Przymiarka do Lodowego / Baranie Rogi

Kolejnych parę dni spędziliśmy w Schronisku Tery’ego w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich w słowackiej części Tatr. Byliśmy, pod zgubnym wpływem pewnego forum, nastawieni na chodzenie poza szlakami znakowanymi. Na Słowacji na przeważającą większość szczytów wolno wbijać się tylko z przewodnikiem, za słoną opłatą. Jednak kto się orientuje w topografii, może sobie organizowania przewodnika oszczędzić.
Szlaków offroadowych nie będę opisywać tak precyzyjnie jak znakowanych, bo raz, że nie wiem czy umiałabym, a dwa, bo to nielegal 😉

Pierwszego dnia postanowiliśmy zdobyć Lodowy. Skończyło się na osiągnięciu grani, gdzie powiedziałam pas. Nie miałam w zasadzie racjonalnych powodów, owszem pogoda była słaba, ale nie lało ani nie było burzy. Po prostu zwyczajnie scykorzyłam, po części z powodu mgły, po części dlatego że naczytałam się o Lodowym Koniu. Tu mała dygresja: zaczęłam zwracać baczniejszą uwagę na sposób, w jaki opisuję trudności pokonywanych tras. Nie chcę, żeby z powodu mojej pisaniny ktoś zrezygnował ze swoich planów, więc staram się być tak obiektywna, jak tylko to możliwe.

Biorąc pod uwagę co przeszliśmy w późniejszych dniach myślę, że gdyby wycieczka na Lodowy zaplanowana została na koniec pobytu w Tatrach, doszła by do skutku. I dojdzie w przyszłym roku mam nadzieję.

Kilka zdjęć:

Lodowy

Pośrednia Grań

Widok na Terinkę

Na grani

Następnego dnia ze znajomymi z forum wybraliśmy się na Baranie Rogi. Chłopaki chcieli na Pośrednią Grań, ale że lało, wybrali łatwiejszy cel. Tutaj wielkie podziękowania dla nich, że nas tam zaprowadzili, pomimo iż byli tam już, trasa nie stanowiła dla nich żadnego wyzwania a w dodatku pogoda była psia.

Baranie Rogi zdjęte poprzedniego dnia:

Trasa od Terinki jest krótka i nietrudna, ale fajna. Prawie na całej długości scrambling, powiedziałabym że dwójkowy. Właziliśmy w potokach wody, a szło sprawnie, nawet się specjalnie nie ślizgaliśmy. Niestety, widoków tego dnia nam oszczędzono.

Do Baraniej Przełęczy trasa jest oczywista, wyżej już trzeba uważać jak się idzie, bo szeroki taras szczytowy Baranich Rogów jest popodcinany urwistymi ścianami.



Szczytowanie:

Obie wycieczki, niezależnie od rezultatu, dużo mi dały. Przede wszystkim mam zamiar uprawiać straszliwy i zbrodniczy proceder chodzenia poza szlakiem i nie mam zamiaru wdawać się w dyskusje z nikim, kto uważa że to niewłaściwe.

Orla Perć (odcinek Zawrat – Kozi Wierch)

W tym roku wreszcie odważyłam się dokończyć OP (zeszłego lata przeszliśmy odcinek Granaty – Krzyżne, >>LINK<<). Pogoda nie mogła trafić się lepsza, więc wszelkie wymówki odpadały. Z Murowańca wyszliśmy około siódmej, dzięki czemu podczas całej trasy spotkaliśmy zaledwie kilkanaście osób. Piękne słońce, sucha skała, brak zatorów – nawet nie marzyłam o takich warunkach, ale jak widać, zdarzają się.

Poszłam za radą Mariusza i starałam się używać łańcuchów tylko tam, gdzie było to naprawdę konieczne. W rezultacie na Zawrat, a potem Mały Kozi Wierch, udało mi się wejść bez korzystania z nich (ok, może raz czy dwa). Zawrat tylko po skale jest łatwiejszy! Jeśli nie ma ślizgawicy, zdecydowanie polecam samodzielne wyszukiwanie chwytów, łańcuchy w paru miejscach tylko komplikują nietrudną przecież drogę.

Z Zawratu na Mały Kozi szlak wiedzie po grani – wbrew pozorom, na Orlej wielu takich miejsc nie ma, głównie się trawersuje. Odcinki graniowe są najbardziej widokowe:

Wierzchołek Małego Koziego:

Jak na razie, trudności są niewielkie, za to efektowność pierwsza klasa.

Pierwszym cięższym miejscem jest Żydowski Żleb, czyli Honoratka. Mnie sytuację ułatwił fakt, iż choć jest tam gdzie się sturlać, nie ma lufy jako takiej. Honoratką niestety się schodzi, ale nie ma dużego problemu z wyszukaniem dobrych stopni.

