Beinn Ime i Beinn Narnain


Nr 73,
Beinn Ime i 74, Beinn Narnain

Wymowa: bin im; bin narnein

Znaczenie nazwy: hill of the butter; hill of the notches (za MunroMagic)

Wysokość: 1011m n.p.m.; 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 118.; 259.

Data wejścia: 22.05.11

Słabe prognozy pogody położyły naszą szansę na scrambling, przeprosiliśmy się więc z munro-baggingiem. Zależało nam żeby było blisko i nie bardzo długa trasa (12 km w deszczu a 20 ROBI różnicę) więc padło na Arrochar Alps, gdzie mieliśmy jeszcze trzy munrosy do przejścia. Jeden z nich nie spełniał kryterium krótkości trasy, pozostały więc Ben Ime oraz Ben Narnain, sąsiedzi jednej z naszych ulubionych gór Cobblera.

Samochód zostawiliśmy na znanym już nam parkingu w Succoth (nie wiem czy to się kwalifikuje jako część Arrochar czy odrębny przysiółek), wystarczy przejść na drugą stronę szosy i zaczyna się podejście (patrz mapka). Odcinek zalesiony jest o tyle przyjemny, że można się dobrze rozchodzić jako że nie jest stromo.

Pogoda nie pozostawiała miejsca na złudzenia, ale nastroje mieliśmy bardzo pozytywne, wielkich oczekiwań brak, miał być pożytecznie spędzony dzień i danie sobie w dupę, plus dla mnie i Mariusza kolejna zdobycz.

Loch Long i miasteczko Arrochar

Po wyjściu z "lasu" (w cudzysłowie bo tatrzański bór to to nie jest) osiągnęliśmy łyse Narnain Boulders, skąd widać już górne partie okolicznych wzniesień. Szliśmy ścieżką biegnącą pomiędzy Cobblerem a Beinn Narnain, wyprowadzającą na wielką przełęcz dzielącą ten ostatni od Beinn Ime. Na tym odcinku mieliśmy śmieszną przygodę – jedna z owiec, które niechcący spłoszyliśmy, przewróciła się na bok a że jej futro było bardzo namoknięte więc zapewne ciężkie, nie potrafiła wstać jedynie desperacko wymachując odnóżami. Była tak przerażona że nikt nie miał ochoty robić sesji zdjęciowej, Mariusz po prostu popchnął ją lekko tak że stanęła na nogi i tyle ją widzieliśmy (uratował owcę, przypominam, już po raz drugi ;)).

Z przełęczy na Beinn Ime wchodzi się połogim zboczem. Jest to najwyższy munro w Alpach Arrocharskich, ale – przynajmniej od strony naszego wejścia – niezbyt ciekawy.

Podczas wchodzenia na Beinn Ime, na II planie Beinn Narnain i the Cobbler

Powiem szczerze że włażenie trochę dało mi w kość, osobliwie w tych warunkach pogodowych. Przypominam jednak że nasz parking leżał prawie na poziomie morza (Loch Long jest fiordem). Plus, z przyczyn niezależnych od nas rzadko ostatnio łazimy, więc i kondycja spada…

Wierzchołek Beinn Ime osiągnęliśmy w mleku więc ewakuowaliśmy się dość szybko, tym bardziej że wiatr zrobił się masakryczny (nie wiedzieliśmy, że to dopiero preludium).

Zeszliśmy do przełęczy skąd nieco stromszy stok wyprowadzał na długi grzbiet Beinn Narnain.

Pogoda szalała, wiatr dawał z siebie wszystko, chmury pędziły więc warunki zmieniały się jak w kalejdoskopie: przez dwie minuty szliśmy w mleku, by przez następne dwie doświadczać pięknych widoków i nawet słońca, na grad i sporo deszczu też się znalazło miejsca, a jakże. Po osiągnięciu najwyższego punktu Beinn Narnain mieliśmy więcej szczęścia niż na poprzednim munrosie, bo COŚ było widać. Poniżej za Eweliną Loch Long.

A jeszcze niżej – Loch Lomond i Ben Lomond.

Już na grani szczytowej widać było, że Beinn Narnain nie jest takim zupełnie nudnym plaskaczem – było trochę skałek i bulderków; ale dopiero droga zejściowa okazała się naprawdę malownicza. Zamiast monotonnego zbocza ścieżka biegnie przez mały park skalny.



Na wypłaszczeniu poniżej wiatr dał czadu jak jeszcze nigdy. Do wglądu na moim profilu na fb – Daniel nakręcił dwa filmiki. Aż ciężko to opisać :)) Chłopaki choć więksi mieli pewien problem żeby ustać na nogach, a ze mną i z Eweliną wiatr robił co chciał, z przewracaniem włącznie. W pewnym momencie Mariusz prowadził mnie za pas biodrowy żebym była w stanie normalnie iść.



Niestety wietrzysko bardzo długo nie chciało ucichnąć, nawet kiedy już niewiele mieliśmy do granicy lasu dobrze dawało czadu. Zaliczyliśmy też kolejne sekwencje deszczu i słońca na przemian.

Poniżej: jeśli będziecie PODCHODZIĆ z Succoth na Beinn Narnain, to po pierwszej sekwencji leśnej kiedy osiągniecie szeroką drogę którą należy przeciąć, początek kontynuacji wygląda tak (zamieszczam zdjęcie ponieważ moim zdaniem nie jest ewidentne że to ścieżka):

A ta pierwsza sekwencja też jest raczej dzika:

Trasa jest fajna, w ogóle rejon Arrochar oferuje śliczne widoki z racji iż jest tam sporo lasów, więc krajobraz nie jest księżycowy jak choćby w rejonie bliskiej grupy Lawersa. Jeśli komuś mało może zrobić ją z trzecim munrosem, Ben Vane, ale tu już wymagana jest lepsza niż nasza kondycja i pogoda. Bardzo sympatyczne munros, zwłaszcza Beinn Narnain (plusy głównie za malowniczą drogę zejściową). Z Cobblerem łączyć nie polecam, tej górze warto poświęcić całkiem osobny wypad.

Ben Nevis przez Ledge Route – ponownie

Trasę tę opisywałam rok temu (>>LINK<<), tym razem jednak lepiej ją udokumentowaliśmy na zdjęciach i myślę że poniższy opis może być bardzo przydatny jeśli ktoś ma zamiar się tamtędy wybrać.

Podczas tej wycieczki istotne było dla nas także obejrzenie i dokładne obfotografowanie Castle Ridge, grani którą planujemy w tym masywie następnym razem.

Z Castle Ridge jest dziwna sprawa, bo pod różnymi kątami wygląda zupełnie inaczej i dlatego ważne było dokładne jej opatrzenie. Na poniższym zdjęciu jest to grań najbardziej po prawej i z tej perspektywy, z wyjątkiem kawałka na górze, wygląda prawie spacerowo:

Stąd już mniej, ale nadal nie wywiera szczególnego wrażenia. Zdjęcia górnej części pokażą, że jednak niesłusznie, ale żeby to zobaczyć trzeba być znacznie wyżej.

Poniżej żleb nr 5, którym rozpoczyna się trasa. Jest jeszcze drugi wariant do wykorzystania przy zagrożeniu lawinowym, ale Mariusz musi mi pomóc go zlokalizować na zdjęciu. My dwukrotnie podchodziliśmy żlebem, jako że drugi już raz przechodziliśmy tę trasę wiosną.

Żlebem dosłownie kawałek, do widocznego poniżej zachodu. Rok temu w całości pokrywał go śnieg i po prostu go przeszliśmy, tym razem skałki ponad zachodem były odsłonięte i śliskie, więc choć były to głupie 2-3 metry, było gdzie zjechać i to był pierwszy fragment scramblingowy. W ogóle scramblingu było teraz dużo więcej z powodu znacznie zredukowanej ilości śniegu.

