Ubyło jednego munrosa!

Do statusu corbetta zdegradowany został Sgurr nan Ceannaichean w Wester Ross. Dokładne pomiary wykazały, iż jego wysokość to 913.43m n.p.m., i The Munro Society 10 września br oficjalnie wykreśliło górę z listy. Tak więc liczy sobie ona obecnie 283 munrosy.
Bardzo bym chciała wiedzieć, czy to ostateczny wynik :/

Sgor na h-Ulaidh. Glencoe padło.


Nr 50,
Sgor na h-Ulaidh

Wymowa: skor na hulej

Znaczenie nazwy: rocky peak of treasure

Wysokość: 994m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 149.

Data wejścia: 9.10.09

Sgor na h-Ulaidh ze względu na swoją specyfikę nie jest tak popularny jak pozostałe szczyty Glencoe. Jako jedyny leży w znacznym oddaleniu od A82, z szosy nie widać go w ogóle, a w dodatku ma pecha mieć za sąsiada imponujący Wielki Tron Glencoe, czyli masyw Bideana nam Bian. My również zostawiliśmy go sobie na sam koniec.

Samochód zostawiamy na parkingu za zjazdem na Clachaig Inn (jeśli zaś jedziemy od strony miejscowości Glencoe, będzie to pierwszy parking w dolinie). Szosą tuptamy kilkaset metrów aż osiągamy wylot dolinki którą biegnie szeroka droga jezdna (nie sposób przeoczyć, początek drogi znajduje się dokładnie za łuku zakrętu szosy).

Kiedy wbijamy w dolinkę, munrosa wciąż nie widać. Po lewej za to wznosi się grzbiet, który na niego wyprowadza, Aonach Dubh a Ghlinne. Zgodnie z zaleceniami książki skierowaliśmy się od razu na niego, wygodną drogę zostawiając sobie na zejście. Wchodziliśmy zupełnie po swojemu, nie starając się wbijać pionowo do góry, a bardziej trawersować upierdliwe zbocze. Upierdliwość jego polegała raz na długości, dwa na stromości wystarczającej, żeby szybko zmęczyć, trzy – na fakcie iż po osiąganiu kolejnych, wydawałoby się, finałowych jego partii, ukazywało się kolejne spiętrzenie.

Poniżej wyraźnie widać początek trasy, po prawej lansuje się Pap of Glencoe:



Cały czas możemy podziwiać śmiały profil Aonach Eagach, najciekawszej miejscówki w polu widzenia:

Za plecami mamy dwumunrosowy masyw Beinn a’Bheithir, który prezentuje się z tej perspektywy raczej niepozornie – a to taka fajna trasa w rzeczywistości jest:

Wreszcie osiągamy grzbiet i ukazuje się Sgor na h-Ulaidh – to to wzniesienie po prawej. Od momentu wyjścia na grań (znowu mnie Mariusz opieprzy, że szafuję tym słowem, ale jak nazwać coś, co, choć szerokie i obłe, ma po obu stronach spady) to już spacer. Musimy tylko podejść na najwyższe spiętrzenie, niezakwalifikowanego do munros ze względu na zbyt małą wybitność Stob an Fhuarain. Wbijka z niego na naszego munro to już moment.

Z Aonach Dubh a Ghlinne wreszcie odsłania się reszta Glencoe, a dokładnie to wszystko, czego nie zasłania Bidean i jego satelity.



Bidean i Stob Coire nam Beith (to ten wierzchołek po lewej):

Wiatr był taki, że rzucało nami, mną oczywiście najgorzej. Kilka razy wiatr dosłownie mnie posadził i nie mogłam wstać. Na trasie takiej jak ta mogło to być zabawne, ale w terenie eksponowanym… Nawet nie chcę sobie wyobrażać.

Co ciekawe, nasz raczej opływowy w kształtach munros w okolicach szczytu ujawnił całkiem konkretną lufę, niestety tylko na odcinku kilku metrów i tylko po jednej stronie. Wierzchołek jest skalisty, żeby się nań wspiąć trzeba użyć rączek. Nie chcę być źle zrozumiana – trudności są żadne, akcentuję tę "lufiastość" i "skalistość" – owszem, obie na króciutkich odcinkach i nie wpływające na trudność szlaku – jedynie po to, by zaznaczyć, że nie jest to totalna kopa typu Schiehalliona, a takiej się spodziewałam.

Obniżyliśmy się najpierw kawałek na zachód granią szczytową, by w dogodnym naszym zdaniem miejscu zacząć schodzić na rympał do doliny. Zejście to, o którym wiedzieliśmy tylko tyle, że jest strome, trochę dało nam popalić. Trawy są tam poprzerastane pasami skał, których nie da się ominąć. Przy suchym – lajtowy scrambling, urozmaicający monotonię zejścia. Niestety czy to powodu mżawki, czy typu skał, czy tego, że porośnięte były jakimś śluzowatym mchem – a najpewniej wszystkiego na raz – było totalne lodowisko i w kilku miejscach musieliśmy trochę kombinować. Na naprawdę łatwej drodze, gdzie w dodatku nie było mowy o żadnej lufie, bo schodziliśmy zboczem, a z tych skałek nie zleciałoby się więcej niż kilka metrów. Ów fragment, dzięki tym konkretnym warunkom, dodał trochę pieprzu spacerowej trasie.

Samą dolinę pokonuje się ekspresowo, należy jedynie pamiętać, iż przez usytuowane tam prywatne ogrody nie wolno przechodzić – właściciele zapewnili jednak ścieżkę na okrągło. Nie byłam w stanie jej zaznaczyć na mapce, ale w terenie da się ją zauważyć.

Sgor na h-Ulaidh na pewno nie jest jednym z najbardziej ekscytujących celów w Glencoe, ale nawet jeśli ktoś nie kolekcjonuje munrosów, warto się na niego wybrać. Przede wszystkim jak i cała okolica jest bardzo widokowy (pogoda nie pozwoliła tego dobrze oddać na zdjęciach). Ponadto jest to znakomity cel na spacer kondycyjny, kiedy nie chcemy się przemęczać, ale gdzieś by się jednak poszło co by nie zgnuśnieć.

Do Glencoe będziemy wracać regularnie, ponieważ zostało tam jeszcze mnóstwo ciekawych tras, a niektóre już przebyte warto powtórzyć. Munrosy zostały zaliczone, ale absolutnie niczego to nie zmienia. Glencoe jest miejscem niepowtarzalnym i nie są one bynajmniej jego główną atrakcją.