Dalej bez większych trudności, acz ubezpieczenia są porozpinane na gęsto. Znów mamy trochę grani, ściana Zamarłej robi spore wrażenie. Na szerokiej Zmarzłej Przełęczy można wygodnie odpocząć. Wyznam szczerze, że bardzo chciałam żeby ten odcinek się jak najszybciej skończył, wiedząc, że jego zwieńczeniem jest słynna drabinka do Koziej Przełęczy. Nie byłam pewna, jak zareaguję na lufę, i wolałam mieć już to za sobą.

Drabinka jest efektowna, i owszem. Kiedy na nią weszłam (co wbrew pozorom nie stanowi najmniejszego problemu, jeśli nie myśleć o ekspozycji, a o szerokiej półce na którą zejdziemy), trochę latały mi łydki na pierwszych szczeblach, ale poszło normalnie. Póła zejściowa jest rozmiaru stolika do kawy, trzeba być na konkretnej bani żeby w nią nie trafić.



Drabinka nie sprowadza na samą przełęcz, trzeba jeszcze kawałek zejść. Zaraz za przełęczą miejsce, które pamiętałam z przeprawy przez KP sześć lat temu (na tym krótkim odcinku żółty szlak z Gąsienicowej do Piątki biegnie bowiem równolegle do Orlej) – wyślizgana p
ółka, gdzie łańcuchy się bardzo przydają. Nie mam zamiaru żadnych miejsc demonizować, żeby ktoś się tak jak ja potem nie naczytał i nie szedł zestrachany – po prostu, trzeba trochę bardziej uważać i już. Fakt, nie wiem jak przy mokrym, ale jakby co zawsze można względnie łatwo zejść na Halę.

Wejście na Kozie Czuby trochę męczy, jest to chyba najdłuższy odcinek podejściowy na OP.



Drabinka z dystansu. O dziwo, tego przechylenia się nie czuje:

Grań Kozich Czub jest jednym z tych fragmentów, o których naczytałam się niestworzonych rzeczy. Tymczasem nie pamiętam, żeby to miejsce było jakieś wybitnie trudne czy przerażające. Szlak jest wytrasowany tak, że w bardzo niewielu miejscach biegnie tuż obok przepaści. Znów, przy suchym powinno być ok.

Podejście na Kozi z Czub przedstawia się nieco hardkorowo, ale wiedziałam, że jeśli przejdę Kozią Przełęcz Wyżnią, to już nie mam czego się bać. Kozia Wyżnia budziła mój największy respekt, jest zresztą na ogół wymieniana jako najtrudniejszy fragment OP.

Istotnie, dla mnie też okazała się najcięższa. Skojarzyła mi się z kominkiem pod Orlą Basztą, w którym rok temu miałam problem – pionowe zejście, gdzie stopnie są malutkie i szuka się ich, macając na oślep. Poszło sprawnie, ponieważ Mariusz (on nie miał tam żadnych kłopotów, ale szedł z wyraźnie większą uwagą i było to jedno z nielicznych miejsc gdzie pomagał sobie łańcuchami) podpowiadał mi, gdzie stawiać nogi. Nie demonizuję, przejść się da, tyle że przy bardziej wytężonej koncentracji.

Na podejściu na Kozi stres ze mnie zszedł, wiedziałam już że najgorsze mam za sobą. Komin, którym wchodzimy, jest tak genialnie urzeźbiony, że w górnych partiach nawet nie zamontowano ułatwień, nie są potrzebne. Tej pionowości też się za bardzo nie czuje. Trudności bardzo podobne jak w wejściu na Kozie Czuby, tyle że sam odcinek nieco krótszy.

Widoków z Koziego nie będę dawać, bo to przesunięta i wzbogacona panorama z Krzyżnego. Warto zrobić tu dłuższy postój. Dzięki temu, że wciąż jeszcze było relatywnie wcześnie, szczyt dzieliliśmy zaledwie z dwiema osobami 😀

Odcinek od Koziego do Przełączki nad Dolinką Buczynową przechodziłam już parokrotnie, więc miałam luz. Trudności na tym etapie nie ma żadnych, niestety widokowo bez rewelacji, bo trawersujemy grań. Widziałam wchodzącą na Kozi od Piątki nietypową parę – ona szła z pełną asekuracją, on pomagał. Nie mam absolutnie zamiaru kpić, zwłaszcza że ze mnie samej żaden wymiatacz, ale ten widok mnie zaskoczył. No i szacun dla babki, że przy takim strachu jest na tyle zdeterminowana, żeby w góry jednak chodzić. Skądś to znam;)

Ze względu na narastające zmęczenie zdecydowaliśmy się schodzić pierwszą dostępną możliwością, czyli Żlebem Kulczyńskiego. Jak dotąd tylko nim wchodziłam, kupę czasu temu, i byłam ciekawa, czy okaże się tak trudny jak zapamiętałam. Bać się już nie bałam, wiedząc że skoro przeszłam Orlą, to i z Kulczynem sobie poradzę.

