Nr 91, Ben Avon; nr 92, Beinn a’Bhuird
Wymowa: ben an; ben a wurd
Znaczenie nazwy: hill of the bright one; table hill* (za MunroMagic)
Wysokość: 1171m n.p.m.; 1197m n.p.m.
Pozycja na liście munrosów: 17.; 11.
Data wejścia: 14.09.12
*no shit, Sherlock!
Tym razem zaniosło nas na wschodni skraj Cairngormsów, gdzie jeszcze nie byliśmy. Zamykające grupę od tej strony dwa munrosy to esencja tych gór podniesiona do potęgi – dwa gigantyczne (Ben Avon rozciąga się na ok. 30 km kwadratowych) płaskowyże, gdzieniegdzie popodcinane kotłami ale w górze totalnie naleśnikowate.
Długość naszej tury, pętelka Linn of Quoich – Glen Quoich – The Sneck – wierzchołek Ben Avona, Leabaidh an Daimh Bhuidhe – The Sneck – północny szczyt Beinn a’Bhuird – Glen Quoich, miała wynosić 35 km czyli jak na te góry nic niezwykłego.
Wyjechaliśmy w piątek, noc spędziliśmy w namiotach na parkingu przy Linn of Quoich, wymarsz został uskuteczniony o szóstej. Na taki dystans wiadomo było, że potrzebujemy jak najwięcej czasu.
Świt zastał nas w Glen Quoich. Piękna, typowo cairgormska dolina: wrzosy, lasy, ładna rzeka.



Dolina jest naprawdę długa, ale teren wznosi się bardzo łagodnie, pomimo że stale. Wysokość zyskujemy praktycznie nie zdając sobie z tego sprawy. Najfajniejsze są odcinki zalesione, bo cairgormskie lasy (czy też, wg polskich kryteriów, laski) to coś cudnego.
W końcu zaczynamy wiedzieć, gdzie naprawdę zmierzamy. Masyw po lewej to Beinn a’Bhuird (niewielka część), po prawej Ben Avon (część jeszcze mniejsza), a łączy je wysoko położona, baaaardzo szeroka przełęcz, The Sneck.

Widok na stronę przeciwną:

Oraz na kotły we wschodniej części Beinn a’Bhuird i formację A’Chioch.

Ścieżka wchodzi w obniżenie pomiędzy munrosami i bardzo łagodnie wznosi na The Sneck. Jeszcze przed przełęczą osiągamy 900m n.p.m., w co trudno uwierzyć bo cała dotychczasowa trasa wiodła po prawie płaskim.

Widok ze Snecka na dolinę Slochd Mor rozwala.

Na Ben Avon podchodzi się nieco ostrzej niż na Snecka, ale wciąż łagodnie. Plateau osiąga się szybko. Jest płaskie jak blat, ale ze zlokalizowaniem wierzchołka nie ma problemu: tworzy go jeden z częstych w Cairgormsach granitowych formacji, zwanych torami. Nie ma najmniejszych wątpliwości że jest najwyższym miejscem płaskowyżu. Na Leabaidh Daimh Bhuidhe, Łoże Żółtego Jelenia, jeszcze niezły kawałek niemal idealnie równym płaskowyżem:



Na skałki szczytowe warto się wbić:


Stamtąd już świetnie widać, jaki masyw Ben Avona jest ogromny. Nie ma wątpliwości, że najrozleglejszy w Cairngormsach. Choć moim ulubionym tableland i tak pozostaje surrealistyczne Moine Mhor dwie notki wstecz.
Pod wierzchołkiem zrobiliśmy naprawdę długi postój – było tak pięknie, że nikt nie miał ochoty schodzić.
W końcu jednak trzeba było. Poniżej Dorota ciśnie w kierunku Snecka, a masyw przed nim to już Beinn a’Bhuird.

Tam znalezienie wierzchołka to już wyższa szkoła jazdy, dlatego z początku nieświadomie zrobiliśmy sobie "fotki szczytowe" na niejakim Cnap a’Chleirich.

Kiedy pokażą się klify, należy iść wzdłuż nich popatrując na prawo. Kilkadziesiąt metrów od granicy kotła będzie się wznosił pokaźny kamienny kurhan (mniej więcej kiedy znajdziecie się na wysokości leżącego w kotle Dubh Lochan).


Na szczycie nie za bardzo się czuje iż jest się w najwyższym punkcie, wrażenie psuje South Top znajdujący się 2,7 km dalej, niższy o zaledwie 18 m, co z tej odległości nie jest ewidentne.



Ścieżka zejściowa (zaznaczona na mapie) w terenie nie była trudna do wypatrzenia – obniżaliśmy się mając South Top po lewej i wyszliśmy prosto na nią. Do przejścia był jeszcze niesamowity kawał. Po przekroczeniu rzeki połączyliśmy się z naszą drogą dojściową.
Cairngormskie lasy są tak urocze, że nawet pomimo zmęczenia nie dało się ich nie podziwiać, chociaż przyznaję, że na końcówce wlekliśmy się już i plątały nam się nogi.

Z powrotem przy samochodzie zameldowaliśmy się o 18 z minutami, czyli tura zajęła nam 12 godzin. Udało się zatem zmieścić w czasie z przewodnika, chociaż na styk. Byliśmy połamani, śpiący, głodni i bardzo szczęśliwi.
Cairngormsy to góry które albo się kocha albo nienawidzi. Poniewierają człowiekiem niczym trening w Legii Cudzoziemskiej, prawie zawsze tam piździ jak w Kieleckiem, w niczym nie przypominają zorientowanych wertykalnie munrosów Zachodniego Wybrzeża.
Ja je uwielbiam 😉
Zdjęcia autorstwa Doroty i Mariusza:>>LINK<<




















































































































