Starorobociański Wierch

Trasa na Starego Robota miała być takim relaksem na sam koniec, a cel został wybrany nieprzypadkowo. Starorobociański był ostatnim dostępnym szlakiem szczytem po polskiej stronie, na którym jeszcze nie byłam. Jakoś nigdy mi się nie składało, chociaż wszystko w okolicy, ze słowacką Bystrą włącznie, miałam już zaliczone.

Zwracam uwagę, iż wejście na wszystkie szlakowe szczyty nie oznacza bynajmniej tego samego co przejście wszystkich szlaków. To drugie może nie nastąpić nawet nigdy, bo te wszystkie dolinne szlaki Tatr Zachodnich, ścieżki nad i pod reglami czy dojściówki do jaskiń kompletnie mnie nie interesują. Nie dlatego że taki ze mnie wysokogórski wymiatacz, ale jak się jeździ w Tatry raz do roku zwyczajnie nie warto marnować czasu na spacery.

Spaliśmy na Hali Ornak, co oznacza że musieliśmy dojść przez Kościeliską. Mariusz szedł tamtędy po raz pierwszy i ostrzegłam go, żeby nie spodziewał się za wiele. Od Kościeliskiej nudniejsze są chyba tylko Chochołowska (ale tę można przynajmniej przyśpieszyć sobie rowerem) i Sucha Woda. Tak, wiem, że atrakcyjność tej doliny polega na ukrytych niespodziankach, ale i tak uważam że jest ona przereklamowana.

Rano wyruszyliśmy na Iwaniacką Przełęcz. Gdzieś na tym odcinku uświadomiłam sobie że relaks to jednak nie będzie – tzn., tylko w sensie odpoczynku od trudności, ale fizycznie Zachodnie jednak dużo bardziej dają w kość.

Podejście z przełęczy na grań Ornaku było męczące tak jak zapamiętałam z wycieczki na Bystrą, ale wyszliśmy powyżej granicy lasu i zrobiło się widokowo. Niebywale efektownie prezentuje się stamtąd Ciemniak. Rzuca się w oczy, jak wielki i rozbudowany jest to masyw, w ogóle całe Czerwone Wierchy to pod względem kubatury jest potęga.

Natomiast pod względem kształtu i charakterności nie ma w Tatrach Zachodnich drugiej góry takiej, jak Rohacz Ostry.

Widoki z grani Ornaku są imponujące i kojarzą mi się trochę z zachodnimi Grampianami. Np. grań pomiędzy Starorobociańskim i Bystrą od północy przybiera taką właśnie highlandzką formę. Oczywiście gołym okiem widać że w Tatrach wszystko jest potężniejsze, nawet jeśli w kilku miejscach przewyższenia są porównywalne.

Na szlaku – tłumy. Prawie wszyscy mówią dzień dobry. Nie widzę, nie rozumiem sensu tego zwyczaju. W miejscach trudno dostępnych czy wybitnie rzadko odwiedzanych, spotykając drugiego człowieka powitanie – i często zamienienie kilku słów – przychodzi naturalnie i nie potrzeba do tego żadnej tradycji. Na przeludnionym szlaku jest według mnie głupie, irytujące i niepotrzebne.

Bezpośrednie podejście na Starego Robota było męczącym (inna rzecz że moja kondycja tego dnia była taka, że męczył mnie nawet marsz wygodną ścieżką w dół), acz ostatnim już nabraniem wysokości. Widoki wzbogaciły się o podobnie monumentalną jak Ciemniak bryłę Raczkowej Czuby i Jarząbczego. Ta monumentalność zawsze mnie w Tatrach Zachodnich uderza. Tu nie ma charakterystycznych dla Tatr Wysokich piętrowych dolin, ze szczytów patrzy się zatem na sam dół. To również jest cecha charakterystyczna dla Grampianów. W tej części Tatr mój delikatny lęk przestrzeni dokucza mi najbardziej.

Schodząc w kierunku Kończystego Wierchu natknęliśmy się na wielkie stado kozic. Żerowały sobie częściowo tuż przy, a częściowo na szlaku, na górce rozkładało się natomiast kozie przedszkole. Widok był rozczulający.

Starszy, rosły osobnik – ani chybi boss – stał pomiędzy szlakiem a maluchami i mierzył przechodzących turystów groźnym spojrzeniem.



Po obfotografowaniu całego stada zeszliśmy czerwonym szlakiem z grani prowadzącej na Trzydniowiański Wierch. Jest to bardzo sympatyczne zejście, o wiele milsze niż zielony szlak z Trzydniowiańskiego – najpierw dobrze utrzymana ścieżka w malowniczej scenerii, potem szeroka droga.

Tatry Zachodnie są piękne, choć my nie trafiliśmy tam w najbardziej fotogeniczną pogodę stąd tak mała ilość zdjęć. Lakoniczność powyższego opisu spowodowana jest faktem, że na szlaku na Starorobociański nie występują żadne trudności a na tym na ogół się skupiam: na trudnościach i wrażeniach estetycznych, ponieważ skoro mnie samą to najbardziej w cudzych relacjach interesuje, zakładam że inni mają podobnie. Z całą pewnością dzięki dostępności i urodzie otoczenia Stary Robot to fajny cel dla każdego, nawet ze słabą kondycją – bo jeśli nie łączyć go z żadnym z sąsiadów, droga jest na tyle krótka że można sobie pozwolić na spokojne tempo.

Mięguszowiecki Szczyt Czarny

Czarny Mięgusz został wybrany jako tegoroczna trasa rozruchowa.

Z jednej strony, gloria – pierwszy samodzielny offroad szczytowy. Z drugiej – trasa krótka, bez trudności orientacyjnych, pozaszlakowa tylko na odcinku. Idealny wybór, jak stwierdzam z dystansu.

Postanowiliśmy wchodzić drogą 925 z WHP i to do opisu tamże odsyłam, co by nie propagować (w sensie, propagować mniej bezczelnie) lewizny. Zresztą jak już się odnajdzie to miejsce, z którego najlepiej odbijać ze szlaku, teren robi się tak ukształtowany, że idziemy jak puszcza.

Litej skały jest niewiele, wspinamy się głównie po trawkach i piargach – te pierwsze nie gwarantują pewnego chwytu, drugie grożą poślizgnięciem bądź oberwaniem kamieniem. Obie opcje w połączeniu ze znaczną stromizną terenu czynią tę nietrudną drogę wymagającą zachowania sporej ostrożności. Warto wziąć kask.

Pogodę mieliśmy wspaniałą.


Krępowali nas ludzie na Kazalnicy, ale schować się nie było jak.


Fajnie było poobcinać tłumy na Rysach, Moku a nawet szlaku na Chłopka – w tym ostatnim przypadku trudno byłoby może o tłumie mówić, ale w porównaniu do naszej samotności wypadał podobnie.



Na grań wyszliśmy kilkanaście metrów na zachód od wierzchołka.


