Beinn Mhanach

 

Nr 201, Beinn Mhanach

Wymowa: bin wanah

Znaczenie nazwy: monk’s hill (za wikipedią)

Wysokość: 953m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 211.

Data wejścia: 26.11.16

 

 

Jadąc z Tyndrum na północ ciężko przeoczyć spektakularny widok na piramidę Beinn Doraina o południowych zboczach opadających w malowniczą dolinę Auch Glen, którą przecina wiadukt kolejowy. Widok highlandzki z tych najbardziej klasycznych. Gdzie w tym wszystkim Beinn Mhanach? Ano, jest to taka sobie kopka na trzecim planie widoczna w głębi wspomnianej doliny. 

Zjechaliśmy kawałek w kierunku Auch Estate (jest znak) i zaparkowaliśmy na skraju mijanki dla ciężarówek. Kiedy miniemy Estate ta sama droga będzie nas prowadziła już do końca, więc problemów z nawigacją być nie powinno, przynajmniej zanim rozpocznie się włażenie do góry.

Poranek:

Wiadukty są dwa. Linia kolejowa ciągnie się dalej przez Rannoch Moor (przez środek którego nie ma żadnej drogi, A82 jedynie ścina skrawek), by przez z kolei Glen Spean osiągnąć Fort William, a potem Mallaig. Mariusz kiedyś się tak przejechał do FW, ja jeszcze nigdy.

Masyw Beinn Mhanach wygląda jak cycki ewentualnie wypięta dupa składa się bowiem z dwóch kop połączonych płytką przełęczą. Bliższa kopa to Beinn a’Chuirn która munrosem nie jest, ma bowiem tylko 923m n.p.m.

W dolinie jedynym problemem był potok Kinglass, który meandruje niczym Mississipi i trzeba było go przekraczać około ośmiu razy. Nalało mi się do butów i pierwsze wyjście tej zimy zaliczyłam na mokro, co w skarpach jeszcze mi się nie zdarzyło :/

Poniżej wyłaniający się w tle Ben Lui:

Przez Auch Glen idzie się poza tym przyjemnie, teren wznosi się prawie niezauważalnie ale jednak widać, że zyskujemy wysokość. 

Beinn Dorain (nasz pierwszy munro!) i Beinn an Dothaidh:

Na Beinn Mhanachu ścieżek próżno szukać. Poszliśmy tak jak nakazywała logika: po osiągnięciu sporego żlebu którym spływał strumień, zaczęliśmy włazić jego prawym ograniczeniem. A dalej to już tak jak było najwygodniej ze względu na ukształtowanie terenu oraz oblodzenia.

Osobiście zawsze fascynował mnie korbet Beinn nan Fuaran (kopulasty szczyt na zdjęciu), o którym zresztą przez długi czas sądziłam iż to właśnie jest Beinn Mhanach. Niestety sam Beinn Mhanach niczym się nie wyróżnia jeśli chodzi o linie.

Zbliżenie na Ben Lui, jedną z moich ulubionych gór chociaż byłam tam tylko raz:

W tle Beinn Dorain, z którego niczego nie widzieliśmy a mimo to wycieczka utwierdziła nas w postanowieniu że będziemy eksplorować Highland:

Jak widać, trochę śniegu było. Póki co niewiele i mokry, przepadający, trochę lodu. 

Zbliżenie na Koronę czyli Cruachana z satelitami. To góra na którą trzeba będzie jeszcze wejść, tylko tym razem zamiast trawersu całej podkowy zaliczyć przedwierzchołek po prawej.

Kiedy zbocze zaczyna się kłaść oznacza to że jesteśmy blisko szczytu. Może i Beinn Mhanach jest wyjątkową kapustą ale widoki z niego są zacne. Tu w centrum widać grupę Lawersa:

Tu natomiast Ben Nevisa i The Mamores (czy jest w Highlandzie jakiś munros z którego nie widać Ben Nevisa?):

A poniżej Shiechallion i sąsiadujące z nim, a niedawno przez nas zaliczone munrosy.

Podziwiać można było także Rannoch Moor, grupę Ben Aldera, wypatrzyłam nawet Drumochtery chociaż to naprawdę była sztuka bo ciężko o większe naleśniki. 

Uwielbiam światło o tej porze roku.

Zeszliśmy w drugą stronę, w dolinkę pomiędzy Beinn a’Chuirn a wspólne zbocza Beinn Achaladaira i Beinn an Dothaidh, od pewnego momentu drogą która zbiega do Auch Glen. Ścięliśmy w ten sposób nieco odległości tak że powrotny marsz doliną był nieco krótszy niż rano.

