The Grey Corries

 

 Nr 170, Stob Choire Claurigh ; 171, Stob Choire an Laoigh; 172, Sgurr Choinnich Mor

Wymowa: stob kori klori; stob kori an lauh; skur konih mor

Znaczenie nazwy:  peak of corrie of brawling; peak of the corrie of the calf; big rocky peak of the moss (za MunroMagic)

Wysokość:  1177 m n.p.m.; 1116 m n.p.m.; 1094 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów:  15 .; 38.; 52.

Data wejścia: 14.5.16

 

The Grey Corries to klasyka, jedna z najbardziej znanych i popularnych tras w Szkocji. Raz ze wzgędu na swoją urodę, dwa centralne położenie oraz generalnie umiejscowienie w rejonie bardzo „outdoorowym”, jako że należą do Nevis Range – graniami da się przejść na sam czubek Benny’ego. Odkładaliśmy tę turę świadomie, ponieważ od jakiegoś czasu celujemy w trasy dalsze i często mniej oczywiste pod względem atrakcyjności. Większość klasyki obskoczyliśmy na samym początku przygody z munrobaggingiem i pozostałe resztki trzeba teraz dozować, żeby nie pozostały nam w końcu same smutne kapusty. Odpychało też to iż pan McNeish, któremu do pewnego momentu ufaliśmy bez zastrzeżeń, polecał tę trasę jako czteromunrosową a to jednak spory wysiłek. Obecnie korzystamy raczej z sugestii na Walkhighlands (przy całej sympatii dla McNeisha do którego mam wielki sentyment), a tam opcje często są jak na nasz gust rozsądniejsze. Tak było i tym razem: Walkhighlands sugeruje żeby położonego na uboczu Stob Bana zostawić na oddzielną wycieczkę. Mieliśmy zatem zrobić trzy munrosy na odcinku 21,5 km, co nie jest jakimś ekstremum.

Ze Spean Bridge należy skręcić na Corriechoille. Mały parking (bardziej zatoczka) znajduje się niecały kilometr za zabudowaniami farmy. Przechodzimy przez plantację iglaków a kiedy ta się kończy, jest to znak że można zacząć się wspinać na ramię góry wzdłuż którego (mając je po prawej stronie) cały czas szliśmy. Ścieżki nie ma ale przy widoczności nie powinno być żadnych problemów nawigacyjnych.

Tym oto ramieniem będziemy się teraz żmudnie wspinać na pierwszego munrosa, mając za plecami widok na Glean Spean, Great Glen, grupę Meall na Teanga i całe mnóstwo szczytów zachodniego Highlandu.

Udręka kończy się w momencie kiedy osiągamy garbik Stob Coire Gaibhre, gdzie zaczyna się grań. Pierwszy widok na Grey Corries robi wrażenie – nagle roztacza się przed nami stado szczytów połączonych graniami, a wszystkie wydają się być na wyciągnięcie ręki.

Z tego miejsca na Stob Choire Claurigh wchodzi się szybko (mnie sceneria tak oszołomiła że wrzuciłam drugi bieg). Na zdjęciu munros to ten w głębi. 

Grey Corries, podobnie jak sąsiednie Mamores, to góry klasyczne – takie jak mógłby narysować przedszkolak. Trójkątne, z uczciwymi spadami z obu stron. Szczyty są tu raczej nieobszerne, granie dobrze zdefiniowane i miejscami wąskie – owszem, to nie Tatry wysokie z ich skałami i lufą ale zdecydowanie mountains, nie hills czy gables. 

Podobnie jak w Mamoresach, jak się już wejdzie na grań to można trzaskać szczytów ile dusza zapragnie 😉 Pomiędzy pierwszym a ostanim munrosem jest ich dokładnie siedem. A można kontynuować w obie strony.

Na Claurighu:

Nawiasem Grey Corries to zdecydowanie płeć żeńska. Ben Nevis i Aonachs z ich byczą kubaturą i topornymi kształtami to faceci, Corriesy za to mają eleganckie i rasowe linie:

Trochę nam zajęło uświadomienie sobie że czwarty grejkorisowy munros, Stob Ban, to to małe po prawej (jest dokładnie 200 m niższy od Claurigha). Mimo niskorosłości wyglądał na ładną górę przypominającą położonego w Mamoresach uroczego kurdupla Binnein Beag.

Widok na Stob Choire an Laoigh z Aonach Beag i bonusowym wierzchołkiem Ben Nevisa z widoczną kopułką Great Tower.

Klasyczny kadr (to się kiedyś urwie. Kwestia czy z turystą).

Marsz granią jest tak luźny że na drugim munrosie jeszcze w ogóle nie czuliśmy zmęczenia. W tle numer trzy, Sgur Choinnich Mor. Najniższy z trójki, przezentował się najkształtniej (a żaden z celów tego dnia plaskaczem nie był).

Tu na zbliżeniu, z Devil’s Ridge oraz Sgurr a’Mhaim na drugim planie (część mamoresowego Ring of Steall który przeszliśmy), oraz Beinn a’Bheithir planie ostatnim (Glencoe. Również zaliczone).

Za drugim munro przechodzimy przez przedostatnie wzniesienie trasy, Stob Coire Easain. Schodzi się z niego dla odmiany po rumowisku, całym błyszczącym od miki. Nie mam zacięcia geologicznego ale niektóre skały wydawały się bardzo ciekawe.

Z przełęczy na munrosa jest z początku ostrzej, potem bardziej horyzontalnie, ale generalnie moment.

Sgurr Choinnich Mor nie zawiódł. To faktycznie najładniejsza góra w grupie. Szczyt i granie podszczytowe są nieobszerne, śmiało zarysowane, powietrzne – ok, brak faktycznej lufy ale jest poczucie przestrzeni, wspaniała odmiana po tutejszych płaskowyżach. 

Na wierzchołku spędziliśmy najwięcej czasu. Kompletnie nie chciało się schodzić. Mogłabym tam zamieszkać.

No ale zejść trzeba było. Na początku wdrapać się znów na Stob Coire Easain a potem już bezpośrednio z niego, ramieniem w dół.

Trasa robi się nieco skomplikowana na dole, kiedy zejdziemy wreszcie do lasu (my na tym etapie mieliśmy już nogi zmasakrowane zimowymi butami – na kolejną wycieczkę wjadą już letnie). Jest to teren robót leśnych więc krzyżuje się tam sporo dróg. Mam nadzieję że mapka wyjaśni sprawę. Wrzucę ją jutro.

Trasa dorównała swej reputacji. Grey Corries powinny być IMO punktem obowiązkowym każdego górołaza w Szkocji. Bardzo udana wycieczka, o czym świadczy fakt że miałam prawdziwą wenę podczas pisania tej notki, a zazwyczaj miewam tak tylko w przypadku jakichś przygód na trasie. Tym razem było „nudno”, a i tak siadłam do klawiatury z wielką przyjemnością.

 



Weekend w Highlandzie



W góry zupełnie nie udaje nam się ostatnio wyskoczyć, ale w ostatni weekend zrobiliśmy sobie objazdówkę po Skye i zachodnim Highlandzie. Złota jesień plus okno pogodowe zaowocowały fantastycznymi wrażeniami. Szkoda że nie jestem w stanie wrzucić wszystkich zdjęć.


W sobotę na Skye jeszcze nie było rewelacyjnie, trochę co chwila popadywało, ale dało się coś zobaczyć. 