Nie byliśmy sami. Nie żeby mnie to zdziwiło: najmniej charakterny z Mięguszy jest łatwym celem i z przełęczy wręcz kusi. Powinien tu być szlak. Nie byłby hardkorowy, a stanowiłby logiczne uwieńczenie trasy na Chłopka (szlaku od północy jednak nie proponuję, jedna Galeryjka starczy).

Zejście okazało się odrobinę bardziej zawikłane niż się spodziewaliśmy, acz i tak wystarczająco oczywiste (to nie sprzeczność, po prostu żeber do strawersowania było jakby więcej niż w opisie, niemniej trasa pozostała jasna). Znów okropna kruszyzna ale nieco mniej stromo.


Nawiasem fajnie że szlak, który jeszcze tak niedawno stanowił dla mnie wyzwanie sam w sobie, teraz jest po prostu drogą do- i zejściową. Oczywiście o szlaku chłopkowym mówię. Bo wszystko tkwi w psychice.


To powyżej to trudności zielonego szlaku zdjęte z Kazalnicy.

Wycieczka dała nam mnóstwo pozytywnej energii. Było tak, jak powinno – plan powzięto, plan zrealizowano, pogoda była bonusem. Mięgusz Czarny jest szczytem tak łatwo dostępnym – nie chodzi mi nawet o trudność ale o odległość od legalnego szlaku – że każdy zakochany w Tatrach się tam prędzej czy później znajdzie. Ja go oczywiście nie rekomenduję. Ja tylko stwierdzam fakty 😀

Tatry 2010 – bilans

Było świetnie. Nie wszystko zaplanowane zrealizowaliśmy ale wycieczki były raczej konkretniejsze, więc przeżyć i wspomnień mamy i tak pod dostatkiem.
To, co udało się zrobić:

– Czarny Mięgusz z Kazalnicy (droga z WHP)
– grań Czerwona Ławka – Mały Lodowy – Lodowa Przełęcz
– Lodowy Szczyt od Lodowej Przełęczy trawersując grań, zejście przez Konia
– (Mariusz i chłopaki) Gerlach końcówką Martinovki (od Lawinowego Szczytu)
– i na deser Starorobociański Wierch, mój ostatni nieodwiedzony szlakowy szczyt Tatr Polskich.

Notki będę zamieszczać w miarę jak będzie postępować walka z masą zdjęć.
Tyle wam powiem, że pod pewnymi względami ten wypad był dla mnie przełomowy 🙂

Granią od Wrót Chałubińskiego po Miedziane

Nasz pierwszy samodzielny udany offroad uskuteczniliśmy już po wejściu Mariusza na Mnicha, ale że nie ma on chwilowo weny, będzie niechronologicznie.

Wycieczkę odbyliśmy w towarzystwie mojego brata i jego przyjaciela – młode pokolenie zostało zarażone wirusem pozaszlakowości. Niebiosa widziały i nie zagrzmiały.

Na Wrota dla nich samych nie ma się za bardzo co pchać. Przełęcz jest wąska i niespecjalnie widokowa. Odbiliśmy w prawo, w kierunku Szpiglasowego Wierchu, początkowo ostrzem grani, a dalej to ostrzem, to – kiedy było to wygodniejsze lub bezpieczniejsze – ścieżką trawersującą zbocze od strony słowackiej.

Ścieżka na ogół nie jest trudna do wypatrzenia, czasem jednak niknie. Zbocze które trawersujemy jest bardzo strome – trudno nazwać to lufą, bo nie poleciałoby się lotem swobodnym, ale zjechać można. Nam marsz spowalniała kosmiczna ślizgawka, jako że cały czas mżyło.

Poniżej jedno z kilku miejsc, gdzie można by było ładnie zjechać:

Do pewnego momentu możliwy jest i marsz ostrzem grani, i trawersowanie. W końcu dochodzimy jednak do miejsca, gdzie strawersować po prostu trzeba. Tam właśnie ścieżka nie była z początku ewidentna, ale da się ją znaleźć, trzeba się w tym celu dość konkretnie obniżyć.

Poniżej jedyne miejsce, które w pierwszej chwili nieco nas zdeprymowało. Fota jest kiepskiej jakości bo obiektyw był mokry, ale myślę że widać o co chodzi. Po lewej (na zdjęciu prawej) był dobry spad, a kominek z góry wyglądał dosyć nieprzyjemnie – zastanawialiśmy się nawet przez chwilę, czy by nie zeskoczyć, ale na szczęście udało się normalnie zejść, ja tradycyjnie dupą do skały (dzięki ci Panie za me pajęczo długie odnóża).

Od tego miejsca już tylko kawałek na Szpiglasa. Akurat na wejście na szczyt zrobiła nam się ładna pogoda.

Ze Szpiglasowej Przełęczy wyraźną ścieżką (nie jest niezbędna, jako że prowadzi nas samo ukształtowanie terenu, ale daje do myślenia), na grań szczytową Miedzianego.

Grań jest łatwa, ale bardziej interesująca niż można by się spodziewać. Od strony Pięciu Stawów są fragmenty lufiaste, czego nigdy bym nie przypuszczała patrząc na Miedziane z dołu. Już w bezpośrednim rejonie wierzchołka grań mocno się zwęża i robi skalista – nadal bez trudności, za to miałam przyjemne skojarzenie z Carn Mor Dearg Arete. Widoki są podobne do tych ze Szpiglasa, ale ciekawsze bo jesteśmy mocno przesunięci na północny wschód, co daje unikalną perspektywę Doliny Pięciu Stawów.

Korciło nas żeby zejść przez Opalone – grań wyglądała na wąską, ale nie było widać trudności – ale chłopaki nam wcześniej odradzali trasę tamtędy ze względu na jakiś cięższy kawałek, zeszliśmy zatem tą samą drogą, do Szpiglasowej Przełęczy.

Schronisko w Piątce pod ciekawym kątem:

Grań w kierunku Opalonego:

Z przełęczy, tak jak zakładał plan, zbiegliśmy do Piątki, po czym nad Morskie Oko wróciliśmy przez Świstówkę Roztocką. Tłumy były straszliwe, a tym co mnie uderzyło był zadziwiająco duży odsetek jednostek totalnie nieprzygotowanych do wędrówek. Nie że górskich, ale outdooru w ogóle. Nie jestem fanatykiem, wiadomo że ubranie i ekwipunek za człowieka nie chodzą, i nie myślę bynajmniej o obuwiu niegórskim ale sportowym, czy dżinsach. To jest ok jeśli ktoś lubi. Moją uwagę zwracają raczej ekstrema. No więc na Świstówce napatrzyłam się na takie rzeczy, jak dziewczyna w baletkach, pan z gustowną torebką damską – żonie niósł, bo się była zmęczyła – spódnice i mocno odkryte sandały. Na jakąkolwiek aktywność outdoorową, wcale niekoniecznie górską, baletki, spódnica plus torebka na ramię są to ostatnie rzeczy, jakie przyszło by mi do głowy założyć (ok, przedostatnie, bo jeszcze obcasy). I to jest brak podstawowego myślenia, bo nie każdy musi mieć treki, ale te tenisówki czy coś podobnego to jednak wszyscy mają, ogólnie jakiś mniej lub bardziej sportowy outfit to sobie każdy skompletuje. Tymczasem część ludności woli się umartwiać. Nie ogarniam tego.

