Starorobociański Wierch

Trasa na Starego Robota miała być takim relaksem na sam koniec, a cel został wybrany nieprzypadkowo. Starorobociański był ostatnim dostępnym szlakiem szczytem po polskiej stronie, na którym jeszcze nie byłam. Jakoś nigdy mi się nie składało, chociaż wszystko w okolicy, ze słowacką Bystrą włącznie, miałam już zaliczone.

Zwracam uwagę, iż wejście na wszystkie szlakowe szczyty nie oznacza bynajmniej tego samego co przejście wszystkich szlaków. To drugie może nie nastąpić nawet nigdy, bo te wszystkie dolinne szlaki Tatr Zachodnich, ścieżki nad i pod reglami czy dojściówki do jaskiń kompletnie mnie nie interesują. Nie dlatego że taki ze mnie wysokogórski wymiatacz, ale jak się jeździ w Tatry raz do roku zwyczajnie nie warto marnować czasu na spacery.

Spaliśmy na Hali Ornak, co oznacza że musieliśmy dojść przez Kościeliską. Mariusz szedł tamtędy po raz pierwszy i ostrzegłam go, żeby nie spodziewał się za wiele. Od Kościeliskiej nudniejsze są chyba tylko Chochołowska (ale tę można przynajmniej przyśpieszyć sobie rowerem) i Sucha Woda. Tak, wiem, że atrakcyjność tej doliny polega na ukrytych niespodziankach, ale i tak uważam że jest ona przereklamowana.

Rano wyruszyliśmy na Iwaniacką Przełęcz. Gdzieś na tym odcinku uświadomiłam sobie że relaks to jednak nie będzie – tzn., tylko w sensie odpoczynku od trudności, ale fizycznie Zachodnie jednak dużo bardziej dają w kość.

Podejście z przełęczy na grań Ornaku było męczące tak jak zapamiętałam z wycieczki na Bystrą, ale wyszliśmy powyżej granicy lasu i zrobiło się widokowo. Niebywale efektownie prezentuje się stamtąd Ciemniak. Rzuca się w oczy, jak wielki i rozbudowany jest to masyw, w ogóle całe Czerwone Wierchy to pod względem kubatury jest potęga.

Natomiast pod względem kształtu i charakterności nie ma w Tatrach Zachodnich drugiej góry takiej, jak Rohacz Ostry.

Widoki z grani Ornaku są imponujące i kojarzą mi się trochę z zachodnimi Grampianami. Np. grań pomiędzy Starorobociańskim i Bystrą od północy przybiera taką właśnie highlandzką formę. Oczywiście gołym okiem widać że w Tatrach wszystko jest potężniejsze, nawet jeśli w kilku miejscach przewyższenia są porównywalne.

Na szlaku – tłumy. Prawie wszyscy mówią dzień dobry. Nie widzę, nie rozumiem sensu tego zwyczaju. W miejscach trudno dostępnych czy wybitnie rzadko odwiedzanych, spotykając drugiego człowieka powitanie – i często zamienienie kilku słów – przychodzi naturalnie i nie potrzeba do tego żadnej tradycji. Na przeludnionym szlaku jest według mnie głupie, irytujące i niepotrzebne.

Bezpośrednie podejście na Starego Robota było męczącym (inna rzecz że moja kondycja tego dnia była taka, że męczył mnie nawet marsz wygodną ścieżką w dół), acz ostatnim już nabraniem wysokości. Widoki wzbogaciły się o podobnie monumentalną jak Ciemniak bryłę Raczkowej Czuby i Jarząbczego. Ta monumentalność zawsze mnie w Tatrach Zachodnich uderza. Tu nie ma charakterystycznych dla Tatr Wysokich piętrowych dolin, ze szczytów patrzy się zatem na sam dół. To również jest cecha charakterystyczna dla Grampianów. W tej części Tatr mój delikatny lęk przestrzeni dokucza mi najbardziej.

Schodząc w kierunku Kończystego Wierchu natknęliśmy się na wielkie stado kozic. Żerowały sobie częściowo tuż przy, a częściowo na szlaku, na górce rozkładało się natomiast kozie przedszkole. Widok był rozczulający.

Starszy, rosły osobnik – ani chybi boss – stał pomiędzy szlakiem a maluchami i mierzył przechodzących turystów groźnym spojrzeniem.



Po obfotografowaniu całego stada zeszliśmy czerwonym szlakiem z grani prowadzącej na Trzydniowiański Wierch. Jest to bardzo sympatyczne zejście, o wiele milsze niż zielony szlak z Trzydniowiańskiego – najpierw dobrze utrzymana ścieżka w malowniczej scenerii, potem szeroka droga.

Tatry Zachodnie są piękne, choć my nie trafiliśmy tam w najbardziej fotogeniczną pogodę stąd tak mała ilość zdjęć. Lakoniczność powyższego opisu spowodowana jest faktem, że na szlaku na Starorobociański nie występują żadne trudności a na tym na ogół się skupiam: na trudnościach i wrażeniach estetycznych, ponieważ skoro mnie samą to najbardziej w cudzych relacjach interesuje, zakładam że inni mają podobnie. Z całą pewnością dzięki dostępności i urodzie otoczenia Stary Robot to fajny cel dla każdego, nawet ze słabą kondycją – bo jeśli nie łączyć go z żadnym z sąsiadów, droga jest na tyle krótka że można sobie pozwolić na spokojne tempo.

Gerlach drogą Martina


Kolejna zmiana przy klawiaturze. Z tej wycieczki Vespa zrezygnowała. Zmęczona intensywnym tygodniem, nieco zmieszana przeżyciami na Lodowym Koniu, podjęła decyzję by pozostać tego dnia na kwaterze. Był to więc kolejny rekonesans drogi, którą w całości lub po części kiedyś powtórzymy sami.


W wyrypie udział wzięli Kiler (boss) oraz Rohu i Stan-61 – nasi znajomi z forum turystyki i starzy górscy wyjadacze, plus nasza młodzież, dla której ta góra i ta trasa miały być swoistym testem i dużą rzeczą. Chłopaki podjęli nas samochodem w Starym Smokowcu i na dwie tury przerzucili do Wyżnich Hagów. Pierwszego fragmentu trasy, który prowadził od stacji kolejowej w wyżej wspomnianej miejscowości do Tatrzańskiej Magistrali, wolę nie wspominać. Trasa przecinała wszystkie partie tatrzańskiej roślinności, z ulgą witałem kosówkę, marząc o widoku Doliny Batyżowieckiej i stawu.

W tym teamie stanowiłem wraz z Rohem ariergardę. Reszta grupy popylała co najmniej pięćset metrów przed nami. Widok Batyżowieckiego Stawu przyjąłem z wdzięcznością. Po chwili jednak wzrok wspiął się na wyrastający nad nim masyw Gerlachu. O,k.