Storr stał w chmurach, za to Qiraing nie rozczarował:
Image Hosted by ImageShack.us
Hebrydy Zewnętrzne wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Za krową widać góry na Harris.

Image Hosted by ImageShack.us



Czarne Cuilliny odsłoniły się dopiero wieczorem, ale jak już to już. Sgurr nan Gillian wygląda od tej strony tak, że słowackie Tatry Wysokie by się nie powstydziły:

Image Hosted by ImageShack.us
Zachód słońca był spektakularny.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us


W niedzielę – masakra. Od rana pogoda taka że trudno było uwierzyć. Śniadanie z widokiem na przyśnieżone, skąpane w słońcu Cuilliny, bezcenne.

Image Hosted by ImageShack.us


Nie chciało nam się tak od razu wracać więc najpierw pojechaliśmy na półwysep Sleat, gdzie nas jeszcze nie było. Roztaczają się stamtąd widoki na dziki półwysep Knoydart z piękną górą Ladhar Bheinn (najwyższa na zdjęciu) na którą od dawna się szykujemy (wycieczka niestety dość skomplikowana logistycznie).

Image Hosted by ImageShack.us



Image Hosted by ImageShack.us

Loch Alsh:

Image Hosted by ImageShack.us

To natomiast niewątpliwie dwie najwyższe z Five Sisters of Kintail >>LINK<<.

Image Hosted by ImageShack.us

Na cmentarzu u wylotu Glen Affric było tak pięknie, że zrobiliśmy tam dłuższy postój.

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejne dwa wypadły nad Loch Garry, pierwszy na znanym punkcie widokowym:

Image Hosted by ImageShack.us

I drugi, bo nie dało się przejechać mimo wobec tych kolorów.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Jako że wypadał Remembrance Day, pod Commando Memorial koło Spean Bridge był niezły tłum. Było na co popatrzeć.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Postanowiliśmy podskoczyć jeszcze do Glenfinnam i po drodze ustrzeliliśmy Benka który był jak zwykle bezbłędny.

Image Hosted by ImageShack.us

Glenfinnan Monument i wiadukt załapały się na zdjęcia w ostatnich chwilach przed zachodem słońca:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Glencoe i reszty już się uwiecznić nie dało. Ale co ogarnęliśmy to nasze. Niezapomniany dzień.

Śniegu jest już całkiem sporo i nie mogę się doczekać kiedy w końcu pójdziemy w góry!!!

Castle Ridge

Castle Ridge to najbardziej wysunięta na zachód grań Ben Nevisa – czyli najdalsza od wierzchołka. Na zdjęciu poniżej po prawej. Ma scramblingową wycenę 4, choć niektóre źródła oceniają jej trudności na 5, i niższa gradacja wynika tylko z faktu iż droga ta jest raczej krótka i nie można jej porównywać z np. o wiele dłuższą piątkową Tower Ridge. Wyceny scramblingowe nie zależą od najtrudniejszego miejsca trasy, a od całokształtu, co bywa mylące.

(Gorsza jakość niektórych zdjęć wynika z faktu, iż były robione telefonem)



Dzięki temu że Castle Ridge leży na samym skraju północnej ściany, droga z wyższego parkingu zlatuje szybko. Podejście pod skały również się nie dłuży. Przy braku mgły topograficznie jest oczywiste, skąd i którędy podchodzimy:

Scrambling z początku jest dość łatwy, ale fajny i urozmaicony.



Trochę przeszkadzała ślizgawica, ale taka już uroda północnych ścian.

Po drodze są dwa kluczowe kominki. Pierwszy, widoczny poniżej, nie jest eksponowany ani bardzo trudny technicznie, ale trójka z nas wolała wchodzić z asekuracją. W kominku tym nie ma rewelacyjnych stopni, z chwytami AFAIR jest nieco lepiej. Nie miałam w nim żadnych problemów, ale wykonałam kilka manewrów na które absolutnie bym się nie odważyła bez protekcji liny.

Za tym miejscem jest fragment bardzo łatwy, aż osiągamy drugi kominek, najtrudniejsze miejsce na trasie. W przeciwieństwie do pierwszego jest eksponowany, natomiast wydaje mi się że stopnie i chwyty są, zwłaszcza w górnej partii, nieco lepsze. Tu zdecydowanie asekuracja jest wskazana.

Poniżej ta partia zdjęta wiosną z Ledge Route, a kluczowym kominkiem wspina się osoba w czerwonej kurtce:

Po pokonaniu tego miejsca, które Mariusz ocenił na tatrzańskie II (a nie jak sugerowałaby scramblingowa czwórka, na I), czeka nas już tylko łatwy – średni scrambling. W pewnym momencie grań znacznie się zwęża, trochę jak na Ledge Route. Liny wyjmować już jednak nie trzeba.



Za Danielem Fort William i Loch Eil:

Za tym wąskim fragmentem jeszcze tylko kawałek, i grań przechodzi w zbocze – znak, że jesteśmy już w rejonie plateau. Na wierzchołek oczywiście się nie fatygowaliśmy, do przejścia mielibyśmy ponad 3 kilometry. Zboczem zeszliśmy na rympał do doliny, nawet nam się nie chciało rozszpejać póki nie osiągnęliśmy trawki, tak bardzo chcieliśmy już wydostać się z cholernego, śliskiego i sypiącego się, rumowiska.

Trasa bardzo się wszystkim podobała. Nie jest ekstremalna, ale można poczuć dreszczyk emocji. Ja się przyznam że w drugim kominku przez chwilę miałam, pomimo liny, konkretnego stracha. Polecam takim jak my, scramblerom i "niedzielnym wspinaczom", dla których tatrzańska dwójka to w sam raz 😉
Natomiast alternatywa dla Pony Tracka to zdecydowanie nie jest!

Zdjęcia: >>LINK<<

Ben Nevis przez Ledge Route – ponownie

Trasę tę opisywałam rok temu (>>LINK<<), tym razem jednak lepiej ją udokumentowaliśmy na zdjęciach i myślę że poniższy opis może być bardzo przydatny jeśli ktoś ma zamiar się tamtędy wybrać.

Podczas tej wycieczki istotne było dla nas także obejrzenie i dokładne obfotografowanie Castle Ridge, grani którą planujemy w tym masywie następnym razem.

Z Castle Ridge jest dziwna sprawa, bo pod różnymi kątami wygląda zupełnie inaczej i dlatego ważne było dokładne jej opatrzenie. Na poniższym zdjęciu jest to grań najbardziej po prawej i z tej perspektywy, z wyjątkiem kawałka na górze, wygląda prawie spacerowo:

Stąd już mniej, ale nadal nie wywiera szczególnego wrażenia. Zdjęcia górnej części pokażą, że jednak niesłusznie, ale żeby to zobaczyć trzeba być znacznie wyżej.

Poniżej żleb nr 5, którym rozpoczyna się trasa. Jest jeszcze drugi wariant do wykorzystania przy zagrożeniu lawinowym, ale Mariusz musi mi pomóc go zlokalizować na zdjęciu. My dwukrotnie podchodziliśmy żlebem, jako że drugi już raz przechodziliśmy tę trasę wiosną.

Żlebem dosłownie kawałek, do widocznego poniżej zachodu. Rok temu w całości pokrywał go śnieg i po prostu go przeszliśmy, tym razem skałki ponad zachodem były odsłonięte i śliskie, więc choć były to głupie 2-3 metry, było gdzie zjechać i to był pierwszy fragment scramblingowy. W ogóle scramblingu było teraz dużo więcej z powodu znacznie zredukowanej ilości śniegu.

