Beinn a Bheithir

Nr 25, Sgorr Dhearg i nr 26, Sgorr Dhonuill

Wymowa: skor dyerek; skor do-nul

Znaczenie nazwy: red rocky peak; Donald’s rocky peak

Wysokość: 1024m n.p.m. ; 1001m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 107.; 137.

Data wejścia: 21.03.2009

Masyw Beinn a’Bheithir, Góry Piorunów, najpiękniej prezentuje się z mostu nad Loch Leven, przez który droga A82 biegnie w kierunku Fort William. Zaliczany na ogół do Glencoe Hills, leży jednak na uboczu, pozwalając podziwiać jedną z najpiękniejszych dolin Szkocji z nieco innej perspektywy, niż jej pozostałe szczyty.
Trasa rozpoczyna się na parkingu w Ballachulish. Ulica wkrótce przechodzi w polną drogę. Idziemy nią ok. 10 -15 min, wypatrując samotnego płotu antyowczego. Zaraz za płotem niezbyt wyraźna, ale widoczna ścieżka wbija się na zbocze – tędy do góry, cały czas prosto, dopoki grań się nie zwęzi i nie zrobi skalista.

Tutaj zaczyna się najciekawszy etap trasy. Musimy pokonać liczne skalne progi, których nie da się strawersować, cały czas dajemy po grani. Nietrudny scrambling, który porównałabym do skał Kazalnicy poniżej klamer na szlaku na Chłopka. Przy drugim progu pion, znakomicie wyrzeźbiony ale podczas ślizgawicy – my szliśmy w mżawce i bardzo uważałam w tym miejscu – napierać ostrożnie.

Powyżej progów już ścieżkowo na niewybitny Sgorr Bhan, na wierzchołku jest kopczyk. Stąd na pierwszego munro, Sgorr Dhearg, już bardzo blisko. Lakoniczność opisu spowodowana jest faktem, iż przez cały czas szliśmy w chmurze i zamiast widoków była dupa. Dopiero kiedy zaczęliśmy schodzenie na przełęcz pomiędzy oboma munrosami masywu, okoliczności przyrody zaczęły się robić łaskawsze.

Sgorr Dhonuill prezentuje się z przełęczy pięknie i charakternie, choć trasa granią jest spacerowa:



Widoki cud, miód i orzeszki. Glen Etive Hills, Glencoe, Mamores, Nevis Range, morze szczytów jeszcze przez nas nie poznanych i niezidentyfikowanych. Dla takich chwil chodzi się po górach.

Z pomiędzy obu munrosów opada fajna grań. Kto wie, może się ją kiedyś zbada…

Sgorr Dhearg od drugiej strony traci swój zadziorny charakter, ale i tak jest to dobry kawał góry. Pamiętajcie że startujemy z poziomu morza, Loch Leven jest bowiem odnogą fiordu.



Zachwycałam się widokami, więc proszę:



Na ostatnim planie Ben Cruachan

W centrum zdjęcia Ben Starav

Loch Linnhe

Ben Nevis, Aonachs i The Mamores

Most w South Ballachulish

"Atak szczytowy" jest głównie ścieżkowy, choć pod samym szczytem mamy – jeśli trzymamy się dróżki – moment lekkiej ekspozycji, i nawet mini scrambling.



Loch Leven – szczyty po drugiej stronie to dla nas póki co terra incognita

Grupa Bideana nam Bian, czyli Wielki Tron Glencoe podziwiany tym razem z boku

Na wierzchołek Sgorr Dhonuill – szczytu Donalda – pomimo znacznego nachylenia wchodzi się raczej szybko. Bardzo żałowałam, że pogoda nie zrobiła się wcześniej, kiedy byliśmy na Sgorr Dhearg. Z niego musi być świetnie widać całą Glencoe, a tak to Donald zasłania, taki syn 🙂



26 munrosów padło, czy też, jak twierdzi kolega, pozwoliło na siebie wejść.
To już więcej niż ćwierć setki;)

Schodziliśmy z przełęczy leżącej w załamaniu grani, która w pewnym momencie skręca w prawo by opaść ku Ballachulish. Ślady ścieżki były, ale każdy schodził jak chciał. Z początku szło się po średnio przyjemnym piarżysku:

… by w dolince osiągnąć znacznie sympatyczniejszy teren, skąd najpierw miłą ścieżką w gęstym lesie (!!!), a potem wygodną drogą jezdną do szosy A82, i dalej niestety asfaltem do parkingu. Na tym odcinku bardzo przyda się mapa, ponieważ dróg w tej dolinie jest kilka, przecinają się i niechcący możemy się objawić w South Ballachulish, a stamtąd czeka nas o wiele dłuższy marsz wzdłuż szosy.



Sgorr Dhonuill i koniec interesującej grani

Loch Leven



Po lewej The Mamores, po prawej Sgurr na Ciche aka Pap of Glencoe

Wycieczka była po prostu genialna. Trochę scramblingu – nie że hardkor, ale jednak sporo więcej niż spacer; cudowne widoki, całkiem przyjemne zejście (zejścia są moim największym koszmarem). Beinn a’Bheithir jest piękną górą, znakomitą dla początkujących w Szkocji a mającym już jakieś pojęcie o hillwalkingu, oferuje bowiem w pigułce to, co w Highlandzie najlepsze – scenerię gór z każdej strony, morze szczytów jakiego w Karpatach się nie uświadczy, i ogólną łagodność ze szczyptą prawdziwego charakteru. Bardzo polecam wchodzenie dokładnie taką trasą jak my. Przewodniki rekomendują różne opcje, ja uważam że nasza jest najlepsza. Grań wejściowa to jeden z ciekawszych fragmentów masywu, ponadto trudności pokonujemy do góry, więc jest łatwiej. Zejście jest łagodniejsze i, pomijając odcinek piargowy, relaksacyjne. Trasa generalnie przepiękna, trudność oceniam na *** z minusem. Bardzo chciałabym tam wrócić w celu bliższego obadania grani ktorej fotka jest gdzieś wyżej. Zobaczymy.

Miałam trochę wątpliwości co do przebiegu trasy i mogłam popełnić jakieś nieścisłości przy zaznaczaniu wejścia i zejścia, na tyle jednak drobne, że mapkę uważam za rzetelną.

Ring of Steall


Nr 15, An Gearanach,
nr 16, Stob Coire a’Chairn, Nr 17, Am Bodach, Nr 18, Sgurr a’Mhaim

Wymowa: an gi-aranah; stob kori a kern; am bodak; skur a waim

Znaczenie nazwy: the complainer, narzekacz; peak of the corrie of the cairns, szczyt kotła w którym są kurhany; the old man, stary człowiek; peak of the breast. Cycek 😀

Wysokość: 982m n.p.m.; 981m n.p.m.; 1032m n.p.m.; 1099m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 167.; 168.; 100., 51.

Data wejścia: 12.09.2008

Ring of Steall jest trasą wyjątkową pod każdym względem. Po pierwsze, znajduje się po południowej stronie Glen Nevis, dzięki czemu jest najlepszym miejscem do podziwiania Ben Nevisa, który z Ringu prezentuje się naprawdę królewsko. Po drugie, daje możliwość zrobienia w stosunkowo łatwy sposób czterech munros za jednym zamachem. Wreszcie jest to trasa wymagająca: długa, momentami mozolna, z atrakcjami tak wizualnymi jak i technicznymi (most linowy!). Przewyższenia w tym rejonie są zdecydowanie bardziej tatrzańskie niż highlandzkie.

Nazwa wzięła się od wodospadu Steall. Ring jest stąd, że robimy pętlę.

Trasa piesza zaczyna się od końca asfaltówki biegnącej przez Glen Nevis, przy ostatnim parkingu – przy czym samochód warto zostawić na poprzednim i podejść ten kawałek, żeby zaoszczędzić sobie łażenia po asfalcie w drodze powrotnej.

Na początku szlaku stoi znak informujący o niebezpieczeństwie i trudności przy przechodzeniu Nevis Gorge, ale niech ani was to nie kusi ani nie odstrasza. Idziemy zwykłą ścieżką nad kanionem, po prawej owszem mamy spad, ale szerokość drogi i jej nachylenie są takie, że spaść można stamtąd tylko po ciemku ewentualnie na dobrej bani. Ciekawe, jakie znaki lokalsi postawili by przed Orlą Percią. Na zejściu z Krzyżnego do Pańszczycy można się dziesięć razy bardziej wysypać, niż na tej ścieżce.

Przygody zaczęły się po wyjściu na płaskie Steall Meadows, położone pod zboczami An Gearanach. Najpierw musieliśmy przekroczyć rzekę po moście linowym. Zupełnie jak na >>Go Ape<<, tylko niżej, za to bez asekuracji.

Na środku most fajnie się kołysał. Patrzenie pod nogi w takim momencie prowokuje do rozmyślań na temat głębokości wody: jeśli spadnę, to raczej się utopię czy połamię? A serio, był to najfajniejszy odcinek całej trasy. Technicznie łatwy, ale trzeba było jednak być naprawdę skupionym na każdym ruchu.

Ze ściany An Gearanach spada piękny Steall Waterfall:

Na uroczej Steall Meadow spędziliśmy prawie godzinę na przygodach (most, forsowanie potoku na bosaka po bezskutecznych próbach znalezienia bezpiecznego wariantu po kamieniach, szukanie drogi w bagnie).
Szlak ponad łąką zaczyna się wznosić zakosami wzdłuż zbocza An Gearanach.

Stob Coire Bhealach, Sgurr Choinnich Beag i Sgurr Choinnich Mor

Kiedy w końcu wydostajemy się na szeroką grań, ukazuje się widok na dalszą część trasy. Na wierzchołek (niewidoczny, skałki powyżej to nie jest szczyt) jednak jeszcze kawałek.