Po przejściu zachodu należy się na chwilę skoncentrować – nie idziemy prosto, choć jest tam coś na kształt ścieżki, a skręcamy ostro w lewo, do krótkiego żlebiku:

Żlebik wyprowadza do niewielkiego kotła, ograniczonego od prawej granią, którą będziemy kontynuować. U nasady grani jest wspaniały punkt widokowy gdzie warto zrobić postój – my tym razem zajęliśmy się głównie obserwowaniem Castle Ridge, która odsłania się dopiero po osiągnięciu tego miejsca. Stąd już widać, że to nie taki spacer jak wydawało się z dołu.

Zaczynamy podchodzenie granią. Są momenty łatwego scramblingu, są i takie gdzie po prostu się idzie. Najcharakterniejszym fragmentem jest koń. Nie lubię tego miejsca, bo niby obiektywna trudność jest niewielka, ale mam jakieś swoje opory, i w rezultacie wolałam zejść trudniejszą ale nieeksponowaną ryską po lewej stronie.

Powyżej konia odsłania się końcowa część trasy, aż do wyjścia na plateau.

Na plateau oczywiście tłumy. Dziś przynajmniej ci wchodzący ceprostradą mieli możliwość zobaczenia północnej ściany, o ile chciało im się podejść do krawędzi. W brzydki dzień bez widoczności można wejść i zejść z Ben Nevisa i mieć przeświadczenie iż było się na kopie.

Poniżej ładnie widać finalny fragment Tower Ridge: wierzchołek Great Tower, Tower Gapa i początek ostatniego podejścia.

Tym razem planowaliśmy zejście przez Carn Mor Dearg Arete, czyli trzeba było przejść przez wierzchołek. Z punktu gdzie Ledge Route się kończy jest na niego jeszcze spory kawał przez wznoszące się łagodnie, acz wyraźnie plateau. Paradoksalnie ten odcinek, w dodatku w słońcu, zmęczył nas bardziej niż LR.

Poniżej wierzchołek, który odsłania się dopiero gdy docieramy do końcówki Tower Ridge. Urwisko północnej ściany prezentuje się stąd przepięknie, zwłaszcza poprzez kontrast z płaskim, przyjaznym, oblepionym ludźmi plateau szczytowym.

Po raz pierwszy mieliśmy ładne widoki na Glencoe, jakoś za każdym razem niezależnie od pogody tam akurat stały chmury.

Na plateau zeszło nam tyle czasu (podziwialiśmy i fotografowaliśmy wszystkie granie północnej ściany) że kiedy zeszliśmy z wierzchołka i stanęliśmy na początku Arete, z żalem ale zdecydowaliśmy się na skrócenie drogi powrotnej. Można to było w miarę bezpiecznie zrobić tylko z miejsca w którym zapadła decyzja. Na krawędzi stoi tam metalowa tablica używana jako stanowisko zjazdowe w sytuacjach awaryjnych. Latem absolutnie nie byłoby mądrze próbować schodzenia tamtędy. Teraz jednak leżał śnieg, więc założyliśmy raki i zaczęliśmy iść. Początkowo stromizna była naprawdę duża i trochę deprymowała.

Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy w końcu teren się położył. Resztę zbocza pokonaliśmy w najprzyjemniejszy możliwy sposób, tj. na siedzeniach.

Dobrze było mieć możliwość przekroczenia potoku w górze doliny, gdzie składał się jeszcze z wielu małych strumyczków. Na dole zmieniał się w rwącą rzekę której wolałabym nie musieć pokonywać.

Od miejsca w którym skończyliśmy zjeżdżać do chaty CIC jest kawałek, ale trochę nam tam zeszło na pokonywaniu rumowiska. Poniżej chaty jest już relaks.

Tak prezentuje się Ledge Route: żleb nr 5 – zachód – żlebik – kawałek do początku grani gdzie znajduje się ten rewelacyjny punkt widokowy – grań – plateau.

I ostatni widok, który kojarzy mi się bardzo tatrzańsko:

Ledge Route jest wspaniałą alternatywą dla CMD Arete. Te dwie trasy to najłatwiejsze dojścia od północnej strony (LR odrobinę trudniejsza za to krótsza) i nie wymagają żadnych specjalnych umiejętności, a są o niebo ciekawsze niż ceprostrada. LR oferuje prawdziwie wysokogórski klimat i rewelacyjne widoki na Castle i Tower ridges. Jest nieco bardziej skomplikowana orientacyjnie niż CMDA, ale zdjęcie na którym ją zaznaczyłam powinno pomóc – właściwie uważać trzeba jedynie żeby po przejściu zachodu właściwie zlokalizować żlebik, bo pójście prosto może się skończyć zapchaniem się.

Tu wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Porażka na Ben Nevisie


Mieliśmy dużą zagwozdkę co zaplanować na wczoraj, jako że w całej Szkocji ostro sypnęło śniegiem i prognozy gwałtownie poleciały w dół. Byliśmy jednak zdeterminowani żeby gdzieś się wybrać z nowymi znajomymi. W końcu zdecydowaliśmy się na Ben Nevisa, przez Ledge Route oraz – gdyby żleb nr 5 był zbyt lawiniasty – przez CMD Arete. Nic nowego ale uwielbiam tę g
órę i mogę na nią wracać jeszcze setki razy, nawet kosztem zaliczania nowych munrosów. Cieszyłam się więc bardzo na tę wycieczkę.
Kiedy za Callander wjechaliśmy w góry, im głębiej się w nie zanurzaliśmy tym bardziej pomysł wchodzenia na Benka od północy wydawał się mniej realny. Wszystko białe. Beinn Dorain, dwa tygodnie temu przyprószony na czubku, teraz pokryty śniegiem od podstaw. W rejonie Rannoch Moor gdzieniegdzie śniegi nawiane do połowy szosy. Glencoe – masakra. I to wszystko świeże, niezwiązane, czyli potencjalnie super lawiniaste. Jeszcze przed Fort William ustaliliśmy że zaczniemy podchodzenie z Glen Nevis, Pony Trackiem, i przy Half-way Lochan zdecydujemy adekwatnie do warunków czy pchamy się w północne ściany czy kończymy ceprostradą.
Początek raczej napawał optymizmem, co prawda ilość i stan śniegu sugerowały że mądrzej będzie podchodzić najłatwiejszą drogą, ale co do samego faktu iż wejdziemy nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości.

Im wyżej, tym wiatr się wzmagał – gogle i maski poszły w ruch. Przynajmniej w miarę jak temperatura się obniżała śnieg robił się mniej mokry, choć i tak zapadaliśmy się straszliwie.

Kiedy rozpoczęliśmy bezpośredni trawers wyprowadzający na wypłaszczenie koło stawu wiatr oszalał. Szliśmy w śnieżycy, wciąż wierząc że wszystko jest pod kontrolą i wejdziemy na szczyt. Niestety przed osiągnięciem wypłaszczenia zrobiło się po prostu tragicznie. Widoczność przed nami spadła do zera, śnieg zlewał się z niebem, nie było wiadomo w którym kierunku iść. Za nami momentalnie pozawiewało ślady. Świeżego śniegu dowaliło tyle, że miejscami zagrzebywaliśmy się po biodra. Najgorsze, że na tej trasie zupełnie nie ma się gdzie schować, biegnie ona połogimi odsłoniętymi zboczami, nie ma tam żadnych załomów skalnych, o drzewach nie wspominając. Nasze ciuchy wierzchnie były już przemoczone, a czekało nas jeszcze prawie dwa razy tyle drogi plus schodzenie. Po grupowej dyskusji stwierdziliśmy że, choć z żalem, odpuszczamy. Wbijanie się na siłę poważnie groziło ponownym dostarczeniem niepotrzebnej roboty Mountain Rescue.