Wycieczka była przyjemna ale odczułam ją jako pewne obniżenie standardów – pomijając Mount Keen które miało być pojedyncze żeby dobić do numeru 200, ostatnimi czasy robiliśmy raczej trzy- i czteromunrosówki. Oczywiście narzekam dla sportu bo wybór trasy był gruntownie przemyślany i odpowiedni na obecne krótkie dni. 


Beinn Dubhchraig i Ben Oss


Nr 101, Beinn Dubhchraig; nr 102, Ben Oss

Wymowa: ben dubhkreig; ben os

Znaczenie nazwy: hill of the black crag; hill of the loch-outlet (za MunroMagic)

Wysokość: 978m n.p.m.; 1029m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 175.; 101.

Data wejścia: 23.02.13


Po raz kolejny wybraliśmy się w niedalekie okolice, tym razem zaliczyć dwoje sąsiadów jednej z najpiękniejszych gór w rejonie, Ben Lui. Beinn Dubhchraig i Ben Oss o wiele rzadziej pojawiają się na zdjęciach w kalendarzach i przewodnikach, ale przyszedł czas i na nie i już na wstępie mogę zdradzić, że są to góry warte odwiedzenia!

Start z parkingu w Dalrigh, tuż przed Tyndrum, tego samego z którego idzie się na Ben Lui. Na sąsiadów należy skręcić w lewo (patrz mapka).



Warunki pogodowe były smętne i pocieszaliśmy się tylko prognoza niezawodnego BBC Weather, mówiącą że po 12 się przetrze i będzie lampa. Nie zanosiło się na to jednak w najmniejszym stopniu i nadzieje mieliśmy, ale bardzo średnią.

Jeśli podobnie jak ja nie lubicie tego typu mostków, polecam moja opcje – odbicie w lewo (tj. tak żeby rzekę mieć po prawej) – jeśli akurat nie było jakichś większych opadów, po ok. 100 – 150 metrach będzie bród. Za rzeką należy kontynuować ścieżką biegnącą jej prawym brzegiem (jest i druga, którą poszliśmy i doszliśmy, ale nieco dłuższa).

Image Hosted by ImageShack.us

Potem czeka nas marsz bardzo ładnym sosnowym lasem, który wygląda jak przeniesiony z Cairngormsów. 

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy wyszliśmy ponad granicę lasu, faktycznie pogoda zaczęła się jakby poprawiać. Na entuzjazm było jeszcze za wcześnie, ale z tą świadomością szlo się zdecydowanie lepiej.

Image Hosted by ImageShack.us

Marsz stopniowo stromiejącymi, lecz wciąż połogimi zboczami wyprowadza na niewielką równię pod szczytem Beinn Dhubchraig. Stamtąd po raz pierwszy odsłania się Ben Lui, na którym przechodziliśmy piękną trasę "The Gaothach Circuit" >>LINK<<:

Image Hosted by ImageShack.us

Stojąc na tej równi mieliśmy dylemat. Wyglądało na to, że na Ben Ossa jeszcze sporo podchodzenia, bo przełęcz pomiędzy munrosami wyglądała na głęboką. Wiec zastanawialiśmy się – czy na razie pominąć szczyt Beinn Dubhchraiga i uderzać na Ben Ossa póki mamy jeszcze energię, a szczyt zaliczyć wracając, ze świadomością ze to ostatni wysiłek wiec nie ma opcji żeby zrezygnować? A może jednak pominąć tym razem Ben Ossa w ogóle? Nie jesteśmy szybcy, dni wciąż jeszcze nie są bardzo długie, ja na drugi dzień do pracy. W końcu zdecydowaliśmy że jednak zaliczamy wierzchołek pierwszego munro żeby na 100% mieć jednego zrobionego, i potem decydujemy co dalej.

Z równi na szczyt jest kawałek stromszego podejścia, ale już niedługi. To co wydaje się wierzchołkiem w rzeczywistości jest początkiem grani szczytowej.

Pogoda poprawiała się przez cały czas i kiedy osiągnęliśmy najwyższy punkt Beinn Dubhchraiga  była już przepiękna:


Największe wrażenie robił widok na Loch Lomond i Alpy Arrocharskie:

Image Hosted by ImageShack.us

Po ponownym zejściu na równię zdecydowaliśmy że kontynuujemy na Ben Ossa. Na tle błękitnego nieba po prostu zapraszał:

Image Hosted by ImageShack.us

Zejście na przełęcz jest strome i starałam się nie myśleć o tym, że będę się jeszcze musiała na nią wspinać w drodze powrotnej…