Chwila przerwy, łyk wody, jakaś kanapka. Dalsza droga w głąb doliny wyglądała na nowe kondycyjne wyzwanie. I taka była. Staw okolony wielkimi głazami wypuszcza na dość niestabilną ścieżkę, która często niknie pośród kamieni i wspina się na kolejne piętra doliny by w końcu dotrzeć do ostatniego wypłaszczenia – stąd już prosta droga do Batyżowieckiej Przełęczy. Wszystko się tu sypie i by w miarę bezpiecznie ją osiągnąć, czepiamy się skał po prawej stronie podejścia.

Kamienie fruwają spod nóg, każde dwa kroki do przodu kończą się jednym w tył. Ale zaczyna być pięknie.

Gdy dogoniliśmy chłopaków na przełęczy zdążyli już zmarznąć. Mimo słońca dało się odczuć wysokość. Wiatr sprawiał, że wszyscy założyliśmy kolejną warstwę. Po chwili dotarł do mnie majestat otoczenia. Dolina Białej Wody z wiszącą po lewej stronie Kaczą wprawiły mnie w osłupienie. Szczególnie różnica głębokości dolin po stronie północnej i południowej robi tutaj wielkie wrażenie.

Nie mieliśmy w planie przejść całej drogi Martina. Z różnych powodów odpuściliśmy odcinek od Polskiej Ławki i na grani mieliśmy się znaleźć od Przełęczy Gerlachowskiej Niżniej pozostawiając sobie podobno trudniejszy odcinek. Droga na grań nie była ani skomplikowana topograficznie, ani trudna technicznie. Jedynie dość sypka i trzeba było uważać by nie zjechać z kamieniami lub nie spuścić ich komuś na głowę.

Batyżowiecki Szczyt, który z doliny piętrzył się nad nami jak kieł, powoli stawał się coraz mniejszy.

Gdy dotarliśmy na grań zapadła decyzja. Jeszcze się nie ubezpieczamy. Jedynkowy teren nie stanowił wyzwania dla większości teamu. Jedynie ja miałem nieco wątpliwości czując się odpowiedzialny w jakiś sposób za Pawła z Antkiem. Po chwili okazało się jednak, że od naszej młodzieży mogę się uczyć nie tylko techniki, ale również rozwagi. Pierwszym wyzwaniem na grani był kilkunastometrowy kominek – świetnie wyrzeźbiony choć dosyć stromy. Świetna zabawa!

Widoki w kierunku Doliny Wielickiej onieśmielały. Tuż pod łokciem Kilera jest znany pewnie niektórym szlak na Polski Grzebień, a stamtąd ścieżka na Małą Wysoką. To wszystko jednak przy grani na Gerlach było jak młodsze o dziesięć lat rodzeństwo. Dopiero w tle przypominały o swojej wysokości w kolejności od lewej Lodowy Szczyt, Durny i Łomnica.



Odcinek do Zadniego Gerlacha wcale nie był łatwy. Idąc bez liny musieliśmy wielokrotnie trawersować żebra skalne i opuszczać się z grani na stronę doliny Wielickiej, często balansując nad niezłą lufą. Było gdzie polecieć, a przynajmniej sturlać się na śmierć. Kilka fragmentów ekipa przeszła nieźle skoncentrowana pod okiem Kilera, który prawie fruwał nad trudnościami przecierając szlak. I czytając zabrane topo w przerwach między robieniem zdjęć.

Znacznie pewniej czułem się gdy byliśmy na grani. Nie dało by się nią kroić chleba, a wszędzie tam gdzie trzeba było kombinować oferowała świetne stopnie i chwyty…

W oddali pojawił się masyw szczytowy. Przed nami była najtrudniejsza w teorii, stosunkowo pionowa grań z przełęczy Tetmajera wiodąca na Gerlach. Podobno tatrzańska dwójka. Tu podzieliliśmy się na dwuosobowe zespoły. Gabarytowo najbardziej pasowałem do Roha. Szliśmy jako ostatnia dwójka początkowo na sztywnej, potem lotnej asekuracji. Po wyjściu na poziomą grań szczytową zastosowaliśmy wariant dwójki samobójki by w końcu zupełnie się rozwiązać. Lufa – owszem, ale technicznie było nietrudno. Dużo bardziej przeszkadzała plącząca się lina.



Moje drugie w życiu widmo Brockenu:

Do krzyża według przewodnika było "sto pięćdziesiąt kroków". Mieliśmy policzyć, ale kto by sobie zawracał głowę takimi sprawami gdy wokoło jest tak zajebiście.

W końcu szczytujemy. W oddali słychać nadciągającą burzę. Nie ma więc czasu na odpoczynek – pozostać na najwyższym szczycie Karpat z metalowym krzyżem w środku nawałnicy to igranie z losem. Szybkie fotki, wpisy do książki. Mina Pawła była dla mnie prawdziwą nagrodą. Brakowało mi tylko bardzo Vespy!

Odwrót początkowo przypominał ucieczkę. Nie sprzyjała temu zbytnio trudność Batyżowieckiej Próby, którą w tym czasie wraz z nami nieco pokropił deszcz. Te cholerne klamry nie dość, że mokre to jeszcze były trochę przewieszone. Na szczęście burza przeszła bokiem.

Gdy dotarliśmy do Batyżowieckiej Doliny było już dość późno. Reszta drogi była więc czymś w rodzaju biegu. Następnego dnia, już z Polski – z Małego Cichego, spomiędzy chmur na chwilę wyłoniła się nasza trasa. Było genialnie… (zdjęcie na dużym zoomie):

Wszystkie fotki: >>LINK<<

Lodowy Szczyt

Trasę na Lodowy rozpoczęliśmy w tym samym miejscu, gdzie skończyliśmy poprzednią – od Lodowej Przełęczy. W tym miejscu narzuca się pytanie dlaczego babraliśmy się z tą przełęczą dwukrotnie dzień po dniu zamiast przejść całą grań od Czerwonej Ławki za pierwszym podejściem. Powiem wam, że chłopakom nawet przyszło to do głowy. Veto wyszło ode mnie (nie przepadam za nadmiarem wrażeń, jeśli mogę je przyjąć w mniejszych dawkach), ale zgodzili się bez oporów, licząc że kolejnego dnia pogoda będzie lepsza i coś zobaczymy.

Istotnie, warunki rano były niesamowite! Słowacja cała w chmurach, w Smokowcu lud zapewne rozczarowany dupą pogodową, a tu u nas w górze, jak na pokładzie samolotu. Chmury z początku zdawały się podnosić, co obserwowaliśmy dość nerwowo, ale po każdej sesji podnoszenia następowało opadanie więc sytuacja wydawała się stabilna. Wyruszyliśmy z optymizmem i trasa na przełęcz wydała nam się o wiele krótsza niż poprzedniego dnia.

Na przełęczy, tuż przed założeniem ekwipunku, ogarnęło mnie zwątpienie. Koniec zabawy, porzucamy łatwy szlak i wchodzimy w nieznany teren, cholera wie jak trudny (no niby mieliśmy przewodnik, ale…). Takie ataki cykora zawsze nachodzą mnie tuż przed potencjalnymi trudnościami. Opanowuję się w ten sposób, że przywołuję w pamięci już przeżyte tego typu sytuacje: okazuje się, że na samych trudnościach jestem zbyt skoncentrowana na panikę i działam w trybie zadaniowym (na wyjątki spuśćmy zasłonę milczenia). Czyli będzie jak zwykle, nie ma się czym przejmować.