A nasza trasa, piękna 🙂 Bardzo się podobało i nam, i młodzieży (hehe). Bez większych trudności, a te które napotkaliśmy wynikały głownie ze ślizgawicy, w ciszy, spokoju, z możliwością zobaczenia znanych miejsc w nowym ujęciu. W sumie może trzeba było spróbować zejść przez to Opalone, byłaby pętelka, ale i tak wycieczka się nadzwyczaj udała.

Tu >>LINK<< od razu fotki z powyższego oraz z Mnicha, notkę o którym wysmaży Mariusz 😉

Orla Perć (odcinek Zawrat – Kozi Wierch)

W tym roku wreszcie odważyłam się dokończyć OP (zeszłego lata przeszliśmy odcinek Granaty – Krzyżne, >>LINK<<). Pogoda nie mogła trafić się lepsza, więc wszelkie wymówki odpadały. Z Murowańca wyszliśmy około siódmej, dzięki czemu podczas całej trasy spotkaliśmy zaledwie kilkanaście osób. Piękne słońce, sucha skała, brak zatorów – nawet nie marzyłam o takich warunkach, ale jak widać, zdarzają się.

Poszłam za radą Mariusza i starałam się używać łańcuchów tylko tam, gdzie było to naprawdę konieczne. W rezultacie na Zawrat, a potem Mały Kozi Wierch, udało mi się wejść bez korzystania z nich (ok, może raz czy dwa). Zawrat tylko po skale jest łatwiejszy! Jeśli nie ma ślizgawicy, zdecydowanie polecam samodzielne wyszukiwanie chwytów, łańcuchy w paru miejscach tylko komplikują nietrudną przecież drogę.

Z Zawratu na Mały Kozi szlak wiedzie po grani – wbrew pozorom, na Orlej wielu takich miejsc nie ma, głównie się trawersuje. Odcinki graniowe są najbardziej widokowe:

Wierzchołek Małego Koziego:

Jak na razie, trudności są niewielkie, za to efektowność pierwsza klasa.

Pierwszym cięższym miejscem jest Żydowski Żleb, czyli Honoratka. Mnie sytuację ułatwił fakt, iż choć jest tam gdzie się sturlać, nie ma lufy jako takiej. Honoratką niestety się schodzi, ale nie ma dużego problemu z wyszukaniem dobrych stopni.

Dalej bez większych trudności, acz ubezpieczenia są porozpinane na gęsto. Znów mamy trochę grani, ściana Zamarłej robi spore wrażenie. Na szerokiej Zmarzłej Przełęczy można wygodnie odpocząć. Wyznam szczerze, że bardzo chciałam żeby ten odcinek się jak najszybciej skończył, wiedząc, że jego zwieńczeniem jest słynna drabinka do Koziej Przełęczy. Nie byłam pewna, jak zareaguję na lufę, i wolałam mieć już to za sobą.

Drabinka jest efektowna, i owszem. Kiedy na nią weszłam (co wbrew pozorom nie stanowi najmniejszego problemu, jeśli nie myśleć o ekspozycji, a o szerokiej półce na którą zejdziemy), trochę latały mi łydki na pierwszych szczeblach, ale poszło normalnie. Póła zejściowa jest rozmiaru stolika do kawy, trzeba być na konkretnej bani żeby w nią nie trafić.



Drabinka nie sprowadza na samą przełęcz, trzeba jeszcze kawałek zejść. Zaraz za przełęczą miejsce, które pamiętałam z przeprawy przez KP sześć lat temu (na tym krótkim odcinku żółty szlak z Gąsienicowej do Piątki biegnie bowiem równolegle do Orlej) – wyślizgana p
ółka, gdzie łańcuchy się bardzo przydają. Nie mam zamiaru żadnych miejsc demonizować, żeby ktoś się tak jak ja potem nie naczytał i nie szedł zestrachany – po prostu, trzeba trochę bardziej uważać i już. Fakt, nie wiem jak przy mokrym, ale jakby co zawsze można względnie łatwo zejść na Halę.

Wejście na Kozie Czuby trochę męczy, jest to chyba najdłuższy odcinek podejściowy na OP.



Drabinka z dystansu. O dziwo, tego przechylenia się nie czuje:

Grań Kozich Czub jest jednym z tych fragmentów, o których naczytałam się niestworzonych rzeczy. Tymczasem nie pamiętam, żeby to miejsce było jakieś wybitnie trudne czy przerażające. Szlak jest wytrasowany tak, że w bardzo niewielu miejscach biegnie tuż obok przepaści. Znów, przy suchym powinno być ok.

Podejście na Kozi z Czub przedstawia się nieco hardkorowo, ale wiedziałam, że jeśli przejdę Kozią Przełęcz Wyżnią, to już nie mam czego się bać. Kozia Wyżnia budziła mój największy respekt, jest zresztą na ogół wymieniana jako najtrudniejszy fragment OP.

Istotnie, dla mnie też okazała się najcięższa. Skojarzyła mi się z kominkiem pod Orlą Basztą, w którym rok temu miałam problem – pionowe zejście, gdzie stopnie są malutkie i szuka się ich, macając na oślep. Poszło sprawnie, ponieważ Mariusz (on nie miał tam żadnych kłopotów, ale szedł z wyraźnie większą uwagą i było to jedno z nielicznych miejsc gdzie pomagał sobie łańcuchami) podpowiadał mi, gdzie stawiać nogi. Nie demonizuję, przejść się da, tyle że przy bardziej wytężonej koncentracji.

Na podejściu na Kozi stres ze mnie zszedł, wiedziałam już że najgorsze mam za sobą. Komin, którym wchodzimy, jest tak genialnie urzeźbiony, że w górnych partiach nawet nie zamontowano ułatwień, nie są potrzebne. Tej pionowości też się za bardzo nie czuje. Trudności bardzo podobne jak w wejściu na Kozie Czuby, tyle że sam odcinek nieco krótszy.