Końcowe partie Ring of Steall spod szczytu An Gearanach: Sgorr an lubhair, Devil’s Ridge oraz Sgurr a’Mhaim

Binnein Beag i Binnein Mor, najwyższy w grupie the Mamores

Kiedy już wydostajemy się na wierzchołek, na drugi, An Garbhanach, niższy o 7m, jest dosłownie moment. Grań An Garbhanach to IMHO (oprócz mostu:D) najciekawszy odcinek trasy. W szczytowej partii jest eksponowana, skalista i, jakkolwiek po lewej biegnie ścieżka umożliwiająca strawersowanie tego odcinka, nawet tam znajduje się jeden czy dwa momenty gdzie trzeba uważać, bo można polecieć. Oczywiście przyjmując kryteria tatrzańskie nie jest to żaden hardkor, ale w łagodniejszych szkockich górach każdy taki szlak – a okazuje się, że trochę ich tam jednak jest – ceni się podwójnie.

An Garbhanach z An Gearanach

Trawers grani An Garbhanach

Z pierwszego munro (bo ja te dwa wierzchołki postrzegam jako jedną górę) ścieżka zbiega dość ostro, by od przełęczy zacząć się wspinać łagodnymi, trawiastymi zakosami na drugiego munrosa w pierścieniu, Stob Choire a’Chairn. Ten łagodny i niezbyt mozolny odcinek pozwala trochę odetchnąć.

Przełęcz i Stob Coire a’Chairn

Za Stob Coire a’Chairn zacznie się najgorszy odcinek trasy, podchodzenie na Am Bodach. Najpierw jednak warto przyjrzeć się widokom (z "lewej" partii pierścienia wbiliśmy się na "środkową", perspektywa stopniowo się zmienia), a zwłaszcza Devil’s Ridge, na zdjęciu na dole w centrum. W przewodniku opisana jako najbardziej emocjonujący fragment, słynna graniówka itp., normalnie prawie drugie Aonach Eagach, z trasy prezentuje się łagodnie i niemal płasko. Podejrzane…



Podejście na Am Bodach ostro dało nam po dupach. Raz, że jest – poza dojściowym – najdłuższym odcinkiem pod górę na trasie, bo przełęcz z której startujemy jest głęboka a Am Bodach to drugi najwyższy wierzchołek w pierścieniu. Dwa, ścieżka na tym odcinku jest poprowadzona prosto w górę, praktycznie bez zygzaków, a stromizna jest tam naprawdę ostra. Wreszcie jest to w pewnym sensie punkt krytyczny trasy: już trochę przeszliśmy i zmęczenie daje o sobie znać, a jednocześnie wciąż jest dalej niż bliżej, co do czego towarzyszący nam widok na całość pierścienia nie pozostawia złudzeń.

Am Bodach

Przy podchodzeniu na Am Bodach towarzyszą nam widoki na dolinę pomiędzy nim a Na Gruagaichean, poniżej której leży Kinlochleven. Od wierzchołka otwierają się kolejne, na Loch Leven z charakterystycznym "pypkiem" Pap of Glencoe, oraz na Loch Linnhe i morze okolicznych wzniesień. W krajobrazie dominuje sąsiedni imponujący munro Stob Ban. Przez cały czas pięknie widoczne jest otoczenie Glencoe, w którym wyróżnia się Aonach Eagach, najbardziej charakterne ale położone na tyle nisko, iż jest duża szansa że nie będzie w chmurach.

Z Am Bodach szybko i łatwo na płytką przełęcz pomiędzy nim a Sgorr an lubhair.
Ze Sgurra pisanego małą literą wreszcie wbijamy się na Diabelską Grań i zaraz będziemy mieli możliwość zweryfikowania, czy jest warta swojej sławy. Początek nie prezentuje się spektakularnie. Ścieżka idzie trawersem poniżej grani, w poprzek trawiastego zbocza. Dopiero kiedy osiągamy najwyższy punkt grani i piąte wzniesienie pierścienia, Stob Coire a’Mhail, robi się ciekawiej. Grań zwęża się do tego stopnia, że dwie osoby nie są w stanie stanąć obok siebie, a stromizna po obu stronach jest bardzo konkretna.

Patrząc w dół ze Stob Coire a’Mhail

Trasa z początku wiedzie po grani w fajnej (bo jest efektownie a bez trudności) ekspozycji, po czym grań nagle staje się skalista i cienka, i ten odcinek pokonywany jej ostrzem faktycznie mógłby dostarczyć wielu emocji. IMHO aż za wielu, dlatego dobrze, że poniżej wydeptane są dwa warianty scieżki. Lepiej wybrać lewy, ponieważ pozwala na krótki i banalny, ale jednak zawsze kontakt ze skałą:

Devil’s Ridge jest prosta, przynajmniej w wariancie ścieżkowym, ale przyznaję, że efektowna. Najbardziej zadziwia zmiana kształtu Stob Coire a’Mhail, który z podejścia na Sgurr a’Mhaim prezentuje się niezwykle ostro i charakternie, no nie ta sama góra (widok powyżej).

Na I planie Stob Ban

No i wreszcie – Sgurr a’Mhaim. Cycek. W ogóle "Mamores" pochodzi jakoby od mam more, czyli "duże cycki". Przyznaję, że w przypadku tej konkretnej góry nie trzeba być maniakiem seksualnym, żeby dopatrzeć się kobiecej piersi. Kopiec na wierzchołku (powinnam raczej powiedzieć: sutek) też dowcipnie został ułożony w kształt połowy damskiego biustu.

Zejście jest długie, ale otuchy dodaje widok parkingu pod nami. Pięknie prezentują się Ben Nevis, Carn Mor Dearg Arete i zielona Glen Nevis. Świadomość, że zrobiło się cztery munrosy od jednego machu daje wielką satysfakcję. Ring of Steall jest trasą atrakcyjną i ciekawą, ale męczącą. Warto zarezerwować na nią cały dzień i zabrać dużo wody. Trudności oceniam na miejscami ***, plus oczywiście most linowy, IMO najfajniejszy moment. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników szkockich gór.

Całość: >>LINK<<

Orla Perć (odcinek Czarne Ściany – Krzyżne)


Po Chłopku został nam tylko jeden dzień i należało zdecydować: próbujemy przejść całą Orlą czy tylko fragment, i który. Ponieważ byliśmy już zmęczeni (łaziliśmy codziennie, jak nie na wycieczki, to pomiędzy schroniskami), a ja optowałam za stopniowaniem trudności, postanowiliśmy zacząć od odcinka za Kozim Wierchem, czyli z pominięciem najtrudniejszego fragmentu. Pisałam, że jestem cykorem. Z drugiej strony, skoro i tak nie dali byśmy rady zrobić całej Orlej od jednego machu, z czegoś trzeba było zrezygnować.

W tej notce wyjątkowo podaję linki do zdjęć. Fotki mamy fajne, ale po zmniejszeniu do rozmiaru akceptowalnego na blogu stają się nieczytelne. Wykadrowywanie nie rozwiązuje problemu. To kwestia specyfiki trasy. Jeżeli na fotce widać jakieś skały, to ni wuja nie wiadomo, czy one są duże czy małe, czy tamtędy w ogóle biegnie szlak i którędy dokładnie, ani czy jest trudno – musi być człowiek, musi być widać proporcje turysty do otoczenia. Mam nadzieję, że będzie się wam chciało zajrzeć pod linki, bo IMVHO warto. Aha – słowa z linkiem oznaczyłam >>tak<<.

Na Orlą wbijaliśmy się chyba najłatwiejszą dojściówką, tj. czarnym szlakiem z Pięciu Stawów. Jest to zwykły chodnik, dość mozolny i upierdliwy. Trasa łączy się z Orlą już niedaleko szczytu Koziego, ale my poszliśmy oczywiście w prawo, przez Czarne Ściany. Do Przełączki nad Doliną Buczynową idziemy >>zwykłą ścieżką<< po południowej stronie grani. Tuż przed Przełączką przewijamy się na stronę północną i po raz pierwszy ukazuje się >>Dolina Gąsienicowa<<. Z Przełączki opada >>Żleb Kulczyńskiego<<, którym znacznie się obniżamy. Żlebem tym wchodziłam parę lat temu i było to przeżycie traumatyczne. O ile na łańcuchach (są w dolnej części, idąc Orlą aż tam się nie obniżamy) było w miarę ok, to górna część – ta właśnie, którą musimy teraz pokonać – w mżawce, w jakiej wtedy wchodziłam, dobrze dała mi popalić. Stromizna jest duża, skały generalnie dobrze wyrzeźbione ale przy śliskim istotnie mogą być niemiłe. Tym razem skała była sucha, więc Kulczyn większych problemów nie sprawił, ale nie przepadam za tym miejscem.