Scrambling na Kopę okazał się ciut trudniejszy niż na Mały Lodowy, stromizna była większa, ale szło się dobrze.

Po wyjściu na grań sam Lodowy okazał się przesłonięty wierzchołkiem Kopy, ale reszta widoków dawała radę. Za Pawłem Mały Lodowy i Ostry Szczyt, a w tle grań Sławkowski – Staroleśna (szczyt zasłonięty chmurą).

Jaworowe Szczyty:

Czułam się na tej Kopie z deka nieswojo, głównie dlatego, że wszystko dookoła (z wyłączeniem Durnego i Łomnicy) wydawało się niesamowicie małe. Masyw Lodowego to nie jest popierdółka, to jest trzecia góra w Tatrach i to czuć. Dziwnie było zorientować się, że wszystkie te olbrzymy – taka Pośrednia Grań np., która spod Terinki budzi słuszny respekt, czy powyższe Jaworowe – kulą się wszystkie gdzieś tam w dole. Mimo iż póki co było łatwo, wysokość sama w sobie robiła fantastyczne wrażenie.

Kiedy wreszcie ukazał się Lodowy, zastygłam. Skurczybyk ze swej sąsiadki prezentuje się naprawdę imponująco. Grań, którą mieliśmy wchodzić, trochę nas zaniepokoiła – nie wyglądało to zbyt podobnie do wizji którą mieliśmy po lekturze naszego przewodnika. Choć oczywiście odległość nie pozwalała na wysnuwanie pochopnych wniosków.

Pośrednia Grań, Sławkowski i Mały Lodowy

Planowana droga zejściowa

Kiedy zeszliśmy na Lodową Szczerbinę, od której zaczynała się zasadnicza grań, nadszedł czas topograficznych decyzji. W przewodniku była mowa o rozpoczęciu ostrzem grani. Z przełączki trudno było ocenić jak ona dalej idzie, widać było jedynie że jest mocno lufiasta. Opis jednak zachęcał.
Ciekawe było jednak, że na prymitywnym topo w książce trasa ewidentnie trawersowała grań po stronie doliny Jaworowej. Rozbieżność informacji, które powinny się wzajemnie potwierdzać nieco zachwiała naszym zaufaniem do owego źródła. Koniec końców młodzież zgłosiła się na ochotnika na poczynienie rekonesansu.

Rozpoznanie, na potrzeby którego przeszli ściśle granią kilkadziesiąt metrów, wypadło mało optymistycznie. Młodzież oświadczyła, że nie wiedzą czy dam tam radę i skoro topo sugeruje trawers, wypróbujmy lepiej tę opcję. Nie sprzeciwiałam się (choć oczywiście serce aż mi się wyrywało do lufy, skalnych zębów i buzującej adrenaliny… Ale sami rozumiecie, nie wypadało mi podważać ich kompetencji, jeszcze wpadli by w kompleksy ;PPPPPPP)

Trawers Sobkowego Żlebu polegał na pokonywaniu kolejnych żeber, tak jak puszcza, w miarę możliwości starając się nie wytracać wysokości. Lufy nie było, była duża stromizna. Ale w ostateczności myślę, że w razie czego dało by się zejść do Doliny Jaworowej. Oczywiście nawet nie śmiałam wypowiedzieć tej myśli na głos.

W końcu – wydawało mi się, że minęły wieki – idący przodem Mariusz zaraportował, że chyba zaraz puści nas na grań. Nadszedł zatem czas na wyjaśnienia dlaczego na zdjęciu szczytowym jestem z młodzieżą związana. Otóż decyzja zapadła właśnie w tym miejscu, a chodziło tylko i wyłącznie o moją psychikę. Vespa + grań z obustronną ekspozycją = niewiadome i chłopaki chcieli oszczędzić problemów może nawet bardziej sobie niż mnie. Wziąć owcę na postronek a przestanie beczeć i pójdzie jak, nomen omen, po sznurku.

Sobkowa Grań istotnie miała po lewej lufę, że prędzej by się umarło z głodu spadając niż zginęło od uderzenia. Że jednak było łatwo, fortel z liną powiódł się. Po przejściu dosłownie kilkunastu metrów dobiegło nas wołanie Mariusza, oznajmiającego że jest już pod szczytem. Nie znając (khem) topografii masywu (w końcu mieliśmy wchodzić konkretną trasą, nie? :P) nie mieliśmy pojęcia jak ta nieznana nam grań będzie długa i co nas na niej czeka, więc uczucie ulgi w połączeniu ze znajomą euforią zdobywcy sprawiło, że na wierzchołek prawie wbiegliśmy.

Chmury wykazały się doprawdy idealnym wyczuciem chwili, ogarniając nas dokładnie w momencie kiedy ostatni członek zespołu dotknął triangułu.

Po obowiązkowej sesji zdjęciowej oraz wpisach do puszki nadszedł czas zejścia. Schodzić mieliśmy drogą najłatwiejszą, przez Konia. Jako świeżo spełniony konsument Loda stracha przed tym ostatnim miałam ledwie umiarkowanego. Po zdjęciach i opisach spodziewałam się skalnego grzebienia, cholernie eksponowanego ale takiego, po którym wystarczy się przesuwać nie patrząc w dół, a żadne akrobacje nie będą wymagane. Schodzenie rozpoczęłam zatem może nie do końca rozluźniona, ale gotowa przyjąć to wyzwanie na klatę.


Oczywiście, miało być ok a wyszło jak zwykle.

Wejście na Konia trudności mi nie sprawiło. Podobnie jak widoczny poniżej Antek, bezproblemowo przełożyłam też nogę przez grań i naszykowałam się do okrakowania. Świadomość ekspozycji powodowała, że byłam napięta do ostatnich granic, ale był to właśnie tryb zadaniowy.
Panika, niestety, nadeszła również.




Koń nie był gładkim grzebieniem, a ciągiem bloków skalnych. Skalnych słupków. Żeby przedostać się z jednego na drugi, należało się puścić. Stojąc w szczerbinie, gdzie ledwo było miejsca na obie moje stopy, zastrajkowałam. Puścić się bałam, a na tym kawałeczku skały żadne manewry nie wchodziły w grę. Jedyne, do czego byłam zdolna, to obrócenie się. Oczywiście sensu nie miało to żadnego, ponieważ tylko utrudniło całą operację. Stałam teraz do dalszej części konia – tyłem. Nie namyślając się, zrobiłam jedyną rzecz jaka była możliwa w tej sytuacji – usiadłam na nim. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że siedziałam tyłem do kierunku jazdy i teraz naprawdę mieliśmy problem.

Sytuację uratował Mariusz, choć lekko nie było. Udało mu się w przypływie adrenaliny przekręcić mnie na tym Koniu. Sam moment przekręcania wyrzuciłam z pamięci, ale chłopaki twierdzą, że patrząc mało co nie osiwieli.