Dość upierdliwa jest górna część Żlebu, stroma i krucha. Można ją pokonywać pionowo, ale ja wolałam jednak siadać tyłkiem na skale. Część ubezpieczona, sporo krótsza, wymaga większej koncentracji ale jest przyjemniejsza. Przynajmniej idziemy po solidnej skale, a dzięki żelastwu trudności nie odbiegają od tych z Honoratki na przykład. W jednym miejscu szlak jest ciut mylny, mało brakowało a Mariusz wpakował by się tam w dupę – podobno jest tam gdzieś nawet narysowana czacha, ale nie zauważyłam. Generalnie wystarczy uważać, którędy biegną łańcuchy, nawet jeśli z nich nie korzystamy.

Od wyjścia ze żlebu do Murowańca jeszcze spory kawałek, ale to już spacer.
Moje wnioski po Orlej są takie:
– szlak jest bardzo męczący, niemniej głównym problemem nie jest jakość trudności (które tylko w kilku miejscach są znaczniejsze), ale ich nagromadzenie;
– mity o straszności drabinki należy wykasować sobie z głowy, przejść ją jest w stanie każdy bez fobicznego lęku wysokości;
– dwa subiektywnie najtrudniejsze miejsca to zejście do Koziej Wyżniej i p
ółka za Kozią Przełęczą, acz w dobrych warunkach wystarczy tam wzmożona koncentracja;
– szlak jest o wiele mniej lufiasty niż się spodziewałam;
– Orla jest absolutnie przepiękna 🙂
Jeśli ktoś tak jak ja i chce, i boi się, niech najpierw wypr
óbuje dojściówki: przeprawi się przez Kozią Przełęcz i wejdzie Kulczynem. Dają o wiele pełniejszy obraz trudności na tym szlaku niż polecane zazwyczaj Granaty.

Całość, od razu z Kościelcem: >>LINK<<

Kościelec


Na Kościelcu byłam wcześniej dwa razy, i powiem szczerze że wielką fanką tego szczytu nie jestem (dlaczego, napiszę dalej). Nie sposób jednakowoż odmówić mu pewnych zalet. Przede wszystkim szlak turystyczny z Murowańca jest bardzo krótki, idealny na rozruszanie. Poza tym, w schronisku byliśmy koło 15, a dało się i obiad zjeść, i bez pośpiechu go ogarnąć.
Spod Muro kierujemy się nad Czarny Staw Gąsienicowy, skąd odbija ścieżka na grań Małego Kościelca. Granią (ładnie widać z niej całą Halę Gąsienicową) drepczemy na przełęcz Karb i z Karbu rozpoczyna się już podchodzenie właściwe północnym zboczem.
Kościelec od północy najostrzej wygląda z rejonu schroniska:



Im dalej, tym bardziej jednak łagodnieje:

Droga to głównie chodnik, plus kilka miejsc łatwego dwójkowego scramblingu, a także trochę gładkich płyt, które jak się domyślam są paskudne przy oblodzeniu.

Wchodzenie nie trwa długo, wysokość zyskuje się bardzo szybko. Poniżej grań Małego Kościelca i Czarny Staw Gąsienicowy, w lesie majaczy dach Murowańca:

Wierzchołek nie jest taki ostry, jak wydawało się z dołu. Przed samym szczytem najtrudniejsze miejsce – najtrudniejsze jak na warunki tego szlaku, bo samo w sobie łatwe.

Widoki… No właśnie z Kościelca nie są powalające. Ponieważ jest niższy od większości szczytów w otoczeniu – ma 2155m n.p.m. – można z niego podziwiać właściwie tylko otaczającą go grań od Żółtej Turni po Kasprowy. Jej częścią idzie Orla Perć, jesteśmy tak blisko że na fragmentach biegnących faktycznie po grani nie ma problemu z wypatrzeniem ludzi, więc jakiś walor poznawczy to ma, ale nie jest to widok o epickim oddechu.

Granaty – Kozi Wierch

Kozi – Mały Kozi

Granaty

Na mnie Kościelec jakiegoś specjalnego wrażenia nie wywiera. Ani jego kształt, że niby taki "tatrzański Matterhorn", który mnie się kojarzy od północy z kupą z zawijaskiem – oddają to dwie pierwsze fotki od góry, zwłaszcza druga. Ani widokowo, co uzasadniłam. Dla nas był to cel jak znalazł, bo krótki i mało forsowny, akurat na popołudnie.
Najfajniej jest na szczycie, nie ze względu na widoki, ale lufę od strony Czarnego Stawu. Główny wierzchołek jest wydłużony, warto przejść się po nim, poobczajać wschodnie ściany i resztę grani, od której oddziela nas głęboka przełęcz.
Wycieczka dobra na rozruch, albo na lżejszy dzień.