Wracając byliśmy zdumieni, jak wiele śniegu przybyło: m.in. głazy na których przysiedliśmy podczas wchodzenia były teraz całkowicie zasypane. Wpadaliśmy po pas, co generowało mnóstwo śmiesznych sytuacji i generalnie powrót, mimo porażki, przebiegał w atmosferze radosnej głupawki. Były nawet dupozjazdy, co prawda średnio efektywne w kopnym śniegu.

Ben Nevis tym razem nas nie wpuścił ale i tak było fajnie. Poza tym dobrze czasem dostać od natury w dupę, żeby przypomnieć sobie że góry mogą być groźne niezależnie od stopnia trudności trasy, i należy im się jednak ta odrobina respektu.

Beinn an Dothaidh


Nr 72,
Beinn an Dothaidh

Wymowa: ben an do-hi

Znaczenie nazwy: hill of the scorching (za MunroMagic)

Wysokość: 1004m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 129.

Data wejścia: 26.02.11

Beinn an Dothaidh, choć nie byliśmy na nim wcześniej, nie był nam górą nieznaną. Raz że jest częścią Great Wall of Rannoch, koło którego przejeżdżamy zawsze w drodze do Glencoe / Fort William / generalnie w bardziej północne rejony zachodniego Highlandu. Po drugie połowę drogi na niego mieliśmy już kiedyś zrobioną, bo munros ten łączy się z drugim, Beinn Dorainem, naszym pierwszym w ogóle, a najdogodniejsza trasa na oba wiedzie przez przełęcz pomiędzy nimi.

Parkujemy w Bridge of Orchy, koło stacji kolejowej. Po przejściu krótkim tunelem pod torami od razu zaczyna się nasza trasa. Nawigacyjnie jest to jedna z najbardziej oczywistych dróg w Highlandzie: kierujemy się prosto jak strzelił na widoczną poniżej przełęcz (nasz munros po lewej, Beinn Dorain po prawej, a ten pan nie wiem co tam tworzy :P):

Podejście jest trochę żmudne, przede wszystkim ze względu na swą monotonię. Kiedy wchodzimy pomiędzy ramiona gór teren znacznie się spiętrza. Z samej przełęczy jakiś szałowych widoków nie ma, jest za nisko położona. Nie robiliśmy tam postoju tylko od razu ruszyliśmy do góry. Na początku jest trochę opcjonalnych skałek, gdzie znaleźliśmy naszym zwyczajem scrambling, super-mini ale zawsze ;D

Widok z przełęczy na Loch Lyon

Monotonnym ramieniem kierujemy się prosto w górę. Z początku wydawało się, że nie będzie zbyt ciekawie, dlatego po wbiciu się w partię szczytową byliśmy zaskoczeni widokiem kotła, który opadał od strony niewidocznej z drogi wejściowej. Okazało się że góra kryje także bardziej charakterną twarz.

Beinn an Dothaidh ma trzy wierzchołki, z których pierwszy jest najwyższy, ale warto odwiedzić wszystkie, szczególnie z ostatniego są wspaniałe widoki. Poniżej Marcin bierze kurs na środkowy:


Niestety nad Glencoe stały chmury, za to patrząc w tamtym kierunku mogliśmy podziwiać ogromne Rannoch Moor:

Poniżej w tle Beinn Achaladair, kolejny munros tworzący Great Wall of Rannoch. Oprócz niego w tej grupie zostały nam jeszcze dwa.

Trzeci wierzchołek i widok na Mamlorn Hills:

Marcin nie mógł się oprzeć i uskutecznił własną wersję Jezusa ze Świebodzina, czy też z Corcovado, jeśli wziąć pod uwagę że stoi na górze:

Otoczenie Loch Lyon po raz kolejny. Góry w tym rejonie nie powalają śmiałością kształtów (wyjątkiem jest Beinn Dorain, a i to tylko z jednej strony), ale – mnie przynajmniej – urzekają swoim spokojnym klimatem.

Za mną a konkretnie za moim plecakiem widać munrosa Beinn Mhanach, drugiego po Beinn Dorainie który podoba mi się z kształtu (zdjęcie musiałoby pokazać go całego, by oddać czemu) i który będzie moim kolejnym celem w tej grupie.

Tradycyjna droga zejściowa pokrywa się z wejściową, ale woleliśmy zejść po swojemu, na rympał zboczem opadającym w kierunku Bridge of Orchy. Z początku jest bardzo strome, potem stopniowo łagodnieje (przy śniegu – cóż za fantastyczna miejscówka do dupozjazdów :D). Dzięki takiemu wyborowi drogi przez cały czas mieliśmy przed sobą widok na Loch Tulla, Glen Orchy, góry Glen Etive oraz Blackmount.

Loch Tulla i wzgórza Glen Etive

Klasyczny szkocki widok: górskie zbocze, owce oraz "loch":

W dole mieliśmy małą zagwozdkę którędy przekroczyć wyjątkowo rwący (wiosna idzie!) strumień, ale w końcu się udało. Wracać postanowiliśmy przez Glen Orchy, w celu pokazania chłopakom fantastycznego przełomu River Orchy. Tu widok na dolinę, niestety nie dało się nie ująć w kadrze niechcianych bohaterów pierwszego planu:

Rzeka nie zawiodła. Dzięki wysokiemu stanowi wody część formacji była wprawdzie pozakrywana, ale pędzące masy wody robiły wrażenie. Głębokościomierz pokazywał prawie pięć metrów, z wycieczek w innych częściach roku pamiętam, że to dużo.

Beinn an Dothaidh jest ładną i widokową górą, akces jest łatwy i topograficznie oczywisty, myślę że jest to bardzo fajny cel zwłaszcza na początek zbierania munrosów, bo stanowczo nie powinien zniechęcić. Trasa jest ponadto bardzo krótka. Opcja dobra też, kiedy nie mamy ochoty ani energii na adrenalinowy wypad, a chcemy po prostu w niezbyt męczący sposób nabić sobie munro-licznik.

Stob Coire nam Beith i Bidean nam Bian

Tym razem po raz trzeci wybraliśmy się na Bideana nam Bian. Jego masyw jest tak gigantyczny i daje tyle możliwości, że będziemy tam wracać jeszcze wielokrotnie, choć opóźnia nam to zdobywanie munrosów. Nigdy nie było ono jednak naszym priorytetem, raczej czymś co trzeba w końcu odwalić ;D
Wczorajsza wycieczka miała być bez ciśnień, chcieliśmy żeby był fajny klimat i gwarantowany śnieg. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się na Glencoe.
Tym razem wchodzić mieliśmy przez Stob Coire nam Beith, zachodni przedwierzchołek Bideana (przedwierzchołek, bo choć jest fajnym szczytem, ma za małą wybitność na status samodzielnego munro). Tej zachodniej odnogi nigdy jeszcze nie penetrowaliśmy.
Poniżej Aonach Eagach posypane cukrem:

Z dolinki należało wbić się na grzbiet po prawej stronie. Sam wierzchołek Stob Coire nam Beith widać w tle. Z początku szliśmy kamienistą ścieżką przypominającą tę pomiędzy Siostrami. Weszliśmy nią dość głęboko w dolinkę. Nie wiem, czy gadając przegapiliśmy odpowiednie miejsce do rozpoczęcia podchodzenia, czy takiego miejsca po prostu tam nie było, w każdym razie kiedy ścieżka gwałtownie skręciła w lewo stało się oczywiste że najwyższy czas ją porzucić. Tymczasem zbocze na które mieliśmy wchodzić nie zachęcało: było bardzo strome, ale prawie bez skał, same mokre trawy i mchy.

W książeczce "Ben Nevis & Glencoe", która choć jest fajnym i inspirującym źródłem informacji, to jednak celuje zdecydowanie w mało zaawansowanych, zarekomendowane jest właśnie wchodzenie po tym zboczu, gdzieś w okolicy gdzie my je uskutecznialiśmy. Dlatego jestem przekonana że przegapiliśmy ten właściwy moment, bo to nasze wejście na grzbiet było najcięższym odcinkiem trasy i raczej by go nie zalecali. Było gorsze niż wrzosing w zboczach Meall na Teanga (>>LINK<<). Na szczęście ten przykry odcinek nie był długi i wkrótce osiągnęliśmy początek ramienia które miało nas wyprowadzić na Stob Coire nam Beith.