Koń był na szczęście ostatnią i jedyną trudnością tej trasy. Walka z piargami w zejściu do doliny też sprowokowała nasz zespół do rzucenia niejednym plugawym słowem, ale był to już zupełnie inny typ hardkoru. Takich momentów jak Koń przeżywać więcej nie chcę. Albo też: nie chcę ich przeżywać na żywca.

Oczywiście rozumiem, że wszystko siedzi w głowie. Gdyby nie ekspozycja nie byłoby żadnego problemu, bo techniczne trudności tam nie występowały. Jeden ma z tym problem a inny nie. I tyle. Lęk przed lufą można ujarzmić tylko do pewnej granicy. Ja walczę z nim od zawsze i mam efekty, jednak w tym przypadku została ona najwyraźniej przekroczona.
Zejście do schroniska przez Ramię Lodowego to głównie wredne piargi więc daje w kość.
Szczegółów topograficznych nie podaję bo są zbędne, ścieżka na Lodowy Zwornik jest na większości map, w terenie także nietrudno ją wypatrzeć. Ta akurat droga nie jest skomplikowana orientacyjnie.


Trasa tak jak my ją przeszliśmy nie jest trudna technicznie, a wymaga jedynie odporności na lufę. Mogę z czystym sumieniem polecić ją każdemu sprawniejszemu turyście, z uwagą by jeśli chce iść granią zamiast polegać wyłącznie na przewodniku (być może starsze są w tej kwestii niezawodne, ale tego nie wiem)  poguglał za cudzymi opisami. Grań z Kopy podobno naprawdę nie jest trudna.
Aha – pamiętajcie – przechodzenie jej bez vodcy jest nielegalne więc grozi wam mandat.

Fotki: >>LINK<<

Czerwona Ławka – Mały Lodowy – Lodowa Przełęcz


Kolejna wycieczka o mało nie doszłaby do skutku. Kiedy w schronisku Tery’ego wstaliśmy na śniadanie, za oknem panowała szara dupa.

Po posiłku postanowiliśmy jeszcze trochę podrzemać, w nadziei, że z biegiem dnia coś się zmieni. Kiedy koło 10 ponownie wstaliśmy, okazało się że nadzieja ta była płonna.
Siedzieć w schronie jednak po prostu nie było sensu. W końcu podjęto zgodną decyzję, że idziemy na Czerwoną Ławkę. Młodzież jeszcze tam nie była, poza tym na tym akurat szlaku widoki nie mają wielkiego znaczenia.
Takie warunki mieliśmy:


Czerwona Ławka wydała mi się w górnych partiach trudniejsza niż w zeszłym roku. Nie jestem pewna czy miałam po prostu gorszy dzień, czy też należy to odczucie przypisać wyborowi wariantu wejściowego. Poprzednio właziłam po swojemu prawie do samego końca. Tu dobiłam do łańcuchów wcześniej, co pozwoliło mi m.in. zauważyć po raz pierwszy nieprzyjemną drabinkę z klamer (przy czym i tak ją ominęłam, nie podobała mi się). Z wyjątkiem być może samej końcówki naprawdę milej jest poruszać się na tym szlaku z dala od ułatwień, takie jest moje zdanie.



Z Ławki postanowiliśmy jednak uderzyć na Mały Lodowy Szczyt. Widoczność była fatalna, ale choćby dla samego zaliczenia jakiegoś konkretu uznaliśmy, że niepodjęcie próby byłoby głupotą.
Z przełęczy obniżyliśmy się kawałek, trawersując zbocze, i dopiero rozpoczęliśmy marsz w g
órę – tak było najłatwiej.

Scrambling podobny jak na Baranią Przełęcz od Pięciu Stawów Spiskich.

Widoki z Harnaskiego Zwornika muszą wymiatać. Spotykają się tu trzy granie – jedna (którą przyszliśmy) biegnie na Pośrednią, kolejna na Lodową Kopę i Lodowy, trzecia na Ostry i Jaworowe Szczyty. U nas mgła sprawiła, że przez moment musieliśmy się zastanowić, którędy w ogóle na ten wierzchołek. Ostatni odcinek grani jest z jednej strony lekko lufiasty, ale bezproblemowy.

Pierwotny zamiar zakładał schodzenie tą samą drogą. Mieliśmy jednak ze sobą nasz przewodnik i lektura na szczycie ujawniła że gdybyśmy woleli złazić do Lodowej Przełęczy, to grań jest tam jedynkowa więc powinniśmy dać radę. Miałam pewne wątpliwości, głównie z powodu mgły, ale że nie uśmiechało mi się schodzenie z Czerwonej Ławki, zgodziłam się. Bardzo dobrze, że zupełnie nie wyłapałam zdania "Wariant ten jest dużo trudniejszy i eksponowany (…) i wymaga asekuracji liną" bo nie zaciągnęli by mnie tam na żywca. Tymczasem okazało się że większych powodów do strachu nie było.

Pierwszą turnię – Harnaski Kopiniak – należało obejść. Było momentami dość lufiasto, ale technicznie niezbyt trudno. Jak zwykle, problem sprawiały mi zejścia, na szczęście moi towarzysze wykazywali pełne zrozumienie i w momentach konfuzji dawali wskazówki.



Na Harnaską Turnię należało już wejść, ale niefajnie wyglądała tylko z odległości. Wejście okazało się nietrudne.
Partia za turnią to liczne skalne zęby (Harnaskie, a jakże), które trawersowaliśmy tak jak puszczało, po obu stronach grani.

Schodzenia było znacznie więcej niż wchodzenia, dlatego myślę że cały ten odcinek jest łatwiejszy w przeciwnym kierunku.

Pionowych zejść było sporo, stopni należało tam szukać na macanego, dlatego sądzę, że bez chłopaków mogłabym w paru miejscach mocno się zestresować. Dzięki ich poleceniom poszło mi jednak sprawnie.

Poniżej widok na szlak z Lodowej Przełęczy do Doliny Jaworowej (ktoś nim nawet pomyka) oraz Lodową Kopę. Zdjęcie było zrobione gdzieś w połowie trasy co wyraźnie ukazuje, jak krótka ona jest. Mniej więcej połowa tego, co z Lodowej Przełęczy na Lodowy.

Ostatnia część to trawers po stronie Doliny Jaworowej, właściwie bez trudności.

Na Lodowej Przełęczy satysfakcja była pełna. Raz, że sama trasa fajna, dwa, że na spontanie, trzy – że nie był to znów taki oczywisty cel. Mnie przynajmniej nie obiła się o uszy żadna relacja z tego miejsca. Nie jest może jakieś super honorne, ale takie np. Baranie Rogi są łatwiejsze a jakoś częściej się słyszy, że ktoś był właśnie tam.

Mięgusza opisywałam z pewną taką nieśmiałością – bo w gruncie rzeczy wcale mnie nie pociąga myśl o rzeszach naśladowców ruszających z hukiem z Kazalnicy i rozdeptujących i tak już zerodowane zbocze, będąc inspiracją dla tłumów na sąsiednich szlakach. Tę lewiznę propaguję otwarcie. Bardzo fajny pomysł na wycieczkę w otoczeniu Terinki. Stopień trudności określiłabym jako trójkowy scrambling, z zastrzeżeniem że można polecieć.