Po przejściu zachodu należy się na chwilę skoncentrować – nie idziemy prosto, choć jest tam coś na kształt ścieżki, a skręcamy ostro w lewo, do krótkiego żlebiku:

Żlebik wyprowadza do niewielkiego kotła, ograniczonego od prawej granią, którą będziemy kontynuować. U nasady grani jest wspaniały punkt widokowy gdzie warto zrobić postój – my tym razem zajęliśmy się głównie obserwowaniem Castle Ridge, która odsłania się dopiero po osiągnięciu tego miejsca. Stąd już widać, że to nie taki spacer jak wydawało się z dołu.

Zaczynamy podchodzenie granią. Są momenty łatwego scramblingu, są i takie gdzie po prostu się idzie. Najcharakterniejszym fragmentem jest koń. Nie lubię tego miejsca, bo niby obiektywna trudność jest niewielka, ale mam jakieś swoje opory, i w rezultacie wolałam zejść trudniejszą ale nieeksponowaną ryską po lewej stronie.

Powyżej konia odsłania się końcowa część trasy, aż do wyjścia na plateau.

Na plateau oczywiście tłumy. Dziś przynajmniej ci wchodzący ceprostradą mieli możliwość zobaczenia północnej ściany, o ile chciało im się podejść do krawędzi. W brzydki dzień bez widoczności można wejść i zejść z Ben Nevisa i mieć przeświadczenie iż było się na kopie.

Poniżej ładnie widać finalny fragment Tower Ridge: wierzchołek Great Tower, Tower Gapa i początek ostatniego podejścia.

Tym razem planowaliśmy zejście przez Carn Mor Dearg Arete, czyli trzeba było przejść przez wierzchołek. Z punktu gdzie Ledge Route się kończy jest na niego jeszcze spory kawał przez wznoszące się łagodnie, acz wyraźnie plateau. Paradoksalnie ten odcinek, w dodatku w słońcu, zmęczył nas bardziej niż LR.

Poniżej wierzchołek, który odsłania się dopiero gdy docieramy do końcówki Tower Ridge. Urwisko północnej ściany prezentuje się stąd przepięknie, zwłaszcza poprzez kontrast z płaskim, przyjaznym, oblepionym ludźmi plateau szczytowym.

Po raz pierwszy mieliśmy ładne widoki na Glencoe, jakoś za każdym razem niezależnie od pogody tam akurat stały chmury.

Na plateau zeszło nam tyle czasu (podziwialiśmy i fotografowaliśmy wszystkie granie północnej ściany) że kiedy zeszliśmy z wierzchołka i stanęliśmy na początku Arete, z żalem ale zdecydowaliśmy się na skrócenie drogi powrotnej. Można to było w miarę bezpiecznie zrobić tylko z miejsca w którym zapadła decyzja. Na krawędzi stoi tam metalowa tablica używana jako stanowisko zjazdowe w sytuacjach awaryjnych. Latem absolutnie nie byłoby mądrze próbować schodzenia tamtędy. Teraz jednak leżał śnieg, więc założyliśmy raki i zaczęliśmy iść. Początkowo stromizna była naprawdę duża i trochę deprymowała.

Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy w końcu teren się położył. Resztę zbocza pokonaliśmy w najprzyjemniejszy możliwy sposób, tj. na siedzeniach.

Dobrze było mieć możliwość przekroczenia potoku w górze doliny, gdzie składał się jeszcze z wielu małych strumyczków. Na dole zmieniał się w rwącą rzekę której wolałabym nie musieć pokonywać.

Od miejsca w którym skończyliśmy zjeżdżać do chaty CIC jest kawałek, ale trochę nam tam zeszło na pokonywaniu rumowiska. Poniżej chaty jest już relaks.

Tak prezentuje się Ledge Route: żleb nr 5 – zachód – żlebik – kawałek do początku grani gdzie znajduje się ten rewelacyjny punkt widokowy – grań – plateau.

I ostatni widok, który kojarzy mi się bardzo tatrzańsko:

Ledge Route jest wspaniałą alternatywą dla CMD Arete. Te dwie trasy to najłatwiejsze dojścia od północnej strony (LR odrobinę trudniejsza za to krótsza) i nie wymagają żadnych specjalnych umiejętności, a są o niebo ciekawsze niż ceprostrada. LR oferuje prawdziwie wysokogórski klimat i rewelacyjne widoki na Castle i Tower ridges. Jest nieco bardziej skomplikowana orientacyjnie niż CMDA, ale zdjęcie na którym ją zaznaczyłam powinno pomóc – właściwie uważać trzeba jedynie żeby po przejściu zachodu właściwie zlokalizować żlebik, bo pójście prosto może się skończyć zapchaniem się.

Tu wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Porażka na Ben Nevisie


Mieliśmy dużą zagwozdkę co zaplanować na wczoraj, jako że w całej Szkocji ostro sypnęło śniegiem i prognozy gwałtownie poleciały w dół. Byliśmy jednak zdeterminowani żeby gdzieś się wybrać z nowymi znajomymi. W końcu zdecydowaliśmy się na Ben Nevisa, przez Ledge Route oraz – gdyby żleb nr 5 był zbyt lawiniasty – przez CMD Arete. Nic nowego ale uwielbiam tę g
órę i mogę na nią wracać jeszcze setki razy, nawet kosztem zaliczania nowych munrosów. Cieszyłam się więc bardzo na tę wycieczkę.
Kiedy za Callander wjechaliśmy w góry, im głębiej się w nie zanurzaliśmy tym bardziej pomysł wchodzenia na Benka od północy wydawał się mniej realny. Wszystko białe. Beinn Dorain, dwa tygodnie temu przyprószony na czubku, teraz pokryty śniegiem od podstaw. W rejonie Rannoch Moor gdzieniegdzie śniegi nawiane do połowy szosy. Glencoe – masakra. I to wszystko świeże, niezwiązane, czyli potencjalnie super lawiniaste. Jeszcze przed Fort William ustaliliśmy że zaczniemy podchodzenie z Glen Nevis, Pony Trackiem, i przy Half-way Lochan zdecydujemy adekwatnie do warunków czy pchamy się w północne ściany czy kończymy ceprostradą.
Początek raczej napawał optymizmem, co prawda ilość i stan śniegu sugerowały że mądrzej będzie podchodzić najłatwiejszą drogą, ale co do samego faktu iż wejdziemy nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości.

Im wyżej, tym wiatr się wzmagał – gogle i maski poszły w ruch. Przynajmniej w miarę jak temperatura się obniżała śnieg robił się mniej mokry, choć i tak zapadaliśmy się straszliwie.

Kiedy rozpoczęliśmy bezpośredni trawers wyprowadzający na wypłaszczenie koło stawu wiatr oszalał. Szliśmy w śnieżycy, wciąż wierząc że wszystko jest pod kontrolą i wejdziemy na szczyt. Niestety przed osiągnięciem wypłaszczenia zrobiło się po prostu tragicznie. Widoczność przed nami spadła do zera, śnieg zlewał się z niebem, nie było wiadomo w którym kierunku iść. Za nami momentalnie pozawiewało ślady. Świeżego śniegu dowaliło tyle, że miejscami zagrzebywaliśmy się po biodra. Najgorsze, że na tej trasie zupełnie nie ma się gdzie schować, biegnie ona połogimi odsłoniętymi zboczami, nie ma tam żadnych załomów skalnych, o drzewach nie wspominając. Nasze ciuchy wierzchnie były już przemoczone, a czekało nas jeszcze prawie dwa razy tyle drogi plus schodzenie. Po grupowej dyskusji stwierdziliśmy że, choć z żalem, odpuszczamy. Wbijanie się na siłę poważnie groziło ponownym dostarczeniem niepotrzebnej roboty Mountain Rescue.