Ramieniem dalej już bez niejasności topograficznych, za to przy pogarszającej się widoczności. Lina, którą niesie kolega, była przeznaczona do celów szkoleniowych – Mariusz miał nam pokazać w śniegu parę technik których nauczył się na kursie. Jak w większości takich sytuacji, gdy przyszło co do czego nikomu się nie chciało a Mariuszowi najmniej (wiedziałam że tak będzie) 😛

Śnieg był niezwiązany, w stromszych miejscach musieliśmy się pilnować żeby z nim nie zjechać.

Po dotarciu na Stob Coire nam Beith otaczało nas takie mleko, że kierunek dalszego marszu trzeba było ustalać za pomocą GPSa. Byłam rozczarowana, bo zanosiło się na to że znowu nie będziemy mieć z Bideana żadnych widoków. Coś tam się momentami przecierało, ale generalnie widoczność była taka jak poniżej:

Podejście na szczyt:

Mimo mleka było naprawdę fajnie. Na wierzchołku zrobiliśmy postój z gotowaniem herbaty, wyluzowaliśmy się i dopiero kiedy już porządnie zmarzliśmy, zdecydowaliśmy się iść dalej. Planowaliśmy schodzić na przełęcz pomiędzy Bideanem a Stob Coire nan Lochan i z niej zejść w dolinkę którą przyszliśmy.

Na zejściu znów należało uważać ze względu na bardzo sypki śnieg. Po dotarciu na przełęcz obniżyliśmy się trochę, ale rekonesans wykazał że schodzenie tamtędy może być nieco ryzykowne. Nie chcąc pojechać z lawinką, zdecydowaliśmy się przejść przez Stob Coire nan Lochan i schodzić pomiędzy Siostrami, jako że z Aonach Dubh, siostry obramującej dolinkę naprzeciwko ramienia którym wchodziliśmy, zejść by się nie dało.

Po osiągnięciu Stob Coire nan Lochan wyszliśmy z chmury i wreszcie zaczęły się widoki. Poniżej widać ludzi na Dorsal Arete, jedynej drodze na północnych filarach tej góry którą będziemy w stanie przejść po uzupełnieniu braków sprzętowych (pozostałe to hardkory):

Widać gościa, który asekuruje od góry:

Panorama Aonach Eagach, the Mamores oraz Ben Nevisa choć częściowo wynagrodziła nam mleko na Bideanie.



Filary opadające ze Stob Coire nan Lochan:

Oraz zbocze i ramię, którymi wchodziliśmy:

Tu rewelacyjnie widać, jak wielki jest niższy od tatrzańskiej Gęsiej Szyi Ben Nevis. Pamiętajmy, że dla Tybetańczyka Tatry są zaledwie depresją 😉

Znów nasze ramię wejściowe:

Oraz jeszcze raz wspomniane filary:

… i w przybliżeniu, by można było wyraźnie dostrzec ludzi. Dorsal Arete jest w centrum.

Zeszliśmy tak jak pisałam, co prawdopodobnie zwiększyło zarówno nasze bezpieczeństwo jak i zakwasy, bo dodaliśmy sobie parę kilometrów asfaltem.

Wycieczka była świetna i znakomicie udało się spełnić jej założenia o braku spinania się i relaksacyjności. Częściowo też dlatego że nie padał żaden nowy cel, wiedzieliśmy więc że w razie czego wycofamy się bez złości. W tym wyjściu chodziło wyłącznie o obcowanie z górami w fajnej kompanii. Lubię takie klimaty.

Stob a’Choire Mheadoin i Stob Coire Easain

Nr 67, Stob a’Choire Mheadoin i nr 68, Stob Coire Easain

Wymowa: stob a kori wijon; stob kori esan

Znaczenie
nazwy:
peak of the middle corrie; peak of the corrie of the little waterfall (obie wersje za MunroMagic)

Wysokość: 1105m n.p.m.; 1115m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
46.; 39.

Data wejścia: 21.11.10

Jako że mieliśmy przerwę w chodzeniu, postanowiliśmy zamiast męczyć się na scramblingach wrócić na chwilę do nieco zaniedbanego przez nas munro baggingu. Jak zwykle o tej porze roku kłopot był z wyborem trasy – bo w okolicy zostało już niewiele fajnych gór a dzień jest krótki. W końcu zdecydowaliśmy się zdeptać dwa munrosy nad loch Treig, z jednej strony mające Grey Corries, gniazdo górskie przylegające od wschodu do Nevis Range, co dałoby możliwość zobaczenia Bena i Mamoresów z zupełnie nowej perspektywy. Jezioro Treig leży na północnym krańcu Rannoch Moor, nieco poniżej Glen Spean i drogi A86. Na wschód zaczynają się góry Monadhliath a dalej za nimi leżą już Cairgormsy. Tak bardzo w centrum Highlandu jeszcze nie byliśmy.

Z Fort William obieramy kierunek na Spean Bridge i kontynuujemy A86, by za niedalekim Roybridge skręcić w prawo, wąską podrzędną drogą do parkingu w miejscu (bo miejscowością ciężko to nazwać) zwanym Fersit.

Przed rozpoczęciem trasy mieliśmy małe spięcie, mianowicie kategorycznie odmówiłam zabrania raków i czekana. Śniegu nie było dużo i tylko w górnych partiach zboczy, stwierdziłam więc że nie będę dźwigać czegoś co z dużym prawdopodobieństwem okaże się niepotrzebne. Wobec powyższego Mariusz, choć nie był za szczęśliwy, również zrezygnował z zabrania sprzętu. Wziął go tylko Marcin.

Poszliśmy tak jak w McNeishu, drogą wzdłuż Loch Treig i ledwo widoczną ścieżką zaczęliśmy wbijać się na zbocze (patrz mapka). Nie była to jednak najmądrzejsza opcja. Ścieżka wkrótce zniknęła, więc parliśmy do góry tak jak nam było najdogodniej, a stok zrobił się mało przyjemny – wystromiał na tyle, że zmęczenie szybko zaczęło dawać w kość. Zdecydowanie lepiej byłoby wchodzić ramieniem góry od samego początku, od parkingu, zamiast wbijać się bokiem tak jak my. Kiedy osiągnęliśmy grzbiet i teren się wypłaszczył, dopiero mogliśmy zacząć cieszyć się wycieczką, wcześniej to była masakra.

Od miejsca gdzie wbiliśmy się na grzbiet do szczytu Stob a’Choire Mheadhoin był jeszcze spory kawałek, ale teren był tu nachylony dość łagodnie. Zbocze opadające w kierunku jeziora stanęło dęba jeszcze bardziej, tu już nie dało by się wejść tak łatwo. Coraz częściej pojawiał się lód. Powoli zaczynałam żałować mojej decyzji odnośnie raków.
Z wierzchołka odsłonił się rejon, który widokowo najbardziej nas interesował: Mamores i Grey Corries. Tzn. na początku mogliśmy go podziwiać jedynie fragmentarycznie z powodu chmur.



Na Stob Coire Easain był dosłownie kawałek, ale ten odcinek dostarczył trochę górskiej radości. Wiatr rozpędził chmury, po czym zaczął pizgać tak, że ciężko było utrzymać równowagę, a w dodatku walił po oczach śniegiem (nie wzięłam gogli!). Na szczyt wbijaliśmy się w szalejącym żywiole, i jak później ustaliliśmy z Marcinem, to uczucie bycia, ekhem, walonym przez Naturę jest bezcenne, zwłaszcza kiedy pomimo niego twardo prze się do celu 😉

Stob Coire Easain

Stob a’Choire Mheadhoin

Widoki odsłoniły się zupełnie i bardzo ciekawie było podziwiać ten rejon od zupełnie nowej strony. Nie jestem tylko pewna czy i co widzieliśmy z Nevis Range, bo Grey Corries zasłaniały i na dalszym planie zlewały i nie bardzo umieliśmy rozpoznać, co jest co.