Fotki: >>LINK<<

Devil’s Point i Cairn Toul

Nr 48, Devil’s Point (oryginalnie Bod an Deamhain) i nr 49, Cairn Toul

Wymowa: wersji gaelic nie jest mi znana, McNeish podaje angielską pot-in-john, coś mi się jednak widzi że polskie ucho usłyszałoby to inaczej ; kern tul

Znaczenie nazwy: [ w gaelic] penis of the demon; hill of the barn

Wysokość: 1004m n.p.m.; 1291m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 129.; 4.

Data wejścia: 4.10.09

Tym razem dokończyliśmy poprzednią trasę startując z przeciwnej strony, z Braemar. Pogodowo poszczęściło się nam bardzo. Nie marzyłam o takich warunkach.

Start z parkingu przy Linn of Dee. Odchodzi stamtąd kilka dróg. Polecam zacząć tą wzdłuż rzeki, przez Glen Dee.


Do "serca mroku" nie ma krótkiej drogi. Każda wycieczka w tę część Cairngormsów to konkretny, dający w dupę trekking. W naszym przypadku przez dolinę rzeki Dee, w takich warunkach w jakich przyszło ją nam pokonywać, przepiękną. Ścieżka jest wyraźna, na początku w ogóle szutr i pełna Ameryka, potem już węziej i mokrzej, ale wciąż ewidentnie.

Docelowe munrosy pojawiają się na horyzoncie szybko, ale ich bliskość to złudzenie, przed nami jeszcze KAWAŁ.

Poniżej osiągamy najszerszą część Glen Dee, z Devil’s Pointem po lewej stronie, i Ben Macdui (tym ośnieżonym) po przeciwnej:

Sam Devil’s Point, mimo niewielkich gabarytów, prezentuje się dość charakternie na tle naleśnikowego towarzystwa, ale tak szczerze z penisem to niekoniecznie się kojarzy.

Drugie śniadanie, zasłużone zaznaczam, planowaliśmy zjeść przy Corrour Bothy – tej chatynce widocznej w centrum zdjęcia. W Corrour jest spartańsko, niemniej koleba czy też schron z kamienia to to nie jest – jedna izba z wydzielonym aneksem do spania, podobno toaleta (akurat nas nie cisnęło, więc wierzymy na słowo), koza, stół i parę krzeseł, oraz miejsce na produkty spożywcze. Świetna miejscówka na Sylwestra, jeżeli ktoś chce ryzykować wielokilometrowy marsz przez śniegi tylko po to, by stwierdzić, że inna grupa miała ten sam pomysł.

Cairn Toul wznosi się po prawej od Corrour Bothy, wzniesienie lewe acz wysokie nie ma statusu munro z powodu zbyt małej wybitności. Poniżej zaś widok na północ: daleki Braeriach i Ben Macdui.

Ścieżka prowadzi od schronu w górę do kotła, skąd zaczyna wspinać się na przełęcz między Devil’s Pointem a sąsiednim wzniesieniem. Chcąc zaliczyć także Cairn Toula, stwierdziliśmy, że iść tak jak wskazuje droga nam się nie opłaca, gdyż będziemy musieli się wracać. O wiele ekonomiczniej było wbić się na Penisa od razu po osiągnięciu kotła, po jego północnym zboczu, co też uczyniliśmy.

Włażenie okazało się dużo mniej lajtowe niż sugerował to wygląd zbocza. Szło się albo po wilgotnej, śliskiej gąbce zdobnej w zagadkowe (owiec tam nie ma), a liczne bobki, wyżej zaś po rumowisku gdzie część kamieni się ruszała, część zaś była oblodzona, a obie części niejednokrotnie pokrywały się. Ponadto długość podejścia, krą z kotła szacowałam na jakieś 150m, okazała się dwukrotnie wyższa, jako że górnych partii z dołu nie widać.

Widoki z Devil’s Pointa na Glen Dee zapierają dech:

Obniżając się długą, szeroką granią Devil’s Pointa możemy podziwiać imponujące południowe zbocza, spadające do Glen Geusachan. Stwierdzam z przekonaniem, że góra nie należy do najwyższych ani trudnych, ale zdecydowanie ma w sobie coś szczególnego, i nie mam tu na myśli nazwy.
Z przełęczy na którą wyszlibyśmy, idąc standardowym szlakiem, zaczynamy się dość ostro wbijać na bezimienne wzniesienie rozdzielające dwa munrosy. Poniżej widok Penisa z tejże wbijki:

Ben Macdui:

Kiedy osiągamy to środkowe wzniesienie, większość podchodzenia mamy za sobą. Nareszcie wyłania się dalsza część plateau, w polu widzenia pojawiają się Angel’s Peak i Braeriach.

Poniżej bezpośrednie podejście na Cairn Toul:

Na wierzchołku Cairn Toula złapała nas mała zadymka, na tyle mikra że ochronił nas przed nią niski kamienny schron, wystarczająca jednak żeby całkowicie skasować widoczność. Tę mieliśmy na nowo dopiero przy schodzeniu.

Zawróciliśmy do przełęczy i ścieżką zeszliśmy do Corrour Bothy, cykając ostatnie zdjęcia. Cairngormsy po raz pierwszy ukazały mi się w tak pięknej szacie. Widoczność była bardzo dobra, wiać wiało, ale nie tak żeby nie dało się wytrzymać i nie przez cały czas.

Ostatnie widoki z plateau:

Przed schronem natknęliśmy się na dwie łanie. Nie bały się zupełnie. Jedna podeszła do nas na odległość kilku metrów i obcinała nas ciekawie. Były tak ufne, że ewidentnie nie miały żadnych przykrych doświadczeń z człowiekiem. Aż liczyłam, że ta jedna da się pogłaskać, ale życie to je real, a nie kreskówka o Bambi. Niemniej pozowały profesjonalnie.

Wracaliśmy inną drogą – tuż za Corrour Bothy zamiast na prawo, poszliśmy lewą odnogą drogi – przez Glen Luibeg przechodzącą potem w Glen Lui. Topograficznie, jakkolwiek droga jest, i to wyraźna przez cały czas, rzecz nie jest oczywista. W kilku miejscach wykorzystywaliśmy skróty – w terenie nie do przegapienia, ale trzeba było wiedzieć, że właśnie tam warto skręcić.
Choć nawet i z mapą można się wpieprzyć. Jak ostatnie pierdoły przekraczaliśmy Luibeg Burn, szeroki, rwący i kamienisty (brr) na żywca, bez butów, konstatując post factum że kilkaset metrów w g
órę strumienia mieliśmy mostek.
Odcinek od naszej potokowej przeprawy do końca szlaku jest wyjątkowo urokliwy. Szkoda, że pokonywaliśmy go w narastającej szarówce a pod koniec po ciemku, ale w to sympatyczne miejsce na pewno jeszcze wrócimy, zwłaszcza że można tamtędy dostać się na co najmniej dwa munrosy.