Nasze Tatry 2009 – bilans


1. Plan. Został zrealizowany prawie w 100%.
Dzień pierwszy: prosto z pociągu, na Kościelec. Nocleg w Murowańcu.
Dzień 2: część Orlej od Zawratu, zejście Kulczynem. Znów Muro.
Dzień 3: jazda na Słowację, wspin do Terinki w burzy i z wielkimi plecakami (aaa!!!). Jeśli wybieracie się tam na dłużej, koniecznie weźcie zapas papieru toaletowego i chusteczki nawilżane, bo warunki sanitarne są _nieco_ spartańskie.
Dzień 4: próba zdobycia Lodowego Szczytu, odwrót z Lodowej Przechyby. Nocleg w Terince.
Dzień 5: Baranie Rogi podczas ulewy i pod lekkim wpływem w asyście znajomych z forum. Dzięki chłopaki :* Konsumpcja płynów i ogórków w towarzystwie koleżanki Świni. Nocleg (już nieco śmierdzący) w Terince.
Dzień 6: Rozstanie ze Świnią, po czym Czerwona Ławka – Dolina Staroleśna – zaiwanienie papieru z Chaty Zamkovskiego – Terinka. Widzieliśmy pobieranie z Pośredniej Grani zwłok Andrzeja Marciniaka, myśląc że to żywemu pomagają. Niestety. Nocleg – Mariusz nie wytrzymał i wykąpał się w stawie – w Terince.
Dzień 7: poranny bieg do Zamkovskiego z dużymi plecakami. Spotkanie z chłopakami, powrót na górę. Łomnica drogą Jordana. Dla Mariusza czysta radocha, dla mnie hardkor, ale cieszę się, że się zdecydowałam. Dzięki, chłopaki :*
Wieczorem: prysznic!!!!!!!!!!!!!!!!!, wspólne chlanie w Małym Cichym, nocleg tamże (dzięki, Stan :*)
Dzień 8: Grań Krupówek, nocleg w Małym Cichym.
Dzień 9: ewakuacja nad Moko, Mariusz z chłopakami wchodzi na Mnicha. Nocleg w starym schronisku.
Dzień 10: z powodów pogodowych, doopa. Nocleg w ss.
Dzień 11: Wrota Chałubińskiego – Szpiglas – Miedziane – Szpiglasowa Przełęcz – Świstówka – Moko.
Dzień 12: plany były, ale że pogoda, powrót.

2. Moje rekordy (Mariusz pewnie będzie typował po swojemu):
Największy sukces: sprawne przejście Orlej
Największa porażka: odwrót spod Lodowego
Największy hardkor: Łomnica, tak trasa jak i cały dzień. Nie mogę też nie wspomnieć o warunkach w Terince.
Najpiękniejszy szlak: jordanka
Ilość spotkanych forumowiczów: 7
Najlepsze żarcie: gulasz z knedlami w Terince
Najgłupsza akcja: głowa jako punkt podparcia na jordance. W ogóle parę momentów z tego szlaku
Największe zaskoczenie: totalna nieobecność kaca

Wycieczki szczegółowo zacznę opisywać już ze Szkocji, w przyszłym tygodniu. Generalnie, było super :))))))))))))

Aonach Beag i Aonach Mor

Nr 44, Aonach Mor i nr 45, Aonach Beag

Wymowa: anah mor; anah beg

Znaczenie nazwy: big ridge; little ridge

Wysokość: 1221m n.p.m.; 1234m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 8.; 7.

Data wejścia: 25.07.09

Aonachs – kolejny piękny cel w Lochaber, okolicy, gdzie coraz mniej nowych gór pozostało nam do zdobycia. Niedługo będziemy tu wracać nie po nowe munrosy, a po zdobywanie starych trudniejszymi wariantami. Dobrze, że jest ich tu mnóstwo, w samym masywie Ben Nevisa jeszcze ze trzy.

Początek drogi na samym końcu Glen Nevis. Przez Nevis Gorge wbijamy się na Steall Meadows – za naszą poprzednią wizytą tu skręcaliśmy w prawo, by za mostem linowym rozpocząć wspin na Ring of Steall >>LINK<<. Tym razem idziemy prosto, aż do drewnianego mostku. Za mostkiem widać dwie ścieżki – zgodnie z radą pana McNeisha od The Munros poszliśmy lewą. Łagodnie wbijamy się do góry, i niemal od razu ukazuje się Ben Nevis i Carn Mor Dearg z jego Arete. Jeszcze prezentują się niepozornie, ale im dalej na północ, tym będzie lepiej.

Bardzo szybko osiągamy dolinkę położoną między masywem Ben Nevisa a Aonachs. Tędy na razie płasko, by dopiero na końcowym odcinku podbić w górę, na szerokie siodło przełęczy. Widok na The Mamores, których z tej perspektywy nie miałam jeszcze szczęścia oglądać, albowiem zawsze jak lezę przez CMDA jest dupa pogodowa, jest jednym z bardziej malowniczych w Highlandach i bardzo kojarzy mi się z Tatrami Zachodnimi.

Z przełęczy podchodzenia czeka nas, na długość, niewiele. Zbocza Aonachów są jednak naprawdę strome i choć dzięki temu ekspresowo zyskujemy wysokość, wchodzenie nie należy do relaksacyjnych. Ścieżka jakaś zdaje się jest, ale niewiele wygodniejsza niż wbijka na przełaj, na pewno nie chodniczek.

