Meall Greigh, Meall Garbh i An Stuc

Nr 103, Meall Greigh; nr 104, Meall Garbh; nr 105, An Stuc

Wymowa: mil grei; mil garf, an stuk

Znaczenie nazwy: hill of the horse studs; rough hill; steep hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1001m n.p.m.; 1118m n.p.m., 1118m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 136.; 35.; 34

Data wejścia: 30.03.13


Tych trzech munrosów brakowało nam żeby skompletować grupę Lawersa. Wraz z Ben Lawersem i Beinn Glasem tworzą łańcuch dla bardzo szybkich do pokonania za jednym zamachem. Lawers, dziesiąty na liście munrosów, wybija się zdecydowanie choć Meall Garbh i An Stuc też zajmują wysokie lokaty. An Stuc do 1997 roku był uznawany za przedwierzchołek swego sąsiada i nie miał statusu munro – przełęcz między nimi jest naprawdę płytka – i w sumie nie wiem czy go uzyskał na skutek dokładniejszych pomiarów czy też uznano, iż przez wzgląd na jego charakter można trochę nagiąć reguły. 

Wycieczkę rozpoczęliśmy spod Ben Lawers Hotel. Można tam zostawić samochód na dolnym parkingu ale należy zapłacić w hotelu 5 funtów (można także po prostu wydać je w barze). Kawałek idziemy szosą, by po przekroczeniu Lawers Burn skręcić w lewo, do wąwozu wyrzeźbionego przez potok. Ścieżka najpierw prowadzi zboczem wąwozu, by wyprowadzić na łagodne stoki Meall Greigh. Na tym etapie była już pod śniegiem, więc na pierwszego munrosa wchodziliśmy po prostu tak jak było nam wygodnie.

Meall Greigh z parkingu:


Ben Lawers, An Stuc i Meall Garbh zdjęte z tego pierwszego podejścia:


Loch Tay:

Image Hosted by ImageShack.us

Bałam się że ze względu na duże przewyższenie do pokonania to będzie orka na ugorze, ale zbocze było tak łagodne że wchodziło się lekko. Meall Greigh, najniższy z trójki, jest połogi i niezbyt charakterny ale w śniegu przezentował się cudnie. Wszystko prezentowało się genialnie, a najbardziej północno-wschodnie zbocze An Stuca:

Image Hosted by ImageShack.us

W lecie bywa jakoby problematyczne ponieważ jest, przy sporej stromiźnie, mocno zerodowane. Mieliśmy nadzieję że śnieg będzie tam związany i bez lodu, i ogólnie raczej ułatwi niż utrudni.

Widok z Meall Greigh na resztę trasy:


Zejście z pierwszego munrosa było fantastyczną zabawą, jako że zbiegaliśmy po gigantycznym, niemal dziewiczym (bardzo niewiele śladów) polu śnieżnym – niesamowita sprawa po raczej słabej zimie, nie spodziewaliśmy się że końcówka sezonu tak pozytywnie zaskoczy. Znów, schodzi i podchodzi się łagodnie, a oba szczyty dzielą dwa kilometry.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wchodziliśmy wzdłuż płotu, który wyglądał jak flotylla obcej cywilizacji.

Image Hosted by ImageShack.us

Z wierzchołka Meall Garbh widoki były takie, że poczuliśmy się w końcu jak w górach. Mamlorn, Glencoe, Ben Nevis, masyw Cruachana, Ben Lui, wzgórza koło Bridge of Orchy, reszta grupy Lawersa, Shiechallion z satelitami…


Poniżej Stuchd an Lochain a za nim początek Glencoe. Wydają się być bardzo blisko siebie, ale to skutek zoomu, w rzeczywistości dzieli je kawał Rannoch Moor.


An Stuc faktycznie w pierwszej chwili nieco mnie zaniepokoił. Raz że faktycznie skubaniec wyglądał na mega stromy, dwa – był calutki pokryty śniegiem. Ten drugi fakt oczywiście rzucał się w oczy już z pierwszego podejścia ale teraz jakoś nabrał znaczenia. Wszystko bowiem zależało właśnie od śniegu.

Image Hosted by ImageShack.us

Im bardziej się obniżaliśmy, tym lepiej jednakowoż to wyglądało:

Image Hosted by ImageShack.us

Opracowaliśmy wstępny plan którędy najlepiej lawirować po śnieżnych pólkach, i zeszliśmy na przełęcz.

Image Hosted by ImageShack.us

Faktycznie cholernik był stromy, że bez raków nie podchodź!

Te 165 metrów przewyższenia było najbardziej męczącym kawałkiem trasy. Ale śnieg był rewelacyjny, szło się jak po drabinie, wszystkie skałki przykryte i jedyne o czym trzeba było pamiętać to ostrożność we wbijaniu raków, żeby się nie sturlać. U zarania kopuły szczytowej nie mogłam się nadziwić, że to już – ponieważ nie trawersowaliśmy a parliśmy prosto w górę, wysokość zyskiwaliśmy momentalnie.

Image Hosted by ImageShack.us


Na sto-piątym munro:

Image Hosted by ImageShack.us

Na przełęcz pomiędzy Stucem a Lawersem, który prezentuje się stąd gigantycznie, schodzi się dość łagodnie. 


Zbocze którym obniżaliśmy się do całkowicie zasypanego Lochan nan Cat jest już sporo stromsze, ale spuściliśmy jedynie jedną tyci-mini lawinkę 🙂

Image Hosted by ImageShack.us

Czekał nas jeszcze długi powrót podnóżami wszystkich trzech munrosów, z koniecznością przekraczania kilku mniejszych wąwozów. Trochę nas wymęczył, zwłaszcza że tu na dole słońce mocno rozmiękczyło śnieg. Jednakowoż doszliśmy i zapłaciliśmy za parking konsumując po pincie ale’a.