Na Ben Ossa też miejscami było dość męcząco – ukryta pod śniegiem ścieżka zapewne prowadzi zygzakami, my jednak szliśmy jak najprościej (po raz pierwszy tej zimy raki naprawdę się przydały!).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na Ben Lui natomiast miała miejsce akcja ratunkowa. Wyglądało to tak, że ktoś wysypał się do głównego kotła, który jest popularnym celem zimowej wspinaczki. Albo wspinał się i coś poszło nie tak, albo powtórzył wyczyn naszego kolegi (ponownie, >>LINK<< do wycieczki) i zjechał do kotła – w tym drugim przypadku finał byłby raczej smutny:

Image Hosted by ImageShack.us

Lubię to zdjęcie, pięknie oddaje ogrom góry:

Image Hosted by ImageShack.us

Helikopter najpierw siedział na grani, potem zaczął krążyć:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na wierzchołku Ben Lui też obserwowano, co się dzieje:

Image Hosted by ImageShack.us

Helikopter zawisł nad kotłem i ratownicy wciągali poszkodowanego na pokład:

Image Hosted by ImageShack.us

Zakładam, że nic poważniejszego się nie stało bo raczej byłoby o tym coś w prasie – o wypadkach górskich tej zimy pisało się sporo.

My zaś cisnęliśmy. Było ciepło, bezwietrznie, idealny śnieg – wchodziło się wspaniale. Stanowczo zrobilibyśmy duży błąd rezygnując z drugiego munrosa.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na wierzchołku nie zabawiliśmy długo, ponieważ czekał nas powrót tą samą trasą (z pominięciem wierzchołka Beinn Dubhchraiga) – czyli tak naprawdę byliśmy dopiero w połowie drogi.

Image Hosted by ImageShack.us

Podchodzenie z przełęczy na równię faktycznie dało nam w kość. Z Ben Ossa można co prawda zejść do Glen Cononish ale żaden z naszych przewodników nie poleca tej opcji. Wracając przez Beinn Dubhchraiga mimo wszystko jest dużo krócej.

Widok z równi na to, co wydaje się być wierzchołkiem (w rzeczywistości do wierzchołka jeszcze drugie tyle):

Image Hosted by ImageShack.us

Męczący powrót osładzały widoki, poniżej ten wyższy to Beinn Dorain:

Image Hosted by ImageShack.us

Do samochodu doszliśmy kiedy jeszcze było jasno, ale dosłownie w ostatniej chwili.

Wycieczka zakończyła się sukcesem, nie ulegliśmy pokusie odpuszczenia sobie i zrealizowaliśmy plan. Było rewelacyjnie, trasa mimo łatwości zdecydowanie nie należała do nudnych, ogólnie – dawno się tak dobrze nie bawiłam w górach!


Ben Challum


Nr 96, Ben Challum

Wymowa: ben kalum

Znaczenie nazwy: Malcolm’s hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1025m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 161.

Data wejścia: 01.12.12

Ben Challum leży w tym samym rejonie co cele naszych kilku poprzednich wycieczek. Dzień jest tak krótki, że ograniczamy się po prostu do tego, co najbliżej domu, czyli okolic Crianlarich – Tyndrum – Killin. Jest tu jeszcze multum munrosów, w większości niespecjalnie charakternych, za to bardzo widokowych. Który to opis zresztą pasuje jak najbardziej do Ben Challuma.

Góra wznosi się dokładnie nad Tyndrum (to to zbocze nad parkingiem koło Green Welly Stopu), ale z szosy prezentuje się jako niski nieciekawy wał, co wynika z tego że wyższe partie cofnięte i tylko na odcinku tuż za Crianlarich przez jakiś czas ukazuje się przedwierzchołek.

Ok. 2 mili przed Tyndrum jest niewielki parking. Należy się z niego cofnąć kilkadziesiąt metrów i skręcić w lewo ładną drogą.  Można nią też kawałek przejechać i zaparkować za mostem, wiele nie zaoszczędzimy ale zawsze coś.

Droga przecina zabudowania farmy, potem tory kolejowe, a potem, gdy teren zaczyna się bardziej podnosić, skręca mocno w lewo. Innej nie widać, ale teraz już wiem, że powinniśmy skierować się raczej w prawo, tak jak najwygodniej prowadzi teren, by wyjść na ramię góry. Prosto też można ale i tak w końcu trzeba będzie w to prawo odbić. Cały myk polega na tym że bardzo długo nie widać szczytu więc nie ma punktu odniesienia na który się kierujemy. Spróbuję dobrze oddać na mapce to, czego być może nie umiem jasno wytłumaczyć ;P

Widoki rozwalają. Nam jeszcze trafił się przepiękny poranek.