(A księżyc! Highlandzki księżyc, to jest coś cudownego, podobnie jak gwiazdy – jak nie ma chmur, widać drogę mleczną! Zawdzięczamy to niskiemu stopniowi zanieczyszczenia światłem w tym rejonie)

Piękna, cudowna, jakkolwiek męcząca wycieczka.
Ogólnie wrażenia bardziej niż pozytywne, podobało się nam wszystkim bardzo, Cairngormsy potrafią zaczarować.

Link do całości – polecam, warto – >>TU<<

Angel’s Peak i Braeriach


Nr 46, Angel’s Peak (aka Sgor an Lochain Uaine) i nr 47, Braeriach

Wymowa: wersji gaelic – skyr an lochan uin; brea-riach (akcent na drugą sylabę)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the little green loch; grey upper part

Wysokość: 1258m n.p.m.; 1296m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 5.; 3.

Data wejścia: 19.09.09

Bardzo, ale to bardzo podoba mi się początek opisu tej trasy w Scotland’s Mountain Ridges: This is the journey into a heart of darkness (…) :DDD

Fakt, aby zaliczyć któregokolwiek z czterech munros wznoszącym się nad niesamowitym systemem kotłów nad doliną Lairig Ghru, trzeba pokonać konkretną odległość od cywilizacji, i to obojętnie od której strony idziemy. Jest to samo serce Cairngormsów, tu znajdują się najwyższe punkty, jedne z najwspanialszych kotłów, oraz najgłębsza i najdłuższa dolina, dzieląca na dwoje całą tę grupę górską.

Nasza pętla liczyła sobie 29 km i końcówka powrotu odbywała się już po ciemku.

Zanim znajdziemy się w dolinie, czeka nas jeszcze długi marsz (info o parkingu i dokładnym przebiegu trasy będzie na mapce).

Pierwszym spektakularnym miejscem na trasie jest Chalamain Gap – wąski wąwóz wyścielony złomami skalnymi, długi na jakieś 300m. Po deszczu niezbyt sympatyczne miejsce.

Po wyjściu z wąwozu po raz pierwszy ukazuje się Braeriach. Wyraźną ścieżką , nieco w dół, maszerujemy do rozwidlenia dróg. Prawa odnoga wspina się na Braeriach i to nią będziemy schodzić. Teraz kierujemy się w lewo, dnem Lairig Ghru.
Dolina na początkowym odcinku wygląda jak z kosmosu, jest wąska, prawie nic tu nie rośnie, nie widać żadnych śladów bytności człowieka.

Odcinek który nazwałam początkowym nie jest bynajmniej krótki, liczy sobie ładnych parę kilometrów. Na razie nie ma jeszcze żadnych spektakularnych widoków. Te odsłonią się dopiero w miejscu, gdzie dolina znacznie się rozszerza: po prawej ręce wspomniany zdumiewający system kotłów, ponad nimi wielkie plateau którego najwyższe punkty mają status munros, po lewej potężny masyw Ben Macdui, na przeciw nas – kontynuacja doliny, czyli Glen Dee (na zdjęciu poniżej).

Aczkolwiek dalsza część naszej trasy – zawieszona 300m powyżej dna doliny misa kryjąca jeziorko Lochan Uaine, znad którego wznosi się północno-wschodnia grań Angel’s Peak – od momentu wyjścia z wąskiego gardła doliny była widoczna jak na dłoni, i tu, jak się okazało w praniu, do przejścia był niezły hektar. Podejście do jeziora jest niedługie, ale żmudne. Najlepiej kierować się wzdłuż wodospadu, po jego prawej stronie. Strome zbocze jest w większej części trawiaste, poprzerastane skałami i boulderkami, które jednak w większości da się omijać.
Poniżej pierwszy widok na naszą docelową grań, zdjęty z końcówki podejścia pod jezioro:

Grań ma scramblingową wycenę 2, identycznie jak Fiacaill Ridge lub Am Fasarinen Pinnacles. Po raz kolejny przekonałam się, że wyceny scramblingowe zależą od mnóstwa rzeczy, nie tylko a nawet nie głównie od trudności. Nie należy ich absolutnie odnosić do najtrudniejszego miejsca na trasie. Rolę grają omijalność trudnych miejsc, długość trasy, odległość jaką trzeba pokonać by do niej dojść. Grań którą wchodziliśmy to mniej więcej w dwóch trzecich długości kamieniste zbocze, po którym można iść z rękami w kieszeniach. Właściwy scrambling jest dopiero pod szczytem, nie ma miejsc trudnych, wariantów jest wiele, nie ma bezpośredniej lufy. Słowem, nie ta półka co dwie wcześniej wymienione trasy. Am Fasarinen zawdzięczają tak niską ocenę swojej całkowitej omijalności, Fiacaill – chyba temu, że jest króciutki i łatwo dostępny z terenów cywilizowanych. Grań na Angel’s Peak jest piękna ale wyzwania nie stanowi, nawet dla mnie.

300m do góry, i stajemy na wierzchołku. Kontrast pomiędzy stromizną kotłów a łagodnością i rozległością płaskowyżu jest uderzający. Taki typ ukształtowania terenu jest spotykany w bardzo wielu miejscach Szkocji, ale w Cairngormsach osiąga swoje apogeum.

Falls of Dee

Z Anioła można się wybrać na niedaleki Cairn Toul, ale nie mieliśmy czasu na kolejnego munrosa. Wzdłuż krawędzi kotła (to ważne, jako że ścieżka momentami zupełnie niknie) powędrowaliśmy w drugą stronę, na Braeriacha. Ten odcinek również tylko na mapie wydaje się krótki. Poza tym choć to plateau, powierzchnia nie jest idealnie gładka, trzeba tu i ówdzie trochę podejść, co po tylu kilometrach już nieco męczy.

Ben Macdui i Angel’s Peak

Na Braeriacha (to poniżej to jeszcze nie najwyższy punkt) kierujemy się cały czas wzdłuż kotła, wierzchołek wypada bowiem niemal przy samej krawędzi. To ważne zwłaszcza przy braku widoczności, kiedy to absolutnie nie należy zapuszczać się w głąb płaskowyżu.