Była to jedna z naszych fajniejszych zimowych wycieczek, oczywiście w dużej mierze ze względu na pogodę i warunki, ale sama trasa też jest bardzo ładna. Zrobiliśmy ok. 16km, acz zmęczyłam się niewspółmiernie do odległości, pewnie dlatego że jednak trzy munrosy to nie to samo co analogicznie długa tura na jeden plus marsz doliną. Uważam że sezon zimowy, dość mizerny w tym roku, został zamknięty z klasą.

Mapka ASAP.

Beinn Dubhchraig i Ben Oss


Nr 101, Beinn Dubhchraig; nr 102, Ben Oss

Wymowa: ben dubhkreig; ben os

Znaczenie nazwy: hill of the black crag; hill of the loch-outlet (za MunroMagic)

Wysokość: 978m n.p.m.; 1029m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 175.; 101.

Data wejścia: 23.02.13


Po raz kolejny wybraliśmy się w niedalekie okolice, tym razem zaliczyć dwoje sąsiadów jednej z najpiękniejszych gór w rejonie, Ben Lui. Beinn Dubhchraig i Ben Oss o wiele rzadziej pojawiają się na zdjęciach w kalendarzach i przewodnikach, ale przyszedł czas i na nie i już na wstępie mogę zdradzić, że są to góry warte odwiedzenia!

Start z parkingu w Dalrigh, tuż przed Tyndrum, tego samego z którego idzie się na Ben Lui. Na sąsiadów należy skręcić w lewo (patrz mapka).



Warunki pogodowe były smętne i pocieszaliśmy się tylko prognoza niezawodnego BBC Weather, mówiącą że po 12 się przetrze i będzie lampa. Nie zanosiło się na to jednak w najmniejszym stopniu i nadzieje mieliśmy, ale bardzo średnią.

Jeśli podobnie jak ja nie lubicie tego typu mostków, polecam moja opcje – odbicie w lewo (tj. tak żeby rzekę mieć po prawej) – jeśli akurat nie było jakichś większych opadów, po ok. 100 – 150 metrach będzie bród. Za rzeką należy kontynuować ścieżką biegnącą jej prawym brzegiem (jest i druga, którą poszliśmy i doszliśmy, ale nieco dłuższa).

Image Hosted by ImageShack.us

Potem czeka nas marsz bardzo ładnym sosnowym lasem, który wygląda jak przeniesiony z Cairngormsów. 

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy wyszliśmy ponad granicę lasu, faktycznie pogoda zaczęła się jakby poprawiać. Na entuzjazm było jeszcze za wcześnie, ale z tą świadomością szlo się zdecydowanie lepiej.

Image Hosted by ImageShack.us

Marsz stopniowo stromiejącymi, lecz wciąż połogimi zboczami wyprowadza na niewielką równię pod szczytem Beinn Dhubchraig. Stamtąd po raz pierwszy odsłania się Ben Lui, na którym przechodziliśmy piękną trasę "The Gaothach Circuit" >>LINK<<:

Image Hosted by ImageShack.us

Stojąc na tej równi mieliśmy dylemat. Wyglądało na to, że na Ben Ossa jeszcze sporo podchodzenia, bo przełęcz pomiędzy munrosami wyglądała na głęboką. Wiec zastanawialiśmy się – czy na razie pominąć szczyt Beinn Dubhchraiga i uderzać na Ben Ossa póki mamy jeszcze energię, a szczyt zaliczyć wracając, ze świadomością ze to ostatni wysiłek wiec nie ma opcji żeby zrezygnować? A może jednak pominąć tym razem Ben Ossa w ogóle? Nie jesteśmy szybcy, dni wciąż jeszcze nie są bardzo długie, ja na drugi dzień do pracy. W końcu zdecydowaliśmy że jednak zaliczamy wierzchołek pierwszego munro żeby na 100% mieć jednego zrobionego, i potem decydujemy co dalej.

Z równi na szczyt jest kawałek stromszego podejścia, ale już niedługi. To co wydaje się wierzchołkiem w rzeczywistości jest początkiem grani szczytowej.

Pogoda poprawiała się przez cały czas i kiedy osiągnęliśmy najwyższy punkt Beinn Dubhchraiga  była już przepiękna:


Największe wrażenie robił widok na Loch Lomond i Alpy Arrocharskie:

Image Hosted by ImageShack.us

Po ponownym zejściu na równię zdecydowaliśmy że kontynuujemy na Ben Ossa. Na tle błękitnego nieba po prostu zapraszał:

Image Hosted by ImageShack.us

Zejście na przełęcz jest strome i starałam się nie myśleć o tym, że będę się jeszcze musiała na nią wspinać w drodze powrotnej…

Na Ben Ossa też miejscami było dość męcząco – ukryta pod śniegiem ścieżka zapewne prowadzi zygzakami, my jednak szliśmy jak najprościej (po raz pierwszy tej zimy raki naprawdę się przydały!).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na Ben Lui natomiast miała miejsce akcja ratunkowa. Wyglądało to tak, że ktoś wysypał się do głównego kotła, który jest popularnym celem zimowej wspinaczki. Albo wspinał się i coś poszło nie tak, albo powtórzył wyczyn naszego kolegi (ponownie, >>LINK<< do wycieczki) i zjechał do kotła – w tym drugim przypadku finał byłby raczej smutny:

Image Hosted by ImageShack.us

Lubię to zdjęcie, pięknie oddaje ogrom góry:

Image Hosted by ImageShack.us

Helikopter najpierw siedział na grani, potem zaczął krążyć:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na wierzchołku Ben Lui też obserwowano, co się dzieje:

Image Hosted by ImageShack.us

Helikopter zawisł nad kotłem i ratownicy wciągali poszkodowanego na pokład:

Image Hosted by ImageShack.us

Zakładam, że nic poważniejszego się nie stało bo raczej byłoby o tym coś w prasie – o wypadkach górskich tej zimy pisało się sporo.