Mięguszowiecki Szczyt Czarny

Czarny Mięgusz został wybrany jako tegoroczna trasa rozruchowa.

Z jednej strony, gloria – pierwszy samodzielny offroad szczytowy. Z drugiej – trasa krótka, bez trudności orientacyjnych, pozaszlakowa tylko na odcinku. Idealny wybór, jak stwierdzam z dystansu.

Postanowiliśmy wchodzić drogą 925 z WHP i to do opisu tamże odsyłam, co by nie propagować (w sensie, propagować mniej bezczelnie) lewizny. Zresztą jak już się odnajdzie to miejsce, z którego najlepiej odbijać ze szlaku, teren robi się tak ukształtowany, że idziemy jak puszcza.

Litej skały jest niewiele, wspinamy się głównie po trawkach i piargach – te pierwsze nie gwarantują pewnego chwytu, drugie grożą poślizgnięciem bądź oberwaniem kamieniem. Obie opcje w połączeniu ze znaczną stromizną terenu czynią tę nietrudną drogę wymagającą zachowania sporej ostrożności. Warto wziąć kask.

Pogodę mieliśmy wspaniałą.


Krępowali nas ludzie na Kazalnicy, ale schować się nie było jak.


Fajnie było poobcinać tłumy na Rysach, Moku a nawet szlaku na Chłopka – w tym ostatnim przypadku trudno byłoby może o tłumie mówić, ale w porównaniu do naszej samotności wypadał podobnie.



Na grań wyszliśmy kilkanaście metrów na zachód od wierzchołka.


Nie byliśmy sami. Nie żeby mnie to zdziwiło: najmniej charakterny z Mięguszy jest łatwym celem i z przełęczy wręcz kusi. Powinien tu być szlak. Nie byłby hardkorowy, a stanowiłby logiczne uwieńczenie trasy na Chłopka (szlaku od północy jednak nie proponuję, jedna Galeryjka starczy).

Zejście okazało się odrobinę bardziej zawikłane niż się spodziewaliśmy, acz i tak wystarczająco oczywiste (to nie sprzeczność, po prostu żeber do strawersowania było jakby więcej niż w opisie, niemniej trasa pozostała jasna). Znów okropna kruszyzna ale nieco mniej stromo.


Nawiasem fajnie że szlak, który jeszcze tak niedawno stanowił dla mnie wyzwanie sam w sobie, teraz jest po prostu drogą do- i zejściową. Oczywiście o szlaku chłopkowym mówię. Bo wszystko tkwi w psychice.


To powyżej to trudności zielonego szlaku zdjęte z Kazalnicy.

Wycieczka dała nam mnóstwo pozytywnej energii. Było tak, jak powinno – plan powzięto, plan zrealizowano, pogoda była bonusem. Mięgusz Czarny jest szczytem tak łatwo dostępnym – nie chodzi mi nawet o trudność ale o odległość od legalnego szlaku – że każdy zakochany w Tatrach się tam prędzej czy później znajdzie. Ja go oczywiście nie rekomenduję. Ja tylko stwierdzam fakty 😀

Tatry 2010 – bilans

Było świetnie. Nie wszystko zaplanowane zrealizowaliśmy ale wycieczki były raczej konkretniejsze, więc przeżyć i wspomnień mamy i tak pod dostatkiem.
To, co udało się zrobić:

– Czarny Mięgusz z Kazalnicy (droga z WHP)
– grań Czerwona Ławka – Mały Lodowy – Lodowa Przełęcz
– Lodowy Szczyt od Lodowej Przełęczy trawersując grań, zejście przez Konia
– (Mariusz i chłopaki) Gerlach końcówką Martinovki (od Lawinowego Szczytu)
– i na deser Starorobociański Wierch, mój ostatni nieodwiedzony szlakowy szczyt Tatr Polskich.

Notki będę zamieszczać w miarę jak będzie postępować walka z masą zdjęć.
Tyle wam powiem, że pod pewnymi względami ten wypad był dla mnie przełomowy 🙂

Granią od Wrót Chałubińskiego po Miedziane

Nasz pierwszy samodzielny udany offroad uskuteczniliśmy już po wejściu Mariusza na Mnicha, ale że nie ma on chwilowo weny, będzie niechronologicznie.

Wycieczkę odbyliśmy w towarzystwie mojego brata i jego przyjaciela – młode pokolenie zostało zarażone wirusem pozaszlakowości. Niebiosa widziały i nie zagrzmiały.

Na Wrota dla nich samych nie ma się za bardzo co pchać. Przełęcz jest wąska i niespecjalnie widokowa. Odbiliśmy w prawo, w kierunku Szpiglasowego Wierchu, początkowo ostrzem grani, a dalej to ostrzem, to – kiedy było to wygodniejsze lub bezpieczniejsze – ścieżką trawersującą zbocze od strony słowackiej.

Ścieżka na ogół nie jest trudna do wypatrzenia, czasem jednak niknie. Zbocze które trawersujemy jest bardzo strome – trudno nazwać to lufą, bo nie poleciałoby się lotem swobodnym, ale zjechać można. Nam marsz spowalniała kosmiczna ślizgawka, jako że cały czas mżyło.

Poniżej jedno z kilku miejsc, gdzie można by było ładnie zjechać:

Do pewnego momentu możliwy jest i marsz ostrzem grani, i trawersowanie. W końcu dochodzimy jednak do miejsca, gdzie strawersować po prostu trzeba. Tam właśnie ścieżka nie była z początku ewidentna, ale da się ją znaleźć, trzeba się w tym celu dość konkretnie obniżyć.

Poniżej jedyne miejsce, które w pierwszej chwili nieco nas zdeprymowało. Fota jest kiepskiej jakości bo obiektyw był mokry, ale myślę że widać o co chodzi. Po lewej (na zdjęciu prawej) był dobry spad, a kominek z góry wyglądał dosyć nieprzyjemnie – zastanawialiśmy się nawet przez chwilę, czy by nie zeskoczyć, ale na szczęście udało się normalnie zejść, ja tradycyjnie dupą do skały (dzięki ci Panie za me pajęczo długie odnóża).

Od tego miejsca już tylko kawałek na Szpiglasa. Akurat na wejście na szczyt zrobiła nam się ładna pogoda.

Ze Szpiglasowej Przełęczy wyraźną ścieżką (nie jest niezbędna, jako że prowadzi nas samo ukształtowanie terenu, ale daje do myślenia), na grań szczytową Miedzianego.

Grań jest łatwa, ale bardziej interesująca niż można by się spodziewać. Od strony Pięciu Stawów są fragmenty lufiaste, czego nigdy bym nie przypuszczała patrząc na Miedziane z dołu. Już w bezpośrednim rejonie wierzchołka grań mocno się zwęża i robi skalista – nadal bez trudności, za to miałam przyjemne skojarzenie z Carn Mor Dearg Arete. Widoki są podobne do tych ze Szpiglasa, ale ciekawsze bo jesteśmy mocno przesunięci na północny wschód, co daje unikalną perspektywę Doliny Pięciu Stawów.