Nevis Range ogromnieje w oczach. Poniżej trasa na Carn Dearg Meadhonach, scramblingowa dwójka:

Poniżej The Mamores i Glencoe. W centrum lansuje się Sgurr a’Mhaim, po prawicy mając Stob Bana. Na dalszym planie po lewej grupa Bideana nam Bian, po prawej zaś dwa bliźniacze munrosy Beinn a’Bheithir. Wszystkie szczyty widoczne na zdjęciu (z wyjątkiem, być może, najostatniejszego planu, bo tych nawet nie umiem zidentyfikować) zostały już przez nas zdeptane.

Najbardziej zadziwiająco prezentuje się w panoramie Shiechallion. Patrząc na jego idealny, ostry trójkąt, kształt, który w powszechnej świadomości symbolizuje górę, chociaż tak naprawdę mało która tak wygląda, ciężko uwierzyć, że z pozostałych trzech stron Shiechallion może konkurować co najwyżej z Gubałówką.

Widoczność mieliśmy jak rzadko kiedy. Poniżej zza północno-wschodniej (scramblingowa czwórka) grani Aonach Beag wyłaniają się Ben Vorlich i Stuc a’Chroin. Po lewej Meall nan Tarmachan rozpoczyna grupę Lawersa.

Rejon szczytowy Aonach Mor to podłużne plateau, po obu stronach opadające stromymi ścianami. W zachodniej części wierzchołka znajduje się stacja kolejki. Być może temu zawdzięczać należy zdumione spojrzenia, jakimi odprowadzała nas okupująca kopiec szczytowy grupa. Przyszliśmy z niewłaściwej strony.

Ben Nevis prezentuje się nareszcie tak, jak powinien. Niemal tatrzańsko. Nieważne, że południowe zbocza góry są kopiaste. W Szkocji praktycznie nie ma gór hardkorowych z każdej strony. Ben Nevis to nie tylko wierzchołek, to całe potężne gniazdo Nevis Range, które góruje nad otoczeniem naprawdę spektakularnie. Mamoresy tłoczą się od południa jak kurczątka, podobnie The Grey Corries. Północne kotły BN to klasa sama w sobie. Poniżej wyraźnie rysuje się profil górnych partii Tower Ridge, szkoda że przez rozmiar zdjęcia nie widać szczegółów, bo gołym okiem wyraźnie mogliśmy dostrzec takie detale, jak Tower Gap i ludzie na grani.

Na pierwszym planie Carn Mor Dearg Arete

Kopiec na szczycie:

Na Aonach Beag trzeba kawałek podejść, jako że wbrew nazwie ten szczyt jest wyższy, tyle że o wiele mniej rozległy. Północno-wschodni kocioł, ponad którym wędrujemy, jest bardzo przepaścisty, w niektórych miejscach gdyby skoczyć, to minimum kilkadziesiąt metrów swobodnego lotu. Poniżej Marcin testuje skałki strony południowej.

Z wierzchołka widać całe pasmo The Mamores, którego część wcześniej była przezeń zasłonięta. Linie Ben Nevisa odrobinę łagodnieją.

The Grey Corries

Binnein Mor i Na Gruagaichean

Ze szczytu schodzimy w kierunku południowym, dość łagodnymi zboczami. Ścieżka jest, ale znaleźliśmy ją już sporo niżej, zresztą i tak po pewnym czasie nam zginęła. Stok stopniowo stromieje, ale nie tak żeby nie dało się bezpiecznie zejść, najlepiej więc po prostu iść tak jak nam wygodnie, obierając azymut na mostek, kiedy już da radę go wypatrzeć. Zejście trochę trwa, ale widoki na Mamoresy rekompensują wszystko. Poniżej nasza zeszłotygodniowa trasa założona, czyli Binnein Beag, Sgurr Eilde Mor i Binnein Mor. Przypominam, że trasa wykonana objęła tylko środkowego z trzech munrosów 😉

Za mostkiem wiadomo: Steall Meadows, Nevis Gorge, i jesteśmy w punkcie wyjścia.
Cóż mogę napisać. Że trasa jest przepiękna, to widać na zdjęciach. Że nietrudna – chyba też. Jest za to dość wyczerpująca, bo jakkolwiek szło się nam wszystkim bardzo dobrze i sprawnym tempem, na drugi dzień i ja, i Mariusz odczuwaliśmy w mięśniach, że spory wysiłek został wykonany, co już dawno nam się nie zdarzało.
Była to jedna z naszych najpiękniejszych highlandzkich wycieczek – widokowo podejrzewam, że lepsza nawet od Ben Nevisa, jako że z niego nie widać jego samego.