My zaś cisnęliśmy. Było ciepło, bezwietrznie, idealny śnieg – wchodziło się wspaniale. Stanowczo zrobilibyśmy duży błąd rezygnując z drugiego munrosa.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na wierzchołku nie zabawiliśmy długo, ponieważ czekał nas powrót tą samą trasą (z pominięciem wierzchołka Beinn Dubhchraiga) – czyli tak naprawdę byliśmy dopiero w połowie drogi.

Image Hosted by ImageShack.us

Podchodzenie z przełęczy na równię faktycznie dało nam w kość. Z Ben Ossa można co prawda zejść do Glen Cononish ale żaden z naszych przewodników nie poleca tej opcji. Wracając przez Beinn Dubhchraiga mimo wszystko jest dużo krócej.

Widok z równi na to, co wydaje się być wierzchołkiem (w rzeczywistości do wierzchołka jeszcze drugie tyle):

Image Hosted by ImageShack.us

Męczący powrót osładzały widoki, poniżej ten wyższy to Beinn Dorain:

Image Hosted by ImageShack.us

Do samochodu doszliśmy kiedy jeszcze było jasno, ale dosłownie w ostatniej chwili.

Wycieczka zakończyła się sukcesem, nie ulegliśmy pokusie odpuszczenia sobie i zrealizowaliśmy plan. Było rewelacyjnie, trasa mimo łatwości zdecydowanie nie należała do nudnych, ogólnie – dawno się tak dobrze nie bawiłam w górach!


The Cairnwell, Carn a’Gheoidh i Carn Aosda

Nr 98, The Cairnwell; nr 99, Carn a’Gheoidh; nr 100, Carn Aosda

Wymowa: kern-uel; karn a kui; karn usta

Znaczenie nazwy: peak of bags; cairn like peak of the goose; ancient peak (za MunroMagic)

Wysokość: 933m n.p.m.; 975m n.p.m.; 917m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 245.; 180.; 278.

Data wejścia: 2.02.13


Kilka faktów: 
1. Punkt startowy na te trzy munrosy leży na wysokości 665m n.p.m.
2. Są to munrosy niskie, raczej z końca listy, a przewyższenia pomiędzy są niewielkie.
3. Cala trasa liczy ok. 11 km.
4. Do Glenshee mamy półtorej godziny jazdy.
5. No a my po ostatniej wycieczce mieliśmy zrobionych 97…

Nie będę nawet próbowała udawać, że był to wybór przypadkowy 😉

Ten rejon to płaskowyż Mounth, położony na południe od Cairngormsów i dzielący z nimi większość cech. Wzgórza są tu łagodne, naleśnikowate, pozbawione drzew; gdzieniegdzie występują kotły, z najbardziej spektakularnym kotłem Lochnagaru, klimat też jest podobny. Różnica polega na tym że Cairngormsy są znacznie wyższe i te wszystkie charakterystyczne dla wschodnich Grampianów rysy tam osiągają formy ekstremalne.

No i Cairngormsy zimą są zdecydowanie bardziej niebezpieczne.

Zaparkowaliśmy kolo Ski Centre. Ludzi multum, z czego pewnie ponad 90% narciarzy. Po zaopatrzeniu się w trzeci już egzemplarz mapy OS "Braemar & Blair Atholl" (pierwszy kupiliśmy, drugi został znaleziony, nie zabraliśmy żadnego bo nie zdawaliśmy sobie sprawy że ta właśnie mapa bez problemu pokrywa naszą trasę), ruszyliśmy na Cairnwella wzdłuż wyciągu.
Image Hosted by ImageShack.us
Zdobywanie Cairnwella to faktycznie śmiech na sali. Startujemy z takiej wysokości że na szczycie jesteśmy zanim się na dobre zmęczymy. Jedynym minusem jest to iż nie ma się kiedy rozchodzić, bezpośrednio z szosy zaczynamy podchodzenie.

Trochę nas niepokoiło że wiatr stawał się coraz silniejszy, podczas     gdy według prognoz miało go praktycznie nie być. Na wierzchołku pizgało już naprawdę zdrowo. Było bardzo, bardzo zimno.

Image Hosted by ImageShack.us

Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy na drugiego munro, Carn a’Gheoidh:

Image Hosted by ImageShack.us

To co w innych warunkach byłoby spacerkiem, na odcinku pomiędzy munrosami zmieniło się w prawdziwą górską przygodę. Wszystko przez wiatr, który zrobił się tak silny, że momentami miałam deja vu z Ben More Assynta i Conivala >>LINK<<. Raz mnie wywrócił i trzy razy próbowałam wstać i nie mogłam. W dodatku próbował mnie zepchnąć z płaskowyżu na zbocze – umówmy się, że przepaści czy wielkich stromizn tam nie ma, ale nie uśmiechało mi się sturlać w dolinę. W końcu udało mi się przekrzyczeć wiatr i zawrócić Mariusza, więc kolejne kilkaset metrów przeszliśmy trzymając się za ręce. Taka walka z wiatrem niesamowicie fizycznie wykańcza. Te trzy kilometry prawie płaskiego terenu to była orka na ugorze.

Image Hosted by ImageShack.us

Trochę mi poprawiło samopoczucie spotkanie skiturowców zmierzających na tę górę co i my. Nie byłam pewna czy aby w panujących warunkach nie rozsądniej byłoby zawrócić, więc widząc że nie jesteśmy sami utwierdziłam się w decyzji o kontynuowaniu trasy.

Image Hosted by ImageShack.us

Szczyt Cairnwella, a to wielkie za nim to Creag Leacach, na którym już byliśmy: >>LINK<<.