Poniżej Cruach Innse i Sgurr Innse, dwa maluchy z których przynajmniej pierwszy mocno się wyróżnia z otoczenia swoja skalistą strukturą. warto kiedyś go odwiedzić dla potencjalnych scramblingów.



Przy schodzeniu ze Stob Coire Easain zaczęła się zabawa. Śnieg po tej stronie zboczy nie był miękki jak na wejściu, a zmrożony. Jakoś sobie radziłam, głęboko zabijając podeszwy, ale w pewnym momencie zaczęło się robić naprawdę nieciekawie. Stok był bardzo długi i zjechanie po tej szklance na pewno nie pozostało by bez drastycznych konsekwencji. Gdyby nie pomoc Marcina schodzenie zakończyło by się dla mnie zdecydowanie źle. Raz faktycznie pojechałam, ale zatrzymał mnie czekanem i wyrąbał mi kilka stopni, dzięki którym jakoś pokonałam najgorszy odcinek. Oczywiście chyba nie muszę mówić jak wkurzeni byli na mnie oboje za niezabranie raków. No cóż, mieli rację.

Poniżej Mamores, od Binnein Mor po Sgurr a’Mhaim:

Trawersując grzbiet którym przyszliśmy, obniżaliśmy się w dolinę gdzie w końcu pokazała się ścieżka (łatwo ją wypatrzeć z góry, początek wyznacza jakaś dziwna kamienna konstrukcja). Ścieżką do samego parkingu, upiornie długim podejściem, pod koniec wzdłuż nieużywanej linii kolejowej. Ten odcinek bardzo nas zmęczył i dał popalić, jako że był niemożebnie błotnisty, a że na ostatnim fragmencie szliśmy w ciemnościach, lawirowanie wśród błocka i krzaczorów było średnio przyjemne.

Poniżej mapka którą – mam wielką nadzieję – udało mi się oznaczyć w miarę precyzyjnie. Widać jak bardzo wlecze się zejście. Widać też gdzie zaczyna się ramię góry, którym polecałabym wchodzić zamiast włażenia zboczem od jeziora.

Curved Ridge ponownie

Na Curved Ridge już byliśmy. Z przewodnikiem. Nasze doświadczenie scramblingowe było wtedy jeszcze w powijakach, podobnie jak moja pewność siebie. Ponieważ przez te parę lat rozwinęliśmy się nieco, postanowiliśmy przejść tę trasę ponownie i skonfrontować wspomnienia z aktualnymi wrażeniami. Linę zabraliśmy, mając jednak nadzieję że nie trzeba będzie jej wyciągać (ja co prawda byłam raczej pewna że w najtrudniejszym miejscu o nią poproszę). Dojściówka w końcowych partiach, już za Waterslide Slab, okazała się mniej oczywista niż zapamiętaliśmy. Na szczęście przed nami szło sporo luda więc nawigacyjnie daliśmy radę. Początek, tak jak zapamiętałam, był łatwy, choć przyznam że już na pierwszym kawałku na chwilę się zastopowałam, bojąc się wykonać prosty ruch na śliskiej ściance. Zadziałało tu zapewne prawo początkowego nierozruszania, bo później znacznie trudniejsze momenty przechodziłam bez żadnych kłopotów.
Grań składa się z odcinków stających dęba oraz z zupełnie poziomych, tworząc coś w rodzaju olbrzymich stopni:

Skała jest wspaniała, urzeźbiona tak rewelacyjnie że momentami trudno uwierzyć że nie ingerowała tam ludzka ręka. Technicznie scrambling jest prosty i przyjemny. Na pierwszej eksponowanej ściance z początku miałam trochę stracha, bo pamiętałam że podczas poprzedniego przejścia zrobiła na mnie wrażenie. Okazała się jednak banalna. W jednym miejscu, gdzie trochę mi się nie podobało iść bezpośrednio w górę, po prostu sobie przetrawersowałam w lewo i znalazłam fajniejszy wariant, chyba słusznie bo chłopaki też z niego skorzystały.

Poniżej ekipa szykuje się do atakowania Crowberry Ridge:

Scrambling tak jak napisałam był wspaniały. Bodaj w jednym miejscu poprosiłam Marcina o podanie ręki, obawiając się dać kroka na eksponowanych półeczkach.

Widoczność tego dnia nie była za rewelacyjna, pomimo ogólnie niezłej pogody. I tak jednak odsłoniło nam się dużo więcej niż za pierwszym razem, kiedy od samej podstawy góry szliśmy w mleku. Za mną River Coe i szosa A82:



To miejsce gdzie poprosiłam Marcina o rękę (hehe) jest gdzieś w rejonie ścianki widocznej na poniższym zdjęciu.

Z najtrudniejszego fragmentu zdjęć nie ma, bo zwyczajnie nie dało się go zmieścić w kadrze stojąc na półce poniżej. Faktycznie poprosiłam tam o linę. Ponadto użyłam pierwszej kości jako chwytu na początkowym zupełnie gładkim kawałku, więc w mojej ocenie asekuracja bardzo się przydała. Choć okazało się, że miejsce to jest w 100% omijalne: para, która szła za nami, strawersowała je od lewej, bardzo stromym, ale łatwiejszym niż nasz wariantem.

Natomiast ostatniego trudnego miejsca które zapamiętałam tym razem w ogóle nie zauważyłam. Może dlatego że teraz drogę wybieraliśmy sami.

W miejscu, gdzie Curved Ridge się kończy, zrobiliśmy odpoczynek i podzieliliśmy się wrażeniami. Moje były takie, że trasa jest łatwa, scrambling piękny, a ekspozycja momentami daje sporo adrenaliny. Zdecydowanie nie zaklasyfikowałabym tej drogi jako hardkor. Stopień trudności porównałabym do szlaku na Kazalnicę – przynajmniej w wejściu, bo w zejściu myślę byłoby znacznie trudniej (najtrudniejsze fragmenty kazalnicowe, tj. te usiane klamrami, można spokojnie przeleźć dupą do skały, tu piony były większe i w większości miejsc taki numer by nie przeszedł).
Jako że do szczytu został jeszcze ładny kawałek, postanowiliśmy obadać możliwości wejścia na Crowberry Tower. Weszliśmy na przełączkę u jej stóp, pany zostawiły plecaki na ziemi i zaczęły się drapać do góry. Po chwili zniknęli za załomem a minutę później pokazali mi się na wierzchołku. Mariusz zszedł kawałek i zachęcił żebym dołączyła, bo jest łatwo. Najpierw należało pokonać pionową scramblingową ściankę (zdjęcie poniżej), a potem łatwym trawersem, z dużą lufą po lewej, już tylko kilkanaście metrów do szczytu pinakla. Niestety widoków nie mieliśmy żadnych bo wyższe partie góry przykrywała chmura, ale i tak euforia ze zdobycia Crowberry Tower była wielka, ponieważ patrząc na tę kozacką turnię z doliny nie przypuszczaliśmy w najśmielszych marzeniach, że da się na nią wleźć tak łatwo.
W zejściu Mariusz trochę mi pomógł na tej pionowej ściance, ale dla kogoś kto nie ma problemu psychicznego z wyszukiwaniem stopni na oślep byłaby to łatwizna.

Z przełączki wbijaliśmy się na rympał po stromiźnie, aż teren znacznie się położył, zobaczyliśmy w oddali ludzi i wkrótce okazało się, że to już szczyt. Pod spodem za nami Crowberry Tower:

Na wierzchołku Stob Dearg stanęliśmy trzeci już raz i trzeci raz widać było jedynie mleko. Widoki zaczęły się dopiero kiedy obniżyliśmy się popod chmurę, niewiele powyżej przełęczy oddzielającej nasz szczyt od reszty masywu Buachaille Etive Mor. Na szczęście ściany Stob Dearg oferują tyle wariantów wejścia, że na pewno prędzej czy później staniemy tam w piękną pogodę.