Całość: >>LINK<<


Scrambling

1. Czym jest scrambling?
Ścisłej definicji nie ma. Najbardziej przemawia do mnie ta zaproponowana w Classic Mountain Scrambles in Scotland Andrew Dempstera:
Movement on a mountain which is too difficult to be regarded as a hillwalk, but too easy to be regarded as a proper rock-climb
Przy czym we wszystkich źródłach autorzy zastrzegają, że granica jest płynna i w znacznej mierze subiektywna.
Teoretycznie można by założyć, że jeśli na jakimś odcinku trasy musimy wyjąć ręce z kieszeni, i zastosowanie znajduje zasada trzech punktów podparcia, to raczej na pewno mamy do czynienia ze scramblingiem. Przy czym są miejsca, które jeden przejdzie na nogach z papieroskiem, a inny będzie się pucował nie odrywając od skały. Pan Dempster wspomina o człowieku, który w ramach zakładu o 10 funtów przeszedł Aonach Eagach bez użycia rąk, a Aonach Eagach jest uznane za scramblingowy klasyk. Dlatego trochę pomaga skala.

2. Skala
Szkocka skala scramblingowa ma 5 stopni.
Stopień I: w większości na nogach, konieczność użycia rąk okazjonalna, w pewnych miejscach łagodny scrambling. Przykład: Carn Mor Dearg Arete >>LINK<<
Stopień II: mniej chodzenia, więcej scramblingu, gdzieniegdzie możliwa ekspozycja, ale w żadnym miejscu poważna a trudności w większości omijalne. Przykład: Forcan Ridge >>LINK<<, Fiacaill Ridge >>LINK<<
Stopień III: więcej scramblingu, więcej ekspozycji, możliwe momenty łatwej wspinaczki (easy rock-climbing w skali UIAA to będzie 0+). Przykład: Aonach Eagach >>LINK1<<, >>LINK2<<, >>LINK3<<, Curved Ridge >>LINK<<
Stopień IV: częściowo już poważny, w wielu miejscach eksponowany scrambling z fragmentami średnio trudnej wspinaczki (moderate rock-climbing czyli I UIAA). Żadnej czwórki nie robiliśmy.
Stopień V: bardzo poważny i wymagający scrambling, w większości mogący być zakwalifikowany jako średnio trudna wspinaczka z fragmentami trudnej (difficult rock-climbing to II-III UIAA), tylko dla doświadczonych scrambler
ów, najlepiej znających podstawy wspinaczki, zaleca się zabranie liny. Przykład: Tower Ridge >>LINK<<

3. Tatrzańskie realia
Z powyższej skali wynikałoby, iż przez scrambling rozumiemy wszelkie pozbawione ubezpieczeń drogi w terenie skalnym pomiędzy 0+ a III według UIAA.

4. Kwestia asekuracji
W teorii, trasy scramblingowe są scramblingowymi właśnie dlatego, że spokojnie da się je przechodzić bez. Słowem kluczem jest "spokojnie" – bo indywidualne możliwości i odporność psychiczna bardzo się różnią. Na najtrudniejszych drogach część osób wybiera lotną asekurację. W szczegóły techniczne wdawać się nie będę, bo tego dopiero się uczę. W każdym razie, umiejętność asekurowania się jest o tyle istotna, że scramblingowa skala odnosi się tylko do optymalnych, letnich warunków. Te same trasy w ekstremalnych warunkach pogodowych tudzież w zimie mogą stanowić poważne taternickie przedsięwzięcie.

Sgurr Eilde Mor


Nr 43, Sgurr Eilde Mor

Wymowa: skur eldż mor

Znaczenie nazwy: large rocky peak of the hind

Wysokość: 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 123.

Data wejścia: 17.07.09

W Mamoresach zostały nam jeszcze trzy munros, które postanowiliśmy machnąć na jeden raz.

Jako że leżą po sąsiedzku na wschodnim krańcu grupy, włazi się od Kinlochleven (zachodnie robi się od Glen Nevis). Początek trasy przy jednym z najbardziej malowniczo położonych hoteli Szkocji, czyli The Mamore Lodge.



Mamore Lodge leży już na pewnej wysokości, co pozwala zaoszczędzić siły. Idziemy wyraźną ścieżką, najpierw mijając małe prywatne gospodarstwo (z braku lepszego słowa, "posesja" brzmi za dumnie). Po podwórku kręciła się zadziwiająca postać. Wysoki staruszek z długą siwą brodą i szopą poczochranych włosów, ubrany w czerwony śpioch (!) – widok jak z westernu, brakowało mu tylko strzelby – który zaburczał  na nas nieelegancko, abyśmy przypadkiem nie przełazili podwórkiem. Pouczenie było zbędne, już tamtędy wędrowaliśmy idąc na Na Gruagaichean (>>LINK<<) i wiadomo było, że ścieżką można dziadkowe włości ominąć. Osobnik w każdym razie mocarny, nie wiadomo czy bardziej Dziki Zachód, czy Święty Mikołaj w cywilu.

Loch Leven, po lewej Pap of Glencoe (aka Sgurr na Ciche)

Po krótkim czasie osiągamy wylot dolinki pomiędzy Am Bodach i Na Gruagaichean, którą to wbijaliśmy się na tegoż ostatnim razem. Teraz jednak prosto jeszcze przez jakieś 20 minut, dopóki nie wyłoni się jezioro, Loch Eilde Mor.
Znad jeziora nasz pierwszy planowany munro, Sgurr Eilde Mor, prezentował się niezbyt interesująco. Chociaż prawdę mówiąc, niewiele było widać. Pogoda, która przynajmniej do wczesnego popołudnia miała być ładna, pozostawała we względnie stabilnym stanie umiarkowanego spieprzenia.