Za Kulczynem zaczynamy się wznosić i tu czeka nas jedno z najefektowniejszych miejsc trasy: >>Komin przy Czarnym Mniszku<<. W pierwszej chwili (perspektywa, perspektywa) wygląda strasznie. Dopiero kiedy zaczniemy się wspinać, okazuje się, że trudność jest żadna. Mnóstwo stopni, chwytów, klamry i łańcuchy. Idzie się jak po drabinie albo łatwiej.
Pokonywanie komina:
>>1<<
>>2<<
>>3<<
>>4<<
>>5<<
>>Komin od góry<<
Za kominem aż do Granatów jest ścieżkowo i bardzo łatwo. Granaty są ambitniejsze, acz również nie nastręczają większych trudności. Jest tam >>trochę miejsc<<, gdzie trzeba użyć czterech kończyn, i niestety głównie >>schodzenia<<, za którym nie przepadam, ale po bardzo fajnej skale, nawet łańcuchów nie zamontowano. Słynną >>szczelinę<< można obejść dołem.
Zabawa zaczyna się dopiero za Skrajnym Granatem. Acha – mam niestety pewien problem, nazwijmy to topograficzny. Mylą mi się mianowicie te wszystkie przełączki i turnie na tym odcinku. Niby szłam z mapą, ale i tak nie jestem pewna, co jest co. Tak że jakkolwiek postaram się rzetelnie opisać wszystkie trudniejsze miejsca, nie każde umiem przypisać do konkretnej nazwy.
W każdym razie ze Skrajnego Granatu obniżamy się na Granacką Przełęcz. Ten odcinek jest >>ubezpieczony<< i >>dość łatwy<<. Jedyne co może wkurzać to kruszyzna terenu, podobno charakterystyczna dla tej części Orlej.
Za Przełęczą mamy jeszcze trochę >>łańcuchów<< – >>bez ekstremów<< – i >>drabinkę<<. Jak na razie, pomijając kruchość terenu, dla mnie osobiście będącą dużą niedogodnością, >>szlak<< nie jest szczególnie problematyczny. >>Drabinka<< nie przypomina tej na Kozią Przełęcz, przede wszystkim nie jest tak eksponowana.
Po kolejnym >>ubezpieczonym<< odcinku przychodzi kolej na fragment, który jako jedyny sprawił mi prawdziwą trudność, mianowicie >>kominek<< przy Orlej Baszcie. Zeszłam do połowy (dwie bardzo przydatne w tym miejscu klamry) i zupełnie nie wiedziałam co dalej zrobić. >>Kominek<< jest ukształtowany w taki sposób że stopni – przynajmniej schodząc – szuka się na macanego, ale się ich nie widzi. Trzeba znaleźć dobre chwyty albo trzymać się łańcucha i szukać po omacku. Miałam z tym problem i koniec końców Mariusz musiał ustawić mi nogi. Podejrzewam, że to miejsce pokonywane w drugą stronę jest o wiele łatwiejsze. Mój kłopot też był chyba raczej psychiczny (trzeba zaufać niewidzialnym stopniom). W każdym razie było to jedyne miejsce trasy gdzie potrzebowałam konkretnej pomocy. Na >>zdjęciu<< pani w białych spodniach zmaga się z tym odcinkiem.
Kolejnym spektakularnym miejscem jest >>trawers Buczynowych<<. I znów jest tak, jak z kominem w Czarnych Ścianach: wygląda groźnie, a jest banalny. Niemal >>pionowe urwisko<<, po którym będziemy się wspinać by po raz kolejny zmienić stronę grani, robi duże wrażenie. Jedyny problem z tym odcinkiem >>nie jest jednak bynajmniej techniczny<<: tu, jakkolwiek jest łatwo, nie można pozwolić sobie na błąd, potknięcie itp., można bowiem pięknie polecieć.
Przewijamy się po raz kolejny na stronę południową, gdzie czekają nas dalsze atrakcje. To jest właśnie ta część trasy, z którą mam największy problem nazewniczy. Miejsca, które utkwiły mi w pamięci na tym odcinku to:
– koszmarnie kruche >>zejście<< na którąś z przełączek, ścieżkowe ale strome i całe we wrednym piargu;
>>kominek<< gdzie – >>o, tu jeszcze jedna fotka<< musiałam się chwilę zastanowić, co dalej, przy czym nie umywał się do tego przy Orlej Baszcie;
– końcowe bardzo długie >>podejście z łańcuchami<<, już ostatnimi na szlaku, bez trudności tylko znów ta cholerna >>kruszyzna<<;
– krótki >>odcinek<< bezpośrednio po grani, już blisko Krzyżnego. Na samo Krzyżne wyprowadza zwykła >>ścieżka<<.
Reasumując, dałam radę. Szlak jest trudny, ale nie mam poczucia że jakieś miejsce pokonałam dzięki szczęściu. Wszystkie trudniejsze miejsca da radę przejść, co najwyżej trzeba chwilę pomyśleć. Prawdziwy kłopot sprawił mi jedynie kominek pod Orlą Basztą – następnym razem postaram się go ogarnąć bez pomocy.
Trasę oceniam na ***** z plusem, czyli najwyżej jak dotąd. Trudności nie są ekstremalne, ale ich nagromadzenie sprawia, że droga jest żmudna, a ja np. mam tak, że kiedy jestem bardzo zmęczona, tracę pewność ruchów.
Pomiędzy odcinkami ubezpieczonymi jest dużo ścieżkowego podchodzenia do góry, co też męczy ( inna rzecz, że ja dodatkowo szłam na sporym kacu po wesołej nocy w schronisku i pod koniec już naprawdę podpierałam się nosem). No i jak wspomniałam jest bardzo krucho, co znacznie zwiększa prawdopodobieństwo utraty równowagi.
Za rok bardzo chętnie zapoznam się z odcinkiem Zawrat – Kozi Wierch. Trochę mi się ta Orla odmitologizowała – jest to niewątpliwie szlak wymagający, ale jednak do przejścia, a przy tym bardzo widokowy, zwłaszcza na stronę Pięciu Stawów. Rękawiczki i dobre buty bardzo pożądane.

[Edytowane we wrześniu 2009] Tu wrażenia z pozostałej części: >>LINK<<

Przełęcz pod Chłopkiem

Szlak na Przełęcz pod Chłopkiem marzył mi się już od dawna. Jest on pewnego rodzaju fenomenem – biegnie tuż obok ekstremalnie zatłoczonej trasy na Rysy, jest od niej nie mniej malowniczy (choć w inny sposób), krótszy, mniej mozolny i jakkolwiek jego trudności uważam za większe, są skumulowane na o wiele mniejszym odcinku. I pomimo wszystkich tych walorów jest on stosunkowo rzadko uczęszczany, co również stanowi walor, chyba największy. Tzn. odludny to za dużo powiedziane, ale gdzie mu tam już nawet nie do Rysów (wiadomo, najwyższy szczyt kraju) ale choćby do Zawratu czy Świnicy. W pogodne dni nad Czarnym Stawem koczują setki ludzi – a już parędziesiąt metrów wyżej, na zielono znakowanej drodze na Chłopka, jest inny świat.

Podejście pierwsze zrobiliśmy w dzień po Rysach. Pogoda była dziwna, jeszcze przed Czarnym Stawem zlał nas deszcz i miałam raczej niedobre przeczucia, wiedząc mniej więcej jaki jest przebieg tej trasy. Ruszyliśmy jednak do góry mając nadzieję, że jeszcze się wypogodzi. Szlak biegnie z początku chodnikiem, wkrótce (wysokość zyskujemy w niesamowitym tempie) osiągamy (znów Pan Nyka wspomaga nomenklaturą) rówienkę, na której znajduje się skalna koleba – idealne miejsce żeby coś skonsumować. W tej okolicy, a był to dopiero początek, zaczęło stawać się oczywiste że pogoda się NIE polepszy:

Ale nicto, szliśmy dalej. Powyżej rówienki wchodzi się do Mięguszowieckiego Kotła aka Bańdziocha – dalej jest jeszcze kawałek chodnikiem, m.in po wielkim złomisku, potem po skałkach przekraczamy potok. To jest partia ścieżkowa szlaku, teraz zacznie się samo gęste. Jakieś dziesięć minut drogi od potoku zaczynamy wspinaczkę na Kazalnicę, po stromych, ale znakomicie wyrzeźbionych skałach. Coś takiego jak szlak na Rysy, ale pozbawiony sztucznych ułatwień – i słusznie, są zbędne.

Zaczęło grzmieć i chmury zgęstniały do zupełnego mleka. Nigdy o tym nie wspominałam, ale nienawidzę iść w chmurze. Nie wiem, czy to jest jakaś dziwna odmiana lęku przestrzeni, w każdym razie odczuwam bardzo trudny do opanowania strach przed tą białą pustką. Nie przeraża mnie ekspozycja (tzn. boję się, ale na ogół umiem sobie z tym poradzić), nie przeraża wysokość, a w chmurze mam ochotę kucnąć, zakryć rękami oczy i poczekać, aż białe sobie pójdzie. I jeżeli potrafię tak mieć na bezpiecznym szlaku przez Kopę Kondracką, to wyobraźcie sobie, co przeżywam, kiedy wiem że czekają mnie dodatkowo trudności obiektywne. W dodatku takie, których jeszcze nie pokonywałam i nie mam skąd wiedzieć czy mnie nie przerosną.

Kiedy wspinałam się na Kazalnicę wszystko we mnie krzyczało, żeby zawrócić. Mariusz zaproponował, żebyśmy przynajmniej doszli do trudności i zobaczyli, jak to wygląda. Na to się zgodziłam, acz zastrzegłam sobie, że jeśli będą hardkory to nie idę dalej – te grzmoty, chmura i MGłA (MGŁAAA!!!!) to było dla mnie za dużo, a na dodatek dołączył się deszcz i zrobiło się ślisko. Jak to później Mariusz trafnie podsumował, stopniowo rozedrgałam się jak kamerton.

Wreszcie osiągnęliśmy trudności, tj. jedyny ubezpieczony odcinek trasy. Zaczyna się łatwym, ale bardzo eksponowanym trawersem. Tam znajduje się pierwsza klamra, której na zdjęciu poniżej się trzymam.