Wracając byliśmy zdumieni, jak wiele śniegu przybyło: m.in. głazy na których przysiedliśmy podczas wchodzenia były teraz całkowicie zasypane. Wpadaliśmy po pas, co generowało mnóstwo śmiesznych sytuacji i generalnie powrót, mimo porażki, przebiegał w atmosferze radosnej głupawki. Były nawet dupozjazdy, co prawda średnio efektywne w kopnym śniegu.

Ben Nevis tym razem nas nie wpuścił ale i tak było fajnie. Poza tym dobrze czasem dostać od natury w dupę, żeby przypomnieć sobie że góry mogą być groźne niezależnie od stopnia trudności trasy, i należy im się jednak ta odrobina respektu.

Stob a’Choire Mheadoin i Stob Coire Easain

Nr 67, Stob a’Choire Mheadoin i nr 68, Stob Coire Easain

Wymowa: stob a kori wijon; stob kori esan

Znaczenie
nazwy:
peak of the middle corrie; peak of the corrie of the little waterfall (obie wersje za MunroMagic)

Wysokość: 1105m n.p.m.; 1115m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
46.; 39.

Data wejścia: 21.11.10

Jako że mieliśmy przerwę w chodzeniu, postanowiliśmy zamiast męczyć się na scramblingach wrócić na chwilę do nieco zaniedbanego przez nas munro baggingu. Jak zwykle o tej porze roku kłopot był z wyborem trasy – bo w okolicy zostało już niewiele fajnych gór a dzień jest krótki. W końcu zdecydowaliśmy się zdeptać dwa munrosy nad loch Treig, z jednej strony mające Grey Corries, gniazdo górskie przylegające od wschodu do Nevis Range, co dałoby możliwość zobaczenia Bena i Mamoresów z zupełnie nowej perspektywy. Jezioro Treig leży na północnym krańcu Rannoch Moor, nieco poniżej Glen Spean i drogi A86. Na wschód zaczynają się góry Monadhliath a dalej za nimi leżą już Cairgormsy. Tak bardzo w centrum Highlandu jeszcze nie byliśmy.

Z Fort William obieramy kierunek na Spean Bridge i kontynuujemy A86, by za niedalekim Roybridge skręcić w prawo, wąską podrzędną drogą do parkingu w miejscu (bo miejscowością ciężko to nazwać) zwanym Fersit.

Przed rozpoczęciem trasy mieliśmy małe spięcie, mianowicie kategorycznie odmówiłam zabrania raków i czekana. Śniegu nie było dużo i tylko w górnych partiach zboczy, stwierdziłam więc że nie będę dźwigać czegoś co z dużym prawdopodobieństwem okaże się niepotrzebne. Wobec powyższego Mariusz, choć nie był za szczęśliwy, również zrezygnował z zabrania sprzętu. Wziął go tylko Marcin.

Poszliśmy tak jak w McNeishu, drogą wzdłuż Loch Treig i ledwo widoczną ścieżką zaczęliśmy wbijać się na zbocze (patrz mapka). Nie była to jednak najmądrzejsza opcja. Ścieżka wkrótce zniknęła, więc parliśmy do góry tak jak nam było najdogodniej, a stok zrobił się mało przyjemny – wystromiał na tyle, że zmęczenie szybko zaczęło dawać w kość. Zdecydowanie lepiej byłoby wchodzić ramieniem góry od samego początku, od parkingu, zamiast wbijać się bokiem tak jak my. Kiedy osiągnęliśmy grzbiet i teren się wypłaszczył, dopiero mogliśmy zacząć cieszyć się wycieczką, wcześniej to była masakra.

Od miejsca gdzie wbiliśmy się na grzbiet do szczytu Stob a’Choire Mheadhoin był jeszcze spory kawałek, ale teren był tu nachylony dość łagodnie. Zbocze opadające w kierunku jeziora stanęło dęba jeszcze bardziej, tu już nie dało by się wejść tak łatwo. Coraz częściej pojawiał się lód. Powoli zaczynałam żałować mojej decyzji odnośnie raków.
Z wierzchołka odsłonił się rejon, który widokowo najbardziej nas interesował: Mamores i Grey Corries. Tzn. na początku mogliśmy go podziwiać jedynie fragmentarycznie z powodu chmur.



Na Stob Coire Easain był dosłownie kawałek, ale ten odcinek dostarczył trochę górskiej radości. Wiatr rozpędził chmury, po czym zaczął pizgać tak, że ciężko było utrzymać równowagę, a w dodatku walił po oczach śniegiem (nie wzięłam gogli!). Na szczyt wbijaliśmy się w szalejącym żywiole, i jak później ustaliliśmy z Marcinem, to uczucie bycia, ekhem, walonym przez Naturę jest bezcenne, zwłaszcza kiedy pomimo niego twardo prze się do celu 😉

Stob Coire Easain

Stob a’Choire Mheadhoin

Widoki odsłoniły się zupełnie i bardzo ciekawie było podziwiać ten rejon od zupełnie nowej strony. Nie jestem tylko pewna czy i co widzieliśmy z Nevis Range, bo Grey Corries zasłaniały i na dalszym planie zlewały i nie bardzo umieliśmy rozpoznać, co jest co.

Poniżej Cruach Innse i Sgurr Innse, dwa maluchy z których przynajmniej pierwszy mocno się wyróżnia z otoczenia swoja skalistą strukturą. warto kiedyś go odwiedzić dla potencjalnych scramblingów.



Przy schodzeniu ze Stob Coire Easain zaczęła się zabawa. Śnieg po tej stronie zboczy nie był miękki jak na wejściu, a zmrożony. Jakoś sobie radziłam, głęboko zabijając podeszwy, ale w pewnym momencie zaczęło się robić naprawdę nieciekawie. Stok był bardzo długi i zjechanie po tej szklance na pewno nie pozostało by bez drastycznych konsekwencji. Gdyby nie pomoc Marcina schodzenie zakończyło by się dla mnie zdecydowanie źle. Raz faktycznie pojechałam, ale zatrzymał mnie czekanem i wyrąbał mi kilka stopni, dzięki którym jakoś pokonałam najgorszy odcinek. Oczywiście chyba nie muszę mówić jak wkurzeni byli na mnie oboje za niezabranie raków. No cóż, mieli rację.

Poniżej Mamores, od Binnein Mor po Sgurr a’Mhaim:

Trawersując grzbiet którym przyszliśmy, obniżaliśmy się w dolinę gdzie w końcu pokazała się ścieżka (łatwo ją wypatrzeć z góry, początek wyznacza jakaś dziwna kamienna konstrukcja). Ścieżką do samego parkingu, upiornie długim podejściem, pod koniec wzdłuż nieużywanej linii kolejowej. Ten odcinek bardzo nas zmęczył i dał popalić, jako że był niemożebnie błotnisty, a że na ostatnim fragmencie szliśmy w ciemnościach, lawirowanie wśród błocka i krzaczorów było średnio przyjemne.

