Schiehallion

Nr 19, Schiehallion

Wymowa: szihalion

Znaczenie nazwy: fairy hill of the Caledonians

Wysokość: 1083m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 59.

Data wejścia: 13.02.2009

Na nasze pierwsze prawdziwe zimowe wyjście Schiehalliona wybraliśmy bez zbędnych dyskusji. Trasa jest prosta, typowa droga wiedzie łagodnym stokiem, więc nie ma zagrożenia lawinowego, a przy tym wbijamy się – oczywiście jak na lokalne warunki – całkiem wysoko. Potencjał widokowy spory: skoro Schiehalliona widać m.in. z Glencoe i z Mamoresów, to i owe musi być też widać z niego. Słowem, idealne miejsce do bezpiecznego oswojenia się z rakami i czekanami (czy też, jak mawia kolega Bat, keczapami).

Dojazd jest prosty. Nasz cel leży nieopodal Pitlochry – w miasteczku trzeba skręcić na Tummel Bridge. Trasa rozpoczyna się z parkingu położonego w miejscu oznaczonym jako Braes of Foss. My wysiedliśmy z samochodu za wcześnie, jakieś 500m przed parkingiem, przy o, takiej bramie:

Słupa z literką P nigdzie nie było widać, ale faktycznie wyglądało to jak parking. Oprócz nas do wyjścia na szlak szykowali się jeszcze dwaj turyści, którzy potwierdzili, że tu zaczyna się droga na Schiehalliona. Po tym zapewnieniu nie mieliśmy już wątpliwości, że idziemy dobrze.

Po przejściu kawałka lasem osiągnęliśmy skraj Rannoch Moor. Tu zaczęły się schody. Widoczność była mizerna, chmury stały na wysokości może ze 100m, przed nami z lekka pofałdowane, ciągnące się po skraj widoczności wrzosowisko, zero punktów orientacyjnych, drzew itp., tylko biała połać z kontrastowym deseniem wyschniętych badyli, trupków wrzosów. Po prawej, w odległości kilkuset metrów, widać było podstawę potężnego wzniesienia, które musiało być Schiehallionem, reszta skryta w mleku. Zaczęliśmy marsz po czymś, co było niezbyt ewidentną a momentami zupełnie zanikającą ścieżką.

Po mniej więcej dwóch kilometrach marszu zaczęło się stawać oczywiste, że idziemy donikąd. Na mapach ścieżka z parkingu wiedzie cały czas mniej lub bardziej pod górę, względnie prosto, i dość szybko zaczyna się wspinać łagodną granią Schiehalliona. My od pewnego momentu zaczęliśmy iść w dół, a nasz cel mieliśmy cały czas po prawej ręce, tak że ścieżka musiała by w pewnym momencie ostro skręcać. W dodatku przed nami ukazała się niewielka rzeka (!), której na naszej trasie zdecydowanie nie miało prawa być. Zaczęliśmy kombinować – Mariusz używając kompasu zarządził zmianę kierunku. Po przebiciu się przez strumień i ogrodzenie antyowcze…

…oraz odnalezieniu miejsca, gdzie owce nocowały – można było to poznać po wytopionych w śniegu plamach adekwatnych rozmiarów…



…udało nam się przebić do właściwego szlaku na Schiehalliona. Brawo, Mariusz 🙂

Trasa nie jest skomplikowana (było to ważnym kryterium jej wyboru). Schiehallion ma bardzo regularny kształt – od zachodu to całkiem foremna i rasowa piramida, klarowna topograficznie, bez odgałęzień, ku wschodowi opadająca bardzo długim i łagodnym ramieniem. Tędy właśnie wiedzie droga. Sadzę, że o wiele ciekawiej byłoby wbijać się na dzika od południa lub zachodu, ale przy zerowym doświadczeniu zimowym i braku widoczności woleliśmy wybrać najbezpieczniejszy wariant.

Kiedy śniegu zaczęło się robić naprawdę sporo, a i lodu było na ścieżce niemało, zdecydowaliśmy że można już wypróbować nasz ekwipunek. Mariusz oniemiał, widząc, że swojego pierwszego raka założyłam tyłem do przodu. Kiedy odzyskał mowę stwierdził, iż nie sądził, że jest to możliwe :O
Sama nie wiem czy się tym chwalić czy żalić 😀 ;P

Chmury były gęste i tak białe, że perfekcyjnie zlewały się ze śniegiem. Granica pomiędzy niebem a ziemią nie była widoczna. Tylko wystające spod śniegu ciemniejsze elementy – badyle bądź kamienie – rysowały "podłogę". I tylko w bezpośredniej okolicy. Otaczała nas biała pustka i poczucie ukrycia przed światem, odrealnienia było kompletne. Tym bardziej że nie wiało i panowała cisza.

Po drodze spotkaliśmy turystów z "parkingu". Właściwą trasę odnaleźli szybciej niż my, dzięki GPSowi, i już schodzili. Bardzo nas przepraszali za wprowadzenie w błąd. Acz tak naprawdę poza zmarnowaniem półtorej godziny na bujaniu się po wrzosowisku nic się nie stało, timing wciąż mieliśmy taki jak w planach.

Na wierzchołku – z którego normalnie widać naprawdę ładne rzeczy, ja największego smaka miałam na pustkowie Rannoch oraz okolice Glencoe – Fort William – widoczność była taka, jak poniżej:

Tu jeszcze widok na stromsze południowe zbocza, którymi będziemy wchodzić latem. Nie odpuszczę sobie tej góry, nie jest niby żadnym wyzwaniem ale skoro chciałam coś z niej zobaczyć to zobaczę. Ole!

Schodziliśmy już po bożemu, aż do prawidłowego parkingu. Stoi tam taka oto tablica:

A tyle z Schiehalliona odsłoniło się najwięcej. Partie szczytowe były w mleku przez cały czas.

W rakach, po pierwszych niepowodzeniach z zakładaniem, chodziło mi się bardzo dobrze. Keczap natomiast może spełniać wiele funkcji, o, można nim np. dokonać dekapitacji:

Bardzo sympatyczny zimowy cel, z powodów które opisałam w pierwszych akapicie. I chyba jeden z najłatwiejszych munro w ogóle. Nie była to wycieczka podczas której mocniej zabiłoby mi serce, ale jako że chodziło bardziej o podbudowanie kondycji i test sprzętu, nie wspominając już o kolejnym piórku do kapelusza, czuję się usatysfakcjonowana.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s