Tam polecieć można, i to z hukiem, jeśli człowiek się pośliźnie. Właśnie po to jest ta klamra, bez niej nie bardzo byłoby czego się złapać.
Zaraz za trawersem mamy ubezpieczony kolejną klamrą odcinek:

Wygląda banalnie i istotnie byłby banalny gdyby nie to, że po lewej stronie znajduje się niewidoczna na zdjęciu przepaść (dalej będzie fotka, która pokaże to lepiej, póki co musicie mi uwierzyć na słowo). Można się spierdzielić i to lotem swobodnym.
Doszłam do wysokości klamry (skały były śliskie tak jak się tego obawiałam, a deszcz narastał) i… puściły mi nerwy. Oświadczyłam, że dalej nie idę, bo wejść wejdę, ale boję się schodzić w tych warunkach, boję się że zlecę. Mariusz próbował mnie przekonać, ale zaparłam się jak osioł. Dobre porównanie z tym kamertonem – niby stojąc przy tej klamrze stwierdziłam w miarę trzeźwo (pamiętam to), że dałabym radę spokojnie wejść, a pewnie i zejść, ale byłam już tak skotłowana, że perspektywa pokonania tego odcinka od góry w ślizgawicy była dla mnie takim obciążeniem psychicznym (a przypominam, nie wiedziałam, co jest wyżej), że poddałam się na całej linii.
Mariusz w ramach eksperymentu wszedł wyżej, doszedł prawie do wierzchołka Kazalnicy, potem bezpiecznie zszedł. Ja tymczasem złaziłam na dół, wymyślając sobie od najgorszych. Speniałam się na szlaku, który bynajmniej nie uchodzi za ekstremalny, ja, która chcę jeszcze na tym samym wyjeździe iść na Orlą (z czym do ludzi, dziewczyno?) tylko z powodu mgły i deszczu, które w górach są normą i dla wytrawnego turysty powinny w najgorszym wypadku stanowić dyskomfort widokowy.
Paradoksalnie morale trochę mi się poprawiło kiedy już poniżej Kazalnicy wywinęłam kozła, i to konkretnego, z obrotem, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że w tych warunkach pogodowych lepiej było się na Chłopka nie pchać. Ale po chwili znowu miałam ochotę siąść i ryczeć.
Jednego byłam pewna: dopóki nie przejdę tego szlaku, nie odzyskam szacunku do siebie. Musiałam się przekonać, czy prawdą jest to, na co miałam nadzieję: że spędziły mnie z niego faktycznie moje głupie lęki, a nie że jest dla mnie za trudny.
Na Chłopka po raz drugi wybraliśmy się w dzień po Rohaczach, na których bardzo mi sie podobało i gdzie trochę odbudowałam wiarę w siebie. Pogoda była jak drut. Wiedziałam, że lepszych warunków nie będę miała, więc tym razem żadne strachy nie wchodziły w grę.
Poniżej Niżne Rysy i Rysy z perspektywy wspomnianej koleby:

Wspinaczka na Kazalnicę nawet po mokrej skale nie była trudna, przy suchej zaś okazała się prawdziwą przyjemnością:

Kiedy dotarłam do miejsca swojej hańby, prezentowało się o wiele przyjaźniej, jakkolwiek przepaść nie była ukryta za mgłą. Na zdjęciu poniżej ten spad widać. Zielona roślinność ścieżki to ostatnie miejsce, gdzie można bezpiecznie postawić nogę. Po lewej jest ściana. Dlatego to miejsce jest dużo trudniejsze w zejściu, bo wtedy widać głębię pod nogami. Ludzie, których obserwowałam, radzili sobie na dwa sposoby: ci, na których przepaść nie robiła wrażenia, schodzili sobie na relaksie łatwiejszym wariantem od lewej. Ci, którzy tak jak ja czuli się tą opcją zdeprymowani, trawersowali do prawej i tam próbowali sobie radzić na różne sposoby. Ja przy schodzeniu wzięłam przykład z Mariusza: kominek po prawej – szpagat w pionie, tj. nogi oparte na ścianach kominka – krok w dół. W sumie nic trudnego, trzeba jedynie uważać.



Wejście okazało się banalne:

Zaraz powyżej tego miejsca znajduje się druga i ostatnia trudność. Jest to ścianka o bardzo niefajnie ukształtowanych stopniach: są pochylone w stronę wchodzącego, przez co nie stanowią dobrego oparcia dla nóg. Wyżej znajdują się dwie klamry więc jest łatwiej, ale przydałaby się jeszcze z jedna na dole. Dodatkowo to północna zacieniona ściana więc gdzieniegdzie jest, niezależnie od pogody, mokro i ślisko. Co ciekawe, ten fragment był dla mnie dużo łatwiejszy i przyjemniejszy w zejściu.

Po pokonaniu ścianki jeszcze mały kominek i do grani Kazalnicy już tylko kawałek:

Widokowo Kazalnica jest boska. A nam jeszcze trafiła się taka pogoda, że tylko siąść i płakać (ze szczęścia)…

Rysy i Wysoka

Rysy nareszcie prezentują się prawdziwie królewsko, nieprzytłoczone swoim niższym sąsiadem. Po drugiej stronie kopuły Mięguszy wydają się być na wyciągnięcie ręki. Tłumy nad oboma stawami wywołują pełen satysfakcji uśmiech – a kiśta się tam jak sardynki w puszce. Moc jest tu.

Krótki odcinek granią Kazalnicy, i wbijamy się na galeryjkę.

Słynna galeryjka jest stanowczo zdemonizowana. Zwykła ścieżka, nie bardziej eksponowana niż dróżkowe partie Orlej Perci. Przy oblodzeniu na pewno może być niebezpieczna, ale to można powiedzieć o większości tatrzańskich szlaków. Generalnie nie wiem o co ten zgiełk.
Aha – ta część trasy jest doskonale widoczna znad Moka, widać dwie poziome linie przecinające na ukos urwisko Mięgusza Czarnego. Galeryjka to ta niżej położona.

Wreszcie osiągamy Przełęcz pod Chłopkiem. Głębia Doliny Rybiego Potoku robi wielkie wrażenie. Mięgusze wydają się być do zrobienia w 10 minut (na Czarny podobno faktycznie jest łatwo, zresztą mamy tę część przewodnika Paryskiego i ogarnęliśmy, jak ta trasa idzie, ale włazić tym razem nie było czasu), widoki na stronę słowacką są piękne i dzikie:

Powrót tą samą drogą. Poniżej jedyne miejsce, gdzie galeryjka jest taka, jak to sobie wyobrażałam:

Kazalnica

Teraz mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony szlak na Chłopka mnie nie przerósł, nie jestem aż tak beznadziejna. Z drugiej, coś z tymi swoimi lękami muszę zrobić. Nie mogę za każdym razem, kiedy ogarnia mnie chmura, odwalać takiego cyrku.
Chyba czeka mnie jeszcze długa praca nad własną psychiką.
Szlak oceniam na *** z plusem. Trudniej niż na Rysy i więcej ekspozycji. I jednak po namyśle zgadzam się, że włażenie tam w deszczu nie byłoby rozsądne – wstydzę się swojej gwałtownej reakcji, ale jakkolwiek przesadna, zaowocowała mądrą decyzją.

Fotki z pierwszego podejścia: >>LINK<<
I z drugiego: >>LINK<<

Rohacze

Myli się ten, kto sądzi, że na hardkory można liczyć tylko w Tatrach Wysokich. Zachodnie też mają trochę do zaoferowania, z tym że wyłącznie po słowackiej stronie granicy. Najciekawszym szlakiem jest graniówka ciągnąca się od Rohaczy przez Trzy Kopy, Hrubą Kopę, Banówkę, Pacholę i Salatyn po Brestową – podobna charakterem do Orej Perci a dłuższa, na wielu odcinkach eksponowana i z zamontowanymi sztucznymi ułatwieniami. W tym roku testowaliśmy odcinek przez Rohacze i wrażenia jak najbardziej pozytywne. Szlak na pewno dokończymy za rok.

Wchodziliśmy od polskiej strony i była to opcja trochę desperacka. Napierw 8km Chochołowskiej (byliśmy tam o piątej rano), potem za schroniskiem zielonym szlakiem przez Chochołowską Wyżnią na przełęcz pomiędzy Wołowcem a Rakoniem, wreszcie przez Wołowiec na Jamnicką Przełęcz oddzielającą go od Rohacza Ostrego i dopiero trasa właściwa. A po przejściu rohackiej grani trzeba jeszcze wrócić (przełęcz Zabrat – Rakoń – wspomniany szlak zielony). Tak że naszego wariantu raczej nie polecam, lepiej iść na ten szlak od strony słowackiej (z Zuberca albo lepiej Chaty na Zwierówce, ale mówię na podstawie map, nie własnego doświadczenia), albo przynajmniej raz nocować w Schronisku Chochołowskim, bo Chochołowska dwa razy w ciągu jednego dnia to jest trochę dużo, zwłaszcza że w godzinach kiedy mamy nią wędrować rowery nie są dostępne – już albo jeszcze.

Drobna rada – jeśli byliście już na Wołowcu darujcie sobie wbijanie się na wierzchołek, a skorzystajcie z wydeptanego trawersu, który pozwala zaoszczędzić trochę czasu i energii. Niewiele, ale zawsze coś, zwłaszcza że ten szlak jest tak długi.

Rohacze po raz pierwszy odsłaniają się z przełęczy pomiędzy Woło a Rakoniem:

Rohacz Ostry (2084m n.p.m.) i Rohacz Płaczliwy (2126m n.p.m.)

W centrum Trzy Kopy z Hrubą Kopą



Smutna Przełęcz, z której opada szlak zejściowy do Doliny Smutnej



Jamnicka Przełęcz i Rohacz Ostry z końcowych partii ścieżki z Wołowca

Wspinanie zaczynamy od Jamnickiej Przełęczy. Z początku szlak jest dość niewinny, ale szybko stromieje, a teren staje się skalisty. Już niedaleko od pierwszego wierzchołka zaczynają się łańcuchy.

Idzie się dość łatwo. Jeden moment zrobił na mnie wrażenie: bardzo eksponowany trawers, który pokonywało się po niewielkiej półeczce. Nie było to trudne, ale wiadomo – pierwsze eksponowane miejsce na szlaku (zawsze tak mam, a potem w miarę pokonywania kolejnych trudności mi się to wytraca). No i tam chętnie skorzystałam z łańcucha. Nawiasem łańcuchy – inne niż polskie, dłuższe i cieńsze – momentami rozpięte są trochę bezmyślnie, na szczęście bez nich da się spokojnie wejść (z wyjątkiem tego jednego trawersu, ale to IMHO).
No i wreszcie – słynny rohacki koń. Stroma i eksponowana skalna płyta i odcinek grani tak ostry, że można się jej trzymać, co zresztą jest bardzo rozsądną opcją, bo ja przynajmniej nie mam koncepcji, co tam mogłabym zrobić z łańcuchami (a są). Idzie się po wyrzeźbionych w skale stopniach, trzymając się skały – jak mawia mój kumpel, pyk, cyk i fik, i jesteś w bezpiecznym miejscu. To tylko parę kroków i to nietrudnych, ale rozumiem czemu rohacki koń jest tak znany. Na mnie też zrobił wrażenie, przy czym efektowność nijak ma się tu do trudności technicznej, przynajmniej przy suchym.