Za wierzchołkiem Braeriacha (jest oznaczony kamiennym kopcem) stok się łagodnie obniża i można w oddali dostrzec Chalamain Gap. Mamy do pokonania naprawdę potężną odległość, ale mi osobiście pomaga, kiedy widzę mniej więcej punkt docelowy, nawet jeśli jest tak daleko.

Coire Bhrochain, wschodni kocioł Braeriacha

Schodzimy długim ramieniem Braeriacha, ponad doliną, aż osiągamy rozstaj ścieżek, od którego nasz szlak będzie się pokrywał z dojściowym. Na tym etapie byliśmy już mocno zmęczeni ale cisnęliśmy do oporu, nie chcąc pokonywać Chalamaina po ciemku. Udało się na ostatnią chwilę. Wąwóz przekraczaliśmy już w szarówce, wciąż jednak światła dziennego było dość. Ciemności zapadły ostatecznie kiedy byliśmy już na prostej drodze, gdzie w zupełności wystarczały latarki.

Trasa nas zauroczyła. Cairngormsy są niesamowitym miejscem, a dopiero podczas tej wycieczki mogliśmy się w pełni o tym przekonać.

Fotki: >>LINK<<

Aonach Beag i Aonach Mor

Nr 44, Aonach Mor i nr 45, Aonach Beag

Wymowa: anah mor; anah beg

Znaczenie nazwy: big ridge; little ridge

Wysokość: 1221m n.p.m.; 1234m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 8.; 7.

Data wejścia: 25.07.09

Aonachs – kolejny piękny cel w Lochaber, okolicy, gdzie coraz mniej nowych gór pozostało nam do zdobycia. Niedługo będziemy tu wracać nie po nowe munrosy, a po zdobywanie starych trudniejszymi wariantami. Dobrze, że jest ich tu mnóstwo, w samym masywie Ben Nevisa jeszcze ze trzy.

Początek drogi na samym końcu Glen Nevis. Przez Nevis Gorge wbijamy się na Steall Meadows – za naszą poprzednią wizytą tu skręcaliśmy w prawo, by za mostem linowym rozpocząć wspin na Ring of Steall >>LINK<<. Tym razem idziemy prosto, aż do drewnianego mostku. Za mostkiem widać dwie ścieżki – zgodnie z radą pana McNeisha od The Munros poszliśmy lewą. Łagodnie wbijamy się do góry, i niemal od razu ukazuje się Ben Nevis i Carn Mor Dearg z jego Arete. Jeszcze prezentują się niepozornie, ale im dalej na północ, tym będzie lepiej.

Bardzo szybko osiągamy dolinkę położoną między masywem Ben Nevisa a Aonachs. Tędy na razie płasko, by dopiero na końcowym odcinku podbić w górę, na szerokie siodło przełęczy. Widok na The Mamores, których z tej perspektywy nie miałam jeszcze szczęścia oglądać, albowiem zawsze jak lezę przez CMDA jest dupa pogodowa, jest jednym z bardziej malowniczych w Highlandach i bardzo kojarzy mi się z Tatrami Zachodnimi.

Z przełęczy podchodzenia czeka nas, na długość, niewiele. Zbocza Aonachów są jednak naprawdę strome i choć dzięki temu ekspresowo zyskujemy wysokość, wchodzenie nie należy do relaksacyjnych. Ścieżka jakaś zdaje się jest, ale niewiele wygodniejsza niż wbijka na przełaj, na pewno nie chodniczek.

Nevis Range ogromnieje w oczach. Poniżej trasa na Carn Dearg Meadhonach, scramblingowa dwójka:

Poniżej The Mamores i Glencoe. W centrum lansuje się Sgurr a’Mhaim, po prawicy mając Stob Bana. Na dalszym planie po lewej grupa Bideana nam Bian, po prawej zaś dwa bliźniacze munrosy Beinn a’Bheithir. Wszystkie szczyty widoczne na zdjęciu (z wyjątkiem, być może, najostatniejszego planu, bo tych nawet nie umiem zidentyfikować) zostały już przez nas zdeptane.

Najbardziej zadziwiająco prezentuje się w panoramie Shiechallion. Patrząc na jego idealny, ostry trójkąt, kształt, który w powszechnej świadomości symbolizuje górę, chociaż tak naprawdę mało która tak wygląda, ciężko uwierzyć, że z pozostałych trzech stron Shiechallion może konkurować co najwyżej z Gubałówką.

Widoczność mieliśmy jak rzadko kiedy. Poniżej zza północno-wschodniej (scramblingowa czwórka) grani Aonach Beag wyłaniają się Ben Vorlich i Stuc a’Chroin. Po lewej Meall nan Tarmachan rozpoczyna grupę Lawersa.

Rejon szczytowy Aonach Mor to podłużne plateau, po obu stronach opadające stromymi ścianami. W zachodniej części wierzchołka znajduje się stacja kolejki. Być może temu zawdzięczać należy zdumione spojrzenia, jakimi odprowadzała nas okupująca kopiec szczytowy grupa. Przyszliśmy z niewłaściwej strony.

Ben Nevis prezentuje się nareszcie tak, jak powinien. Niemal tatrzańsko. Nieważne, że południowe zbocza góry są kopiaste. W Szkocji praktycznie nie ma gór hardkorowych z każdej strony. Ben Nevis to nie tylko wierzchołek, to całe potężne gniazdo Nevis Range, które góruje nad otoczeniem naprawdę spektakularnie. Mamoresy tłoczą się od południa jak kurczątka, podobnie The Grey Corries. Północne kotły BN to klasa sama w sobie. Poniżej wyraźnie rysuje się profil górnych partii Tower Ridge, szkoda że przez rozmiar zdjęcia nie widać szczegółów, bo gołym okiem wyraźnie mogliśmy dostrzec takie detale, jak Tower Gap i ludzie na grani.

Na pierwszym planie Carn Mor Dearg Arete

Kopiec na szczycie:

Na Aonach Beag trzeba kawałek podejść, jako że wbrew nazwie ten szczyt jest wyższy, tyle że o wiele mniej rozległy. Północno-wschodni kocioł, ponad którym wędrujemy, jest bardzo przepaścisty, w niektórych miejscach gdyby skoczyć, to minimum kilkadziesiąt metrów swobodnego lotu. Poniżej Marcin testuje skałki strony południowej.