Poniżej mapka którą – mam wielką nadzieję – udało mi się oznaczyć w miarę precyzyjnie. Widać jak bardzo wlecze się zejście. Widać też gdzie zaczyna się ramię góry, którym polecałabym wchodzić zamiast włażenia zboczem od jeziora.

Binnein Beag i Binnein Mor


Nr 65,
Binnein Beag i nr 66, Binnein Mor

Wymowa: binion beg; binion mor

Znaczenie
nazwy:
small hill; large hill

Wysokość: 943m n.p.m.; 1130m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
230.; 27.

Data wejścia: 28.08.10

Binnein Beag i Binnein Mor to ostatnie które nam zostały szczyty w grupie The Mamores. W Mamoresy na pewno będziemy jednak wracać, bo to przepiękny rejon i jest tu trochę celów scramblingowych.

Tu link do poprzednich wycieczek w to pasmo, może ktoś będzie chciał sobie wykombinować całkowicie własną trasę: >>LINK<<

Drogę rozpoczęliśmy z Mamore Lodge. Nad Loch Eilde Mor dochodzimy spacerowo, łagodnie nabierając wysokości. Wkrótce (patrz mapka) skręcamy w lewo, by łagodnym zboczem osiągnąć wypłaszczenie pomiędzy Sgurr Eilde Mor a Sgurr Eilde Beag. Jak na razie – widoki tylko za plecami, za to pierwszej klasy, na południe (Glencoe i Southern Highlands).

Poniżej widok na Loch Leven (to charakterystyczne małe po lewej to Pap of Glencoe), zdjęty z puntu widokowego na początku trasy. Warto usiąść na marmurowej ławce i trochę się pogapić, jest to bowiem jeden z najładniejszych (także dzięki obecności bujnego lasu) highlandzkich landszaftów.

Poniżej to samo, tylko już ze ścieżki prowadzącej do jeziora Eilde Mor.

Tu zaś – podejście na wypłaszczenie. W tym miejscu po raz pierwszy załamała nam się pogoda. Oczywiście, jakże typowo dla Szkocji, nie totalnie: warunki zmieniały się dosłownie co kilka minut, wielokrotnie zlał nas deszcz, słońce to wychodziło to się chowało, widoczność generalnie nie była jednak najgorsza. Softshell, który przez cały pobyt w Tatrach wyjęłam tylko raz – w dodatku na siedzenie przed schroniskiem – tu okazał się niezbędny. Jeśli chodzi o pogodę, Highland naprawdę ciężko przebić 😀

Z wypłaszczenia trawersujemy ścieżką zbocza pomiędzy Sgurrem Eilde Beag a Binnein Morem. Jeśli ktoś chciałby wracać tą samą drogą, polecam nie trawersować, a od razu wbijać na niedaleki wierzchołek SEB i stamtąd kontynuować na Binnein Mora – granią. Nam jednak taka opcja nie pasowała, ponieważ z naszego drugiego munro mieliśmy schodzić na przeciwną stronę.

Trawers wyprowadza na kolejne wypłaszczenie, tym razem pomiędzy dwoma Binneinami. Jesteśmy już dość wysoko więc obojętnie w którą stronę nie czeka nas za wiele wchodzenia, a na mniejszego z munrosów to już w ogóle jest spacer. Dosłownie kilkanaście minut i pyk, jesteśmy. Piarżyste zbocze trochę jeździ, co irytowało, ale też i ułatwiało schodzenie (surfing na piargach to ciekawa sprawa ;P)

Binnein Beag z drogi na Binnein Mora

Binnein Beag, choć prezentuje się tak mało okazale, wcale nie jest najniższym z munrosów. Wrażenie sprawia takie a nie inne ze względu na sąsiedztwo – Mamoresy nie są najwyższymi Grampianami, ale wszystkie przewyższają go "o głowę", a niedaleko piętrzy się potężne Nevis Range i niższe, ale też spore The Grey Corries. BB ma pecha znajdować się pośrodku tego całego zamieszania i dlatego wygląda jak wypierdek, zwłaszcza że jego najbliższy sąsiad, Binnein nr 2, jest najwyższym szczytem w paśmie.

Poniżej pozytywna strona szkockiej pogody. Szkocja jest krainą tęczy:

Na Binnein Mora idzie spacerowa ścieżka, ale Marcin wymyślił, że urozmaicimy sobie wejście i poszliśmy północno – wschodnim, poprzerastanym skałami zboczem, w poszukiwaniu mini scramblingów. Choć w 100% opcjonalne, kilka momentów było nawet ciekawych. Wśród skał dominował marmur – nigdy jeszcze nie szłam po takim podłożu. Stopnie i chwyty oferował całkiem przyzwoite, trzeba było jedynie uważać na gładkie fragmenty, nie gwarantujące dobrego tarcia. Zbocze wkrótce przeszło w grań, która (wciąż w miarę możliwości scramblingowo) wyprowadziła nas na szczyt.

Szczyt to dwa o niemal identycznej wysokości wierzchołki z krótką grańką pomiędzy.

Jako że na tym etapie pogodę mieliśmy już bardzo ładną, a przejrzystość powietrza była wysoka, widoki zapierały dech w piersiach.

Poniżej Sgurr Eilde Mor z pierwszym wypłaszczeniem (tam gdzie jeziorko). Na dalszym planie niebieszczy się Blackwater Reservoir. Ze szczytów na horyzoncie przy takim rozmiarze zdjęcia da się rozpoznać tylko piramidkę Schiehalliona, musicie mi więc uwierzyć na słowo że opodal było też widać grupę Lawersa, Ben More’a ze Stob Binneinem a nawet Ben Vorlicha i Stuc a’Chroina oraz Ben Lomonda.

W centrum da się wypatrzeć wzniesienia Great Wall of Rannoch, po prawej początek Glencoe: masyw Creise oraz Stob Dearg. To małe na pierwszym planie to Sgurr Eilde Beag.

Nevis Range tak się lansowało, że już bardziej nie można. Pomimo że z tego kierunku widać zaledwie maleńki kawałeczek północnej ściany, Ben robi wystarczające wrażenie samym ogromem masywu, tak wzdłuż jak i wszerz.

Kiedy już tak się wymarzliśmy, że zimno zwyciężyło z potrzebami estetycznymi, udaliśmy się granią na Na Gruagaicheana. Na tym pięknym munrosie już z Mariuszem byliśmy – była to nasza pierwsza wycieczka w rejon The Mamores – nie bardzo jednak widzieliśmy lepszą opcję zejścia. Na Na Gruagaicheana (wiecie jak się męczę za każdym razem wystukując to słowo? W mowie jest o wiele łatwiej, tę straszną nazwę wymawia się po prostu "na grujehan") prowadzi niemęcząca grań, którą pokonuje się w tempie ekspresowym, a z przełęczy między jego wierzchołkami wiedzie najkrótsza droga w dolinę, do Mamore Lodge.

Na Gruagaichean nie jest mniej widokowy od sąsiada. W panoramie odsłania się Loch Leven:

Obok zaś mamy wspaniały Ring of Steall, czyli pierścień czterech munrosów i kilku pomniejszych wzniesień, który przeszliśmy jak dotąd latem i bardzo chcemy powtórzyć go tej zimy:

Poniżej na pierwszym planie niższy wierzchołek Na Gruagaicheana (echch…) na który tym razem nie poszliśmy. Z przełęczy stromym trawiastym zboczem zeszliśmy do ścieżki, której dalej możemy się trzymać albo robić skróty, jak nam wygodnie. Kierunek – wylot doliny – jest oczywisty i zgubić się tam nie da. Kiedy dochodzimy do szerokiej drogi, do Mamore Lodge już tylko kilka minut marszu.