Image Hosted by ImageShack.us

Zdobycie wierzchołka równało się pewności że zrealizujemy plan, bowiem ostatni munros leżał i tak po drodze.

Image Hosted by ImageShack.us

Carn Aosda:

Image Hosted by ImageShack.us

Podchodząc na niego, byliśmy już mocno zmęczeni, głównie walką z wiatrem. Ten na szczęście w międzyczasie zelżał i można było nawet zacząć w końcu rozmawiać.

Kiedy po raz pierwszy odsłonił się nam parking, byliśmy w lekkim szoku: nasz samochód zaparkowaliśmy bowiem w piątym rzędzie, wówczas ostatnim, a teraz sytuacja wyglądała tak…

Image Hosted by ImageShack.us

Wbijaliśmy się brzegiem trasy narciarskiej, trochę bezczelnie ale nie mieliśmy już energii na bobrowanie w kopnym śniegu. Trochę surrealistyczny klimat jak na zdobywanie munrosa, ale przynajmniej było inaczej niż zwykle.

Image Hosted by ImageShack.us

Na wierzchołku z dumą uścisnęliśmy sobie dłonie: pierwsza setka w końcu padła!



Widok na Cairngormsy z charakterystyczną sylwetką Devil’s Pointa:

Image Hosted by ImageShack.us

Tu pięknie widać, jak luzackie jest wejście na Cairnwella:

Image Hosted by ImageShack.us

A tu jeszcze rzut oka na całe centrum:

Image Hosted by ImageShack.us

Po zejściu uczciliśmy sukces colą w sezonowym pubie i po niecałych dwóch godzinach byliśmy już w domu.

Uważam że fajnie nam się udało zakończyć tę setkę – piękny dzień, trasa w innych warunkach nudna, w   tych które mieliśmy okazała się satysfakcjonująca, a przede wszystkim bawiliśmy się świetnie. Do końca przyszłego roku chcielibyśmy dobić do półmetka, wydaje mi się że to realny plan.

Stob a’Choire Odhair

Nr 97, Stob a’Choire Odhair

Wymowa: stob a kori uar

Znaczenie nazwy: peak of the dappled corrie (za MunroMagic)

Wysokość: 945m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 226.

Data wejścia: 12.01.13

Stob a’Choire Odhair większość baggerów zalicza z sąsiednim, wyższym i ciekawszym Stob Ghabhar, ale na tym już byliśmy. Polecam zajrzeć do linku >>LINK< bo daje pojęcie jakie stamtąd ładne widoki. Tym razem nie mieliśmy szczęścia.

W Bridge of Orchy należy skręcić koło hotelu. Do parkingu jedzie się parę minut. Przekraczamy most Wiktorii i kierujemy się w lewo, by po dwóch kilometrach osiągnąć początek dolinki pomiędzy Stob Ghabhar i Stob a’Choire Odhair.

Lokalne jelenie są wyluzowane na maksa, wcale się nie boją:

Image Hosted by ImageShack.us

Jak widać warunki były niezimowe, śnieg tylko na szczytach, poza tym wyglądało to raczej na listopad niż styczeń. Aż trudno uwierzyć że tydzień później lawina zabiła pod niedalekim Bideanem cztery osoby.

Image Hosted by ImageShack.us

Na ramieniu powyżej widać zygzaki ścieżki. Widoczna część stanowi nieco więcej niż połowę drogi. Ludzi nawet trochę szło ale o wiele mniej niż poprzednio na Ben Challuma, zapewne z powodu smętnej pogody. Chociaż były i plusy: zero wiatru i dość wysoka temperatura, nawet para nie leciała z ust.

Wszystko poniżej to masyw Stob Ghabhar, ścieżka leci dalej na przełęcz pomiędzy munrosami z której mieliśmy schodzić:

Image Hosted by ImageShack.us

Rzut oka za siebie i w zasadzie jedyne widoki jakie mieliśmy (najpierw resztę otoczenia zasłaniało drugie ramię naszej góry i Stob Ghabhar, a kiedy wyszliśmy wysoko i teoretycznie powinno być widać Rannoch Moor przylazła chmura):



Warunków śniegowych nie skomentuję, bo w obliczu niedawnej tragedii nie wypada.

Na szczyt wchodzi się bezproblemowo, stromizn większych od tej strony nie ma… Ta góra jest potencjalnie ekstra ze względu na widoki, a my niestety przeszliśmy się jedynie kondycyjnie.

Przełęcz jest głęboka a Stob Ghabhar potężnie nad nią góruje. W sumie to niewiele widziałam podobnych przewyższeń pomiędzy sąsiadującymi munrosami.


Z przełęczy w dolinkę schodzi się migiem, a dalej już powtarzamy poranną drogę.
I tyle, munro – wycieczka bez fajerwerków. Z drugiej strony, jak by nie patrzeć coś jednak zrobiliśmy. Na chwilę obecną zagrożenie lawinowe jest tak duże, że plany na sobotę stoją pod znakiem zapytania.
Na deser kolejny bezstresowy jeleń:


Trasa liczy 14 kilometrów:


Ben Challum


Nr 96, Ben Challum

Wymowa: ben kalum

Znaczenie nazwy: Malcolm’s hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1025m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 161.

Data wejścia: 01.12.12

Ben Challum leży w tym samym rejonie co cele naszych kilku poprzednich wycieczek. Dzień jest tak krótki, że ograniczamy się po prostu do tego, co najbliżej domu, czyli okolic Crianlarich – Tyndrum – Killin. Jest tu jeszcze multum munrosów, w większości niespecjalnie charakternych, za to bardzo widokowych. Który to opis zresztą pasuje jak najbardziej do Ben Challuma.