Z wierzchołka widać całe pasmo The Mamores, którego część wcześniej była przezeń zasłonięta. Linie Ben Nevisa odrobinę łagodnieją.

The Grey Corries

Binnein Mor i Na Gruagaichean

Ze szczytu schodzimy w kierunku południowym, dość łagodnymi zboczami. Ścieżka jest, ale znaleźliśmy ją już sporo niżej, zresztą i tak po pewnym czasie nam zginęła. Stok stopniowo stromieje, ale nie tak żeby nie dało się bezpiecznie zejść, najlepiej więc po prostu iść tak jak nam wygodnie, obierając azymut na mostek, kiedy już da radę go wypatrzeć. Zejście trochę trwa, ale widoki na Mamoresy rekompensują wszystko. Poniżej nasza zeszłotygodniowa trasa założona, czyli Binnein Beag, Sgurr Eilde Mor i Binnein Mor. Przypominam, że trasa wykonana objęła tylko środkowego z trzech munrosów 😉

Za mostkiem wiadomo: Steall Meadows, Nevis Gorge, i jesteśmy w punkcie wyjścia.
Cóż mogę napisać. Że trasa jest przepiękna, to widać na zdjęciach. Że nietrudna – chyba też. Jest za to dość wyczerpująca, bo jakkolwiek szło się nam wszystkim bardzo dobrze i sprawnym tempem, na drugi dzień i ja, i Mariusz odczuwaliśmy w mięśniach, że spory wysiłek został wykonany, co już dawno nam się nie zdarzało.
Była to jedna z naszych najpiękniejszych highlandzkich wycieczek – widokowo podejrzewam, że lepsza nawet od Ben Nevisa, jako że z niego nie widać jego samego.

Całość: >>LINK<<


Sgurr Eilde Mor


Nr 43, Sgurr Eilde Mor

Wymowa: skur eldż mor

Znaczenie nazwy: large rocky peak of the hind

Wysokość: 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 123.

Data wejścia: 17.07.09

W Mamoresach zostały nam jeszcze trzy munros, które postanowiliśmy machnąć na jeden raz.

Jako że leżą po sąsiedzku na wschodnim krańcu grupy, włazi się od Kinlochleven (zachodnie robi się od Glen Nevis). Początek trasy przy jednym z najbardziej malowniczo położonych hoteli Szkocji, czyli The Mamore Lodge.



Mamore Lodge leży już na pewnej wysokości, co pozwala zaoszczędzić siły. Idziemy wyraźną ścieżką, najpierw mijając małe prywatne gospodarstwo (z braku lepszego słowa, "posesja" brzmi za dumnie). Po podwórku kręciła się zadziwiająca postać. Wysoki staruszek z długą siwą brodą i szopą poczochranych włosów, ubrany w czerwony śpioch (!) – widok jak z westernu, brakowało mu tylko strzelby – który zaburczał  na nas nieelegancko, abyśmy przypadkiem nie przełazili podwórkiem. Pouczenie było zbędne, już tamtędy wędrowaliśmy idąc na Na Gruagaichean (>>LINK<<) i wiadomo było, że ścieżką można dziadkowe włości ominąć. Osobnik w każdym razie mocarny, nie wiadomo czy bardziej Dziki Zachód, czy Święty Mikołaj w cywilu.

Loch Leven, po lewej Pap of Glencoe (aka Sgurr na Ciche)

Po krótkim czasie osiągamy wylot dolinki pomiędzy Am Bodach i Na Gruagaichean, którą to wbijaliśmy się na tegoż ostatnim razem. Teraz jednak prosto jeszcze przez jakieś 20 minut, dopóki nie wyłoni się jezioro, Loch Eilde Mor.
Znad jeziora nasz pierwszy planowany munro, Sgurr Eilde Mor, prezentował się niezbyt interesująco. Chociaż prawdę mówiąc, niewiele było widać. Pogoda, która przynajmniej do wczesnego popołudnia miała być ładna, pozostawała we względnie stabilnym stanie umiarkowanego spieprzenia.



Jeszcze przed osiągnięciem jeziora w lewo odbija wyraźna ścieżka, my jednak postanowiliśmy wchodzić opcją drugą, czyli ścieżką zaczynającą się nad samym jeziorem, pozwalającą osiągnąć naszego munrosa całkowicie na przełaj ("na przełaj" bądź "na rympał" zarezerwowane jest dla gór niższych, dopiero od Tatr Wysokich można mówić o direttissimie;P), kosztem większej stromizny.

Jakkolwiek maszerowaliśmy wcale nie najgorzej, podejście okazało się zaskakująco długie. Sgurr Eilde Mor wbrew pozorom taki mały nie jest. Najpierw osiągnęliśmy zawieszony w połowie drogi na szczyt kocioł z jeziorkiem, skąd zaczęło się podchodzenie właściwe.

Szczyt jest widokowy, fajnie wygląda Glencoe od północy, niestety Ben Nevisa z przyległościami zasłaniały chmury, ale nie wątpię że byłoby na co popatrzeć. Stamtąd też ukazała się wreszcie dalsza część naszej planowanej trasy, to jest Binnein Beag:



Oraz jego znacznie większy brat Binnein Mor:



Które jedynie tak udało się razem zmieścić w kadrze:

Ze Sgurr Eilde Mor schodziliśmy do kotła z jeziorkiem najpierw dość wąskim kawałkiem grani, potem piarżystym, trochę upierdliwym zboczem. Po zejściu spojrzeliśmy na dwa Binneiny, potem na siebie, westchnęliśmy i wszystko było jasne. Zmęczenie materiału, które spowodowało że w zeszły weekend zrobiliśmy sobie urlop od gór, zrobiło swoje. Od lutego łazimy co tydzień, niezależnie od pogody. Cel – polepszenie kondycji na Tatry – został osiągnięty (powiedzmy, że moja nadal pozostawia trochę do życzenia, ale było gorzej), wyjazd za dwa tygodnie, trzeba sobie zrobić lajtowszy okres, żeby się nie zarżnąć. Binnein Beag i Binnein Mor postanowiliśmy ogarnąć kiedy indziej. Z kotła zeszliśmy ładną ścieżką, trawersującą łagodnie zbocza ponad Loch Eilde Mor, cały czas z widokami na Glencoe i Rannoch Moor. Ścieżka ta to ta sama, o której wspominałam że nie zdecydowaliśmy się nią wchodzić – akurat nadała się do zejścia.