Trasa zachwyca, jak wszystkie w okolicy. W końcu to Lochaber. Technicznie do wejścia przez każdego. Można ją skombinować ze Sgurrem Eilde Mor, co daje dodatkowego munro w kieszeni; można pewnie tworzyć też inne kombinacje, bo prawie wszystkie Mamoresy są połączone graniami, więc jak już się wbić na któregoś, można tych munrosów jednego machu nieźle nastukać.

Zdjęcia: >>LINK<
Mapka jak Mariusz zrobi 😉

Ledge Route na Ben Nevis

Dziś po raz drugi zmiana przy klawiaturze. Vespa poprosiła mnie bym opisał trasę, którą zrobiliśmy prawie dwa tygodnie temu na Ben Nevisa. Był to pierwszy nasz wspólny wypad na tę górę przez północną ścianę. Przedsięwzięcie nieco ryzykowne, gdyż w wyższych partiach gór spodziewaliśmy się jeszcze śniegu i lodu. Pierwszy raz zabraliśmy więc ze sobą linę i podstawowy sprzęt wspinaczkowy. Do tras scramblingowych przygotowujemy się raczej gruntownie i po przeanalizowaniu paru opisow z książek oraz kilku z Internetu doszliśmy wspólnie do wniosku, że będzie dla nas psychicznym komfortem posiadanie asekuracji, nawet jeśli nie okaże się potrzebna. Ledge Route to najłatwiejsza scramblingowa droga na Ben Nevisa. W większości źródeł ma wycenę dwójkową, a warunki zimowe dodają jeszcze trudności. Największą jednak jest kwestia znalezienia właściwej drogi. W ubiegłym roku w lecie przeszedłem samotnie sąsiednią Tower Ridge. Drogę trudną technicznie, na granicy wspinaczki i scramblingu. Nie stanowiła ona jednak żadnego lub bardzo niewielkie wyzwanie orientacyjne. Szlak tej trasy od początku do końca wyznacza skalna grzęda i ciężko jest tu zabłądzić. Z Ledge Route sprawa wygląda nieco inaczej, a jej linia jest zygzakowata i pogmatwana. Tak czy owak należy najpierw dostać się do kotła pod północną ścianą tej góry. Tym razem nie szliśmy od strony Glen Nevis i udało nam się odnaleźć schowany na skraju lasu i pola golfowego parking o wdzięcznej nazwie The North Face, skąd prowadzi wygodna ścieżka w kierunku naszego celu. Początek może dać nieco w kość, gdyż nabieramy szybko wysokości, ale po osiągnięciu granicy lasu łagodnym podejściem zbliżamy się w kierunku tego co Ben Nevis ma najlepsze.



Jak prawie wszystkie trasy scramblingowe początek drogi wyznacza tu chatka Montain Rescue. Zanim ją osiągniemy powoli odsłaniają się kolejne z nich. Pięknie lansowała się nam Tower Ridge z charakterystycznym Douglas Boulder, za nią Observatory Ridge i Northern Buttress (te dwie jeszcze długo będą poza naszym zasięgiem).

Mijamy też Castle Ridge, która otwiera całą północną ścianę Ben Nevisa i czeka w kolejce na ten rok na nasze odwiedziny.

Będąc już koło chaty MR patrząc w kierunku południowym mamy przed sobą wielki kocioł poprzecinany żlebami. Najbardziej skrajny po prawej stronie to Gully nr 5 – to początek Ledge Route. Gdy pokonywaliśmy podejście w jego kierunku gdzieś z góry urwał się głaz wielkości dużego stołu i z hukiem przeleciał niecałe pięćdziesiąt metrów od nas prawie do dna kotła. W tamtej chwili nasze kaski wydały się śmiesznym zabezpieczeniem.



Gully Nr 5 większą część roku może być nieco ośnieżony.

O tej porze roku śniegu było jeszcze dużo i choć przy plusowej temperaturze brakowało lodu to szybko postanowiliśmy założyć raki i odpiąć czekany.

Gdy ściany żlebu otwierają się w prawą stronę przed nami pojawia się półka wiodąca w tym kierunku. Jest szeroka i niezbyt eksponowana, ale w śnieżnych warunkach można by nią zjechać do krawędzi ściany, którą przed chwilą mijaliśmy w żlebie.

I tu chyba najtrudniejszy orientacyjnie fragment drogi. Nie idziemy bowiem półką do końca – wiedzie w kierunku urwiska, a skała po lewej stronie staje się zbyt stroma. Należy przed jej końcem skręcić w lewo, w otwierający się dość wąską rynną i rozszerzający ku gorze żleb, który prowadzi do wyższej partii kotła. Nie ma tu większych trudności technicznych chociaż nie wiem jak ten odcinek wygląda bez śniegu.

Gdy docieramy do wypłaszczenia po prawej stronie widać ścianę, której szczyt to właściwy scrambling na Ledge Route. Aby go osiągnąć znowu skręcamy w prawo i robiąc już ostatni zygzak zbliżamy się do początku grani.

To piękne miejsce na odpoczynek. Nad urwistymi ścianami jest tu spora platforma, gdzie można wygodnie się rozłożyć podziwiając widoki otwierające się w kierunku zachodnim i północnym. Świetnie widać stąd całą Castle Ridge. Zainteresowanych odsyłam do galerii na Picasie.

Za nami początek grani. Jest szeroki, zbudowany ze skalnych bloków i nie stanowi dużego wyzwania.

Z lewej strony szybko pojawia się ekspozycja, a pionowa ściana coraz bardziej rośnie oddalając się od dna kotła. Z prawej, choć nieco stromieje, można ominąć większość trudności.

My jednak wybraliśmy drogę blisko krawędzi grani, która w jednym miejscu staje się nieco bardziej wymagająca. Zwęża się tworząc prawie skalnego konia, którego trzeba ominąć i zejść na położone nieco niżej siodełko łączące z dalszą częścią grani.

Dalsza część grani jest już raczej łatwa. W żadnym punkcie nie zwęża się za bardzo.

W końcu rozszerza się i łagodnieje. Przed nami jeszcze ostatnie ostre podchodzenie na krawędź płaskowyżu szczytowego, które w zimowych warunkach wymaga w mojej opinii czekana i raków.