Widok zdjęty już poniżej przełęczy, ze ścieżki zejściowej:

Glencoe wyglądało przepięknie.

Poniżej udało się uchwycić Crowberry Tower, kiedy chmura na chwilę ją odsłoniła – przełączka z której wchodziliśmy znajduje się po jej prawej stronie i niestety jest zakryta:

Reasumując, nasza (a zwłaszcza moja) obecna percepcja tej trasy wskazuje iż nasze możliwości znacznie się rozwinęły, co jest bardzo budującą konkluzją. Curved Ridge polecam każdemu miłośnikowi scramblingu – dzięki temu że w ogóle nie ma tam zejść jest łatwiejsze od Aonach Eagach na przykład.

Binnein Beag i Binnein Mor


Nr 65,
Binnein Beag i nr 66, Binnein Mor

Wymowa: binion beg; binion mor

Znaczenie
nazwy:
small hill; large hill

Wysokość: 943m n.p.m.; 1130m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
230.; 27.

Data wejścia: 28.08.10

Binnein Beag i Binnein Mor to ostatnie które nam zostały szczyty w grupie The Mamores. W Mamoresy na pewno będziemy jednak wracać, bo to przepiękny rejon i jest tu trochę celów scramblingowych.

Tu link do poprzednich wycieczek w to pasmo, może ktoś będzie chciał sobie wykombinować całkowicie własną trasę: >>LINK<<

Drogę rozpoczęliśmy z Mamore Lodge. Nad Loch Eilde Mor dochodzimy spacerowo, łagodnie nabierając wysokości. Wkrótce (patrz mapka) skręcamy w lewo, by łagodnym zboczem osiągnąć wypłaszczenie pomiędzy Sgurr Eilde Mor a Sgurr Eilde Beag. Jak na razie – widoki tylko za plecami, za to pierwszej klasy, na południe (Glencoe i Southern Highlands).

Poniżej widok na Loch Leven (to charakterystyczne małe po lewej to Pap of Glencoe), zdjęty z puntu widokowego na początku trasy. Warto usiąść na marmurowej ławce i trochę się pogapić, jest to bowiem jeden z najładniejszych (także dzięki obecności bujnego lasu) highlandzkich landszaftów.

Poniżej to samo, tylko już ze ścieżki prowadzącej do jeziora Eilde Mor.

Tu zaś – podejście na wypłaszczenie. W tym miejscu po raz pierwszy załamała nam się pogoda. Oczywiście, jakże typowo dla Szkocji, nie totalnie: warunki zmieniały się dosłownie co kilka minut, wielokrotnie zlał nas deszcz, słońce to wychodziło to się chowało, widoczność generalnie nie była jednak najgorsza. Softshell, który przez cały pobyt w Tatrach wyjęłam tylko raz – w dodatku na siedzenie przed schroniskiem – tu okazał się niezbędny. Jeśli chodzi o pogodę, Highland naprawdę ciężko przebić 😀

Z wypłaszczenia trawersujemy ścieżką zbocza pomiędzy Sgurrem Eilde Beag a Binnein Morem. Jeśli ktoś chciałby wracać tą samą drogą, polecam nie trawersować, a od razu wbijać na niedaleki wierzchołek SEB i stamtąd kontynuować na Binnein Mora – granią. Nam jednak taka opcja nie pasowała, ponieważ z naszego drugiego munro mieliśmy schodzić na przeciwną stronę.

Trawers wyprowadza na kolejne wypłaszczenie, tym razem pomiędzy dwoma Binneinami. Jesteśmy już dość wysoko więc obojętnie w którą stronę nie czeka nas za wiele wchodzenia, a na mniejszego z munrosów to już w ogóle jest spacer. Dosłownie kilkanaście minut i pyk, jesteśmy. Piarżyste zbocze trochę jeździ, co irytowało, ale też i ułatwiało schodzenie (surfing na piargach to ciekawa sprawa ;P)

Binnein Beag z drogi na Binnein Mora

Binnein Beag, choć prezentuje się tak mało okazale, wcale nie jest najniższym z munrosów. Wrażenie sprawia takie a nie inne ze względu na sąsiedztwo – Mamoresy nie są najwyższymi Grampianami, ale wszystkie przewyższają go "o głowę", a niedaleko piętrzy się potężne Nevis Range i niższe, ale też spore The Grey Corries. BB ma pecha znajdować się pośrodku tego całego zamieszania i dlatego wygląda jak wypierdek, zwłaszcza że jego najbliższy sąsiad, Binnein nr 2, jest najwyższym szczytem w paśmie.

Poniżej pozytywna strona szkockiej pogody. Szkocja jest krainą tęczy:

Na Binnein Mora idzie spacerowa ścieżka, ale Marcin wymyślił, że urozmaicimy sobie wejście i poszliśmy północno – wschodnim, poprzerastanym skałami zboczem, w poszukiwaniu mini scramblingów. Choć w 100% opcjonalne, kilka momentów było nawet ciekawych. Wśród skał dominował marmur – nigdy jeszcze nie szłam po takim podłożu. Stopnie i chwyty oferował całkiem przyzwoite, trzeba było jedynie uważać na gładkie fragmenty, nie gwarantujące dobrego tarcia. Zbocze wkrótce przeszło w grań, która (wciąż w miarę możliwości scramblingowo) wyprowadziła nas na szczyt.

Szczyt to dwa o niemal identycznej wysokości wierzchołki z krótką grańką pomiędzy.

Jako że na tym etapie pogodę mieliśmy już bardzo ładną, a przejrzystość powietrza była wysoka, widoki zapierały dech w piersiach.

Poniżej Sgurr Eilde Mor z pierwszym wypłaszczeniem (tam gdzie jeziorko). Na dalszym planie niebieszczy się Blackwater Reservoir. Ze szczytów na horyzoncie przy takim rozmiarze zdjęcia da się rozpoznać tylko piramidkę Schiehalliona, musicie mi więc uwierzyć na słowo że opodal było też widać grupę Lawersa, Ben More’a ze Stob Binneinem a nawet Ben Vorlicha i Stuc a’Chroina oraz Ben Lomonda.

W centrum da się wypatrzeć wzniesienia Great Wall of Rannoch, po prawej początek Glencoe: masyw Creise oraz Stob Dearg. To małe na pierwszym planie to Sgurr Eilde Beag.

Nevis Range tak się lansowało, że już bardziej nie można. Pomimo że z tego kierunku widać zaledwie maleńki kawałeczek północnej ściany, Ben robi wystarczające wrażenie samym ogromem masywu, tak wzdłuż jak i wszerz.

Kiedy już tak się wymarzliśmy, że zimno zwyciężyło z potrzebami estetycznymi, udaliśmy się granią na Na Gruagaicheana. Na tym pięknym munrosie już z Mariuszem byliśmy – była to nasza pierwsza wycieczka w rejon The Mamores – nie bardzo jednak widzieliśmy lepszą opcję zejścia. Na Na Gruagaicheana (wiecie jak się męczę za każdym razem wystukując to słowo? W mowie jest o wiele łatwiej, tę straszną nazwę wymawia się po prostu "na grujehan") prowadzi niemęcząca grań, którą pokonuje się w tempie ekspresowym, a z przełęczy między jego wierzchołkami wiedzie najkrótsza droga w dolinę, do Mamore Lodge.