Korciło nas żeby zejść przez Opalone – grań wyglądała na wąską, ale nie było widać trudności – ale chłopaki nam wcześniej odradzali trasę tamtędy ze względu na jakiś cięższy kawałek, zeszliśmy zatem tą samą drogą, do Szpiglasowej Przełęczy.

Schronisko w Piątce pod ciekawym kątem:

Grań w kierunku Opalonego:

Z przełęczy, tak jak zakładał plan, zbiegliśmy do Piątki, po czym nad Morskie Oko wróciliśmy przez Świstówkę Roztocką. Tłumy były straszliwe, a tym co mnie uderzyło był zadziwiająco duży odsetek jednostek totalnie nieprzygotowanych do wędrówek. Nie że górskich, ale outdooru w ogóle. Nie jestem fanatykiem, wiadomo że ubranie i ekwipunek za człowieka nie chodzą, i nie myślę bynajmniej o obuwiu niegórskim ale sportowym, czy dżinsach. To jest ok jeśli ktoś lubi. Moją uwagę zwracają raczej ekstrema. No więc na Świstówce napatrzyłam się na takie rzeczy, jak dziewczyna w baletkach, pan z gustowną torebką damską – żonie niósł, bo się była zmęczyła – spódnice i mocno odkryte sandały. Na jakąkolwiek aktywność outdoorową, wcale niekoniecznie górską, baletki, spódnica plus torebka na ramię są to ostatnie rzeczy, jakie przyszło by mi do głowy założyć (ok, przedostatnie, bo jeszcze obcasy). I to jest brak podstawowego myślenia, bo nie każdy musi mieć treki, ale te tenisówki czy coś podobnego to jednak wszyscy mają, ogólnie jakiś mniej lub bardziej sportowy outfit to sobie każdy skompletuje. Tymczasem część ludności woli się umartwiać. Nie ogarniam tego.

A nasza trasa, piękna 🙂 Bardzo się podobało i nam, i młodzieży (hehe). Bez większych trudności, a te które napotkaliśmy wynikały głownie ze ślizgawicy, w ciszy, spokoju, z możliwością zobaczenia znanych miejsc w nowym ujęciu. W sumie może trzeba było spróbować zejść przez to Opalone, byłaby pętelka, ale i tak wycieczka się nadzwyczaj udała.

Tu >>LINK<< od razu fotki z powyższego oraz z Mnicha, notkę o którym wysmaży Mariusz 😉

Łomnica – Jordanka.

Łomnica (2632m n.p.m.) jest drugim co do wysokości szczytem Tatr, zaś Jordanka – najtrudniejszym w Tatrach szlakiem turystycznym nieznakowanym. Oczywista, że nie zdecydowałabym się tam wchodzić, gdyby nie koledzy, o wiele bardziej doświadczeni i znający trasę (gwoli precyzji, znało ją dwu z nich), którzy zabrali nas ze sobą.

Jak wspomniałam w notce podsumowującej nasz wyjazd, dzień zdobywania Łomnicy był hardkorowy już na starcie. Startowaliśmy z Terinki, a dla mnie i Mariusza miał to być ostatni ranek tam spędzony, nocować mieliśmy już zamiar gdzie indziej. Ponieważ z Łomnicy mieliśmy schodzić przez Łomnicką Przełęcz, a stamtąd do schroniska Zamkovskiego, pojawiła się kwestia, co z naszymi plecakami bazowymi. Opcje były dwie: albo olać na razie temat, i po ukończeniu trasy zapieprzać z Zamkovskiego do Terinki po nasze wory, albo znieść je na dół rano przed wycieczką i wrócić. Wybraliśmy możliwość drugą, zapewniając sobie niezłą rozgrzewkę przed podchodzeniem właściwym.

Trasa rozpoczyna się niewinnie, w pierwszym żlebie mamy dwójkowy scrambling.

Bardzo szybko pojawiają się pierwsze miejsca lufiaste. Na razie nie jest trudno, ale z półki widocznej poniżej można było elegancko polecieć.

W prawym górnym rogu szczyt Łomnicy:

Za wspomnianą półką jest wypłaszczenie – moment relaksu – po czym zaczynamy się wspinać lewą stroną głębokiego żlebu. To wciąż scrambling, ale już konkretniejszy. Mariusz musiał mi niemal cały czas podawać rękę – na ile to kwestia mojego cykora a na ile słabych umiejętności, trudno mi ocenić. Pewnie pół na pół. Wszyscy inni radzili sobie normalnie – po prostu… szli.

Ponieważ na drodze stanął nam ogromny płat śniegu, trzeba było uderzać w lewo po skałach. I znów: chłopaki weszli bezproblemowo, nawet jeśli musieli się gdzieniegdzie zastanowić. Ja nie bardzo umiałam sobie wyobrazić jak mam się tam wbić. Znów, nie potrafię powiedzieć na ile rozłożył mnie strach, a na ile faktycznie byłam słaba.

Widząc, że nie wyperswadują mi wejścia, Maciek założył stanowisko i rzucił linę. W pierwszej chwili ulżyło mi ogromnie – pamiętałam, jak dobrze szło mi z asekuracją na Curved Ridge – w następnej jednak cykor napłynął nową falą. W miejscu, którym miałam wchodzić, były chwyty ale nie było stopni. Lina liną, ale lina za człowieka nie wejdzie – ok, dzięki niej nie zabiłabym się, ale to w niczym nie poprawiało moich fizycznych możliwości wbicia się na górę. Nie mam na tyle silnych rąk żeby się podciągać – a z zaufaniem tarciu wciąż mam problemy.

Skończyło się tak, że Mariusz wypiął się i mnie wyciągnął pionowo do góry, za jedną rękę, jak tę nieszczęsną owcę kilka notek wstecz.

W tamtej chwili w ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jeśli byśmy polecieli to nasz ciężar mógłby wyrwać stanowisko (ja wciąż przecież byłam przypięta) i pociągnąć resztę w dół.

Po tym niefajnym miejscu należało trawersować głęboką rysę – stopnie i chwyty były mikre, ogólnie trochę słaby kawałek, przynajmniej dla mnie, rozdygotanej i upokorzonej tym, co się właśnie stało. Ten odcinek również przeszłam za rękę z Mariuszem. Nie próbowałam nawet samodzielnie, moja psychika w tym momencie przypominała bowiem rozgotowany haggis (dla tych co nie znają: w dużym uproszczeniu jest to szkocka kaszanka).

Po przejściu rysy łatwym, ale pierońsko kruchym zboczem wbiliśmy się na Klimkową Przełęcz – od tej pory mieliśmy już iść z grubsza granią.

Grań mocno mnie zdeprymowała. Tak już mam z lufiastymi graniówkami i nie potrafię tego przemóc. Przy czym lufiastość nie musi oznaczać pionowych klifów po obu stronach. Na wąskiej graniówce naprawdę niewiele mi potrzeba, by poczuć się niepewnie.