Widoków z Koziego nie będę dawać, bo to przesunięta i wzbogacona panorama z Krzyżnego. Warto zrobić tu dłuższy postój. Dzięki temu, że wciąż jeszcze było relatywnie wcześnie, szczyt dzieliliśmy zaledwie z dwiema osobami 😀

Odcinek od Koziego do Przełączki nad Dolinką Buczynową przechodziłam już parokrotnie, więc miałam luz. Trudności na tym etapie nie ma żadnych, niestety widokowo bez rewelacji, bo trawersujemy grań. Widziałam wchodzącą na Kozi od Piątki nietypową parę – ona szła z pełną asekuracją, on pomagał. Nie mam absolutnie zamiaru kpić, zwłaszcza że ze mnie samej żaden wymiatacz, ale ten widok mnie zaskoczył. No i szacun dla babki, że przy takim strachu jest na tyle zdeterminowana, żeby w góry jednak chodzić. Skądś to znam;)

Ze względu na narastające zmęczenie zdecydowaliśmy się schodzić pierwszą dostępną możliwością, czyli Żlebem Kulczyńskiego. Jak dotąd tylko nim wchodziłam, kupę czasu temu, i byłam ciekawa, czy okaże się tak trudny jak zapamiętałam. Bać się już nie bałam, wiedząc że skoro przeszłam Orlą, to i z Kulczynem sobie poradzę.

Dość upierdliwa jest górna część Żlebu, stroma i krucha. Można ją pokonywać pionowo, ale ja wolałam jednak siadać tyłkiem na skale. Część ubezpieczona, sporo krótsza, wymaga większej koncentracji ale jest przyjemniejsza. Przynajmniej idziemy po solidnej skale, a dzięki żelastwu trudności nie odbiegają od tych z Honoratki na przykład. W jednym miejscu szlak jest ciut mylny, mało brakowało a Mariusz wpakował by się tam w dupę – podobno jest tam gdzieś nawet narysowana czacha, ale nie zauważyłam. Generalnie wystarczy uważać, którędy biegną łańcuchy, nawet jeśli z nich nie korzystamy.

Od wyjścia ze żlebu do Murowańca jeszcze spory kawałek, ale to już spacer.
Moje wnioski po Orlej są takie:
– szlak jest bardzo męczący, niemniej głównym problemem nie jest jakość trudności (które tylko w kilku miejscach są znaczniejsze), ale ich nagromadzenie;
– mity o straszności drabinki należy wykasować sobie z głowy, przejść ją jest w stanie każdy bez fobicznego lęku wysokości;
– dwa subiektywnie najtrudniejsze miejsca to zejście do Koziej Wyżniej i p
ółka za Kozią Przełęczą, acz w dobrych warunkach wystarczy tam wzmożona koncentracja;
– szlak jest o wiele mniej lufiasty niż się spodziewałam;
– Orla jest absolutnie przepiękna 🙂
Jeśli ktoś tak jak ja i chce, i boi się, niech najpierw wypr
óbuje dojściówki: przeprawi się przez Kozią Przełęcz i wejdzie Kulczynem. Dają o wiele pełniejszy obraz trudności na tym szlaku niż polecane zazwyczaj Granaty.

Całość, od razu z Kościelcem: >>LINK<<

Kościelec


Na Kościelcu byłam wcześniej dwa razy, i powiem szczerze że wielką fanką tego szczytu nie jestem (dlaczego, napiszę dalej). Nie sposób jednakowoż odmówić mu pewnych zalet. Przede wszystkim szlak turystyczny z Murowańca jest bardzo krótki, idealny na rozruszanie. Poza tym, w schronisku byliśmy koło 15, a dało się i obiad zjeść, i bez pośpiechu go ogarnąć.
Spod Muro kierujemy się nad Czarny Staw Gąsienicowy, skąd odbija ścieżka na grań Małego Kościelca. Granią (ładnie widać z niej całą Halę Gąsienicową) drepczemy na przełęcz Karb i z Karbu rozpoczyna się już podchodzenie właściwe północnym zboczem.
Kościelec od północy najostrzej wygląda z rejonu schroniska:



Im dalej, tym bardziej jednak łagodnieje:

Droga to głównie chodnik, plus kilka miejsc łatwego dwójkowego scramblingu, a także trochę gładkich płyt, które jak się domyślam są paskudne przy oblodzeniu.

Wchodzenie nie trwa długo, wysokość zyskuje się bardzo szybko. Poniżej grań Małego Kościelca i Czarny Staw Gąsienicowy, w lesie majaczy dach Murowańca:

Wierzchołek nie jest taki ostry, jak wydawało się z dołu. Przed samym szczytem najtrudniejsze miejsce – najtrudniejsze jak na warunki tego szlaku, bo samo w sobie łatwe.

Widoki… No właśnie z Kościelca nie są powalające. Ponieważ jest niższy od większości szczytów w otoczeniu – ma 2155m n.p.m. – można z niego podziwiać właściwie tylko otaczającą go grań od Żółtej Turni po Kasprowy. Jej częścią idzie Orla Perć, jesteśmy tak blisko że na fragmentach biegnących faktycznie po grani nie ma problemu z wypatrzeniem ludzi, więc jakiś walor poznawczy to ma, ale nie jest to widok o epickim oddechu.

Granaty – Kozi Wierch

Kozi – Mały Kozi

Granaty

Na mnie Kościelec jakiegoś specjalnego wrażenia nie wywiera. Ani jego kształt, że niby taki "tatrzański Matterhorn", który mnie się kojarzy od północy z kupą z zawijaskiem – oddają to dwie pierwsze fotki od góry, zwłaszcza druga. Ani widokowo, co uzasadniłam. Dla nas był to cel jak znalazł, bo krótki i mało forsowny, akurat na popołudnie.
Najfajniej jest na szczycie, nie ze względu na widoki, ale lufę od strony Czarnego Stawu. Główny wierzchołek jest wydłużony, warto przejść się po nim, poobczajać wschodnie ściany i resztę grani, od której oddziela nas głęboka przełęcz.
Wycieczka dobra na rozruch, albo na lżejszy dzień.

Nasze Tatry 2009 – bilans


1. Plan. Został zrealizowany prawie w 100%.
Dzień pierwszy: prosto z pociągu, na Kościelec. Nocleg w Murowańcu.
Dzień 2: część Orlej od Zawratu, zejście Kulczynem. Znów Muro.
Dzień 3: jazda na Słowację, wspin do Terinki w burzy i z wielkimi plecakami (aaa!!!). Jeśli wybieracie się tam na dłużej, koniecznie weźcie zapas papieru toaletowego i chusteczki nawilżane, bo warunki sanitarne są _nieco_ spartańskie.
Dzień 4: próba zdobycia Lodowego Szczytu, odwrót z Lodowej Przechyby. Nocleg w Terince.
Dzień 5: Baranie Rogi podczas ulewy i pod lekkim wpływem w asyście znajomych z forum. Dzięki chłopaki :* Konsumpcja płynów i ogórków w towarzystwie koleżanki Świni. Nocleg (już nieco śmierdzący) w Terince.
Dzień 6: Rozstanie ze Świnią, po czym Czerwona Ławka – Dolina Staroleśna – zaiwanienie papieru z Chaty Zamkovskiego – Terinka. Widzieliśmy pobieranie z Pośredniej Grani zwłok Andrzeja Marciniaka, myśląc że to żywemu pomagają. Niestety. Nocleg – Mariusz nie wytrzymał i wykąpał się w stawie – w Terince.
Dzień 7: poranny bieg do Zamkovskiego z dużymi plecakami. Spotkanie z chłopakami, powrót na górę. Łomnica drogą Jordana. Dla Mariusza czysta radocha, dla mnie hardkor, ale cieszę się, że się zdecydowałam. Dzięki, chłopaki :*
Wieczorem: prysznic!!!!!!!!!!!!!!!!!, wspólne chlanie w Małym Cichym, nocleg tamże (dzięki, Stan :*)
Dzień 8: Grań Krupówek, nocleg w Małym Cichym.
Dzień 9: ewakuacja nad Moko, Mariusz z chłopakami wchodzi na Mnicha. Nocleg w starym schronisku.
Dzień 10: z powodów pogodowych, doopa. Nocleg w ss.
Dzień 11: Wrota Chałubińskiego – Szpiglas – Miedziane – Szpiglasowa Przełęcz – Świstówka – Moko.
Dzień 12: plany były, ale że pogoda, powrót.