Jeszcze przed osiągnięciem jeziora w lewo odbija wyraźna ścieżka, my jednak postanowiliśmy wchodzić opcją drugą, czyli ścieżką zaczynającą się nad samym jeziorem, pozwalającą osiągnąć naszego munrosa całkowicie na przełaj ("na przełaj" bądź "na rympał" zarezerwowane jest dla gór niższych, dopiero od Tatr Wysokich można mówić o direttissimie;P), kosztem większej stromizny.

Jakkolwiek maszerowaliśmy wcale nie najgorzej, podejście okazało się zaskakująco długie. Sgurr Eilde Mor wbrew pozorom taki mały nie jest. Najpierw osiągnęliśmy zawieszony w połowie drogi na szczyt kocioł z jeziorkiem, skąd zaczęło się podchodzenie właściwe.

Szczyt jest widokowy, fajnie wygląda Glencoe od północy, niestety Ben Nevisa z przyległościami zasłaniały chmury, ale nie wątpię że byłoby na co popatrzeć. Stamtąd też ukazała się wreszcie dalsza część naszej planowanej trasy, to jest Binnein Beag:



Oraz jego znacznie większy brat Binnein Mor:



Które jedynie tak udało się razem zmieścić w kadrze:

Ze Sgurr Eilde Mor schodziliśmy do kotła z jeziorkiem najpierw dość wąskim kawałkiem grani, potem piarżystym, trochę upierdliwym zboczem. Po zejściu spojrzeliśmy na dwa Binneiny, potem na siebie, westchnęliśmy i wszystko było jasne. Zmęczenie materiału, które spowodowało że w zeszły weekend zrobiliśmy sobie urlop od gór, zrobiło swoje. Od lutego łazimy co tydzień, niezależnie od pogody. Cel – polepszenie kondycji na Tatry – został osiągnięty (powiedzmy, że moja nadal pozostawia trochę do życzenia, ale było gorzej), wyjazd za dwa tygodnie, trzeba sobie zrobić lajtowszy okres, żeby się nie zarżnąć. Binnein Beag i Binnein Mor postanowiliśmy ogarnąć kiedy indziej. Z kotła zeszliśmy ładną ścieżką, trawersującą łagodnie zbocza ponad Loch Eilde Mor, cały czas z widokami na Glencoe i Rannoch Moor. Ścieżka ta to ta sama, o której wspominałam że nie zdecydowaliśmy się nią wchodzić – akurat nadała się do zejścia.

Sgurr Eilde Mor z kotła prezentuje się całkiem elegancko, jak na munrosa ścieżkowego. Ma linię góry, łatwej bo łatwej ale jednak nie rozdeptanego krowiego placka, jak Macdui czy Cairn Gorm.

Glencoe od płn

Powyższa wycieczka z pewnością nie zapisze się w naszej munrosowej kronice jako jedna z najbardziej spektakularnych, ale podobało mi się. Lubię takie bezpretensjonalne spacery od czasu do czasu. Fakt, że ostatnio tylko takie uskuteczniamy, ale jest to dobry sposób na utrzymanie kondycji przy jednoczesnym oszczędzeniu się.
Za dwa tygodnie Tatry.

Kilka fotek: >>LINK<<


Nowa kategoria

Dodałam nową kategorię: Scrambling. Do kategorii tej będę wrzucać trasy scramblingowe, które nie wiązały się ze zdobyciem nowych munrosów. Te, które się wiązały, niezależnie od ich stopnia trudności, trafiać będą jak dotąd do kategorii Munros.
O scramblingu wkr
ótce napiszę więcej, ponieważ to pojęcie, bardzo popularne na Wyspach, nie jest w Polsce zbyt szeroko znane. Często na forach spotykamy się z pytaniem, czym właściwie scrambling jest i jak można by to słowo przetłumaczyć. Postaram się więc w zwięzły sposób opisać najważniejsze fakty.

Ben Macdui


Nr 42, Ben Macdui

Wymowa: ben makdui

Znaczenie nazwy: McDuff’s hill

Wysokość: 1309m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 2.

Data wejścia: 3.07.09

Kolejny raz Cairngormsy, i nawet trasa po części pokrywająca się z poprzednią. Na drugi najwyższy szczyt  Szkocji i jeden z dwóch, które mają powyżej 1300m n.p.m., wybraliśmy się spod dolnej stacji kolejki na Cairn Gorm, z początku tą samą ścieżką co na Fiacaill, plateau atakując jednak przez kolejny wał, na zdjęciu po prawej stronie (Fiacaill Ridge jest w centrum):

Droga jest spacerowa, teren wznosi się bardzo łagodnie:

W pewnym momencie usłyszałam narastający potworny huk, aż musiałam zatkać uszy, i zobaczyłam że Mariusz wpatruje się zafascynowany w coś za moimi plecami – poczułam się jak w remake’u Cloverfield, ale na szczęście to były tylko wojskowe Panavie podczas ćwiczeń. Jedna parę godzin później rozbiła się nad Arrochar Alps, dwóch pilotów zginęło. [‚]

