksponowana, skalista i, jakkolwiek po lewej biegnie ścieżka umożliwiająca strawersowanie tego odcinka, nawet tam znajduje się jeden czy dwa momenty gdzie trzeba uważać, bo można polecieć. Oczywiście przyjmując kryteria tatrzańskie nie jest to żaden hardkor, ale w łagodniejszych szkockich górach każdy taki szlak – a okazuje się, że trochę ich tam jednak jest – ceni się podwójnie.

An Garbhanach z An Gearanach

Trawers grani An Garbhanach

Z pierwszego munro (bo ja te dwa wierzchołki postrzegam jako jedną górę) ścieżka zbiega dość ostro, by od przełęczy zacząć się wspinać łagodnymi, trawiastymi zakosami na drugiego munrosa w pierścieniu, Stob Choire a’Chairn. Ten łagodny i niezbyt mozolny odcinek pozwala trochę odetchnąć.

Przełęcz i Stob Coire a’Chairn

Za Stob Coire a’Chairn zacznie się najgorszy odcinek trasy, podchodzenie na Am Bodach. Najpierw jednak warto przyjrzeć się widokom (z "lewej" partii pierścienia wbiliśmy się na "środkową", perspektywa stopniowo się zmienia), a zwłaszcza Devil’s Ridge, na zdjęciu na dole w centrum. W przewodniku opisana jako najbardziej emocjonujący fragment, słynna graniówka itp., normalnie prawie drugie Aonach Eagach, z trasy prezentuje się łagodnie i niemal płasko. Podejrzane…



Podejście na Am Bodach ostro dało nam po dupach. Raz, że jest – poza dojściowym – najdłuższym odcinkiem pod górę na trasie, bo przełęcz z której startujemy jest głęboka a Am Bodach to drugi najwyższy wierzchołek w pierścieniu. Dwa, ścieżka na tym odcinku jest poprowadzona prosto w górę, praktycznie bez zygzaków, a stromizna jest tam naprawdę ostra. Wreszcie jest to w pewnym sensie punkt krytyczny trasy: już trochę przeszliśmy i zmęczenie daje o sobie znać, a jednocześnie wciąż jest dalej niż bliżej, co do czego towarzyszący nam widok na całość pierścienia nie pozostawia złudzeń.

Am Bodach

Przy podchodzeniu na Am Bodach towarzyszą nam widoki na dolinę pomiędzy nim a Na Gruagaichean, poniżej której leży Kinlochleven. Od wierzchołka otwierają się kolejne, na Loch Leven z charakterystycznym "pypkiem" Pap of Glencoe, oraz na Loch Linnhe i morze okolicznych wzniesień. W krajobrazie dominuje sąsiedni imponujący munro Stob Ban. Przez cały czas pięknie widoczne jest otoczenie Glencoe, w którym wyróżnia się Aonach Eagach, najbardziej charakterne ale położone na tyle nisko, iż jest duża szansa że nie będzie w chmurach.

Z Am Bodach szybko i łatwo na płytką przełęcz pomiędzy nim a Sgorr an lubhair.
Ze Sgurra pisanego małą literą wreszcie wbijamy się na Diabelską Grań i zaraz będziemy mieli możliwość zweryfikowania, czy jest warta swojej sławy. Początek nie prezentuje się spektakularnie. Ścieżka idzie trawersem poniżej grani, w poprzek trawiastego zbocza. Dopiero kiedy osiągamy najwyższy punkt grani i piąte wzniesienie pierścienia, Stob Coire a’Mhail, robi się ciekawiej. Grań zwęża się do tego stopnia, że dwie osoby nie są w stanie stanąć obok siebie, a stromizna po obu stronach jest bardzo konkretna.

Patrząc w dół ze Stob Coire a’Mhail

Trasa z początku wiedzie po grani w fajnej (bo jest efektownie a bez trudności) ekspozycji, po czym grań nagle staje się skalista i cienka, i ten odcinek pokonywany jej ostrzem faktycznie mógłby dostarczyć wielu emocji. IMHO aż za wielu, dlatego dobrze, że poniżej wydeptane są dwa warianty scieżki. Lepiej wybrać lewy, ponieważ pozwala na krótki i banalny, ale jednak zawsze kontakt ze skałą:

Devil’s Ridge jest prosta, przynajmniej w wariancie ścieżkowym, ale przyznaję, że efektowna. Najbardziej zadziwia zmiana kształtu Stob Coire a’Mhail, który z podejścia na Sgurr a’Mhaim prezentuje się niezwykle ostro i charakternie, no nie ta sama góra (widok powyżej).