Góra wznosi się dokładnie nad Tyndrum (to to zbocze nad parkingiem koło Green Welly Stopu), ale z szosy prezentuje się jako niski nieciekawy wał, co wynika z tego że wyższe partie cofnięte i tylko na odcinku tuż za Crianlarich przez jakiś czas ukazuje się przedwierzchołek.

Ok. 2 mili przed Tyndrum jest niewielki parking. Należy się z niego cofnąć kilkadziesiąt metrów i skręcić w lewo ładną drogą.  Można nią też kawałek przejechać i zaparkować za mostem, wiele nie zaoszczędzimy ale zawsze coś.

Droga przecina zabudowania farmy, potem tory kolejowe, a potem, gdy teren zaczyna się bardziej podnosić, skręca mocno w lewo. Innej nie widać, ale teraz już wiem, że powinniśmy skierować się raczej w prawo, tak jak najwygodniej prowadzi teren, by wyjść na ramię góry. Prosto też można ale i tak w końcu trzeba będzie w to prawo odbić. Cały myk polega na tym że bardzo długo nie widać szczytu więc nie ma punktu odniesienia na który się kierujemy. Spróbuję dobrze oddać na mapce to, czego być może nie umiem jasno wytłumaczyć ;P

Widoki rozwalają. Nam jeszcze trafił się przepiękny poranek.

Ponad Glen Cononish, Ben Lui i korbet Beinn Chuirn:

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy w końcu ukazuje się wierzchołek (zaraz zresztą zniknie), wygląda to tak (wierzchołek to ten dalszy):

Image Hosted by ImageShack.us

Jak widać, ostrych podejść brak. Wkurza tylko monotonia początkowych partii drogi i to że przez dłuższy czas prawie nie zyskuje się wysokości.

Image Hosted by ImageShack.us

Ben More oraz cel naszej poprzedniej wycieczki, Stob Binnein:

Image Hosted by ImageShack.us

A tam w tle to chyba Cruachan:

Image Hosted by ImageShack.us

Poniżej w centrum za to niewątpliwie widnieje Beinn Dorain. Zawsze miałam do tej góry słabość – nasz pierwszy munro!! – ale już zupełnie ją kocham odkąd na szczycie Stuchd an Lochain utarłam nosa wymądrzającemu się tubylcowi, który próbował się popisać swą wątpliwą znajomością topografii ale pechowo trafił (tu wstawić mój złowrogi chichot).

Image Hosted by ImageShack.us

Gościa w króciaczkach komentować nie ma co, muszę jedynie pamiętać żeby pokazać go naszemu Kubie. Kuba kocha krótkie spodnie i nawet jesiennego, zimnego i deszczowego Scafell Pike’a zdobywał w swoim czasie w stup-nie-tutach ze skinotexu. Ciekawa jestem, czy po obejrzeniu przez niego tych zdjęć usłyszę "Challenge accepted!" czy jedna uzna wyższość tego anonimowego wędrowca.

Image Hosted by ImageShack.us

Po pierwszym nieco ostrzejszym podejściu osiągamy przedwierzchołek. Nareszcie widać gdzie dokładnie idziemy. Oba wierzchołki są prawie tej samej wysokości, rozdzielone płytką przełęczą:

Image Hosted by ImageShack.us

Ze szczytu odsłania się widok na Glen Lochay:

Image Hosted by ImageShack.us

Było masakrycznie zimno. Na wierzchołku zostaliśmy przez jakiś kwadrans, bo jednak nie dało rady tak od razu zejść, było za ładnie. Ludu pełno. Nic dziwnego – sobota, piękna pogoda, krótki i łatwy cel, blisko do Tyndrum gdzie można coś wszamać po wycieczce (jako i my uczyniliśmy).

Przedwierzchołek z głównego:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

I na szczycie naszego 96. munro:

Image Hosted by ImageShack.us

Powrót tą samą drogą.

Na Challuma podobno fajna jest trasa od zada strony, przez Glen Lochay, ale że dłuższa, woleliśmy pójść po najmniejszej linii oporu. Wycieczka faktycznie idealna na tę porę roku. Góra niby niepozorna, ale w śniegu – piękna. Ogólnie miodzio. Nawet zakwasy miałam raczej symboliczne ;D

Mapka będzie ASAP.

Stob Binnein


Nr 95, Stob Binnein

Wymowa: stobinion

Znaczenie nazwy: conical peak (za MunroMagic)

Wysokość: 1165m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 18.

Data wejścia: 20.10.12

Stob Binneina na ogół łączy się z bliźniakiem Ben Morem, ale że my już mieliśmy bliźniaka zdeptanego: >>LINK<<, zostawiliśmy sobie tę górę na jakiś lekki dzień. Trasa liczy sobie zaledwie 9 km.

Stob Binnein i Ben More leżą w Glen Dochart, tuż przed miasteczkiem Crianlarich. Doliną przebiega A85 i to dzięki temu, że podchodzenie zaczynamy praktycznie z szosy, tura jest tak krótka. Rozpoczynamy koło Benmore Farm, skąd wygodna droga wyprowadza do Benmore Glen u zachodnich podnóży obu gór.

Po ok. dwóch kilometrach droga urywa się gwałtownie – i tu mamy dwie opcje. Bowiem jeśli atakować z Benmore Glen, to obojętnie na którego bliźniaka, najpierw należy się wspiąć na przełęcz pomiędzy nimi, ale można na dwa sposoby. Albo zacząć wspinanie od tego właśnie miejsca, gdzie droga się urywa (jest wątła ścieżka) bądź podejść jeszcze kawałek doliną, do osiągnięcia bardziej połogiego terenu, skąd na przełęcz już jak strzelił, bez trawersowania zboczy. My wybraliśmy opcję ze ścieżką.

Sama droga na przełęcz jest raczej nudna, choć Glen Dochart w jesiennych kolorach prezentowała się całkiem ładnie.