Poniżej turniczka, która w pierwszej chwili mnie przeraziła. Samo wejście nie wyglądało na arcyciężkie, ale mój mózg uparcie nie chciał wyłączyć ekspozycji po bokach. Na Orlej jakoś udawało mi się wejść w tryb "nie widzę lufy", tu jednak było dużo trudniej. Weszłam, i faktycznie technicznie było łatwo, ale co się nanarzekałam i najęczałam, to moje ;P

Dalej następuje kawałek jeszcze póki co bez żelaza, po grani lub trawersując ją, na przemian w górę i w dół.

Wreszcie podobno najtrudniejsze miejsce trasy, tj dwójkowe. Tu chłopaki założyli poręczówkę. Mnie osobiście dużo gorsze wydało się to pierwsze niefortunne wejście, tam gdzie Mariusz mnie wciągał. Tam nie miałam w ogóle koncepcji, co zrobić. Tu należało po prostu dać dużego kroka.

Powyżej zaczęły się łańcuchy. Stromizna była dużo większa niż na Orlej, ale generalnie z łańcuchem to wiadomo – nawet jak stopnie są minimalne, to ten chwyt masz i jakoś wejdziesz. A że dodatkowo się w nie wpinałam, bardzo dobrze robiło mi to na psychikę.

Lufa też nieporównywalnie większa niż na OP.

No i wreszcie słynny komin Franza. Prawdopodobnie dlatego, iż wiedziałam że jestem blisko celu i skoro tyle przeszłam, to już raczej się nie wysypię, ale jakoś bardzo mnie nie przeraził. Pomógł też fakt że komin jest strasznie ożelaziony – mamy do dypozycji, oprócz klamer i platform, dwa równolegle zwisające łańcuchy – jest się czego złapać, jest gdzie postawić nogę.

Za Franzem jeszcze kilka łańcuchów, i ostatni łatwy kawałek do szczytu. Przygotujcie się, że będziecie stanowić atrakcyjne widowisko dla tych, którzy wjechali kolejką.

Zejście do Łomnickiej Przełęczy w swej ołańcuchowanej górnej partii przypomina stromsze odcinki OP. Tamtędy wiedzie trasa najpopularniejsza, ta opisana w przewodniku Nyki. Łańcuchy pokonywałam, przyznam, w tempie raczej ślimaczym, głównie z powodu paskudnego bólu kolan, który zresztą utrzymywał się ze zmiennym natężeniem do końca wyjazdu. Podejrzewam, że zawdzięczam go mojej nadmiernej skłonności do schodzenia dupą do skały, nawet w miejscach, gdzie nie jest to wskazane.

Poniżej łańcuchów jest bezproblemowo, nie licząc kruszyzny. Gdyby moje kolana mogły wydawać dźwięki, na tym odcinku by wyły.

Po zejściu na przełęcz zjechaliśmy wyciągiem do Łomnickiego Stawu, skąd w godzinę można zbiec do Zamkovskiego, co też uczyniliśmy. Z Zamkovskiego pobraliśmy wory i popędziliśmy na Hrebienok, gdzie udało nam się cudem złapać ostatnią kolejkę. Z tego zejścia jestem niewiele mniej dumna niż z faktu, że przeżyłam Łomnicę. Z tobołem na plecach i płonącymi kolanami dałam radę zmieścić się w czasie, jaki sobie założyliśmy. Był to też mój moment przełomowy wyjazdu – od tego dnia, choć nie był to jeszcze koniec łażenia, zaczęłam czuć się coraz bardziej zmęczona.

Jordanka jest najtrudniejszą drogą, jaką do tej pory przeszłam w górach – jak na moje obecne umiejętności, za trudną. Gdyby nie pomoc Mariusza i kolegów nie dałabym rady. Albo zleciałabym gdzieś po drodze, albo zostało by mi dzwonić po Horską Službę. Nie wierzę, że na dzień dzisiejszy przeszłabym to sama.

Opinia Mariusza jest zupełnie inna. Trasa ogromnie mu się podobała, ale nie wywarła takiego wrażenia jak na mnie. Dla niego – pomijając konieczność ustawicznego wciągania mnie – to była zajebista zabawa. Stwierdził też, że Jordankę można postawić w jednym rzędzie z Tower Ridge. Ta pierwsza jest wprawdzie dłuższa, ale na drugiej znajduje się jedno miejsce trudniejsze od jakiegokolwiek na J.

Tu moja relacja z forum: >>LINK<<. Jest dużo bardziej emocjonalna, prawem pierwszego przelania odczuć na ekran. Tu natomiast komplet fotek: >>LINK<<. Enjoy 🙂

Czerwona Ławka

Szlak przez Czerwoną Ławkę jest jedną z dwu znakowanych tras w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich (drugim jest droga na Lodową Przełęcz). Podobno jeden z najtrudniejszych na Słowacji, słynący z ekspozycji. Jako że byłam już po Orlej, nie dałam się tym informacjom zastraszyć (normalnie prawdziwy ze mnie brejwhart ;D). Bardzo natomiast chciałam zweryfikować ich prawdziwość.
Plan zakładał zejście z przełęczy do Doliny Staroleśnej, oraz powrót Doliną Zimnej Wody do Terinki. Ładna pętelka, nie za długa, nie za krótka, taka w sam raz. Podobało mi się też, że trudności są na samym początku, więc nie będę jeszcze zmachana.

Po prawej stronie od przełęczy widnieje Mały Lodowy Szczyt, po lewej Spąga:

Po chodniczku przekraczamy ramię Kopy Lodowej, i po krótkim czasie napotykamy rozstaj szlaków. Zielony będzie sobie szedł na Lodową Przełęcz, my truchtamy żółtym pod ścianę.

Pod łańcuchami pierwsze zaskoczenie. To, co wydawało się z odległości niemal pionową ścianą, w rzeczywistości jest zboczem. Ok, w górnych partiach dość mocno nachylonym, ale zdecydowanie nie pionowym. Chwilę przyglądamy się zmaganiom ludzi na łańcuchach i nadchodzi zaskoczenie drugie – ułatwienia są porozwieszane nieco bezsensownie. Przede wszystkim, biegną po dość gładkim fragmencie, podczas gdy po lewej stronie mamy genialnie urzeźbiony, znacznie przyjaźniejszy teren. Mariusz zdecydował, że będziemy wchodzić po swojemu, a gdyby wyżej wystąpiły jakieś trudności, po prostu przetrawersujemy do ułatwień.

Mniej więcej cztery piąte szlaku to dość prosty scrambling. Dopiero w końcówce, kiedy zrobiło się stromiej, zaczęłam trochę cykorzyć. Mariusz zdecydował, że idzie po swojemu aż do końca, ja nie byłam pewna – mityczna lufa okazała się o wiele mniejsza niż sobie wyobrażałam, ale wystarczająca by się ładnie sturlać w razie pomyłki. Już całkiem blisko celu podjęłam decyzję, że jednak przeproszę się z łańcuchami.

Są rozmieszczone w taki sposób, że parę razy musiałam się podciągnąć, a że nie jestem w tym najlepsza, ta końcówka mnie zmęczyła. Generalnie uważam, że podejście to jest nieco trudniejsze od Zawratu, ale chodzą w tej samej wadze.