2. Moje rekordy (Mariusz pewnie będzie typował po swojemu):
Największy sukces: sprawne przejście Orlej
Największa porażka: odwrót spod Lodowego
Największy hardkor: Łomnica, tak trasa jak i cały dzień. Nie mogę też nie wspomnieć o warunkach w Terince.
Najpiękniejszy szlak: jordanka
Ilość spotkanych forumowiczów: 7
Najlepsze żarcie: gulasz z knedlami w Terince
Najgłupsza akcja: głowa jako punkt podparcia na jordance. W ogóle parę momentów z tego szlaku
Największe zaskoczenie: totalna nieobecność kaca

Wycieczki szczegółowo zacznę opisywać już ze Szkocji, w przyszłym tygodniu. Generalnie, było super :))))))))))))

Orla Perć (odcinek Czarne Ściany – Krzyżne)


Po Chłopku został nam tylko jeden dzień i należało zdecydować: próbujemy przejść całą Orlą czy tylko fragment, i który. Ponieważ byliśmy już zmęczeni (łaziliśmy codziennie, jak nie na wycieczki, to pomiędzy schroniskami), a ja optowałam za stopniowaniem trudności, postanowiliśmy zacząć od odcinka za Kozim Wierchem, czyli z pominięciem najtrudniejszego fragmentu. Pisałam, że jestem cykorem. Z drugiej strony, skoro i tak nie dali byśmy rady zrobić całej Orlej od jednego machu, z czegoś trzeba było zrezygnować.

W tej notce wyjątkowo podaję linki do zdjęć. Fotki mamy fajne, ale po zmniejszeniu do rozmiaru akceptowalnego na blogu stają się nieczytelne. Wykadrowywanie nie rozwiązuje problemu. To kwestia specyfiki trasy. Jeżeli na fotce widać jakieś skały, to ni wuja nie wiadomo, czy one są duże czy małe, czy tamtędy w ogóle biegnie szlak i którędy dokładnie, ani czy jest trudno – musi być człowiek, musi być widać proporcje turysty do otoczenia. Mam nadzieję, że będzie się wam chciało zajrzeć pod linki, bo IMVHO warto. Aha – słowa z linkiem oznaczyłam >>tak<<.

Na Orlą wbijaliśmy się chyba najłatwiejszą dojściówką, tj. czarnym szlakiem z Pięciu Stawów. Jest to zwykły chodnik, dość mozolny i upierdliwy. Trasa łączy się z Orlą już niedaleko szczytu Koziego, ale my poszliśmy oczywiście w prawo, przez Czarne Ściany. Do Przełączki nad Doliną Buczynową idziemy >>zwykłą ścieżką<< po południowej stronie grani. Tuż przed Przełączką przewijamy się na stronę północną i po raz pierwszy ukazuje się >>Dolina Gąsienicowa<<. Z Przełączki opada >>Żleb Kulczyńskiego<<, którym znacznie się obniżamy. Żlebem tym wchodziłam parę lat temu i było to przeżycie traumatyczne. O ile na łańcuchach (są w dolnej części, idąc Orlą aż tam się nie obniżamy) było w miarę ok, to górna część – ta właśnie, którą musimy teraz pokonać – w mżawce, w jakiej wtedy wchodziłam, dobrze dała mi popalić. Stromizna jest duża, skały generalnie dobrze wyrzeźbione ale przy śliskim istotnie mogą być niemiłe. Tym razem skała była sucha, więc Kulczyn większych problemów nie sprawił, ale nie przepadam za tym miejscem.