Ale naprawdę fajne widoki odsłoniły się po osiągnięciu przełęczy. Co prawda byłam rozczarowana że nad Lowlands stały chmury – skoro Stob Binneina z bliźniakiem widać ze wzniesień koło Livingston, to i z nich na pewno można by było rozpoznać jakieś znajome tereny. Niestety nie tym razem. Poniżej, Loch Tay i przyprószony śnieżkiem Ben Lawers:

W kierunku Lowlands wyglądało to tak:

Z przełęczy na szczyt około pół godziny marszu umiarkowanie stromym zboczem. Wierzchołek jest ładny, a choć żadną miarą nie lufiasty, jakimś cudem robi wrażenie całkiem powietrznego, może dlatego że znajdujemy się na dość wysokim munro, górującym nad otoczeniem (acz Ben More i tak jest wyższy). 

Prognoza z BBC Weather po raz kolejny nie zawiodła. Sprawdzalność oceniam na 90%.

To zbocze to kontynuacja masywu, Na Staidhrichean. Od tamtej strony również jak najbardziej da się wejść i w sumie uważam, że i my powinniśmy tak zrobić zamiast odruchowo powtarzać trasę, którą już znaliśmy (Ben Mora wprawdzie atakowaliśmy od czoła, ale schodziliśmy również przez przełęcz).

Ben More ze szczytu – wspinania z przełęczy na pewno trochę więcej:

Na zejściu światło uskuteczniało fajne klimaty w dolinach. Poniżej Glen Dochart. Ta długa dolina ciągnie się hen, aż za Killin:

Tu zaś – Strath Fillan, widać A85 biegnące w kierunku Tyndrum.

Przy samochodzie byliśmy przed 14. Padł zatem nowy rekord 😀

Wycieczka była tak lekka jak tylko się dało, bo i na dłuższą nie mogliśmy sobie pozwolić. Mimo wszystko uważam ze Stob Binneina najlepiej robić w dwupaku z Ben Morem, wbijać od frontu a przełęczą jedynie schodzić. Taką opcję najbardziej polecam.


Stuchd an Lochain


Nr 94, Stuchd an Lochain

Wymowa: stuht an lohen

Znaczenie nazwy: peak of the little loch (za MunroMagic)

Wysokość: 960m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 197.

Data wejścia: 6.10.12

Zaplanowaliśmy dwa munrosy, wyszedł jeden. Zaproponowana w książce McNeisha rundka wokół Loch an Daimh w terenie okazała się konkretną wyrypą, więc poprzestaliśmy na zdeptaniu bliższego munro, Stuchd an Lochain, by powrócić tą samą drogą.

Za Killin, koło Milton Morenish, skręcamy w lewo tak jakbyśmy jechali zdobyć Ben Lawersa (single track road aż do końca). Na rozstajach przed Bridge of Balgie znów skręcamy w lewo, a na kolejnym (ostatnim) rozjeździe – w prawo. W pewnym momencie drogę zagradza brama którą można jednak otworzyć, by dojechać aż pod tamę na Loch an Diamh.

Image Hosted by ImageShack.us

Sam Stuchd an Lochain to bardzo krótka wycieczka, dlatego większość munro-baggerów zalicza go razem z Meall Bhuidhe, ale raczej nie tą pętlą z której zrezygnowaliśmy, tylko (chyba mniej ciekawie, za to ekonomiczniej) cofając się do jeziora. Nam taka lekka opcja tylko z jednym munro tym razem w zupełności odpowiadała. Najpierw zaczynamy podchodzenie raczej połogim zboczem, z widokami na Glen Lyon za plecami:

Image Hosted by ImageShack.us

Po wyjściu na wał odsłania się szczyt – musimy jeszcze przejść przez łagodny przedwierzchołek, już po prawie płaskim. Relaks :)))

Image Hosted by ImageShack.us

Po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że najrzetelniejsze prognozy pogody ma BBC Weather. Zdarza się wprawdzie, iż zmiany pogodowe nieco się przemieszczają w czasie, np. obiecana lampa/deszcz nastaje nieco później albo na odwrót, ale generalnie sama sekwencja się sprawdza.

Image Hosted by ImageShack.us

Tradycyjna fota wierzchołkowo-zdobywcza:

Image Hosted by ImageShack.us

Ze szczytu pięknie widać początek Glencoe z niepowtarzalną sylwetką Wielkiego Pasterza. Po raz pierwszy widzieliśmy ten rejon z takiej perspektywy. Fajnie wygląda Rannoch Moor, jedno z większych zadupi Szkocji (a konkurencji mu nie brakuje).

Image Hosted by ImageShack.us

Poniżej natomiast Meall Ghaordaidh, pierwszy munro zdobyty w tym roku, zresztą w totalnej mgle i mizerii. Za nim wychyla się Stuc a’Chroin, munros na tyle (razem z Ben Vorlichem, Ben Morem, Stob Binneinem i Ben Lomondem) wysunięty na południe, że widzę go (i tę resztę) kiedy w ładną pogodę wracam z Edynburga double-deckerem 😀

Image Hosted by ImageShack.us

Widoczność była na tyle dobra, że prawie na 100% widzieliśmy Cairngormsy, ale tego już nasz sprzęt nie miał szans oddać. W pełni zgodnie z prognozą z BBC koło 13 zrobiło się słonecznie 🙂

Image Hosted by ImageShack.us

Poniżej wierzchołek i Lochan nan Cat.

Image Hosted by ImageShack.us

Tu zaś Glen Lyon, z grupą Lawersa po prawej. Na Lawersie widać już było niewielkie płaty śniegu. W tej grupie zostały nam jeszcze trzy munrosy które oszczędzamy na zimę.