Z przełęczy można w 45 minut wleźć na Mały Lodowy, ale ja o tym nie pamiętałam, a Mariusz nie wiedział w ogóle – czy to dobrze, czy źle, nie wiem, w każdym razie poszliśmy zgodnie z planem. Tu pierwsze metry za przełęczą, łańcuchów jest tylko kilka i przydają się, bo skała jest dość gładka:

Z przełęczy chodnikiem schodzimy do pięknej i dzikiej Doliny Staroleśnej. Podobnie jak w sąsiedniej Małej Zimnej Wodzie, to są Tatry Wysokie pełną gębą: poszarpane granie, turnie i turniczki o koronkowych kształtach, ogromne piarżyska. Coś pięknego. Poniżej w centrum niesamowity Staroleśny Szczyt, a przełęcz po prawej to chyba Rohatka, ale tę widziałam dotychczas jedynie od drugiej strony więc muszę jeszcze sprawdzić:

Pośrednia Grań ma tak samo zwariowane linie z obydwu stron:

Poniżej Sławkowski Szczyt – i pomyśleć, że z chaty Zamkovskiego wygląda tak niepozornie – a w dole dach Zbójnickiej Chaty (za ich pražený syr można dać się pokroić):

Ze Zbójnickiej bardzo ładny i niestety niemiłosiernie zatłoczony szlak sprowadza w dolną część doliny. Koło Warzęchowego Stawu na skale rozpięte są łańcuchy, może na wypadek oblodzenia? Albo dlatego, że tak tam tłoczno i mnóstwo małych szkodników łazi? Naprawdę, takich tłumów jeszcze w Tatrach Słowackich nie widziałam, choć fakt, iż nawet Nyka pisze że obie Studene Doliny (Staroleśna to V’elká Studená dolina , Małej Zimnej Wody – Malá Studená dolina) są jednym z bardziej zatłoczonych miejsc po południowej stronie granicy.

Poniżej jeden z tragarzy. Szacun wielki dla tych ludzi, mój plecak bazowy ważył tego roku 13 kg i przez cały czas gdy był na moich plecach miałam wrażenie, że taszczę wór kamieni. Ci ludzie potrafią wnieść do schronisk ponad 100 kg, a wcale nie idą jakoś bardzo wolno. Straszne cyborgi, mam nadzieję że przynajmniej dobrze im płacą.

Już za połączeniem obu dolin, na szlaku do Chaty Zamkovskiego, spotkaliśmy dziewczynę-tragarza. Pakunek dźwigała mniejszy niż panowie, ale i tak byłam pod wrażeniem.

Już w Małej Zimnej Wodzie obserwowaliśmy z napięciem akcję śmigłowca w ścianie Pośredniej Grani. Trochę to trwało, ale w końcu pobrał kogoś ze ściany. Myśleliśmy, że uratowali kogoś, nawet go głowy nam nie przyszło, że tam się rozegrała tragedia – człowiek zginął, znany himalaista zresztą. Aż mnie dreszcz przeszedł, jak później dowiedziałam się, że wypadek zdarzył się po 11 – my obserwowaliśmy transport ciała po 14, więc partnerzy tego pechowca, również w pełni widoczni, siedzieli w ścianie ponad jego zwłokami prawie trzy godziny. Współczuję.

Wycieczka była – pomijając przykry akcent na końcu – nadzwyczaj udana. Przede wszystkim zwiedziłam dotychczas zupełnie mi nie znaną, a bardzo ładną, Dolinę Staroleśną. Sama Czerwona Ławka jest fajna, ale jak pisałam wcześniej, straszne opowieści dziwnej treści są przesadzone, przede wszystkim tam nie ma aż takiej ekspozycji, jest po prostu w górnej części znaczna stromizna, niemniej nie da się tego nazwać pionowym urwiskiem, jak można sobie wyobrażać po lekturze niektórych opisów. Taki dłuższy i trochę trudniejszy Zawrat, że się powtórzę. No i te nieszczęsne tłumy na całej długości pętli – w słoneczny dzień nie ma przebacz, nie da się ich uniknąć. Mimo to trasa jest zdecydowanie warta polecenia.

Zdjęcia z całego pobytu w Terince tutaj: >>LINK<<

Przymiarka do Lodowego / Baranie Rogi

Kolejnych parę dni spędziliśmy w Schronisku Tery’ego w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich w słowackiej części Tatr. Byliśmy, pod zgubnym wpływem pewnego forum, nastawieni na chodzenie poza szlakami znakowanymi. Na Słowacji na przeważającą większość szczytów wolno wbijać się tylko z przewodnikiem, za słoną opłatą. Jednak kto się orientuje w topografii, może sobie organizowania przewodnika oszczędzić.
Szlaków offroadowych nie będę opisywać tak precyzyjnie jak znakowanych, bo raz, że nie wiem czy umiałabym, a dwa, bo to nielegal 😉

Pierwszego dnia postanowiliśmy zdobyć Lodowy. Skończyło się na osiągnięciu grani, gdzie powiedziałam pas. Nie miałam w zasadzie racjonalnych powodów, owszem pogoda była słaba, ale nie lało ani nie było burzy. Po prostu zwyczajnie scykorzyłam, po części z powodu mgły, po części dlatego że naczytałam się o Lodowym Koniu. Tu mała dygresja: zaczęłam zwracać baczniejszą uwagę na sposób, w jaki opisuję trudności pokonywanych tras. Nie chcę, żeby z powodu mojej pisaniny ktoś zrezygnował ze swoich planów, więc staram się być tak obiektywna, jak tylko to możliwe.

Biorąc pod uwagę co przeszliśmy w późniejszych dniach myślę, że gdyby wycieczka na Lodowy zaplanowana została na koniec pobytu w Tatrach, doszła by do skutku. I dojdzie w przyszłym roku mam nadzieję.

Kilka zdjęć:

Lodowy

Pośrednia Grań

Widok na Terinkę

Na grani

Następnego dnia ze znajomymi z forum wybraliśmy się na Baranie Rogi. Chłopaki chcieli na Pośrednią Grań, ale że lało, wybrali łatwiejszy cel. Tutaj wielkie podziękowania dla nich, że nas tam zaprowadzili, pomimo iż byli tam już, trasa nie stanowiła dla nich żadnego wyzwania a w dodatku pogoda była psia.

Baranie Rogi zdjęte poprzedniego dnia:

Trasa od Terinki jest krótka i nietrudna, ale fajna. Prawie na całej długości scrambling, powiedziałabym że dwójkowy. Właziliśmy w potokach wody, a szło sprawnie, nawet się specjalnie nie ślizgaliśmy. Niestety, widoków tego dnia nam oszczędzono.

Do Baraniej Przełęczy trasa jest oczywista, wyżej już trzeba uważać jak się idzie, bo szeroki taras szczytowy Baranich Rogów jest popodcinany urwistymi ścianami.



Szczytowanie:

Obie wycieczki, niezależnie od rezultatu, dużo mi dały. Przede wszystkim mam zamiar uprawiać straszliwy i zbrodniczy proceder chodzenia poza szlakiem i nie mam zamiaru wdawać się w dyskusje z nikim, kto uważa że to niewłaściwe.