Na Gruagaichean nie jest mniej widokowy od sąsiada. W panoramie odsłania się Loch Leven:

Obok zaś mamy wspaniały Ring of Steall, czyli pierścień czterech munrosów i kilku pomniejszych wzniesień, który przeszliśmy jak dotąd latem i bardzo chcemy powtórzyć go tej zimy:

Poniżej na pierwszym planie niższy wierzchołek Na Gruagaicheana (echch…) na który tym razem nie poszliśmy. Z przełęczy stromym trawiastym zboczem zeszliśmy do ścieżki, której dalej możemy się trzymać albo robić skróty, jak nam wygodnie. Kierunek – wylot doliny – jest oczywisty i zgubić się tam nie da. Kiedy dochodzimy do szerokiej drogi, do Mamore Lodge już tylko kilka minut marszu.



Trasa zachwyca, jak wszystkie w okolicy. W końcu to Lochaber. Technicznie do wejścia przez każdego. Można ją skombinować ze Sgurrem Eilde Mor, co daje dodatkowego munro w kieszeni; można pewnie tworzyć też inne kombinacje, bo prawie wszystkie Mamoresy są połączone graniami, więc jak już się wbić na któregoś, można tych munrosów jednego machu nieźle nastukać.

Zdjęcia: >>LINK<
Mapka jak Mariusz zrobi 😉

Ledge Route na Ben Nevis

Dziś po raz drugi zmiana przy klawiaturze. Vespa poprosiła mnie bym opisał trasę, którą zrobiliśmy prawie dwa tygodnie temu na Ben Nevisa. Był to pierwszy nasz wspólny wypad na tę górę przez północną ścianę. Przedsięwzięcie nieco ryzykowne, gdyż w wyższych partiach gór spodziewaliśmy się jeszcze śniegu i lodu. Pierwszy raz zabraliśmy więc ze sobą linę i podstawowy sprzęt wspinaczkowy. Do tras scramblingowych przygotowujemy się raczej gruntownie i po przeanalizowaniu paru opisow z książek oraz kilku z Internetu doszliśmy wspólnie do wniosku, że będzie dla nas psychicznym komfortem posiadanie asekuracji, nawet jeśli nie okaże się potrzebna. Ledge Route to najłatwiejsza scramblingowa droga na Ben Nevisa. W większości źródeł ma wycenę dwójkową, a warunki zimowe dodają jeszcze trudności. Największą jednak jest kwestia znalezienia właściwej drogi. W ubiegłym roku w lecie przeszedłem samotnie sąsiednią Tower Ridge. Drogę trudną technicznie, na granicy wspinaczki i scramblingu. Nie stanowiła ona jednak żadnego lub bardzo niewielkie wyzwanie orientacyjne. Szlak tej trasy od początku do końca wyznacza skalna grzęda i ciężko jest tu zabłądzić. Z Ledge Route sprawa wygląda nieco inaczej, a jej linia jest zygzakowata i pogmatwana. Tak czy owak należy najpierw dostać się do kotła pod północną ścianą tej góry. Tym razem nie szliśmy od strony Glen Nevis i udało nam się odnaleźć schowany na skraju lasu i pola golfowego parking o wdzięcznej nazwie The North Face, skąd prowadzi wygodna ścieżka w kierunku naszego celu. Początek może dać nieco w kość, gdyż nabieramy szybko wysokości, ale po osiągnięciu granicy lasu łagodnym podejściem zbliżamy się w kierunku tego co Ben Nevis ma najlepsze.



Jak prawie wszystkie trasy scramblingowe początek drogi wyznacza tu chatka Montain Rescue. Zanim ją osiągniemy powoli odsłaniają się kolejne z nich. Pięknie lansowała się nam Tower Ridge z charakterystycznym Douglas Boulder, za nią Observatory Ridge i Northern Buttress (te dwie jeszcze długo będą poza naszym zasięgiem).

Mijamy też Castle Ridge, która otwiera całą północną ścianę Ben Nevisa i czeka w kolejce na ten rok na nasze odwiedziny.

Będąc już koło chaty MR patrząc w kierunku południowym mamy przed sobą wielki kocioł poprzecinany żlebami. Najbardziej skrajny po prawej stronie to Gully nr 5 – to początek Ledge Route. Gdy pokonywaliśmy podejście w jego kierunku gdzieś z góry urwał się głaz wielkości dużego stołu i z hukiem przeleciał niecałe pięćdziesiąt metrów od nas prawie do dna kotła. W tamtej chwili nasze kaski wydały się śmiesznym zabezpieczeniem.



Gully Nr 5 większą część roku może być nieco ośnieżony.

O tej porze roku śniegu było jeszcze dużo i choć przy plusowej temperaturze brakowało lodu to szybko postanowiliśmy założyć raki i odpiąć czekany.

Gdy ściany żlebu otwierają się w prawą stronę przed nami pojawia się półka wiodąca w tym kierunku. Jest szeroka i niezbyt eksponowana, ale w śnieżnych warunkach można by nią zjechać do krawędzi ściany, którą przed chwilą mijaliśmy w żlebie.

I tu chyba najtrudniejszy orientacyjnie fragment drogi. Nie idziemy bowiem półką do końca – wiedzie w kierunku urwiska, a skała po lewej stronie staje się zbyt stroma. Należy przed jej końcem skręcić w lewo, w otwierający się dość wąską rynną i rozszerzający ku gorze żleb, który prowadzi do wyższej partii kotła. Nie ma tu większych trudności technicznych chociaż nie wiem jak ten odcinek wygląda bez śniegu.

Gdy docieramy do wypłaszczenia po prawej stronie widać ścianę, której szczyt to właściwy scrambling na Ledge Route. Aby go osiągnąć znowu skręcamy w prawo i robiąc już ostatni zygzak zbliżamy się do początku grani.

To piękne miejsce na odpoczynek. Nad urwistymi ścianami jest tu spora platforma, gdzie można wygodnie się rozłożyć podziwiając widoki otwierające się w kierunku zachodnim i północnym. Świetnie widać stąd całą Castle Ridge. Zainteresowanych odsyłam do galerii na Picasie.

Za nami początek grani. Jest szeroki, zbudowany ze skalnych bloków i nie stanowi dużego wyzwania.

Z lewej strony szybko pojawia się ekspozycja, a pionowa ściana coraz bardziej rośnie oddalając się od dna kotła. Z prawej, choć nieco stromieje, można ominąć większość trudności.

My jednak wybraliśmy drogę blisko krawędzi grani, która w jednym miejscu staje się nieco bardziej wymagająca. Zwęża się tworząc prawie skalnego konia, którego trzeba ominąć i zejść na położone nieco niżej siodełko łączące z dalszą częścią grani.

Dalsza część grani jest już raczej łatwa. W żadnym punkcie nie zwęża się za bardzo.

W końcu rozszerza się i łagodnieje. Przed nami jeszcze ostatnie ostre podchodzenie na krawędź płaskowyżu szczytowego, które w zimowych warunkach wymaga w mojej opinii czekana i raków.

Latem w tym miejscu nie powinno być już śniegu, a wejście nastręczać trudności. Po osiągnięciu końca trasy do szczytu Ben Nevisa pozostaje około kilometra łagodnego spaceru. Nam jednak nie chciało się tym razem go odwiedzać – pora była późna i spieszyliśmy się na piwo. Po drodze zaliczyliśmy najdłuższy jak dotąd dupozjazd po śniegu. Wycieczka narobiła całej naszej trójce apetytu na scrambling. W tym roku sprzęt wspinaczkowy z pewnością się przyda. 🙂



Mazio

Ben Nevis po raz trzeci

Prognozy pogody na zeszłą sobotę były tak optymistyczne, że postanowiliśmy zrobić coś naprawdę fajnego: po raz pierwszy ogarnąć Ben Nevisa (przez Carn Mor Dearg Arete oczywiście, ceprostradzie mówimy nie) w piękny, widokowy dzień. Żeby trochę zmodyfikować znaną trasę zaplanowaliśmy wchodzenie przez grań opadającą z Carn Dearg Meadhonach. Co do tego punktu miałam, przyznaję, trochę wątpliwości ponieważ grań ta w warunkach letnich ma wycenę dwójkową (scramblingowo, nie wg UIAA ;P), a jakkolwiek dwójki latem są banalne, żadnej jeszcze nie robiliśmy w zimie.
Trip rozpoczęliśmy, wjeżdżając kolejką gondolową (gondola w gaelic to "gondala" :D) na Aonach Mor. Górna stacja znajduje się oczywiście nie na samym szczycie, a w połowie wysokości. Od stacji zaczęliśmy trawersować zbocze Aonach Mor, i wkrótce ukazał się CDM i jego grań:

W dolinie spotkaliśmy górołazów, którzy obozowali w dwóch namiotach. Strasznie fajny klimat, obudzić się w zimowej scenerii Nevis Range 🙂 Krotka wymiana zdań ujawniła, że na CDM byli poprzedniego dnia co oznaczało, że będziemy mieć przedeptaną ścieżkę.
Dojście do podstawy grani (a właściwie jej górnej, konkretniejszej części) było momentami nieco nerwowe, jako że im wyżej tym zbocze było coraz stromsze a śnieg bardzo mało związany i obawialiśmy się, że możemy podciąć lawinkę. Zimowe doświadczenie mamy jeszcze bardzo skromne i ciężko nam realnie ocenić, na ile sytuacja jest bezpieczna.

Wreszcie osiągnęliśmy grań i rozpoczęliśmy wchodzenie na pierwszą turnię. Od początku stało się jasne, że przy takiej ilości śniegu nie będzie mowy o porządnym scramblingu. Wszystkie nierówności były przykryte, w miejscach stromszych, gdzie w warunkach letnich trzeba było by użyć rąk, teraz wystarczało zabić czekan i się podciągnąć. Praktyczny brak trudności nie umniejszał bynajmniej urody grani, zwłaszcza po prawej stronie lufa była konkretna (po lewej – bardzo stromo, nie chciałabym się tamtędy stoczyć, ale jednak nie ekspozycja jako taka).

Wierzchołek Carn Dearg Meadhonach osiągnęliśmy szybko, poniżej rzut oka na końcówkę grani:

Ale oczywiście samo gęste znajdowało się po drugiej stronie. Po raz pierwszy było nam dane zobaczyć północną twarz Benka w pełnej okazałości. Podobnie pierwszy raz zobaczyliśmy jak właściwie wygląda przechodzona przeze mnie dwu, a przez Mariusza jednokrotnie Carn Mor Dearg Arete. Wiedzieliśmy, że widoki będą wymiatać, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak – dzięki pogodzie robiły kolosalne wrażenie, taki moment perfekcji przydarzył mi się w górach zaledwie parę razy.

Poniżej północna ściana Ben Nevisa z widoczną w centrum Tower Ridge. Idealne warunki sprawiły, że w ścianie było pełno ludzi. Na każdej grani znajdowało się po kilka zespołów, śnieg w żlebach poznaczony był śladami stóp – niektóre ścieżki prowadziły w miejsca, gdzie latem nie dałoby się wbić tak prosto, tu śnieg okazał się sprzymierzeńcem.

Szeroka póki co grań wyprowadziła nas na munro Carn Mor Dearg. Z tą górą przez długi czas mieliśmy pewien problem. Podczas naszej pierwszej wycieczki przez CMDA, gdy wbijaliśmy na grań na przełaj z doliny, we mgle wyszliśmy już na Arete, kawałek za wierzchołkiem munrosa. Z bólem, ale nie zaliczyliśmy go sobie wtedy, chociaż był to naprawdę krótki odcinek. Po raz kolejny przechodziłam Arete w czerwcu, gdy Mariusz łoił Tower Ridge. Stanęłam wtedy uczciwie na CMD i, nie bez pewnych wątpliwości, postanowiłam jednak wciągnąć go na naszą munro-listę. Jednak dopiero teraz, kiedy stanął na nim i Mariusz, uważam, że zaliczyliśmy go prawidłowo.



Arete zaczyna się kilkadziesiąt metrów od wierzchołka munrosa. Grań znacznie się zwęża, po obu stronach są stromizny (choć lufą bym tego nie nazwała, z wyjątkiem paru krótkich odcinków); i tym powietrznym szlakiem wędrujemy aż do bezpośredniego podejścia na Ben Nevisa, gdzie grań przechodzi w szeroki grzbiet. Latem Arete ma wycenę scramblingową 1, to znaczy: ręce zasadniczo nie są potrzebne, czyli jest łatwo. Jest to jednak scrambling, lajtowy bo lajtowy, ale tu i
ówdzie trzeba się podciągnąć, uważać na ruchome kamienie, ponadto dużo prościej jest trawersować grań, głównie od wschodu, niż posuwać się ostrzem (nie jest problematyczne ale tam właśnie koncentrują się wszystkie momenty dzięki którym droga została uznana za scramblingową). Teraz, przy śniegu, była to piękna ścieżka prowadząca po samym ostrzu. Cudowna sprawa, delektować się taką powietrzną trasą nie musząc myśleć o trudnościach. Myślę że zdjęcia mówią same za siebie (na pierwszym w tle Sgurr a’Mhaim w The Mamores):

Poniżej, na moim ulubionym zdjęciu, na drugim planie pięknie prezentuje się słynny mamoresowy szlak, opisany na tym blogu Ring of Steall:

Na Arete:

Oraz podejście na szczyt Ben Nevisa, który od tej strony ma tak śmiałe linie, że wchodzenie na niego Pony Trackiem powinno być zabronione – pomyśleć, że dla wielu osób atakujących Benka tą ceprostradą pozostaje on kopą, tyle że wyższą od innych…

Poniżej zaś Tower Ridge po raz kolejny. Przypatrzcie się, na jakiej wysokości znajduje się Great Tower. To za chwilę będzie istotne.

Atak szczytowy dał nam popalić – śnieg był głęboki i sypki, szło się raczej niemrawo. Na wierzchołku, po raz pierwszy widoki. Efekt trochę osłabiony przez wielkość plateau szczytowego – na wszystkich fotach widać przede wszystkim teren wierzchołka, a dopiero w oddali krajobrazy – ale i tak wrażenie (w pełni uzasadnione) górowania nad całą okolicą jest niebywałe. W Brytanii są tylko dwie góry powyżej 1300m n.p.m., i tę przewagę się czuje. Zdjęć nie daję gdyż 1) i tak najładniejsze były te z Arete; 2) znacznie bardziej unikalnym widokiem jest zaprezentowana poniżej Tower Ridge.
Pisałam, żeby zwrócić uwagę jak wysoko znajduje się Great Tower? No więc tu macie odpowiedź dlaczego, zaprezentowana sekwencja zdjęć ukazuje grań do punktu położonego tylko nieco niżej niż Wielka Wieża. Warto uzmysłowić sobie skalę całości.

Na początek odcinek końcowy, wg Mariusza latem bez trudności:



Miejsce najbardziej nerwowe, choć technicznie nietrudne, czyli słynna szczelina Tower Gap:

Tower Gap oraz Great Tower – trawers po jej prawej stronie to niesamowita galeryjka nad okropną lufą. Widać, że i tu śnieg pomógł, ponieważ najtrudniejsze latem miejsce zostało przez niektórych strawersowane, co latem niekoniecznie byłoby możliwe:

Oraz partia poniżej Wieży, czyli jeszcze ok. dwóch trzecich długości grani pozostało poza kadrem:

Mam wielką nadzieję, że za jakiś czas na tym blogu znajdzie się relacja z Tower Ridge mojego autorstwa. Mariuszową przeczytacie tu: >>LINK<<.
Jeśli jeszcze kogoś nie przekonałam, że zdobywanie Benka ceprostradą jest bez sensu, to niech weźmie koło i się… hmmm… tego… w czoło ;D
Tu >>LINK<< do galerii, chyba naszej najładniejszej jak dotąd.
Wycieczkę podsumuję krótko: cud, miód i orzeszki. Chyba widać.
🙂