Image Hosted by ImageShack.us

Z powrotem przy samochodzie byliśmy przed drugą. Nigdy jeszcze nie zdarzyło nam się skończyć wycieczki o tak wczesnej porze. Mimo to nie żałuję że weszliśmy tylko na jednego munrosa, żadne z nas nie miało siły na wyrypę, a pierwszą setkę i tak bez problemu skompletujemy do końca roku.

Image Hosted by ImageShack.us

Wycieczka taka bardziej spacerowa, ale miejsce piękne i dziksze niż można by się spodziewać po tym południowo-centralnym rejonie. Ilość turystów jakich napotkaliśmy też była zaskakująco duża, jak na taki nie do końca oczywisty cel.

Mapkę zrobię.

Beinn Bhuidhe


Nr 93, Beinn Bhuidhe

Wymowa: ben wui

Znaczenie nazwy: yellow hill (za MunroMagic)

Wysokość: 948m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 216.

Data wejścia: 21.09.12


Beinn Bhuidhe leży pomiędzy grupą Ben Lui (Ben Lui, Beinn a’Chleibh, Beinn Dubhchraig i Ben Oss) a Alpami Arrocharskimi, i McNeish zalicza go właśnie do tych ostatnich. Jest to góra stojąca zupełnie samodzielnie, dlatego wycieczka z konieczności musiała być jednomunrosowa. 

Wymarsz z parkingu nad Loch Fyne. Najpierw musimy pokonać 7 kilometrów Glen Fyne, doliny może mało spektakularnej, choć w takich warunkach w jakich my się tam znaleźliśmy, całkiem urokliwej.

Image Hosted by ImageShack.us

Po raz pierwszy w tym roku dotarło do mnie, że lato już naprawdę się skończyło: rano wszystko było pięknie oszronione.

Image Hosted by ImageShack.us

Z parkingu można pójść prosto (tak też zrobiliśmy), bądź cofnąć się kawałek szosą przez most i tam dopiero skręcić w dolinę, by kontynuować drogą koło… Nie powiem czego, okazało się na końcu 😉 Oba warianty będą w każdym razie widoczne na mapce.

Niech absolutnie nie przychodzi wam do głowy pomysł kąpieli w River Fyne!

Image Hosted by ImageShack.us

Te siedem kilometrów poszło jak z bicza trzasnął. Po zeszłotygodniowej wycieczce wydawało się wszak zaledwie przebieżką.

Jesień robi się powoli ewidentna:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Tu pierwszy widok na Beinn Bhuidhe, acz wierzchołka z doliny nie było widać. Znajdował się on mocno w lewo, stanowiąc kulminację długiej grani szczytowej.

Image Hosted by ImageShack.us

Nie jestem pewna, które to góry z grupy Lui widać w tle. Patrząc na mapę, stawiam na Ben Oss i Ben Dubhchraig:

Image Hosted by ImageShack.us

Osiągając zabudowania Inverchorachan, musimy zlokalizować ścieżkę. Biegnie ona po lewej stronie potoku i jest niezwykle malownicza. Trochę się obawiałam patrząc na tego munrosa, że włazić będziemy monotonnym zboczem, a tymczasem ta część drogi nad wąwozem z potokiem okazała się naprawdę przyjemna.

Image Hosted by ImageShack.us

Wyżej osiągamy nieckę z niewielkim wodospadem, teren nieco się kładzie i kontynuujemy (cały czas ścieżka jest wyraźna) w górę, aż do ostatniego spiętrzenia którego najwyższym punktem jest wierzchołek.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na spiętrzeniu:

Image Hosted by ImageShack.us

Widok z wierzchołka, zresztą piękny, był dla mnie o tyle ciekawy, że to bliski nam rejon, w którym większość gór mamy jeśli nawet nie zaliczonych, to przynajmniej opatrzonych i potrafimy (znaczy, ja potrafię ;P) je nazwać.

Na poniższym zdjęciu widać przede wszystkim wzniesienia Glen Falloch, gdzie jak dotąd mamy zdeptane cztery munrosy. Przy tej skali zdjęcia rozpoznawalny jest jedynie charakterystyczny trójkąt Ben More’a.

Image Hosted by ImageShack.us

W przeciwną stronę natomiast, pełen wypas – od masywu Cruachana (nie zmieścił się w kadrze), poprzez wzgórza Glen Etive, Glencoe (acz rozpoznałam stamtąd tylko Bideana), the Mamores i Ben Nevisa, the Grey Corries, aż po munrosy nad Loch Treig (musicie mi uwierzyć na słowo):

Image Hosted by ImageShack.us

Spotkaliśmy pana, który nosi ze sobą w góry taki system, dzięki któremu łapie sygnały od górołazów w różnych częściach świata:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Powrót – tą samą drogą:

Image Hosted by ImageShack.us

W drugą stronę Glen Fyne już się trochę dłużyła, chociaż nudno nie było – dolina jest zamieszkana, trwało zawijanie bel siana w folię, kręciło się pełno różnorakiej rogacizny:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Już niedaleko wylotu doliny, na rozwidleniu dróg skręciliśmy w lewo, ot tak żeby mieć odmianę (oba warianty wyprowadzały na parking). Była to genialna decyzja. Wyszliśmy prosto na browar, gdzie można było zakupić lokalne wyroby – butelkowanie i z kija 😀

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wyroby okazały się bardzo smaczne i uznaliśmy, że los nagrodził nas za dzisiejsze trudy. Z browaru już dosłownie moment do mostu, a stamtąd może sto metrów szosą na parking.

Dystans całości to ok. 20 km, ale z tego 14 idzie się po płaskim, więc wycieczka jest dużo mniej forsowna niż mogłoby się wydawać.

Zdjęcia: >>LINK<<

Ben Avon i Beinn a’Bhuird


Nr 91, Ben Avon; nr 92, Beinn a’Bhuird

Wymowa: ben an; ben a wurd

Znaczenie nazwy: hill of the bright one; table hill* (za MunroMagic)

Wysokość: 1171m n.p.m.; 1197m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 17.; 11.