Ponad Glen Cononish, Ben Lui i korbet Beinn Chuirn:

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy w końcu ukazuje się wierzchołek (zaraz zresztą zniknie), wygląda to tak (wierzchołek to ten dalszy):

Image Hosted by ImageShack.us

Jak widać, ostrych podejść brak. Wkurza tylko monotonia początkowych partii drogi i to że przez dłuższy czas prawie nie zyskuje się wysokości.

Image Hosted by ImageShack.us

Ben More oraz cel naszej poprzedniej wycieczki, Stob Binnein:

Image Hosted by ImageShack.us

A tam w tle to chyba Cruachan:

Image Hosted by ImageShack.us

Poniżej w centrum za to niewątpliwie widnieje Beinn Dorain. Zawsze miałam do tej góry słabość – nasz pierwszy munro!! – ale już zupełnie ją kocham odkąd na szczycie Stuchd an Lochain utarłam nosa wymądrzającemu się tubylcowi, który próbował się popisać swą wątpliwą znajomością topografii ale pechowo trafił (tu wstawić mój złowrogi chichot).

Image Hosted by ImageShack.us

Gościa w króciaczkach komentować nie ma co, muszę jedynie pamiętać żeby pokazać go naszemu Kubie. Kuba kocha krótkie spodnie i nawet jesiennego, zimnego i deszczowego Scafell Pike’a zdobywał w swoim czasie w stup-nie-tutach ze skinotexu. Ciekawa jestem, czy po obejrzeniu przez niego tych zdjęć usłyszę "Challenge accepted!" czy jedna uzna wyższość tego anonimowego wędrowca.

Image Hosted by ImageShack.us

Po pierwszym nieco ostrzejszym podejściu osiągamy przedwierzchołek. Nareszcie widać gdzie dokładnie idziemy. Oba wierzchołki są prawie tej samej wysokości, rozdzielone płytką przełęczą:

Image Hosted by ImageShack.us

Ze szczytu odsłania się widok na Glen Lochay:

Image Hosted by ImageShack.us

Było masakrycznie zimno. Na wierzchołku zostaliśmy przez jakiś kwadrans, bo jednak nie dało rady tak od razu zejść, było za ładnie. Ludu pełno. Nic dziwnego – sobota, piękna pogoda, krótki i łatwy cel, blisko do Tyndrum gdzie można coś wszamać po wycieczce (jako i my uczyniliśmy).

Przedwierzchołek z głównego:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

I na szczycie naszego 96. munro:

Image Hosted by ImageShack.us

Powrót tą samą drogą.

Na Challuma podobno fajna jest trasa od zada strony, przez Glen Lochay, ale że dłuższa, woleliśmy pójść po najmniejszej linii oporu. Wycieczka faktycznie idealna na tę porę roku. Góra niby niepozorna, ale w śniegu – piękna. Ogólnie miodzio. Nawet zakwasy miałam raczej symboliczne ;D

Mapka będzie ASAP.

Ben Lui

 
Nr 53, Ben Lui (Ben Laoigh)

Wymowa: ben lui

Znaczenie nazwy: hill of the calf

Wysokość: 1130m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 28.

Data wejścia: 12.12.09

Ben Lui bardzo nas zainspirował oglądany z Ben Vorlicha. Postanowiliśmy wejść na niego trochę mniej standardowo, granią rekomendowaną w Scotland’s mountain ridges. Wyczytałam tam że w warunkach zimowych jest to trójkowy scrambling (0+) – podkreślam, w zimowych, czyli latem spacer; i że warto go zrobić jako właśnie jako wstęp do scramblingów w zimie.

Samochód zostawiamy kawałek przed Tyndrum (patrz mapka) i maszerujemy ani długo, ani krótko przez Glen Cononish. Nasz cel ukazuje się bardzo szybko.

Nasza trasa, The Gaothaich Circuit, miała być pętlą okrążającą głęboką misę Coire Gaothaich.



Podchodzenie zaczęło się po przekroczeniu rzeki. Wymagało to pewnej ekwilibrystyki, jako że kamienie były totalnie zalodzone, co nie powiem, zaniepokoiło mnie. Nie miałam ochoty napotkać lodu na grani.

Za potokiem zaczęliśmy wbijać się pod górę, korzystając z wyraźnej ścieżki, aż osiągnęliśmy próg kotła i zarazem granicę śniegu. Stąd należało się przedostać na grań. Tu już ścieżki nie było, a jeśli nawet, to i tak ginęła pod śniegiem. Wchodziliśmy po swojemu i już to pierwsze podejście okazało się na tyle strome, że postanowiliśmy zaprzyjaźnić się z rakami i czekanami.