Za Kulczynem zaczynamy się wznosić i tu czeka nas jedno z najefektowniejszych miejsc trasy: >>Komin przy Czarnym Mniszku<<. W pierwszej chwili (perspektywa, perspektywa) wygląda strasznie. Dopiero kiedy zaczniemy się wspinać, okazuje się, że trudność jest żadna. Mnóstwo stopni, chwytów, klamry i łańcuchy. Idzie się jak po drabinie albo łatwiej.
Pokonywanie komina:
>>1<<
>>2<<
>>3<<
>>4<<
>>5<<
>>Komin od góry<<
Za kominem aż do Granatów jest ścieżkowo i bardzo łatwo. Granaty są ambitniejsze, acz również nie nastręczają większych trudności. Jest tam >>trochę miejsc<<, gdzie trzeba użyć czterech kończyn, i niestety głównie >>schodzenia<<, za którym nie przepadam, ale po bardzo fajnej skale, nawet łańcuchów nie zamontowano. Słynną >>szczelinę<< można obejść dołem.
Zabawa zaczyna się dopiero za Skrajnym Granatem. Acha – mam niestety pewien problem, nazwijmy to topograficzny. Mylą mi się mianowicie te wszystkie przełączki i turnie na tym odcinku. Niby szłam z mapą, ale i tak nie jestem pewna, co jest co. Tak że jakkolwiek postaram się rzetelnie opisać wszystkie trudniejsze miejsca, nie każde umiem przypisać do konkretnej nazwy.
W każdym razie ze Skrajnego Granatu obniżamy się na Granacką Przełęcz. Ten odcinek jest >>ubezpieczony<< i >>dość łatwy<<. Jedyne co może wkurzać to kruszyzna terenu, podobno charakterystyczna dla tej części Orlej.
Za Przełęczą mamy jeszcze trochę >>łańcuchów<< – >>bez ekstremów<< – i >>drabinkę<<. Jak na razie, pomijając kruchość terenu, dla mnie osobiście będącą dużą niedogodnością, >>szlak<< nie jest szczególnie problematyczny. >>Drabinka<< nie przypomina tej na Kozią Przełęcz, przede wszystkim nie jest tak eksponowana.
Po kolejnym >>ubezpieczonym<< odcinku przychodzi kolej na fragment, który jako jedyny sprawił mi prawdziwą trudność, mianowicie >>kominek<< przy Orlej Baszcie. Zeszłam do połowy (dwie bardzo przydatne w tym miejscu klamry) i zupełnie nie wiedziałam co dalej zrobić. >>Kominek<< jest ukształtowany w taki sposób że stopni – przynajmniej schodząc – szuka się na macanego, ale się ich nie widzi. Trzeba znaleźć dobre chwyty albo trzymać się łańcucha i szukać po omacku. Miałam z tym problem i koniec końców Mariusz musiał ustawić mi nogi. Podejrzewam, że to miejsce pokonywane w drugą stronę jest o wiele łatwiejsze. Mój kłopot też był chyba raczej psychiczny (trzeba zaufać niewidzialnym stopniom). W każdym razie było to jedyne miejsce trasy gdzie potrzebowałam konkretnej pomocy. Na >>zdjęciu<< pani w białych spodniach zmaga się z tym odcinkiem.
Kolejnym spektakularnym miejscem jest >>trawers Buczynowych<<. I znów jest tak, jak z kominem w Czarnych Ścianach: wygląda groźnie, a jest banalny. Niemal >>pionowe urwisko<<, po którym będziemy się wspinać by po raz kolejny zmienić stronę grani, robi duże wrażenie. Jedyny problem z tym odcinkiem >>nie jest jednak bynajmniej techniczny<<: tu, jakkolwiek jest łatwo, nie można pozwolić sobie na błąd, potknięcie itp., można bowiem pięknie polecieć.
Przewijamy się po raz kolejny na stronę południową, gdzie czekają nas dalsze atrakcje. To jest właśnie ta część trasy, z którą mam największy problem nazewniczy. Miejsca, które utkwiły mi w pamięci na tym odcinku to:
– koszmarnie kruche >>zejście<< na którąś z przełączek, ścieżkowe ale strome i całe we wrednym piargu;
>>kominek<< gdzie – >>o, tu jeszcze jedna fotka<< musiałam się chwilę zastanowić, co dalej, przy czym nie umywał się do tego przy Orlej Baszcie;
– końcowe bardzo długie >>podejście z łańcuchami<<, już ostatnimi na szlaku, bez trudności tylko znów ta cholerna >>kruszyzna<<;
– krótki >>odcinek<< bezpośrednio po grani, już blisko Krzyżnego. Na samo Krzyżne wyprowadza zwykła >>ścieżka<<.
Reasumując, dałam radę. Szlak jest trudny, ale nie mam poczucia że jakieś miejsce pokonałam dzięki szczęściu. Wszystkie trudniejsze miejsca da radę przejść, co najwyżej trzeba chwilę pomyśleć. Prawdziwy kłopot sprawił mi jedynie kominek pod Orlą Basztą – następnym razem postaram się go ogarnąć bez pomocy.
Trasę oceniam na ***** z plusem, czyli najwyżej jak dotąd. Trudności nie są ekstremalne, ale ich nagromadzenie sprawia, że droga jest żmudna, a ja np. mam tak, że kiedy jestem bardzo zmęczona, tracę pewność ruchów.
Pomiędzy odcinkami ubezpieczonymi jest dużo ścieżkowego podchodzenia do góry, co też męczy ( inna rzecz, że ja dodatkowo szłam na sporym kacu po wesołej nocy w schronisku i pod koniec już naprawdę podpierałam się nosem). No i jak wspomniałam jest bardzo krucho, co znacznie zwiększa prawdopodobieństwo utraty równowagi.
Za rok bardzo chętnie zapoznam się z odcinkiem Zawrat – Kozi Wierch. Trochę mi się ta Orla odmitologizowała – jest to niewątpliwie szlak wymagający, ale jednak do przejścia, a przy tym bardzo widokowy, zwłaszcza na stronę Pięciu Stawów. Rękawiczki i dobre buty bardzo pożądane.

[Edytowane we wrześniu 2009] Tu wrażenia z pozostałej części: >>LINK<<

Przełęcz pod Chłopkiem

Szlak na Przełęcz pod Chłopkiem marzył mi się już od dawna. Jest on pewnego rodzaju fenomenem – biegnie tuż obok ekstremalnie zatłoczonej trasy na Rysy, jest od niej nie mniej malowniczy (choć w inny sposób), krótszy, mniej mozolny i jakkolwiek jego trudności uważam za większe, są skumulowane na o wiele mniejszym odcinku. I pomimo wszystkich tych walorów jest on stosunkowo rzadko uczęszczany, co również stanowi walor, chyba największy. Tzn. odludny to za dużo powiedziane, ale gdzie mu tam już nawet nie do Rysów (wiadomo, najwyższy szczyt kraju) ale choćby do Zawratu czy Świnicy. W pogodne dni nad Czarnym Stawem koczują setki ludzi – a już parędziesiąt metrów wyżej, na zielono znakowanej drodze na Chłopka, jest inny świat.

Podejście pierwsze zrobiliśmy w dzień po Rysach. Pogoda była dziwna, jeszcze przed Czarnym Stawem zlał nas deszcz i miałam raczej niedobre przeczucia, wiedząc mniej więcej jaki jest przebieg tej trasy. Ruszyliśmy jednak do góry mając nadzieję, że jeszcze się wypogodzi. Szlak biegnie z początku chodnikiem, wkrótce (wysokość zyskujemy w niesamowitym tempie) osiągamy (znów Pan Nyka wspomaga nomenklaturą) rówienkę, na której znajduje się skalna koleba – idealne miejsce żeby coś skonsumować. W tej okolicy, a był to dopiero początek, zaczęło stawać się oczywiste że pogoda się NIE polepszy:

Ale nicto, szliśmy dalej. Powyżej rówienki wchodzi się do Mięguszowieckiego Kotła aka Bańdziocha – dalej jest jeszcze kawałek chodnikiem, m.in po wielkim złomisku, potem po skałkach przekraczamy potok. To jest partia ścieżkowa szlaku, teraz zacznie się samo gęste. Jakieś dziesięć minut drogi od potoku zaczynamy wspinaczkę na Kazalnicę, po stromych, ale znakomicie wyrzeźbionych skałach. Coś takiego jak szlak na Rysy, ale pozbawiony sztucznych ułatwień – i słusznie, są zbędne.

Zaczęło grzmieć i chmury zgęstniały do zupełnego mleka. Nigdy o tym nie wspominałam, ale nienawidzę iść w chmurze. Nie wiem, czy to jest jakaś dziwna odmiana lęku przestrzeni, w każdym razie odczuwam bardzo trudny do opanowania strach przed tą białą pustką. Nie przeraża mnie ekspozycja (tzn. boję się, ale na ogół umiem sobie z tym poradzić), nie przeraża wysokość, a w chmurze mam ochotę kucnąć, zakryć rękami oczy i poczekać, aż białe sobie pójdzie. I jeżeli potrafię tak mieć na bezpiecznym szlaku przez Kopę Kondracką, to wyobraźcie sobie, co przeżywam, kiedy wiem że czekają mnie dodatkowo trudności obiektywne. W dodatku takie, których jeszcze nie pokonywałam i nie mam skąd wiedzieć czy mnie nie przerosną.