Data wejścia: 14.09.12

*no shit, Sherlock!

Tym razem zaniosło nas na wschodni skraj Cairngormsów, gdzie jeszcze nie byliśmy. Zamykające grupę od tej strony dwa munrosy to esencja tych gór podniesiona do potęgi – dwa gigantyczne (Ben Avon rozciąga się na ok. 30 km kwadratowych) płaskowyże, gdzieniegdzie popodcinane kotłami ale w górze totalnie naleśnikowate.
Długość naszej tury, pętelka Linn of Quoich – Glen Quoich – The Sneck – wierzchołek Ben Avona, Leabaidh an Daimh Bhuidhe – The Sneck – północny szczyt Beinn a’Bhuird – Glen Quoich, miała wynosić 35 km czyli jak na te góry nic niezwykłego.

Wyjechaliśmy w piątek, noc spędziliśmy w namiotach na parkingu przy Linn of Quoich, wymarsz został uskuteczniony o szóstej. Na taki dystans wiadomo było, że potrzebujemy jak najwięcej czasu.

Świt zastał nas w Glen Quoich. Piękna, typowo cairgormska dolina: wrzosy, lasy, ładna rzeka.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Dolina jest naprawdę długa, ale teren wznosi się bardzo łagodnie, pomimo że stale. Wysokość zyskujemy praktycznie nie zdając sobie z tego sprawy. Najfajniejsze są odcinki zalesione, bo cairgormskie lasy (czy też, wg polskich kryteriów, laski) to coś cudnego.

W końcu zaczynamy wiedzieć, gdzie naprawdę zmierzamy. Masyw po lewej to Beinn a’Bhuird (niewielka część), po prawej Ben Avon (część jeszcze mniejsza), a łączy je wysoko położona, baaaardzo szeroka przełęcz, The Sneck.

Image Hosted by ImageShack.us

Widok na stronę przeciwną:

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz na kotły we wschodniej części Beinn a’Bhuird i formację A’Chioch.

Image Hosted by ImageShack.us

Ścieżka wchodzi w obniżenie pomiędzy munrosami i bardzo łagodnie wznosi na The Sneck. Jeszcze przed przełęczą osiągamy 900m n.p.m., w co trudno uwierzyć bo cała dotychczasowa trasa wiodła po prawie płaskim.

Image Hosted by ImageShack.us

Widok ze Snecka na dolinę Slochd Mor rozwala.

Image Hosted by ImageShack.us

Na Ben Avon podchodzi się nieco ostrzej niż na Snecka, ale wciąż łagodnie. Plateau osiąga się szybko. Jest płaskie jak blat, ale ze zlokalizowaniem wierzchołka nie ma problemu: tworzy go jeden z częstych w Cairgormsach granitowych formacji, zwanych torami. Nie ma najmniejszych wątpliwości że jest najwyższym miejscem płaskowyżu. Na Leabaidh Daimh Bhuidhe, Łoże Żółtego Jelenia, jeszcze niezły kawałek niemal idealnie równym płaskowyżem:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na skałki szczytowe warto się wbić:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Stamtąd już świetnie widać, jaki masyw Ben Avona jest ogromny. Nie ma wątpliwości, że najrozleglejszy w Cairngormsach. Choć moim ulubionym tableland i tak pozostaje surrealistyczne Moine Mhor dwie notki wstecz.

Pod wierzchołkiem zrobiliśmy naprawdę długi postój – było tak pięknie, że nikt nie miał ochoty schodzić.

W końcu jednak trzeba było. Poniżej Dorota ciśnie w kierunku Snecka, a masyw przed nim to już Beinn a’Bhuird.

Image Hosted by ImageShack.us

Tam znalezienie wierzchołka to już wyższa szkoła jazdy, dlatego z początku nieświadomie zrobiliśmy sobie "fotki szczytowe" na niejakim Cnap a’Chleirich.

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy pokażą się klify, należy iść wzdłuż nich popatrując na prawo. Kilkadziesiąt metrów od granicy kotła będzie się wznosił pokaźny kamienny kurhan (mniej więcej kiedy znajdziecie się na wysokości leżącego w kotle Dubh Lochan).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na szczycie nie za bardzo się czuje iż jest się w najwyższym punkcie, wrażenie psuje South Top znajdujący się 2,7 km dalej, niższy o zaledwie 18 m, co z tej odległości nie jest ewidentne.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Ścieżka zejściowa (zaznaczona na mapie) w terenie nie była trudna do wypatrzenia – obniżaliśmy się mając South Top po lewej i wyszliśmy prosto na nią. Do przejścia był jeszcze niesamowity kawał. Po przekroczeniu rzeki połączyliśmy się z naszą drogą dojściową.

Cairngormskie lasy są tak urocze, że nawet pomimo zmęczenia nie dało się ich nie podziwiać, chociaż przyznaję, że na końcówce wlekliśmy się już i plątały nam się nogi.

Image Hosted by ImageShack.us

Z powrotem przy samochodzie zameldowaliśmy się o 18 z minutami, czyli tura zajęła nam 12 godzin. Udało się zatem zmieścić w czasie z przewodnika, chociaż na styk. Byliśmy połamani, śpiący, głodni i bardzo szczęśliwi.

Cairngormsy to góry które albo się kocha albo nienawidzi. Poniewierają człowiekiem niczym trening w Legii Cudzoziemskiej, prawie zawsze tam piździ jak w Kieleckiem, w niczym nie przypominają zorientowanych wertykalnie munrosów Zachodniego Wybrzeża. 

Ja je uwielbiam 😉

Zdjęcia autorstwa Doroty i Mariusza:>>LINK<<