Dwoje z naszej grupy jako nie mający na nogach raków waliło bezpośrednio granią, po odsłoniętych skałach. Reszta zawzięcie wypróbowywała zimowy ekwipunek na połogim zboczu poniżej. W moim przypadku chodziło nie tyle o zabawę, ile o to, że w rakach na skale czuję się jeszcze bardzo niepewnie.

Po drodze Mariusz inteligentnie upuścił mapę, którą na szczęście udało mi się przechwycić, jako że znajdowałam się kilka metrów pod nim. Odnotowuję, bo on wypomina mi wielkanocne zgubienie mapy w Glencoe do dziś ;P

Dwa fragmenty trasy były bardzo strome i to ich tyczy się zimowa scramblingowa wycena 3. Najpierw trzeba było się kawałek wspiąć, co latem nie byłoby niebezpieczne – przepaści tam nie ma, w najgorszym wypadku spadło by się z kilku metrów – w zimie jednak szansa zatrzymania się na zaśnieżonym stoku jest już mniejsza, więc trzeba było uważać. Nie czułam się pewnie scramblingując po skale w rakach, na szczęście panowie pomogli. Dorota też potrzebowała pomocy – ona z kolei, nie mając raków na nogach, obawiała się śniegu i lodu cienką warstwą zalegającego na skalnych stopniach. Jednym słowem, na baby nie ma mocnych :/

Drugi ciekawy moment był technicznie (dla mnie) prostszy bo zalegało tam dużo więcej śniegu, ale należało strawersować stromą rynnę sprowadzającą na sam dół, co było ciut deprymujące.

Osiągamy wypłaszczenie powyżej pierwszej trudności:

Z wypłaszczenia na wierzchołek już niedaleko – był to niewątpliwie, razem z partiami szczytowymi, najpiękniejszy odcinek trasy.


Przed samym wierzchołkiem teren trochę się spiętrza i gdzieś tam znajduje się wylot wspomnianej rynny, z dołu niewidoczny bo jest po drugiej stronie grani.

Było tak cudnie, że nie wiedzieliśmy co fotografować. Morza mgieł skutecznie zasłaniały widoki, pozwalając tylko najwyższym górom odsłaniać wierzchołki, ale coś za coś: klimat był baśniowy, a chmury tworzyły formacje nie mniej efektowne od gór.

Widok z partii podszczytowych na drugi, niższy wierzchołek:

Narada przed forsowaniem rynny (znów te baby, w tym wypadku Dorota):

Jak wspomniałam niewiele było widać ale euforia była pełna:

Partie szczytowe Bena tworzą podkowę, z jednej strony wypuszczającą dość strome, ale jak najbardziej do zejścia zbocze, z drugiej obrywającą się do Coire Gaothaich. Wchodząc, obserwowaliśmy dwójkę turystów pnących się direttissimą przez środek kotła, i do celu dotarli bardzo szybko… Świetnie to wyglądało i zazdrościliśmy im, ale wobec mikrego zimowego doświadczenia i braków sprzętowych nie było się po co tam pchać – nie tym razem.

Podczas zejścia rozdzielilismy się – ja chciałam schodzić opcją najoczywistszą, granią wprost, ale że Dorota obawiała się stromizny (przy braku raków w pełni zrozumiałe) eskortowana przez kolegów schodziła wysuniętym na zachód łagodniejszym zboczem. Nasze drogi miały się przeciąć na dole przy potoku. Nam zejście upłynęło bez przygód, czego nie można powiedzieć o reszcie grupy. Kolega Przemek, chcąc tuż przy krawędzi uskutecznić dupozjazd, został ściągnięty na bok, przeleciał przez krawędź i zniknął. Kiedy objawił się ponownie przerażonym obserwatorom, okazało się że zjechał na samo dno kotła. Szczęśliwie nic mu się nie stało, ale potwierdza się że choć dupozjazdy rzecz fajna, pomyśleć czasem trzeba.

Reszta wycieczki, tj. zejście i wspólny powrót przez Glen Cononish, na szczęście nie obfitowała w dramatyczne wydarzenia. Ustaliliśmy, że wszystkim ogromnie się podobało, tak ze względu na znakomite warunki, jak i trasę samą w sobie, a Marcin odkrył że jego przeznaczeniem jest czekanowspinaczka 😉 Góra jest świetna, z Pasa Centralnego wciąż blisko, możliwości wejścia dużo, nie tylko naszą opcją bynajmniej – jeśli ktoś jeszcze nie wie, jaki cel wybrać na krótki zimowy dzień, Ben Lui jest bardzo fajną propozycją.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<