Sgurr Eilde Mor z kotła prezentuje się całkiem elegancko, jak na munrosa ścieżkowego. Ma linię góry, łatwej bo łatwej ale jednak nie rozdeptanego krowiego placka, jak Macdui czy Cairn Gorm.

Glencoe od płn

Powyższa wycieczka z pewnością nie zapisze się w naszej munrosowej kronice jako jedna z najbardziej spektakularnych, ale podobało mi się. Lubię takie bezpretensjonalne spacery od czasu do czasu. Fakt, że ostatnio tylko takie uskuteczniamy, ale jest to dobry sposób na utrzymanie kondycji przy jednoczesnym oszczędzeniu się.
Za dwa tygodnie Tatry.

Kilka fotek: >>LINK<<


Ben Macdui


Nr 42, Ben Macdui

Wymowa: ben makdui

Znaczenie nazwy: McDuff’s hill

Wysokość: 1309m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 2.

Data wejścia: 3.07.09

Kolejny raz Cairngormsy, i nawet trasa po części pokrywająca się z poprzednią. Na drugi najwyższy szczyt  Szkocji i jeden z dwóch, które mają powyżej 1300m n.p.m., wybraliśmy się spod dolnej stacji kolejki na Cairn Gorm, z początku tą samą ścieżką co na Fiacaill, plateau atakując jednak przez kolejny wał, na zdjęciu po prawej stronie (Fiacaill Ridge jest w centrum):

Droga jest spacerowa, teren wznosi się bardzo łagodnie:

W pewnym momencie usłyszałam narastający potworny huk, aż musiałam zatkać uszy, i zobaczyłam że Mariusz wpatruje się zafascynowany w coś za moimi plecami – poczułam się jak w remake’u Cloverfield, ale na szczęście to były tylko wojskowe Panavie podczas ćwiczeń. Jedna parę godzin później rozbiła się nad Arrochar Alps, dwóch pilotów zginęło. [‚]

Macdui odsłania się kiedy wychodzimy na plateau. Co tu gadać. Kopa siana. Czytałam że lokalni miłośnicy góry chcieli kiedyś ustawić na szczycie ogromny trianguł, żeby ich ukochany Ben przewyższył ten na zachodzie. Żałosność pomysłu jest ewidentna, jako że Macdui charakterem nie dorasta Nevisowi do pięt. Ben Nevis ma kilka twarzy, z czego północna jest naprawdę królewska. Ben Macdui wygląda jak duża kupa, w którą ktoś wdepnął i spłaszczył. Są tam niby od południowego wschodu jakieś kotły, ale trudno powiedzieć czy przynależą do Macduia jako takiego, jako że pomiędzy nimi a szczytem jest jeszcze kawał łagodnych zboczy.

Od wyjścia na płaskowyż do wierzchołka Macduia teren jest miejscami prawie płaski. Ciekawsze widoki mamy na zachodzie, gdzie lansują się trzy munrosy, na munro-liście (patrząc od lewej) czwarty, piąty i trzeci, tj. niewidoczny na zdjęciu Cairn Toul, Sgor an Lochan Uaine (znany też jako Angel’s Peak) oraz Braeriach.

Wierzchołek Bena jest płaski jak naleśnik i rozległy. Po widoki trzeba się zbliżyć do krawędzi wypłaszczenia – dopiero kiedy zbocze przed nami się obniża, mamy szansę coś zobaczyć.

Poniżej grań od Cairn Toula po Braeriacha, którego wierzchołka zdjęcie nie objęło:

Po najładniejszą panoramę musieliśmy się obniżyć kilkadziesiąt metrów na południe. Widok na Glen Dee uświadamia, na jak wysokiej górze się znajdujemy – trzy zachodnie munrosy są nieznacznie niższe od Macduia, więc jego przewagi się nie odczuwa. Góra po prawej (wydaje się mała, ale to też munro) to Devil’s Point, czyli w gaelic Bod am Deamhain, Penis Diabła. Dyplomatyczne tłumaczenie przyjęło się od czasu, gdy bawiąca w dolinie królowa Wiktoria zapytała lokalsa o nazwę interesującego wzniesienia, i biedak musiał jakoś wybrnąć.

Wracaliśmy z początku drogą wejściową, w pewnym momencie odbiliśmy w prawo, by po niedługim czasie osiągnąć trasę naszej poprzedniej wycieczki, wzdłuż krawędzi kotła z którego opada Fiacaill Ridge. Z przełęczy na wschód od FR schodzi ścieżka, ale przeoczyliśmy ją i poszliśmy tak jak ostatnim razem, w kierunku Cairn Gorma. Znów w tym rejonie wiało jak szlag – to tam ostatnim razem wiatr mnie przewrócił – tyle że tym razem podmuchy waliły w kierunku kotła, więc przezornie trzymałam się z daleka od krawędzi, żeby mnie nie zepchnęło. Na Cairn Gorma rzecz jasna nie wchodziliśmy. W miejscu gdzie zaczyna się już bezpośrednie podejście na szczyt szlak się rozwidla, i jego lewą odnogą zeszliśmy sobie najpierw dość stromym (przynajmniej jak na warunki tej konkretnej trasy) zboczem, a potem wygodną drogą koło nartostrady, prosto na parking przy kolejce.

Trasa jest nieforsowna i stanowiła dla mnie miłą odmianę po ostatnich scramblingach, ale szczerze mówiąc, bez rewelacji. Ot, taki tam lajtowy spacer kondycyjny. Macdui to wielki klocek, którego warto zaliczyć wyłącznie ze względu na jego wysokość, ale generalnie te tereny nadają się bardziej na zimę.

Całość: >>LINK<


Carn Mor Dearg


Nr 41, Carn Mor Dearg

Wymowa: karn mor djerek

Znaczenie nazwy:
large red cairn like peak

Wysokość: 1220m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 8.

Data wejścia: 28.06.2009

Ponieważ dwa lata temu, idąc na Ben Nevisa przez Carn Mor Dearg Arete, we mgle wyleźliśmy kilkanaście metrów pod wierzchołkiem Carn Mor Dearg i nie chciało nam się wracać, miałam dylemat czy liczyć tego munro, czy jednak nie. Teraz zdeptałam go prawidłowo, więc choć Mariusz na wierzchołku sensu stricto nie był, wciągam CMD na oficjalną listę.
Dokumentacji fotograficznej nie będzie, ponieważ trafiła mi się jeszcze większa dupa pogodowa niż ostatnim razem. I na CMDA będę musiała p
ójść kolejny raz, bo z tego co oglądałam w necie, widoki są takie że nie dam rady tego odpuścić.
Poprzednia wyprawa tu: >>LINK<<. Mimo wszystko było widać odrobinę więcej.