Kiedy wspinałam się na Kazalnicę wszystko we mnie krzyczało, żeby zawrócić. Mariusz zaproponował, żebyśmy przynajmniej doszli do trudności i zobaczyli, jak to wygląda. Na to się zgodziłam, acz zastrzegłam sobie, że jeśli będą hardkory to nie idę dalej – te grzmoty, chmura i MGłA (MGŁAAA!!!!) to było dla mnie za dużo, a na dodatek dołączył się deszcz i zrobiło się ślisko. Jak to później Mariusz trafnie podsumował, stopniowo rozedrgałam się jak kamerton.

Wreszcie osiągnęliśmy trudności, tj. jedyny ubezpieczony odcinek trasy. Zaczyna się łatwym, ale bardzo eksponowanym trawersem. Tam znajduje się pierwsza klamra, której na zdjęciu poniżej się trzymam.

Tam polecieć można, i to z hukiem, jeśli człowiek się pośliźnie. Właśnie po to jest ta klamra, bez niej nie bardzo byłoby czego się złapać.
Zaraz za trawersem mamy ubezpieczony kolejną klamrą odcinek:

Wygląda banalnie i istotnie byłby banalny gdyby nie to, że po lewej stronie znajduje się niewidoczna na zdjęciu przepaść (dalej będzie fotka, która pokaże to lepiej, póki co musicie mi uwierzyć na słowo). Można się spierdzielić i to lotem swobodnym.
Doszłam do wysokości klamry (skały były śliskie tak jak się tego obawiałam, a deszcz narastał) i… puściły mi nerwy. Oświadczyłam, że dalej nie idę, bo wejść wejdę, ale boję się schodzić w tych warunkach, boję się że zlecę. Mariusz próbował mnie przekonać, ale zaparłam się jak osioł. Dobre porównanie z tym kamertonem – niby stojąc przy tej klamrze stwierdziłam w miarę trzeźwo (pamiętam to), że dałabym radę spokojnie wejść, a pewnie i zejść, ale byłam już tak skotłowana, że perspektywa pokonania tego odcinka od góry w ślizgawicy była dla mnie takim obciążeniem psychicznym (a przypominam, nie wiedziałam, co jest wyżej), że poddałam się na całej linii.
Mariusz w ramach eksperymentu wszedł wyżej, doszedł prawie do wierzchołka Kazalnicy, potem bezpiecznie zszedł. Ja tymczasem złaziłam na dół, wymyślając sobie od najgorszych. Speniałam się na szlaku, który bynajmniej nie uchodzi za ekstremalny, ja, która chcę jeszcze na tym samym wyjeździe iść na Orlą (z czym do ludzi, dziewczyno?) tylko z powodu mgły i deszczu, które w górach są normą i dla wytrawnego turysty powinny w najgorszym wypadku stanowić dyskomfort widokowy.
Paradoksalnie morale trochę mi się poprawiło kiedy już poniżej Kazalnicy wywinęłam kozła, i to konkretnego, z obrotem, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że w tych warunkach pogodowych lepiej było się na Chłopka nie pchać. Ale po chwili znowu miałam ochotę siąść i ryczeć.
Jednego byłam pewna: dopóki nie przejdę tego szlaku, nie odzyskam szacunku do siebie. Musiałam się przekonać, czy prawdą jest to, na co miałam nadzieję: że spędziły mnie z niego faktycznie moje głupie lęki, a nie że jest dla mnie za trudny.
Na Chłopka po raz drugi wybraliśmy się w dzień po Rohaczach, na których bardzo mi sie podobało i gdzie trochę odbudowałam wiarę w siebie. Pogoda była jak drut. Wiedziałam, że lepszych warunków nie będę miała, więc tym razem żadne strachy nie wchodziły w grę.
Poniżej Niżne Rysy i Rysy z perspektywy wspomnianej koleby:

Wspinaczka na Kazalnicę nawet po mokrej skale nie była trudna, przy suchej zaś okazała się prawdziwą przyjemnością:

Kiedy dotarłam do miejsca swojej hańby, prezentowało się o wiele przyjaźniej, jakkolwiek przepaść nie była ukryta za mgłą. Na zdjęciu poniżej ten spad widać. Zielona roślinność ścieżki to ostatnie miejsce, gdzie można bezpiecznie postawić nogę. Po lewej jest ściana. Dlatego to miejsce jest dużo trudniejsze w zejściu, bo wtedy widać głębię pod nogami. Ludzie, których obserwowałam, radzili sobie na dwa sposoby: ci, na których przepaść nie robiła wrażenia, schodzili sobie na relaksie łatwiejszym wariantem od lewej. Ci, którzy tak jak ja czuli się tą opcją zdeprymowani, trawersowali do prawej i tam próbowali sobie radzić na różne sposoby. Ja przy schodzeniu wzięłam przykład z Mariusza: kominek po prawej – szpagat w pionie, tj. nogi oparte na ścianach kominka – krok w dół. W sumie nic trudnego, trzeba jedynie uważać.



Wejście okazało się banalne:

Zaraz powyżej tego miejsca znajduje się druga i ostatnia trudność. Jest to ścianka o bardzo niefajnie ukształtowanych stopniach: są pochylone w stronę wchodzącego, przez co nie stanowią dobrego oparcia dla nóg. Wyżej znajdują się dwie klamry więc jest łatwiej, ale przydałaby się jeszcze z jedna na dole. Dodatkowo to północna zacieniona ściana więc gdzieniegdzie jest, niezależnie od pogody, mokro i ślisko. Co ciekawe, ten fragment był dla mnie dużo łatwiejszy i przyjemniejszy w zejściu.

Po pokonaniu ścianki jeszcze mały kominek i do grani Kazalnicy już tylko kawałek:

Widokowo Kazalnica jest boska. A nam jeszcze trafiła się taka pogoda, że tylko siąść i płakać (ze szczęścia)…

Rysy i Wysoka

Rysy nareszcie prezentują się prawdziwie królewsko, nieprzytłoczone swoim niższym sąsiadem. Po drugiej stronie kopuły Mięguszy wydają się być na wyciągnięcie ręki. Tłumy nad oboma stawami wywołują pełen satysfakcji uśmiech – a kiśta się tam jak sardynki w puszce. Moc jest tu.

Krótki odcinek granią Kazalnicy, i wbijamy się na galeryjkę.

Słynna galeryjka jest stanowczo zdemonizowana. Zwykła ścieżka, nie bardziej eksponowana niż dróżkowe partie Orlej Perci. Przy oblodzeniu na pewno może być niebezpieczna, ale to można powiedzieć o większości tatrzańskich szlaków. Generalnie nie wiem o co ten zgiełk.
Aha – ta część trasy jest doskonale widoczna znad Moka, widać dwie poziome linie przecinające na ukos urwisko Mięgusza Czarnego. Galeryjka to ta niżej położona.