Powyżej nie widać przepaści, więc można skupić się na faktycznej trudności odcinka – z takiej perspektywy strasznie to nie wygląda.
Poniżej już bardziej wiadomo, na czym polega cały wic:

A to kawałek dalej. Zdjęcie, zwłaszcza amatorskie, nigdy do końca nie odda ekspozycji, ale myślę że da się zauważyć, iż jest gdzie polecieć.

Za koniem szlak obniża się do Rohackiej Szczerbiny…

… a potem musimy pokonać ubezpieczony kominek, który wyprowadzi nas na drugi z wierzchołków Rohacza Ostrego. Bez hardkorów.



Widoki ze szczytu sobie daruję, z Płaczliwego są lepsze, bo jest wyższy, a ponadto najpiękniej w panoramie prezentuje się właśnie Ostry.
Schodząc w kierunku Rohackiej Przełęczy, jeszcze w rejonie wierzchołka, pokonujemy kolejny komin, bliźniaczo podobny do poprzedniego. Mnie wydał się trudniejszy (nie lubię schodzenia), ale zeszłam podobno bardzo sprawnie, stopni jest tam akurat tyle, ile potrzeba.

Powyżej komin od góry, poniżej od dołu. Jak zwykle od góry wygląda dużo słabiej.



Ten kominek to ostatni odcinek szlaku wymagający zamontowania łańcuchów. Na Rohacz Płaczliwy wbijamy się na lewo od grani, to po skałach to ścieżką. Za plecami mamy coraz bardziej wariacki w kształtach Rohacz Ostry. Na wierzchołku warto zatrzymać się na dłużej, bo jest wybitnie widokowy:

Kontynuacja graniówki przez Trzy Kopy, po prawej Smutna Przełęcz i zygzaki szlaku zejściowego

Wołowiec i Rohacz Ostry

Rohacz Ostry, w tle Kominiarski, Ciemniak i czubek Giewontu

Szlak ze Smutnej Przełęczy

Z Płaczliwego mamy jeszcze do przejścia spory kawałek skalistą granią. Można iść tak jak prowadzi szlak, jej ostrzem (nie jest trudno, za to ciekawiej) albo ścieżką po lewej stronie. Znaki są moim zdaniem za rzadko rozmieszczone, ten odcinek może być mylny we mgle.

Już niedaleko Smutnej Przełęczy napotykamy coś, co nazwałam Cmentarzyskiem Świstaków. Masa kopczyków, i to nie jakichś tam prymitywnych, tylko prawdziwie koronkowych konstrukcji. Co do niektórych aż ciężko uwierzyć, że to się nie przewraca:



Ze Smutnej Przełęczy można kontynuować marsz granią, albo zejść do Doliny Smutnej. Fakt, że za wesoło to ona się nie prezentuje, cała pokryta zielonkawymi piargami, o tym samym charakterystycznym odcieniu co podejście na Jarząbczy.

Rohacze z okolic Smutnej Przełęczy

Od Bufetu Rohackiego, gdzie Dolina Smutna przechodzi w Dolinę Rohacką (mają taniego Złotego Bażanta z kija) wbijaliśmy się krótkim i bardzo malowniczym szlakiem na przełęcz Zabrat, z której pół godziny wchodzi się na Rakonia.
Z tego szlaku Rohacze znów zaczynają się przezentować należycie efektownie, bo patrząc ze Smutnej Doliny, czyli od ich bezpośrednich podnóży, trudno uwierzyć że to te same dumne piramidy:

Rohacz Ostry (!)

Z Rakonia to już wiadomo: przełęcz, Chochołowska Wyżnia, schronisko.

Szlak jest po prostu cudowny. Widoki w Tatrach Zachodnich mają monumentalny charakter, doliny są tu głębsze, odległości większe, więcej przestrzeni i powietrza, a przy tym krajobraz nie jest tak drapieżny jak w Tatrach Wysokich, bardziej sielsko-pocztówkowy. Trudności oceniam na ****/*****. Teraz, kiedy siedzę przed kompem wydaje mi się, że to wszystko było proste ale taką ocenę sformułowałam na gorąco tuż po pokonaniu szlaku, więc niech będzie. Trasa zdecydowanie nie dla nieprzepadających za ekspozycją. Ludzi sporo, głównie Słowaków, momentami trzeba było poczekać na swoją kolej. Zadziwiły nas dwa kajtki tak na oko z siedem – osiem lat, wędrujące żwawo bez plecaków, i najwyraźniej same (!!!). Gdyby ich rodzice wiedzieli, że pociechy sobie na luzaku kicają po Rohaczach…
Przefajnie było. Już się nie mogę doczekać kontynuacji.

Zdjęcia tu: >>LINK<<

Rysy


Chociaż po Tatrach chodzę już ładnych parę lat, na najwyższym szczycie Polski stanęłam dopiero w tym roku. W dodatku drugiego dnia po przyjeździe, bez żadnej aklimatyzacji – pewnie dlatego wlokłam się z wywalonym jęzorem. Acz były z tego i profity: nierokujące nadziei chmury ustąpiły ze szczytu tuż przedtem, nim tam dopełzłam. Ci, którzy startowali równo ze mną, nie mieli szansy na widoki.

W relacji skupię się na samym gęstym. Notki tatrzańskie, zwłaszcza z trudniejszych szlaków, mogą potencjalnie interesować dwa typy czytelników: takich, którzy szukają info o trudnościach (że jest ich wielu, wskazuje mnogość zapytań typu „szpiglasowa łańcuchy” w moich statystykach) oraz tych, co byli i chcą skonfrontować z kimś wrażenia. Tak że tym razem bez widoczków, miłośnicy mogą znaleźć setki lepszych stron.

Przebieg szlaku można prześledzić znad Czarnego Stawu pod Rysami:

Na żółto zaznaczyłam partie chodnikowe, na czerwono teren pokryty sztucznymi ułatwieniami.

Odcinek „żółty” jest dość żmudny, zwłaszcza w końcowej partii. Jest stromo i widoki tylko z tyłu – na Czarny Staw z przerażającą ścianą Kazalnicy, Morskie Oko i mur Miedzianego, zza którego stopniowo zaczną się wyłaniać wzniesienia Orlej Perci. Nas otacza z obu stron przepiękna Żabia Grań, której zarysy wyostrzają się w miarę jak brniemy do góry – najbardziej zaskakujący jest Żabi Koń (na zdjęciu – po prawej od najniższej przełączki), który z raczej obłej w kształtach turni zmienia się w niemal igłę.

Połowa szlaku wypada mniej więcej na Buli pod Rysami. Od Buli zaczyna się coś, co pan Nyka nazywa skalną grzędą, a ja określiłabym na chłopski rozum jako umiarkowanie strome, w całości skaliste zbocze. Tu zaczynają się łańcuchy.



Łańcuchów jest dużo. Bardzo dużo. Ktoś zaszalał. Nie zgrywam dzika, widać zresztą, że na wielu zdjęciach się ich trzymam. Ano, nie zawsze mam siłę i ochotę żeby kombinować, kiedy tak prosto jest schwycić łańcuch. Ale ponad połowę trasy przeszłam nie korzystając z nich, bo zwyczajnie było mi łatwiej wybrać inną opcję; Mariusz nie dotknął żelastwa ani razu i to w obie strony.

Stromizna raz jest słabsza, raz wzrasta, jednakowoż pionów tam raczej nie ma. Droga grzędą nie jest w ogóle eksponowana. Sturlać się na pewno można, ale polecieć już nie. Idziemy schowani pomiędzy zasłaniającymi widoki graniami, przepaści w polu widzenia brak – ten szlak raczej nie czesze psychiki.

Pod względem trudności odcinek grzędą porównałabym do Szpiglasowej, może w jednym czy dwóch miejscach do Świnicy (ale na Świnicy jednak ekspozycja jest). Tyle tylko że podejście na Rysy jest cholernie długie, a ilość łańcuchów nieporównywalna.



Zresztą, zdjęcia mówią same za siebie.

Wreszcie – hurra! – wychodzimy na grań. Widok na Słowację wymiata, ale jeszcze lepsza jest świadomość, że już praktycznie weszliśmy. Odcinek granią to dosłownie parę kroków. Jest to jedyne na całym szlaku eksponowane miejsce, co nie znaczy że trudne, zresztą jest łańcuch.

Powyżej pan w czerwonym kapturku przymierza się do trawersowania na lewą stronę grani…

… a sam trawers powyżej, i to jest właśnie to jedyne eksponowane miejsce. Skały po lewej to już wierzchołek.

Poniżej z kolei wyraźnie widać, że hardkorów na tym szlaku nie ma:

Z zatłoczonego wierzchołka polskiego przeszliśmy na o 4m wyższy słowacki. Widać stamtąd dobrze podejście od drugiej strony – zwykła ścieżka, przynajmniej w rejonie ogarnialnym wzrokiem.

Na polskim wierzchołku znajduje się tablica informująca że znajduje się tu przejście graniczne. Rozczula informacja, że przejście jest dozwolone również rowerzystom. Ja się nie skuszę, chociaż zjazd z Rysów byłby na pewno interesującym doznaniem.

W zejściu stopień trudności jest porównywalny.