Cairn Gorm przez Fiacaill Ridge


Nr 40, Cairn Gorm

Wymowa: kern gorm

Znaczenie nazwy:
blue cairn like peak (chyba jasne już jest, czemu przestałam tłumaczyć nazwy?:/)

Wysokość: 1244m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 6.

Data wejścia: 19.06.2009

Po emocjach Liathach postanowiliśmy kompletnie zmienić klimat i wyskoczyć w Cairngormsy. Mariusz poprosił mnie o znalezienie tam jakiegoś scramblingu, żeby trochę urozmaicić sobie trasę, zaproponowałam więc Fiacaill Ridge, o której wyczytałam, że jest krótka i niezbyt trudna (dwójka), co istotne było zwłaszcza dla mnie, bo nie chciałam być na drugi dzień zjechana w pracy.

Po noclegu w namiocie w Glenmore, koło Aviemore, podjechaliśmy pod dolną stację kolejki na Cairn Gorm. Stacja mieści się na ponad 600m wysokości, zatem podchodzenia na szczyt, niezależnie od wybranego szlaku, jest stosunkowo niewiele.

Od stacji wyraźną ścieżką w kierunku mniej więcej południowym, aż po niedługim marszu ukazuje się taki oto kocioł:

Fiacaill Ridge biegnie po lewej, kulminując w niepozornym z tej perspektywy Fiacaill Buttress. Na grań wbijamy wedle uznania – być może jest gdzieś tam ścieżka, my jej w każdym razie nie znaleźliśmy i przyszło drałować po kamiennym rumowisku.
Na ścianach tak charakterystycznych dla tej części Grampianów stromych kotł
ów można nieźle załoić:

Sama grań to początkowo sterta kamieni. Gęstego jest zaledwie 150m.



Podejście widać poniżej. Od prawej leży łatwiejszy teren, którym można ominąć jakiś fragment, jeśli wola. Od lewej jest lufiasto.

Miałam w niektórych momentach niezłego pietra, bo wiatr był taki, że parę razy na serio bałam się, że mnie zepchnie.

Mariusz atakuje Fiacaill Buttress. Ja nie byłam pewna, włazić czy ominąć – kiedy wszedł, krzyknął do mnie, że jest łatwo ale żebym jednak ominęła. Przeszłam bokiem i nie żałuję. Z przyjemnością wrócę i ogarnę ten fragment w ładną pogodę, ale przy silnym wietrze i mżawce, skoro miałam możliwość zrezygnować, skorzystałam.

Końcówka grani:

Cairngorms Plateau kojarzy mi się najbardziej z Karkonoszami. Wysoko wyniesiony płaskowyż, kotły, nawet formacje skalne podobne (o ile pamiętam po mojej jedynej wizycie tamże sześć lat temu). Tylko roślinność inna, same mchy i porosty.

Nasza grań z dystansu:

Kiedy osiągnęliśmy plateau, wszystko zakryła mgła. Nie zmartwiło nas to jednak specjalnie, ponieważ nawigacyjnie trasa jest prosta – wystarczy iść wzdłuż krawędzi kotła, mając ją po lewej stronie, a nie sposób nie wyjść w końcu na Cairn Gorm. Kiedy po jakimś kwadransie energicznego marszu chmury się przerzedziły, włosy stanęły nam na głowie. To był zupełnie inny krajobraz, niż się spodziewaliśmy, po Cairn Gorm ani śladu, przed nami jakiś inny kocioł i inna dolina. Przypomniałam sobie, co nasz przewodnik z Curved Ridge mówił o kluczowej roli nawigacji w Cairngormsach. Zabłądziliśmy właśnie w najklasyczniejszy z możliwych sposób.

Wiadomo było, w która mniej więcej stronę należy wracać. Na szczęście chmury chwilowo sobie poszły. Skierowaliśmy się w kierunku z kt
órego przyszliśmy, biorąc kurs na widoczną w oddali przełęcz. Jeśli z przełęczy widać będzie Aviemore, to jesteśmy uratowani. Okazało się, że wyszliśmy centralnie na kocioł, Fiacaill Ridge mając po lewej. Wcześniej, we mgle, skierowaliśmy się zamiast wzdłuż krawędzi, w głąb płaskowyżu. Nie mam pojęcia jak nam się to udało.

Droga na Cairn Gorm, przypominający wielki stóg siana, z przełęczy była spacerowa:

Po prawej ciemne ściany kotła, w sąsiedztwie którego objawiliśmy się po błądzeniu we mgle:

Jeszcze nie jestem w stanie podpisać okolicznych szczytów, moja znajomość terenu jest póki co mizerna.

Widoków z Cairn Gorma nie będzie, ponieważ ogarnęły nas paskudne chmury które zresztą już się z plateau nie ruszyły – mimo kiepskich warunków i tak trafiliśmy na niezłe okno pogodowe.
Z wierzchołka zbiega ceprostrada, jakiej jeszcze w szkockich g
órach nie widziałam: normalnie brukowana droga, wykopczywkowana, po bokach "poręcze" z odblaskowych linek. Od górnej stacji kolejki zaczyna się droga jezdna – muszą jakoś dowozić zaopatrzenie – ale ponieważ wiedzie nieekonomicznymi długimi trawersami, warto ją skrócić idąc na rympał wzdłuż nartostrady. Klimat zejścia taki trochę gubałówkowy.

Fiacaillowi po ostrzu grani daję *** z plusem, ale dla mnie osobiście główną atrakcją było samo plateau. Żałuję, że nie mogliśmy poeksplorować go dłużej. Pustka, surowość, rozległość – dobrze się czuję w takich miejscach, uspokajają mnie.
A tak nawiasem. Moje obawy co do wiatru nie były przesadzone. W kt
órymś momencie podchodzenia na Cairn Gorm naprawdę zawiało tak, że poleciałam na plecy. Do tej pory zdarzało mi się co najwyżej lekko utracić równowagę – to był pierwszy raz, kiedy w absolutnie dosłownym sensie wiatr mnie przewrócił. Mariusz miał niezły ubaw. Co do mnie, cieszyłam się że nie stało się to na grani.
Fajna, ciekawa, niedługa wycieczka.