Na I planie Stob Ban

No i wreszcie – Sgurr a’Mhaim. Cycek. W ogóle "Mamores" pochodzi jakoby od mam more, czyli "duże cycki". Przyznaję, że w przypadku tej konkretnej góry nie trzeba być maniakiem seksualnym, żeby dopatrzeć się kobiecej piersi. Kopiec na wierzchołku (powinnam raczej powiedzieć: sutek) też dowcipnie został ułożony w kształt połowy damskiego biustu.

Zejście jest długie, ale otuchy dodaje widok parkingu pod nami. Pięknie prezentują się Ben Nevis, Carn Mor Dearg Arete i zielona Glen Nevis. Świadomość, że zrobiło się cztery munrosy od jednego machu daje wielką satysfakcję. Ring of Steall jest trasą atrakcyjną i ciekawą, ale męczącą. Warto zarezerwować na nią cały dzień i zabrać dużo wody. Trudności oceniam na miejscami ***, plus oczywiście most linowy, IMO najfajniejszy moment. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników szkockich gór.

Całość: >>LINK<<

Aonach Eagach po raz drugi część I

Notka ze względów technicznych podzielona została na 2 części. Część II poniżej

Na
Aonach Eagach byliśmy po raz pierwszy w sierpniu ’07 i szlak ten
wywarł na nas wielkie wrażenie. Po roku przyszedł czas na
weryfikację – wiedzieliśmy już, czego się spodziewać, byliśmy
przygotowani psychicznie na trudności i bardzo chcieliśmy się
przekonać, czy tym razem odbierzemy tę drogę tak samo. No i
oczywiście potrenować przed Tatrami.

Tym razem wchodziliśmy
inną trasą, prosto z małego parkingu po prawej (patrząc na
zachód) stronie A82. Przypominam: rok temu wbijaliśmy się
trawersując zbocze Am Bodach wzdłuż potężnego żlebu ze
strumieniem i docierając do przełęczy pomiędzy… Hm, może
wytłumaczę tak. Grań, której częścią jest Aonach Eagach,
jest niezwykle długa. Rozpoczyna ją wzniesienie powyżej Blackwater
Reservoir, skąd wije się ona łagodnie, by wreszcie zacząć się
robić coraz bardziej poszarpana, na krótkim odcinku wręcz
zwariowana (to właśnie Aonach Eagach, nazwa odnosi się tylko do
tego niewielkiego fragmentu), po czym znów złagodnieć i po
kolejnych paru kilometrach sfiniszować w niewielkim Sgurr na Ciche
aka Pap of Glencoe nad Loch Leven. Nasza przełęcz oddziela tę
pierwszą, łagodną część od poszarpańców kulminujących
w AE. Z tej przełęczy na Am Bodach, które jest tradycyjnym
początkiem drogi (choć AE sensu stricto to jeszcze nie jest) trzeba
jeszcze kawałek podejść. Tegoroczny szlak jest dużo ciekawszy i
bardziej ekonomiczny niż nasza poprzednia trasa, ponieważ
wyprowadza prosto na wierzchołek Am Bodach, w dodatku fajną,
skalistą ścieżką, na której momentalnie zyskujemy
wysokość, a za plecami cały czas mamy Glencoe.

Teraz
weryfikacja (kursywą zaznaczyłam cytaty z zeszłorocznej
notki):

1. Pierwszym
wzniesieniem na trasie jest Am Bodach, 943m n.p.m. W tym rejonie
napotyka się już wstępne trudności: strome i eksponowane
trawersowanie skalnego zbocza, zdecydowanie podwyższające poziom
adrenaliny.

Pod
tym mogę się podpisać z jednym zastrzeżeniem: to jest bardzo
łatwy fragment. Rok temu wystraszyła nas ekspozycja, ponieważ się
jej nie spodziewaliśmy (o AE pojęcie mieliśmy praktycznie zerowe).
Teraz, patrząc na chłodno, oceniam to przejście jako
banalne.