Szlakowi daję ***, jeśli chodzi o trudność może wejść prawie każdy (co nie znaczy że ostrożność nie jest wskazana! To mimo wszystko nie jest Droga pod Reglami), natomiast słabszym przewyższenie może nieźle dać w kość (lepiej zanocować w schronisku, wyjść o szóstej i potem mieć luz z czasem. Tak też my zrobiliśmy). Trochę powietrza pod nogami tylko na króciutkim odcinku. Piękne widoki ze szczytu, w sumie wrzuciłabym fotkę czy dwie ale wyszły słabo ze względu na pogodę. Zresztą panoramę z Rysów można bez problemu wygooglać.

I jeszcze jedno – nie zapomnijcie rękawiczek, gdzie jak gdzie ale tu się przydadzą.

Komplet zdjęć tu: >>LINK<<

Aonach Eagach po raz drugi część I

Notka ze względów technicznych podzielona została na 2 części. Część II poniżej

Na
Aonach Eagach byliśmy po raz pierwszy w sierpniu ’07 i szlak ten
wywarł na nas wielkie wrażenie. Po roku przyszedł czas na
weryfikację – wiedzieliśmy już, czego się spodziewać, byliśmy
przygotowani psychicznie na trudności i bardzo chcieliśmy się
przekonać, czy tym razem odbierzemy tę drogę tak samo. No i
oczywiście potrenować przed Tatrami.

Tym razem wchodziliśmy
inną trasą, prosto z małego parkingu po prawej (patrząc na
zachód) stronie A82. Przypominam: rok temu wbijaliśmy się
trawersując zbocze Am Bodach wzdłuż potężnego żlebu ze
strumieniem i docierając do przełęczy pomiędzy… Hm, może
wytłumaczę tak. Grań, której częścią jest Aonach Eagach,
jest niezwykle długa. Rozpoczyna ją wzniesienie powyżej Blackwater
Reservoir, skąd wije się ona łagodnie, by wreszcie zacząć się
robić coraz bardziej poszarpana, na krótkim odcinku wręcz
zwariowana (to właśnie Aonach Eagach, nazwa odnosi się tylko do
tego niewielkiego fragmentu), po czym znów złagodnieć i po
kolejnych paru kilometrach sfiniszować w niewielkim Sgurr na Ciche
aka Pap of Glencoe nad Loch Leven. Nasza przełęcz oddziela tę
pierwszą, łagodną część od poszarpańców kulminujących
w AE. Z tej przełęczy na Am Bodach, które jest tradycyjnym
początkiem drogi (choć AE sensu stricto to jeszcze nie jest) trzeba
jeszcze kawałek podejść. Tegoroczny szlak jest dużo ciekawszy i
bardziej ekonomiczny niż nasza poprzednia trasa, ponieważ
wyprowadza prosto na wierzchołek Am Bodach, w dodatku fajną,
skalistą ścieżką, na której momentalnie zyskujemy
wysokość, a za plecami cały czas mamy Glencoe.

Teraz
weryfikacja (kursywą zaznaczyłam cytaty z zeszłorocznej
notki):

1. Pierwszym
wzniesieniem na trasie jest Am Bodach, 943m n.p.m. W tym rejonie
napotyka się już wstępne trudności: strome i eksponowane
trawersowanie skalnego zbocza, zdecydowanie podwyższające poziom
adrenaliny.

Pod
tym mogę się podpisać z jednym zastrzeżeniem: to jest bardzo
łatwy fragment. Rok temu wystraszyła nas ekspozycja, ponieważ się
jej nie spodziewaliśmy (o AE pojęcie mieliśmy praktycznie zerowe).
Teraz, patrząc na chłodno, oceniam to przejście jako
banalne.

!
Żadna z fotek nie jest ilustracją dla powyższego akapitu. Obie
przedstawiają początkowe momenty trasy, tuż za Am Bodach !

2.
Atrakcją okazał
się piękny 15-metrowy komin, który z punktu, z jakiego
ujrzeliśmy go po raz pierwszy, prezentował się po prostu
strasznie. Było to pierwsze (i po prawdzie ostatnie, acz tylko
dlatego, że potem nie miałabym odwagi na wycofywanie się) miejsce,
gdzie powiedziałam: pieprzę, nie idę. Na szczęście M. namówił
mnie, żebym zeszła aż do samego podnóża komina i dopiero
stamtąd oceniła możliwości – faktycznie, z tej perspektywy
wyglądał na całkiem łatwy. Owszem, totalnie pionowy, ale tak
znakomicie wyrzeźbiony, że szło się jak po drabinie, bez żadnych
trudności.

Co
do oceny trudności zgoda, ale ten komin wcale nie wygląda tak źle.
Pewnie znów zadział brak efektu zaskoczenia, bo to miejsce
nie wydało mi się ani odrobinę groźne. Poniżej fotki z
komina:

3.
O
ile komin wyglądał tragicznie, a okazał się łatwy, o tyle na
Wariatach było inaczej. I wyglądały, i były hardkorowe.
Ekspozycja cały czas, momentami bardzo poważna, ŻADNYCH
ubezpieczeń, skały generalnie nieźle wyrzeźbione, ale w kilku
wspinaczkowych momentach nie było łatwo o dobry chwyt.

Z tym akapitem mam problem. Bo zasadniczo się z nim zgadzam,
wszystko tu jest prawdą. Ale z tych kilku zdań emanuje autentyczne
przerażenie, którego ten odcinek tym razem we mnie nie
wzbudził. Przyznaję, na trzech czy czterech ściankach miałam
drobne problemy. W jednym miejscu Mariusz musiał ustawić mi nogi,
ponieważ było tak eksponowane, że prosty manewr dania dużego
kroka i obrócenia się na kominko-ściance okazały się dla
mnie sporym obciążeniem psychicznym. Było kilka momentów
wymagających zastanowienia. W jedym miejscu zjechałam po gładkiej
płycie zdzierając skórę z łokcia. Ale nie mogę z czystym
sumieniem powiedzieć, że to były hardkory. Jedynym czynnikiem
utrudniającym była ekspozycja. Trudność szlaku samą w sobie
oceniam raczej nisko.


obycie z ekspozycją wcale nie miało kluczowego znaczenia, ponieważ
ten szlak jest autentycznie trudny sam w sobie.

J.w.
Nie jest.

4.
Potencjalni
czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, do jakiego stopnia
zwariowany jest ten szlak. Nie umiem ocenić, na ile jego trudność
jest spowodowana brakiem ubezpieczeń, nie wiem, czy ołańcuchowany
stałby się banalny. W każdym razie w takiej postaci, w jakiej jest
teraz, spokojnie wytrzymuje porównanie z zejściem z Koziej
Przełęczy do Pięciu Stawów, a na pewno jest dużo gorszy
niż np. Granaty.

Stwierdzam
to z pełnym przekonaniem: owszem, ołańcuchowanie zlikwidowało by
wszelką trudność. Dla mnie zasadne byłoby jedynie w dwóch
miejscach – na wspomnianej eksponowanej kominko-ściance i w (moja
nazwa :D) Kominie Śmierci. Oba miejsca są stosunkowo proste do
przejścia, ale niebezpieczne z powodu znacznej ekspozycji. Łańcuch
mógłby to niebezpieczeństwo zmniejszyć, zwłaszcza przy
śliskiej skale. Acz skoro przejść się bez niego da, niezbędny
nie jest.
Co do mojego porównania z tatrzańskimi szlakami,
wolę się nie wypowiadać, ponieważ na obu byłam naprawdę dawno i
nie wszystko pamiętam. Wydaje mi się jednak, że przesadziłam w
obu przypadkach, zwłaszcza z Granatami. Ocenię to po powtórnym
przejściu.

Aonach Eagach po raz drugi część II


5. Na szlaku co kilkanaście / dziesiąt metrów pojawiają się kilkumetrowe ścianki, niebezpieczne z tego samego powodu co kominy: ekspozycji. Nie można sobie tutaj pozwolić na zlekceważenie zasady trzech punktów oparcia, trzeba szukać chwytu aż do skutku. Nieodzowne okazuje się schodzenie przodem, które jak większość kobiet odbieram jako nienaturalne.

Znienawidzone przeze mnie schodzenie przodem okazało się niezbędne jedynie w bardzo niewielu i najtrudniejszych momentach. Tym razem nie dałam się przekonać Mariuszowi, który jest zwolennikiem takiego złażenia, i uparłam się, że robię po swojemu. Jak się okazało, można. Przodem schodziłam może ze trzy – cztery razy, na niewielkich fragmentach.

6. A tu najlepsze miejsce trasy, zaiste heart-stopping. Uwaga: szlak biegnie trawersem przez trawki aż do widocznego w dole komina zawieszonego nad przepaścią (…) Z tym miejscem naprawdę były jaja: nie dość, że wąski, nachylony i trudny, to jeszcze sprowadzał na wąską eksponowaną półeczkę, a dalej wcale nie było lepiej…

Komin Śmierci faktycznie może być kłopotliwy. Jest dość długi, w dolnej partii nie ma zbyt wielu chwytów i co najgorsze, faktycznie sprowadza tylko na niewielką półkę. Upadek prawie na pewno skończyłby się może nie lotem, bo tamtejsza przepaść nie jest ściętą ścianą nachyloną pod kątem prostym, tylko nadzwyczaj stromym zboczem – ale z pewnością dłuuugim i baaardzo szybkim turlaniem, co w temacie konsekwencji na jedno wychodzi.
Najlepszy dowód że Bat, który do tego momentu radził sobie świetnie, w KŚ zaczął zdradzać objawy paniki. Przez dłuższy czas nie mógł się zdecydować na żaden ruch, stwierdził nawet, że robi mu się niedobrze. Wreszcie z pomocą Mariusza pokonał paraliż i jakoś zlazł. Nie opisuję tej sytuacji po to, by nabijać się z kumpla, ale jako dowód, że to miejsce może psychicznie dać popalić, bo Baty w górach zawsze trzyma poziom, a nawet dla niego okazało się trudne.
Ja sama przeszłam komin ze strachem, lecz bez większych problemów (dużo dała mi świadomość, że już raz mi się udało), acz było to jedno z tych miejsc, gdzie musiałam zejść przodem i wcale nie trzeba mnie było przekonywać.
Poniżej zastanawiamy się z Batym co dalej u wylotu KŚ:

W KŚ. Siedzę w połowie długości i to ta dolna sprawia kłopoty. To zdjęcie dość dobrze oddaje skalę ryzyka, spad po lewej oraz półka zejściowa są nieźle widoczne:

7. Kiedy już udało się nam przedostać na półkę, czekała nas wspinaczka kilkunastometrową ścianą, która z dołu wyglądała na świetnie wyrzeźbioną (…), ale okazała się raczej przesrana, ponieważ uformowana była z grubsza w bardzo wysokie schody, tak wysokie że ani nogi zadrzeć, ani się złapać (krawędź schodów to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chciałabym widzieć jako uchwyt). Jakoś się udało, ale nie bez trudu i stresu. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że prędzej zadzwonię po 911 niż zawrócę, gdyby była taka konieczność. Za nic nie chciałam schodzić tą ścianką.