Zdjęcia: >>LINK<<

Liathach

Nr 38, Spidean a’Choire Leith i nr 39, Mullach an Rathain

Wymowa: spidżyn a kori lei; muluh an rahan

Znaczenie nazwy:
peak of the grey corrie; summit of the pinnacles

Wysokość: 1055m n.p.m.; 1023m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 75.; 108.

Data wejścia: 14.06.2009

Liathach (czyt. lijah, the grey one, na mój osobisty użytek Szarak) planowaliśmy już od dawna. Dziewięciokilometrowy masyw górski uchodzi – obok Aonach Eagach i An Teallach – za najciekawszą graniówkę szkockiego mainlandu (palmę pierwszeństwa dzierżą Black Cuillin na Skye). Klasyczny trawers Liathach nie zakłada przejścia całej grani, a jedynie odcinka środkowego pozwalającego zaliczyć dwa munrosy i Am Fasarinen Pinnacles. Drugą w miarę popularną, jakkolwiek o wiele mniej niż klasyk opcją, jest atak od północy przez Meall Dearg i Northern Pinnacles. Jest to wariant wciąż scramblingowy, ale trudniejszy i zaleca się na nim asekurację.

Jako że szliśmy drogą tradycyjną, wystartowaliśmy z Glen Torridon. Dolinę tę warto odwiedzić dla niej samej, nawet bez ambicji górskich bo jest przepiękna. Pod przytłaczającymi ścianami Szaraka kuli się hostel SYHA i kemping. Uwaga: pokoje w hostelu nie są koedukacyjne. Pomimo dwu wolnych miejsc w damskiej sypialni, w której niżej podpisana nocowała, panowie musieli się przespać w namiocie, walcząc z midgesami. Nie rozumiem i nie zrozumiem nigdy.

Samochód zostawiliśmy na początku szlaku, woląc podchodzić asfaltem póki i tak trzeba się rozchodzić.
Wbijka na grań Szaraka była łatwa, w nieprzesadnie stromym terenie, ale ze względu na swą długość nieco męcząca. Ponieważ kiedy uskuteczniam za długie notki blox się narowi, ograniczyłam ilość zdjęć oraz opis do samego gęstego. Komplet fotek, a jest na co popatrzeć, tutaj >>LINK<<.

Poniżej Am Fasarinen widziane z szosy:

Po wyjściu na grań widoki na przeciwległą stronę miażdżą (będą dalej). Kierujemy się w lewo – wzniesienie po prawej ma powyżej 914m, ale nie kwalifikuje się do munros. Odcinek początkowy nie jest trudny. Najpierw mamy fragment płaskiej grańki – można iść jej ostrzem, co już odrobinę daje przedsmak tego, co Liathach oferuje, jakkolwiek trudności nie występują – dalsza zaś droga na pierwszego munro (trzecie wzniesienie) wygląda tak:

Za Wojtkiem widoczny jest Stob a’Choire Dhuibh Bhig, który podobnie jak dwa szczyciki przed Spideanem nie załapał się do munros ze względu na MDW niższą niż 500ft.

Widok na kluczowy fragment trasy, grań Am Fasarinen, otwiera się dopiero ze szczytu Spideana. Nie wiem jak na zdjęciu, ale na żywo naprawdę robi wrażenie.

Tu obiecany widok na przeciwległą stronę grani, po prawej podnóże masywu Beinn Eighe, kolejnego ze szkockich klasyków:

Poniżej zaś prześledzić można resztę trasy. Am Fasarinen przechodzą w łagodną grań, kulminującą w Mullachu an Rathain. Czarne poszarpańce z prawej strony wierzchołka to początek – lub koniec, wedle preferecji – Northern Pinnacles:

Moje ulubione zdjęcie:

Mullach, Northern Pinnacles i Meall Dearg:

Tu zaś widać, którędy na Meall Dearg się drapać. Trasa podobno łatwiejsza niż wygląda, scramblingowa czwórka (Am Fasarinen mają dwójkę, pewnie dlatego że trudności można stopniować lub całkiem ominąć).

Am Fasarinen można obejść ścieżką biegnącą nad Glen Torridon, ale ze względu na jej stan nie jest to zalecane. Ponadto, na samych pinaklach też można stopiować trudności. Najłatwiejsze warianty są naprawdę proste. Korzystałam to z nich, to z trudniejszych, chłopaki leźli hardkorami (w mej subiektywnej ocenie rzecz jasna).

Piaskowiec jest pięknie urzeźbiony i daje wiele możliwości. Formacje w rejonie pinakli są takie:

Albo takie:

Wrażliwych może nieco poczesać ekspozycja. Przyznam że mnie mocno zdeprymował koń skalny na samym początku Am Fasarinen. Nie był trudny, ale od północy lufa taka, że spokojnie 100m wolnego lotu. Nie podobało mi się to i weszłam na skurczybyka od drugiej strony. Od południa, od Torridonu, spadło by się najwyżej kawałek: tam też jest lufiasto i to nawet bardziej, ale jednak dopiero te kilkanaście metrów od trasy. Tamtędy zresztą biegnie sobie scieżka – omijanka.
Tak to wygląda w stronę Torridonu:



A tak w stronę Coire na Caime, i tu nie ma żartów, bo ściana opada bezpośrednio z pinakli:

Nie jest trudno, chyba że naprawdę najcięższymi opcjami (jedną taką zaliczył Mariusz, przy oglądaniu tegoż nieco osłupiałam). Jedyne co może powodować dyskomfort to lufa. U mnie trochę powodowała. Nie przeszłam wszystkiego najłatwiej jak się dało ale najtrudniej też nie, z wyjątkiem jednego miejsca, gdzie zresztą przeżyłam chwilę grozy gdy zaklinowała mi się noga, a z prawej taki spad, że hej.

Za Am Fasarinen aż do Mullacha teren jest łatwy, jakkolwiek na prawo opadają imponujące ściany.

Rzut oka na Am Fasarinen od drugiej strony:

Z Mullacha do Torridonu schodzi się najpierw piarżyskiem, potem przyjemniejszą ścieżką. Można złazić ramieniem Mullacha (scramblingowa trójka), ale nawet nie przyszła nam do głowy taka opcja. Co mieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy. Liathach jest imponujące i piękne a okolica rzuca na kolana. Jest to na mojej prywatnej liście jedna z tych wycieczek, które dały mi prawdziwego energetycznego kopa i zapewniły uśmiech na twarzy na kolejne parę dni.
Tu >>LINK<< bardziej emocjonalna relacja. Niestety na blogu muszę się pilnować z ilością tekstu.