Latem w tym miejscu nie powinno być już śniegu, a wejście nastręczać trudności. Po osiągnięciu końca trasy do szczytu Ben Nevisa pozostaje około kilometra łagodnego spaceru. Nam jednak nie chciało się tym razem go odwiedzać – pora była późna i spieszyliśmy się na piwo. Po drodze zaliczyliśmy najdłuższy jak dotąd dupozjazd po śniegu. Wycieczka narobiła całej naszej trójce apetytu na scrambling. W tym roku sprzęt wspinaczkowy z pewnością się przyda. 🙂



Mazio

Ben Nevis po raz trzeci

Prognozy pogody na zeszłą sobotę były tak optymistyczne, że postanowiliśmy zrobić coś naprawdę fajnego: po raz pierwszy ogarnąć Ben Nevisa (przez Carn Mor Dearg Arete oczywiście, ceprostradzie mówimy nie) w piękny, widokowy dzień. Żeby trochę zmodyfikować znaną trasę zaplanowaliśmy wchodzenie przez grań opadającą z Carn Dearg Meadhonach. Co do tego punktu miałam, przyznaję, trochę wątpliwości ponieważ grań ta w warunkach letnich ma wycenę dwójkową (scramblingowo, nie wg UIAA ;P), a jakkolwiek dwójki latem są banalne, żadnej jeszcze nie robiliśmy w zimie.
Trip rozpoczęliśmy, wjeżdżając kolejką gondolową (gondola w gaelic to "gondala" :D) na Aonach Mor. Górna stacja znajduje się oczywiście nie na samym szczycie, a w połowie wysokości. Od stacji zaczęliśmy trawersować zbocze Aonach Mor, i wkrótce ukazał się CDM i jego grań:

W dolinie spotkaliśmy górołazów, którzy obozowali w dwóch namiotach. Strasznie fajny klimat, obudzić się w zimowej scenerii Nevis Range 🙂 Krotka wymiana zdań ujawniła, że na CDM byli poprzedniego dnia co oznaczało, że będziemy mieć przedeptaną ścieżkę.
Dojście do podstawy grani (a właściwie jej górnej, konkretniejszej części) było momentami nieco nerwowe, jako że im wyżej tym zbocze było coraz stromsze a śnieg bardzo mało związany i obawialiśmy się, że możemy podciąć lawinkę. Zimowe doświadczenie mamy jeszcze bardzo skromne i ciężko nam realnie ocenić, na ile sytuacja jest bezpieczna.

Wreszcie osiągnęliśmy grań i rozpoczęliśmy wchodzenie na pierwszą turnię. Od początku stało się jasne, że przy takiej ilości śniegu nie będzie mowy o porządnym scramblingu. Wszystkie nierówności były przykryte, w miejscach stromszych, gdzie w warunkach letnich trzeba było by użyć rąk, teraz wystarczało zabić czekan i się podciągnąć. Praktyczny brak trudności nie umniejszał bynajmniej urody grani, zwłaszcza po prawej stronie lufa była konkretna (po lewej – bardzo stromo, nie chciałabym się tamtędy stoczyć, ale jednak nie ekspozycja jako taka).

Wierzchołek Carn Dearg Meadhonach osiągnęliśmy szybko, poniżej rzut oka na końcówkę grani:

Ale oczywiście samo gęste znajdowało się po drugiej stronie. Po raz pierwszy było nam dane zobaczyć północną twarz Benka w pełnej okazałości. Podobnie pierwszy raz zobaczyliśmy jak właściwie wygląda przechodzona przeze mnie dwu, a przez Mariusza jednokrotnie Carn Mor Dearg Arete. Wiedzieliśmy, że widoki będą wymiatać, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak – dzięki pogodzie robiły kolosalne wrażenie, taki moment perfekcji przydarzył mi się w górach zaledwie parę razy.

Poniżej północna ściana Ben Nevisa z widoczną w centrum Tower Ridge. Idealne warunki sprawiły, że w ścianie było pełno ludzi. Na każdej grani znajdowało się po kilka zespołów, śnieg w żlebach poznaczony był śladami stóp – niektóre ścieżki prowadziły w miejsca, gdzie latem nie dałoby się wbić tak prosto, tu śnieg okazał się sprzymierzeńcem.

Szeroka póki co grań wyprowadziła nas na munro Carn Mor Dearg. Z tą górą przez długi czas mieliśmy pewien problem. Podczas naszej pierwszej wycieczki przez CMDA, gdy wbijaliśmy na grań na przełaj z doliny, we mgle wyszliśmy już na Arete, kawałek za wierzchołkiem munrosa. Z bólem, ale nie zaliczyliśmy go sobie wtedy, chociaż był to naprawdę krótki odcinek. Po raz kolejny przechodziłam Arete w czerwcu, gdy Mariusz łoił Tower Ridge. Stanęłam wtedy uczciwie na CMD i, nie bez pewnych wątpliwości, postanowiłam jednak wciągnąć go na naszą munro-listę. Jednak dopiero teraz, kiedy stanął na nim i Mariusz, uważam, że zaliczyliśmy go prawidłowo.



Arete zaczyna się kilkadziesiąt metrów od wierzchołka munrosa. Grań znacznie się zwęża, po obu stronach są stromizny (choć lufą bym tego nie nazwała, z wyjątkiem paru krótkich odcinków); i tym powietrznym szlakiem wędrujemy aż do bezpośredniego podejścia na Ben Nevisa, gdzie grań przechodzi w szeroki grzbiet. Latem Arete ma wycenę scramblingową 1, to znaczy: ręce zasadniczo nie są potrzebne, czyli jest łatwo. Jest to jednak scrambling, lajtowy bo lajtowy, ale tu i
ówdzie trzeba się podciągnąć, uważać na ruchome kamienie, ponadto dużo prościej jest trawersować grań, głównie od wschodu, niż posuwać się ostrzem (nie jest problematyczne ale tam właśnie koncentrują się wszystkie momenty dzięki którym droga została uznana za scramblingową). Teraz, przy śniegu, była to piękna ścieżka prowadząca po samym ostrzu. Cudowna sprawa, delektować się taką powietrzną trasą nie musząc myśleć o trudnościach. Myślę że zdjęcia mówią same za siebie (na pierwszym w tle Sgurr a’Mhaim w The Mamores):

Poniżej, na moim ulubionym zdjęciu, na drugim planie pięknie prezentuje się słynny mamoresowy szlak, opisany na tym blogu Ring of Steall:

Na Arete:

Oraz podejście na szczyt Ben Nevisa, który od tej strony ma tak śmiałe linie, że wchodzenie na niego Pony Trackiem powinno być zabronione – pomyśleć, że dla wielu osób atakujących Benka tą ceprostradą pozostaje on kopą, tyle że wyższą od innych…

Poniżej zaś Tower Ridge po raz kolejny. Przypatrzcie się, na jakiej wysokości znajduje się Great Tower. To za chwilę będzie istotne.

Atak szczytowy dał nam popalić – śnieg był głęboki i sypki, szło się raczej niemrawo. Na wierzchołku, po raz pierwszy widoki. Efekt trochę osłabiony przez wielkość plateau szczytowego – na wszystkich fotach widać przede wszystkim teren wierzchołka, a dopiero w oddali krajobrazy – ale i tak wrażenie (w pełni uzasadnione) górowania nad całą okolicą jest niebywałe. W Brytanii są tylko dwie góry powyżej 1300m n.p.m., i tę przewagę się czuje. Zdjęć nie daję gdyż 1) i tak najładniejsze były te z Arete; 2) znacznie bardziej unikalnym widokiem jest zaprezentowana poniżej Tower Ridge.
Pisałam, żeby zwrócić uwagę jak wysoko znajduje się Great Tower? No więc tu macie odpowiedź dlaczego, zaprezentowana sekwencja zdjęć ukazuje grań do punktu położonego tylko nieco niżej niż Wielka Wieża. Warto uzmysłowić sobie skalę całości.