A to jest już bullshit drodzy państwo. Owszem, ścianka jest wysoka i eksponowana, ponieważ sytuuje się dokładnie nad naszą małą półeczką. Nie jest natomiast trudna. Nie wiem, gdzie ja widziałam te "schody". Chwyty są, jest na czym stanąć. Podejrzewam, że poprzednio byłam tak roztrzęsiona Kominem Śmierci, że zmieniło to moją perspektywę. Jest to jedyne miejsce szlaku co do którego moja obecna ocena różni się o 180 stopni.

"Ściana Śmierci", której już nie będę tak nazywać

8. Na szczęście nic gorszego już na nas nie czekało. Przy czym nie był to bynajmniej koniec trudności.

Tu się zgadzam. Należałoby zaznaczyć jedynie, że na tym właśnie odcinku szlaku sytuuje się ich najwięcej. W kilku momentach miałam małą zagwozdkę, ale faktycznie, niczego trudniejszego niż KŚ już tam nie ma.

9. Szlak (…) doprowadza do miejsca, którego w żaden sposób nie da się ominąć (…) Jedyny sposób to przejście tym właśnie kominkiem (po lewej), starając się wystawać z jego rynny najmniej, jak to możliwe.

Jak widać poniżej, nie jedyny.

10. Trasa dostaje ode mnie *****. Szlak tylko dla osób obytych z ekspozycją, które są pewne, że nie sparaliżuje ich lęk wysokości. Sporo podciągania na rękach. Koniecznie należy pamiętać o zasadzie trzech punktów oparcia, ścieżki szukać ostrożnie (momentami wariantów przejścia jest więcej, nie warto ryzykować trudniejszego). Brak możliwości wcześniejszego zejścia z ponad trzykilometrowej grani. Przy złej pogodzie, śliskiej skale lepiej się wycofać póki jeszcze można. Schodząc z ostatniego szczytu na trasie uważać na ścieżkę.

Pięć gwiazdek – tak, ale tylko dla KŚ. Dla szlaku jako takiego ****.

Generalnie: Aonach Eagach pokonywane na chłodno okazało się nie aż tak trudne. Sądzę, że przyczyna różnicy ocen leży wyłącznie w mojej psychice. Za pierwszym razem byłam totalnie zaskoczona, ponieważ moja eksperiencja w temacie szkockich gór była dużo skromniejsza i nie spodziewałam się, że można tu znaleźć podobne szlaki. Ponadto przez całą długość drogi nie wiedziałam, co mnie JESZCZE czeka, a wyobraźnia pracowała na ostro. Tym razem miałam kilka poważnych przewag: wiedziałam, że szlak już raz przeszłam, pamiętałam jego przebieg i charakter trudności całkiem nieźle, więc nie mordowała mnie własna imaginacja. Myślę, że to właśnie jest recepta na strach: dać sobie spokój w wyobrażaniem, skupić się na tym, co aktualnie robimy. Na Orlej Perci będzie to o tyle trudne, że znam tylko małe fragmenty więc siłą rzeczy coś tam sobie wyobrażać będę. Ale obiecałam sobie, że spróbuję te wizje zminimalizować i postaram się koncentrować jedynie na obecnie pokonywanych trudnościach. Warunki fizyczne mam dobre, jestem sprawna i wystarczająco silna, mam długie kończyny. Jeśli tylko dam radę zmierzyć się z własną psychiką, nie ma powodów dla którego miałabym tego szlaku nie przejść.
Cieszę się, że wybrałam się na Aonach Eagach po raz drugi. Zwłaszcza dlatego, że pozwoliło mi to dojść do takich, a nie innych wniosków.

Bardzo dobra mapka, przy czym my schodziliśmy ze Sgurra nam Fiannaidh ścieżką prosto do Clachaig Inn, nie zaznaczoną na mapie (cieńsza fioletowa linia nie reprezentuje drogi).
Komplet zdjęć tu: >>LINK<<

The Saddle


Nr 14, The Saddle

Wymowa: ang.

Znaczenie nazwy: siodło

Wysokość: 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 121.

Data wejścia: 13.07.2008

Już od dawna korciła nas Glen Shiel, słynne skupisko 21 munrosów. Glen Shiel położona jest ok. 60 mil za Fort William, więc kiedy wybraliśmy się tam na weekend, postanowiliśmy wreszcie się z nią zapoznać. Za cel wycieczki obraliśmy sobie The Saddle, najbardziej spektakularny szczyt doliny. Rekomendowana trasa obejmuje prócz The Saddle także sąsiedniego munro Sgurr na Sgine, ale nie zdecydowaliśmy się na niego wchodzić. I tak nie zbierzemy wszystkich munrosów, postanowiliśmy więc nie ograniczać się żadną listą i wybierać po prostu co ciekawsze góry – co oczywiście nie wyklucza dalszego liczenia zdobytych munros, bo niby dlaczego.

Przez Glen Shiel biegnie droga A87, dość popularna, ponieważ prowadzi na wyspę Skye (jedyny most). W dolinie znajduje się kilka parkingów, kierujący się na The Saddle powinni wysiąść na tym przed Malagan Bridge (na mapach OS wszystko jest bardzo precyzyjnie zaznaczone), po lewej stronie szosy (jadąc w kierunku Skye). Odchodzą stamtąd dwa szlaki: jeden na Sgurr na Sgine, prostopadle do szosy, i drugi bardziej w prawo, wspinający się na niski wał wznoszący się nad drogą. Tym właśnie idziemy.

Na zdjęciu powyżej widać ten właśnie niski wał utworzony przez dwa wzniesienia bezpośrednio nad drogą. Szlak na przełęcz pomiędzy nimi (to ta po prawej stronie zdjęcia) jest chyba widoczny, choć możliwe że ja po prostu wiem gdzie patrzeć. Zza wału wyłania się z mgły Sgurr nan Forcan.

Na przełęcz wspinamy się bez trudności, łagodnie nachyloną ścieżką. Idzie to dość szybko, a podczas marszu można podziwiać rosnące w oczach Pięć Sióst Kintail po przeciwległej stronie szosy.

Dopiero z przełęczy otwiera się widok na The Saddle. Na zdjęciu poniżej jest to szczyt po prawej od Sgurra nan Forcan, najwyższego na fotce punktu masywu. The Saddle jest nieco w głębi, dlatego wygląda na niższy.

Z przełęczy Sgurr nan Forcan prezentuje się o wiele efektowniej niż nasz szczyt docelowy i trudno uwierzyć, iż to nie on jest najbardziej honornym szczytem Glen Shiel. Tymczasem sytuacja wygląda tak, że Forcan stanowi po prostu drugi najwyższy punkt spektakularnej grani, której kulminacją jest The Saddle. Forcan nie ma nawet statusu munro ze względu na zbyt małą wybitność.

Five Sisters of Kintail

Za przełęczą kawałek pokonujemy po względnie płaskim, po czym zaczynamy bezpośrednią wspinaczkę na Forcana.

Jakkolwiek wspinaczka istotnie w wielu momentach polega tu na wspinaniu zamiast wchodzeniu, trudno nie jest. Przyznam, bałam się co mnie czeka (opis w The Munros brzmiał trochę podejrzanie), ale niepotrzebnie. Forcan jest naprawdę łatwy do zdobycia, choć oczywiście należy zachować ostrożność, tym bardziej że szlak jest miejscami eksponowany.

Glen Shiel, widok w kierunku wschodnim

Z początku napotykamy trochę łatwych nachylonych ścianek, dalej na kilkudziesięciumetrowym odcinku grań się wypłaszcza (z tego punktu wreszcie widać szczyt) po czym ponownie spiętrza – wyraźną stromą ścieżką plus skałami wbijamy się na wierzchołek Forcana.

Płaski odcinek grani przed Forcanem

Cały czas prowadzi nas ścieżka biegnąca to po ostrzu grani, to z jej prawej strony. Na ogół jest wyraźna ale czasami na moment ginie, należy wtedy zachować szczególną ostrożność.



Na szczycie Sgurr nan Forcan, na drugim planie dwuwierzchołkowe The Saddle

Dopiero z Forcana staje się oczywiste, dlaczego The Saddle nazywa się tak a nie inaczej: drugi wierzchołek, o wysokości identycznej z pierwszym, prostopadły do naszej grani i przez to jak dotąd niewidoczny, tworzy ze swoim bliźniakiem faktycznie siodło.