Macdui odsłania się kiedy wychodzimy na plateau. Co tu gadać. Kopa siana. Czytałam że lokalni miłośnicy góry chcieli kiedyś ustawić na szczycie ogromny trianguł, żeby ich ukochany Ben przewyższył ten na zachodzie. Żałosność pomysłu jest ewidentna, jako że Macdui charakterem nie dorasta Nevisowi do pięt. Ben Nevis ma kilka twarzy, z czego północna jest naprawdę królewska. Ben Macdui wygląda jak duża kupa, w którą ktoś wdepnął i spłaszczył. Są tam niby od południowego wschodu jakieś kotły, ale trudno powiedzieć czy przynależą do Macduia jako takiego, jako że pomiędzy nimi a szczytem jest jeszcze kawał łagodnych zboczy.

Od wyjścia na płaskowyż do wierzchołka Macduia teren jest miejscami prawie płaski. Ciekawsze widoki mamy na zachodzie, gdzie lansują się trzy munrosy, na munro-liście (patrząc od lewej) czwarty, piąty i trzeci, tj. niewidoczny na zdjęciu Cairn Toul, Sgor an Lochan Uaine (znany też jako Angel’s Peak) oraz Braeriach.

Wierzchołek Bena jest płaski jak naleśnik i rozległy. Po widoki trzeba się zbliżyć do krawędzi wypłaszczenia – dopiero kiedy zbocze przed nami się obniża, mamy szansę coś zobaczyć.

Poniżej grań od Cairn Toula po Braeriacha, którego wierzchołka zdjęcie nie objęło:

Po najładniejszą panoramę musieliśmy się obniżyć kilkadziesiąt metrów na południe. Widok na Glen Dee uświadamia, na jak wysokiej górze się znajdujemy – trzy zachodnie munrosy są nieznacznie niższe od Macduia, więc jego przewagi się nie odczuwa. Góra po prawej (wydaje się mała, ale to też munro) to Devil’s Point, czyli w gaelic Bod am Deamhain, Penis Diabła. Dyplomatyczne tłumaczenie przyjęło się od czasu, gdy bawiąca w dolinie królowa Wiktoria zapytała lokalsa o nazwę interesującego wzniesienia, i biedak musiał jakoś wybrnąć.

Wracaliśmy z początku drogą wejściową, w pewnym momencie odbiliśmy w prawo, by po niedługim czasie osiągnąć trasę naszej poprzedniej wycieczki, wzdłuż krawędzi kotła z którego opada Fiacaill Ridge. Z przełęczy na wschód od FR schodzi ścieżka, ale przeoczyliśmy ją i poszliśmy tak jak ostatnim razem, w kierunku Cairn Gorma. Znów w tym rejonie wiało jak szlag – to tam ostatnim razem wiatr mnie przewrócił – tyle że tym razem podmuchy waliły w kierunku kotła, więc przezornie trzymałam się z daleka od krawędzi, żeby mnie nie zepchnęło. Na Cairn Gorma rzecz jasna nie wchodziliśmy. W miejscu gdzie zaczyna się już bezpośrednie podejście na szczyt szlak się rozwidla, i jego lewą odnogą zeszliśmy sobie najpierw dość stromym (przynajmniej jak na warunki tej konkretnej trasy) zboczem, a potem wygodną drogą koło nartostrady, prosto na parking przy kolejce.

Trasa jest nieforsowna i stanowiła dla mnie miłą odmianę po ostatnich scramblingach, ale szczerze mówiąc, bez rewelacji. Ot, taki tam lajtowy spacer kondycyjny. Macdui to wielki klocek, którego warto zaliczyć wyłącznie ze względu na jego wysokość, ale generalnie te tereny nadają się bardziej na zimę.

Całość: >>LINK<


Carn Mor Dearg


Nr 41, Carn Mor Dearg

Wymowa: karn mor djerek

Znaczenie nazwy:
large red cairn like peak

Wysokość: 1220m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 8.

Data wejścia: 28.06.2009

Ponieważ dwa lata temu, idąc na Ben Nevisa przez Carn Mor Dearg Arete, we mgle wyleźliśmy kilkanaście metrów pod wierzchołkiem Carn Mor Dearg i nie chciało nam się wracać, miałam dylemat czy liczyć tego munro, czy jednak nie. Teraz zdeptałam go prawidłowo, więc choć Mariusz na wierzchołku sensu stricto nie był, wciągam CMD na oficjalną listę.
Dokumentacji fotograficznej nie będzie, ponieważ trafiła mi się jeszcze większa dupa pogodowa niż ostatnim razem. I na CMDA będę musiała p
ójść kolejny raz, bo z tego co oglądałam w necie, widoki są takie że nie dam rady tego odpuścić.
Poprzednia wyprawa tu: >>LINK<<. Mimo wszystko było widać odrobinę więcej.