Wreszcie osiągamy Przełęcz pod Chłopkiem. Głębia Doliny Rybiego Potoku robi wielkie wrażenie. Mięgusze wydają się być do zrobienia w 10 minut (na Czarny podobno faktycznie jest łatwo, zresztą mamy tę część przewodnika Paryskiego i ogarnęliśmy, jak ta trasa idzie, ale włazić tym razem nie było czasu), widoki na stronę słowacką są piękne i dzikie:

Powrót tą samą drogą. Poniżej jedyne miejsce, gdzie galeryjka jest taka, jak to sobie wyobrażałam:

Kazalnica

Teraz mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony szlak na Chłopka mnie nie przerósł, nie jestem aż tak beznadziejna. Z drugiej, coś z tymi swoimi lękami muszę zrobić. Nie mogę za każdym razem, kiedy ogarnia mnie chmura, odwalać takiego cyrku.
Chyba czeka mnie jeszcze długa praca nad własną psychiką.
Szlak oceniam na *** z plusem. Trudniej niż na Rysy i więcej ekspozycji. I jednak po namyśle zgadzam się, że włażenie tam w deszczu nie byłoby rozsądne – wstydzę się swojej gwałtownej reakcji, ale jakkolwiek przesadna, zaowocowała mądrą decyzją.

Fotki z pierwszego podejścia: >>LINK<<
I z drugiego: >>LINK<<

Rysy


Chociaż po Tatrach chodzę już ładnych parę lat, na najwyższym szczycie Polski stanęłam dopiero w tym roku. W dodatku drugiego dnia po przyjeździe, bez żadnej aklimatyzacji – pewnie dlatego wlokłam się z wywalonym jęzorem. Acz były z tego i profity: nierokujące nadziei chmury ustąpiły ze szczytu tuż przedtem, nim tam dopełzłam. Ci, którzy startowali równo ze mną, nie mieli szansy na widoki.

W relacji skupię się na samym gęstym. Notki tatrzańskie, zwłaszcza z trudniejszych szlaków, mogą potencjalnie interesować dwa typy czytelników: takich, którzy szukają info o trudnościach (że jest ich wielu, wskazuje mnogość zapytań typu „szpiglasowa łańcuchy” w moich statystykach) oraz tych, co byli i chcą skonfrontować z kimś wrażenia. Tak że tym razem bez widoczków, miłośnicy mogą znaleźć setki lepszych stron.

Przebieg szlaku można prześledzić znad Czarnego Stawu pod Rysami:

Na żółto zaznaczyłam partie chodnikowe, na czerwono teren pokryty sztucznymi ułatwieniami.

Odcinek „żółty” jest dość żmudny, zwłaszcza w końcowej partii. Jest stromo i widoki tylko z tyłu – na Czarny Staw z przerażającą ścianą Kazalnicy, Morskie Oko i mur Miedzianego, zza którego stopniowo zaczną się wyłaniać wzniesienia Orlej Perci. Nas otacza z obu stron przepiękna Żabia Grań, której zarysy wyostrzają się w miarę jak brniemy do góry – najbardziej zaskakujący jest Żabi Koń (na zdjęciu – po prawej od najniższej przełączki), który z raczej obłej w kształtach turni zmienia się w niemal igłę.

Połowa szlaku wypada mniej więcej na Buli pod Rysami. Od Buli zaczyna się coś, co pan Nyka nazywa skalną grzędą, a ja określiłabym na chłopski rozum jako umiarkowanie strome, w całości skaliste zbocze. Tu zaczynają się łańcuchy.



Łańcuchów jest dużo. Bardzo dużo. Ktoś zaszalał. Nie zgrywam dzika, widać zresztą, że na wielu zdjęciach się ich trzymam. Ano, nie zawsze mam siłę i ochotę żeby kombinować, kiedy tak prosto jest schwycić łańcuch. Ale ponad połowę trasy przeszłam nie korzystając z nich, bo zwyczajnie było mi łatwiej wybrać inną opcję; Mariusz nie dotknął żelastwa ani razu i to w obie strony.

Stromizna raz jest słabsza, raz wzrasta, jednakowoż pionów tam raczej nie ma. Droga grzędą nie jest w ogóle eksponowana. Sturlać się na pewno można, ale polecieć już nie. Idziemy schowani pomiędzy zasłaniającymi widoki graniami, przepaści w polu widzenia brak – ten szlak raczej nie czesze psychiki.

Pod względem trudności odcinek grzędą porównałabym do Szpiglasowej, może w jednym czy dwóch miejscach do Świnicy (ale na Świnicy jednak ekspozycja jest). Tyle tylko że podejście na Rysy jest cholernie długie, a ilość łańcuchów nieporównywalna.



Zresztą, zdjęcia mówią same za siebie.

Wreszcie – hurra! – wychodzimy na grań. Widok na Słowację wymiata, ale jeszcze lepsza jest świadomość, że już praktycznie weszliśmy. Odcinek granią to dosłownie parę kroków. Jest to jedyne na całym szlaku eksponowane miejsce, co nie znaczy że trudne, zresztą jest łańcuch.

Powyżej pan w czerwonym kapturku przymierza się do trawersowania na lewą stronę grani…

… a sam trawers powyżej, i to jest właśnie to jedyne eksponowane miejsce. Skały po lewej to już wierzchołek.

Poniżej z kolei wyraźnie widać, że hardkorów na tym szlaku nie ma:

Z zatłoczonego wierzchołka polskiego przeszliśmy na o 4m wyższy słowacki. Widać stamtąd dobrze podejście od drugiej strony – zwykła ścieżka, przynajmniej w rejonie ogarnialnym wzrokiem.

Na polskim wierzchołku znajduje się tablica informująca że znajduje się tu przejście graniczne. Rozczula informacja, że przejście jest dozwolone również rowerzystom. Ja się nie skuszę, chociaż zjazd z Rysów byłby na pewno interesującym doznaniem.

W zejściu stopień trudności jest porównywalny.

Szlakowi daję ***, jeśli chodzi o trudność może wejść prawie każdy (co nie znaczy że ostrożność nie jest wskazana! To mimo wszystko nie jest Droga pod Reglami), natomiast słabszym przewyższenie może nieźle dać w kość (lepiej zanocować w schronisku, wyjść o szóstej i potem mieć luz z czasem. Tak też my zrobiliśmy). Trochę powietrza pod nogami tylko na króciutkim odcinku. Piękne widoki ze szczytu, w sumie wrzuciłabym fotkę czy dwie ale wyszły słabo ze względu na pogodę. Zresztą panoramę z Rysów można bez problemu wygooglać.

I jeszcze jedno – nie zapomnijcie rękawiczek, gdzie jak gdzie ale tu się przydadzą.

Komplet zdjęć tu: >>LINK<<