!
Żadna z fotek nie jest ilustracją dla powyższego akapitu. Obie
przedstawiają początkowe momenty trasy, tuż za Am Bodach !

2.
Atrakcją okazał
się piękny 15-metrowy komin, który z punktu, z jakiego
ujrzeliśmy go po raz pierwszy, prezentował się po prostu
strasznie. Było to pierwsze (i po prawdzie ostatnie, acz tylko
dlatego, że potem nie miałabym odwagi na wycofywanie się) miejsce,
gdzie powiedziałam: pieprzę, nie idę. Na szczęście M. namówił
mnie, żebym zeszła aż do samego podnóża komina i dopiero
stamtąd oceniła możliwości – faktycznie, z tej perspektywy
wyglądał na całkiem łatwy. Owszem, totalnie pionowy, ale tak
znakomicie wyrzeźbiony, że szło się jak po drabinie, bez żadnych
trudności.

Co
do oceny trudności zgoda, ale ten komin wcale nie wygląda tak źle.
Pewnie znów zadział brak efektu zaskoczenia, bo to miejsce
nie wydało mi się ani odrobinę groźne. Poniżej fotki z
komina:

3.
O
ile komin wyglądał tragicznie, a okazał się łatwy, o tyle na
Wariatach było inaczej. I wyglądały, i były hardkorowe.
Ekspozycja cały czas, momentami bardzo poważna, ŻADNYCH
ubezpieczeń, skały generalnie nieźle wyrzeźbione, ale w kilku
wspinaczkowych momentach nie było łatwo o dobry chwyt.

Z tym akapitem mam problem. Bo zasadniczo się z nim zgadzam,
wszystko tu jest prawdą. Ale z tych kilku zdań emanuje autentyczne
przerażenie, którego ten odcinek tym razem we mnie nie
wzbudził. Przyznaję, na trzech czy czterech ściankach miałam
drobne problemy. W jednym miejscu Mariusz musiał ustawić mi nogi,
ponieważ było tak eksponowane, że prosty manewr dania dużego
kroka i obrócenia się na kominko-ściance okazały się dla
mnie sporym obciążeniem psychicznym. Było kilka momentów
wymagających zastanowienia. W jedym miejscu zjechałam po gładkiej
płycie zdzierając skórę z łokcia. Ale nie mogę z czystym
sumieniem powiedzieć, że to były hardkory. Jedynym czynnikiem
utrudniającym była ekspozycja. Trudność szlaku samą w sobie
oceniam raczej nisko.


obycie z ekspozycją wcale nie miało kluczowego znaczenia, ponieważ
ten szlak jest autentycznie trudny sam w sobie.

J.w.
Nie jest.

4.
Potencjalni
czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, do jakiego stopnia
zwariowany jest ten szlak. Nie umiem ocenić, na ile jego trudność
jest spowodowana brakiem ubezpieczeń, nie wiem, czy ołańcuchowany
stałby się banalny. W każdym razie w takiej postaci, w jakiej jest
teraz, spokojnie wytrzymuje porównanie z zejściem z Koziej
Przełęczy do Pięciu Stawów, a na pewno jest dużo gorszy
niż np. Granaty.

Stwierdzam
to z pełnym przekonaniem: owszem, ołańcuchowanie zlikwidowało by
wszelką trudność. Dla mnie zasadne byłoby jedynie w dwóch
miejscach – na wspomnianej eksponowanej kominko-ściance i w (moja
nazwa :D) Kominie Śmierci. Oba miejsca są stosunkowo proste do
przejścia, ale niebezpieczne z powodu znacznej ekspozycji. Łańcuch
mógłby to niebezpieczeństwo zmniejszyć, zwłaszcza przy
śliskiej skale. Acz skoro przejść się bez niego da, niezbędny
nie jest.
Co do mojego porównania z tatrzańskimi szlakami,
wolę się nie wypowiadać, ponieważ na obu byłam naprawdę dawno i
nie wszystko pamiętam. Wydaje mi się jednak, że przesadziłam w
obu przypadkach, zwłaszcza z Granatami. Ocenię to po powtórnym
przejściu.