Na początek odcinek końcowy, wg Mariusza latem bez trudności:



Miejsce najbardziej nerwowe, choć technicznie nietrudne, czyli słynna szczelina Tower Gap:

Tower Gap oraz Great Tower – trawers po jej prawej stronie to niesamowita galeryjka nad okropną lufą. Widać, że i tu śnieg pomógł, ponieważ najtrudniejsze latem miejsce zostało przez niektórych strawersowane, co latem niekoniecznie byłoby możliwe:

Oraz partia poniżej Wieży, czyli jeszcze ok. dwóch trzecich długości grani pozostało poza kadrem:

Mam wielką nadzieję, że za jakiś czas na tym blogu znajdzie się relacja z Tower Ridge mojego autorstwa. Mariuszową przeczytacie tu: >>LINK<<.
Jeśli jeszcze kogoś nie przekonałam, że zdobywanie Benka ceprostradą jest bez sensu, to niech weźmie koło i się… hmmm… tego… w czoło ;D
Tu >>LINK<< do galerii, chyba naszej najładniejszej jak dotąd.
Wycieczkę podsumuję krótko: cud, miód i orzeszki. Chyba widać.
🙂

Meall na Teanga


Nr 51,
Meall na Teanga

Wymowa: miel na cienga

Znaczenie nazwy: rounded hill of the tongue

Wysokość: 918m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 275.

Data wejścia: 17.10.09

Pogoda na zeszły weekend zapowiadała się sucha i słoneczna. Postanowiliśmy zatem wykorzystać te sprzyjające okoliczności przyrody na coś mniej spacerowego, jakiś scrambling. Kryteria, jakie przyjął Mariusz, instruując mnie odnośnie szukanej drogi, były następujące:

– wycena scramblingowa na 3 (dwójki nie są wyzwaniem w ładną pogodę, a czwórek się jeszcze boję)

– co najmniej jeden munro na trasie.

Warunki, jak stwierdziłam po dość pobieżnej lekturze, idealnie spełniała opisana w Scramblings in Lochaber droga na Meall Dubh znad Loch Lochy. Meall Dubh nie ma co prawda nawet statusu donalda, ale można z niego przejść na dwa munrosy, Sron a’Choire Ghairbh bądź Meall na Teanga. Postanowiliśmy zrealizować opcję scramblingową a potem zastanowić się, czy damy radę zdeptać jednego czy dwa.

Wschód słońca zaczął się w Glencoe, i do maleńkiego Clunes, skąd zaczyna się trasa, dotarliśmy o bardzo fotogenicznej godzinie. Poniżej ponad mgłą Nevis Range, na fotce pod nim Loch Lochy:

Dojeżdżamy do leśnego parkingu za Clunes, skąd szeroką drogą do miejsca, gdzie wg mapy (patrz na koniec) las na zboczach jest najwęższy. Zbocze ponad drogą obrywa się nagle może czterometrowym, dobrze urzeźbionym uskokiem – tamtędy wbijaliśmy się do góry. Dalej lasem, o ścieżce zapomnijcie, przez plątaninę zwalonych pni, młodych drzewek (niestety głównie iglastych, gogle wskazane ]:>) i gęstego poszycia, po lewej mając głęboki wąwóz (uważać!). Jeśli posiadacie maczetę, koniecznie ją zabierzcie. Jeśli nie, zastanówcie się dwa razy zanim zdecydujecie się na tę trasę.

Po wyjściu z … lasu (w miejsce trzykropka można wstawić dowolny epitet/epitety, gwarantuję że będziecie mieć na to ochotę) ukazała się nam dalsza trasa, tj środkowa z poniższych grzęd. Trochę nie chciało nam się uwierzyć, jak na wpół wrzosowe zbocze może mieć wycenę 3 (0+), ale konsultacja z rysunkiem w książce nie pozostawiała wątpliwości, że idziemy dobrze.

Do początku trasy, gdzie jak informowała książka wyrasta pojedynczy nie do przegapienia iglak (to nie ten poniżej), należało najpierw przetrawersować stromym zboczem. Tzn. wtedy jeszcze wydawało nam się strome, potem już nie.



Iglak właściwy widoczny jest na fotce poniżej. Od momentu kiedy zakończyliśmy trawersowanie i rozpoczęliśmy wbijanie do góry, stało się jasne że trasa nasza nie będzie bułką z masłem.

Zbocze było dość pionowe. Pionowe nie w znaczeniu geometrycznym, bo do 90 stopni jednak mu nieco brakowało. Było jednak wystarczająco strome, by uniemożliwiać korzystanie jedynie z nóg. Gdyby zeń skoczyć, lotu swobodnego nie zaliczyłoby się więcej niż pół metra – metr – gdzieniegdzie dwa, za to reszta byłaby bardzo szybkim turlaniem aż do samego podnóża. Gdyby to była skała, ale taka porządnie urzeźbiona, z konkretnymi stopniami i chwytami, szła bym z lekkim cykorem, ale myślę że pewnie. Tymczasem musieliśmy pełznąć przez porośnięte wrzosem zbocze, i właśnie wrzosy służyły nam za chwyty, a czasem także stopnie.

Na tym najtrudniejszym odcinku, któremu trasa zawdzięcza swoją wycenę, skał nie było prawie w ogóle. Sama absolutnie nie uważam tej drogi za scramblingową. Jest to raczej jakiś wrzosowy hardkor dla masochistów.

Skałki zaczęły się pojawiać na górnym odcinku, gdzie teren nieco (ale nie było to duże "nieco") się położył. Wszystkie były omijalne, można więc było wybierać, czy w danym miejscu bardziej satysfakcjonuje nas scrambling czy wrzosing.

Poniżej Loch Lochy i Nevis Range:

Kiedy osiągnęliśmy łagodną grań Meall Dubh, byliśmy zjechani jak konie po westernie. Natomiast uczucia mieliśmy mocno mieszane – z jednej strony, potrzeba adrenaliny została w pełni zaspokojona; z drugiej, w zupełnie inny sposób, niż się spodziewaliśmy i niż jaki by nas usatysfakcjonował.

Z Meall Dubh postanowiliśmy ruszać od razu na Meall na Teanga i stamtąd jakoś zejść – na dwa munrosy nie starczałoby by nam światła dziennego. Odcinek od wierzchołka Meall Dubh do szczytu munrosa zajął nam 45 minut. Podejście jest łagodne, jest tam też ścieżka. Jest to jedyna część pokonanej przez nas trasy, na której w ogóle jakaś ścieżka egzystuje. Na naszym wejściu i zejściu nie znaleźliśmy nawet śladu buta.

Widok na południowy zachód z podejścia na Meall na Teanga:

Z naszego munro, od którego już bliżej niż dalej do ogarnięcia pierwszej setki, skierowaliśmy się w stronę przełęczy łączącej go z sąsiednim wzniesieniem. Z przełęczy zeszliśmy na rympał nad jezioro, najpierw przyjemną trawiastą kotliną, eskortowani przez rozryczane jelenie, a potem, po raz drugi tego dnia, *&&%"::::?$@ lasem. Tym właśnie ślicznym, kolorowym lasem, który tak ładnie się lansuje poniżej:

Nad przeprawą przez las nie będę się rozwodzić, ostrzegę tylko iż należy uważać na zamaskowane dziury, bagna, skupiska młodych choinek, śliskie i wypróchniałe pnie oraz coś śluzowatego co tam wszędzie się pleni.
Na drogę udało nam się wyskoczyć w miejscu gdzie nie było żadnych uskoków. Przebyte trudy wynagrodził trochę widok zachodu słońca nad jeziorem.

Z całą pewnością mogę o naszej wycieczce powiedzieć dwie rzeczy:
1. Bardzo mi się podobało.
2. Nie mam zamiaru jej powtarzać.

Jeśli mimo to ktoś chciałby nasz szlak zdublować, życzę powodzenia i zalecam uczynienie tego w równie dobrych warunkach pogodowych, bo te wrzosy i na sucho były nieszczególne.

Całość: >>LINK<<