Wreszcie odsłania się też najtrudniejszy odcinek The Forcan Ridge:

Grań pomiędzy Forcanem a The Saddle to wypisz wymaluj Aonach Eagach, tyle że bez najcięższych fragmentów. Gdyby z AE wyciąć wielki komin (ok, nie był trudny, ale robił wrażenie), kilka mniejszych kominków i finałowe trudności, pozostałaby dokładnie Forcan Ridge. Ciężej – acz bez przesady – było mi tylko raz, na kilkumetrowym bardzo stromym zejściu. Co prawda wybraliśmy opcję ścieżkową, którą autor naszej książki uważa za pośledniejszą – wg niego honorowo jest jedynie cały czas po ostrzu grani. Czyli głównie okrakiem, bo tak tam sytuacja wygląda:/

Naprawdę się obawiałam, co mnie czeka, i żałuję że sobie na to pozwoliłam, bo strach odebrał mi wiele przyjemności, a koniec końców okazał się bezpodstawny. Ten szlak naprawdę nie jest trudny. Jedynie eksponowany.

Forcan z Forcan Ridge

Końcowe partie podejścia na The Saddle to już zwykłe wchodzenie, żadnej wspinaczki.

"Siodło" jest szerokie – w rejonie szczytu zmieściły się nawet dwa jeziorka – i od strony wschodniej opada całkiem łagodnie, hardkory występują od zachodu. Na południe i zachód odchodzą długie granie, które wyglądają na dość fajne, z tym że nie ma tam żadnych munrosów.

Grań południowa

Forcan Ridge ze szczytu The Saddle

Schodziliśmy wyraźną ścieżką opadającą z okolic drugiego wierzchołka. Ścieżka biegnie średnio stromo, głównie po trawie. Żadne skały już nas nie czekają. Na relaksie schodzimy na obniżenie pomiędzy The Saddle a Sgurr na Sgine, z którego – UWAGA! – jedyną sensowną drogą, o ile nie wbijamy się na drugiego munro, jest trawers do ścieżki którą wchodziliśmy. Doliną, choć jest to opcja kusząca, schodzić nie ma co. My popełniliśmy ten błąd i zaplątaliśmy się w liczne wąwozy, by wreszcie nadziać się na płot i wędrować wzdłuż niego aż do wysokości parkingu, gdzie napotkaliśmy szlak zbiegający ze Sgurr na Sgine. Opcja energochłonna i niekomfortowa, chyba że ktoś jest fanem jeleni: za płotem sporo tego się pasie (rezerwat jaki czy co?).

Szlak oceniam na ***. Polecam, jeśli ktoś słyszał już o Aonach Eagach i chciałby bezstresowo wczuć się w klimat. Piękna trasa i piękny szczyt. Widoki nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, chyba przez nieciekawą pogodę, choć przyznaję że Pięć Sióstr i generalnie otoczenie Glen Shiel jest imponujące. Wycieczka z tych nienajdłuższych, osobom ambitnym polecam wzbogacenie jej o nieodległy Sgurr na Sgine. Dzikom z kolei sugeruję pokonanie Forcan Ridge non stop po grani, jak to rekomenduje autor The Munros. Mariusz orzekł, iż rzecz nie jest arcytrudna i byłby to w stanie zrobić, ale bez balastu czyli mnie. Balast ustosunkował się do tematu stwierdzając, że nie będzie z tego powodu rozpaczał, albowiem zna swoje możliwości.
Bardzo interesująca i godna polecenia trasa. Więcej zdjęć tu: >>LINK<<

The Cobbler

The Cobbler, czyli Szewc – znany także jako Ben Arthur (w gaelic Beinn Artair) liczy sobie 884m n.p.m., co oznacza iż łapie się do corbetts, nie do munros (ale o korbetach kiedy indziej). Położony w Alpach Arrocharskich, na zachodnim brzegu Loch Lomond, bardzo się odróżnia od swojego urodziwego, ale raczej mało spektakularnego towarzystwa. Jeżeli o Rohaczu Ostrym pisałam, że jest charakterny, to Cobbler nie dość że ma charakter, ma też świra.

Już przed Arrochar zza wału niższych gór wyłania się coś, co wygląda jak żuchwa wielkiego smoka:

Trasę rozpoczęliśmy na parkingu w Glen Croe (Visitor Centre przy drodze A83, nad Loch Long). Odchodzi stamtąd wyraźna, wygodna i dobrze oznaczona ścieżka. Nad parkingiem góruje południowy szczyt Cobblera, Arthur’s Seat:

Tą przyjemną drogą idziemy nieśpiesznie około 20 minut, po czym skręcamy w las. Uwaga – leśna ścieżka na którą musimy odbić jest maleńka i łatwa do przegapienia, dlatego należy mieć oczy otwarte i oczywiście mapę.

Leśnym, wąskim i stromym szlakiem wędrujemy około 40 minut (po drodze niesamowity strumień spadający po przepięknie wyrzeźbionych płytach, plus… koszmarne błoto), by osiągnąć płaskowyż (to nie jest do końca precyzyjne określenie, ale niech już będzie), z którego już bezpośrednio wyrasta Cobbler oraz sąsiedni munro Beinn Narnain. Na wysokości tamy musimy dokonać wyboru: atakować Cobblera od tyłu, podchodząc ciągiem kolejnych garbów, czy wbijać się na przełęcz pomiędzy częścią środkową a szczytem północnym. My wybraliśmy opcję pierwszą, czyli (bo zdaję sobie sprawę, że powyższy opis brzmi jak na razie cokolwiek abstrakcyjnie) wbijanie się na górę od strony lewej.

Szczyt południowy, część środkowa z "Igiełką" (najwyższy punkt masywu), przełęcz z której schodzi szlak oraz szczyt północny

Pod Cobblera podchodzi się dość szybko, teren wznosi się łagodnie więc marsz nie jest męczący, a końcowe stromizny to zaledwie 100 metrów z hakiem. U samego podnóża góry widać już, że 90% włażenia mamy za sobą.

Szczyt południowy jest najniższy, ale najbardziej hardkorowy: piękna i dumna wieża o pionowych, skrzesanych ścianach.

W ogóle piony, przewieszki i urwiska są na Cobblerze fantastyczne:

Na szczyt południowy odważył się wejść tylko Mariusz. Próbowaliśmy wszyscy – ścieżka wchodziła na trawiastą i eksponowaną, ale szeroką galeryjkę, skąd można było zacząć się wspinać kominkami i pęknięciami. Mariusz szybko zniknął nam z oczu, po czym po jakichś trzech minutach rozległo się z góry jego wołanie – kategorycznie zabraniał mi wchodzić za nim. I tak nie bardzo miałam możliwość, ponieważ Kuba utknął nade mną w połowie ściany:P Kiedy już udało mu się zejść, zdecydowaliśmy, że na górę nie ma się co pchać bo nawet jeśli się uda, z powrotem może być kiepsko.

Mariusz zaczyna forsować ścianę, na drugim planie "Igiełka"

W międzyczasie na szczyt wchodziły jakieś typy, ktoś schodził (z asekuracją) – w ogóle ruch był tam spory jak na szkockie góry. Mariusz zszedł – co obserwowałam z napięciem – bardzo sprawnie, ale już na dole oznajmił, że droga jest trudna, parę momentów było typowo siłowych w znacznej ekspozycji, i że mogłabym nie dać rady, a przynajmniej nie tą samą trasą.

Szczyt południowy, na drugim planie Ben Lomond

Na pierwszy wierzchołek nie udało się nam z Kubą wejść, ale postanowiliśmy, że "Igiełki" (piszę w cudzysłowiu bo to nasza nazwa) sobie nie podarujemy.

"Igiełka" jest nawyższym punktem Cobblera, choć z dołu wydaje się, że wysunięte w przód pozostałe szczyty nad nią dominują.

Wejście okazało się nietrudne. Najpierw należało przejść przez okno skalne, potem atakować od prawej. Technicznie do ogarnięcia, ale ekspozycja taka, że – przyznam się – w zejściu miałam przez chwilę problem. Był tam, na samej górze, fragment gdzie właściwie najlepiej byłoby posadzić dupę i przefiknąć obie nogi na drugą stronę: manewr prosty, ale nie nad kilkudziesięciumetrową przepaścią. W końcu udało mi się przejść, ale musiałam w tym celu zrobić praktycznie szpagat, a i tak by nie wyszło gdybym była niższa i miała krótsze nogi.

Powrót przez okno skalne:

Po emocjach "Igiełki" wspięliśmy się na szczyt północny, jedyny z trzech na który droga jest łatwa i raczej bezpieczna. Co nie oznacza bynajmniej, że ta część góry jest mniej spektakularna od pozostałych – poniżej największa chyba przewieszka na Cobblerze:

Szczyt południowy, w dole Loch Long

Cobbler jest naprawdę niesamowity. Pełno głazów o dziwnych kształtach, okien skalnych, dziur (jaskiń?), nie wspominając o wszechobecnych przepaściach. Tak jakby bogowie, którzy stwarzali Arrochar Alpes ostatniego dnia zrobili bibę na okoliczność finału, i w stanie wskazującym postanowili postawić taką właśnie kropkę nad I.

Ben Donich i Beinn an Lochain – prawdopodobnie. W tym rejonie orientuję się jeszcze słabo i mogłam coś pokręcić. Oczywiście jeśli stwierdzę, że jest byk, zweryfikuję!

Beinn Narnain

Zejście z przełęczy nie nastręcza trudności. Po półgodzinie znów jesteśmy przy tamie a dalej – tą samą drogą którą wchodziliśmy, przez błotnisty las.

Cobblera polecam z całego serca, widoki, emocje i przede wszystkim świetna zabawa gwarantowane. Szlak jest krótki, mało forsowny i – pominąwszy najbardziej spektakularne fragmenty w rejonie szczytowym – łatwy. Szczyt południowy Mariusz ocenił na mocne *****, "Igiełce" daję **** przede wszystkim ze względu na ekspozycję. Wrażenia – także, a może przede wszystkim estetyczne – potężne, nawet jeśli ktoś zdecyduje się pominąć oba cięższe momenty.

Cobbler dołączył niniejszym do ścisłej czołówki moich ulubionych gór.