Stan na dziś: 282


Info sprzed roku, ale – biję się w piersi – kompletnie to przeoczyłam.

Beinn a’Chaidheimh po dokładnym zmierzeniu został zdegradowany do statusu corbetta, ma bowiem 913,96m zamiast wymaganych 914,4.
Oczywiście są to niuanse i jeśli dana góra jest ładna i w widokowym miejscu, prędzej czy później i tak ją zdepczemy. Tyle że w takiej sytuacji, raczej później. Chcę zobaczyć nasze nazwiska na oficjalnych listach jak najszybciej (nawet jeśli zbierzemy się ostro do kupy i tak nie nastąpi to raczej wcześniej niż za 3 lata).

Kiedy zaczynaliśmy zbierać munrosy, było ich jakoby 284… Obecny stan wcale nie musi być ostateczny, nie zdziwiłabym się też gdyby aktualna liczba zmieniła się jeszcze w drugą stronę.

Five* Sisters of Kintail

Nr 88, Sgurr na Ciste Duibhe; nr 89, Sgurr na Carnach; nr 90, Sgurr Fhuaran

Wymowa: skur na kiszta dui; skur na karnah; skur fuuran

Znaczenie nazwy: rocky peak of the black chest; rocky peak of the cairns; rocky peak of the wolf (za MunroMagic)

Wysokość: 1027m n.p.m.; 1002m n.p.m.; 1067m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 105.; 134.; 70.

Data wejścia: 30.08.12


* Siostry możemy sobie zaliczyć trzy – tyle z nich ma status munro – pozostałe dwie strawersowaliśmy

Trasa znana jako Five Sisters of Kintail wiedzie po części północnej grani w Glen Shiel, ogarniając pięć prominentnych wzniesień z których trzy mają status munro. Jest to jakoby highlandzka klasyka, czemu się nie dziwię, bo trasa jest niebywale piękna. W Glen Shiel jak dotąd atakowaliśmy scramblingową Forcan Ridge prowadzącą na The Saddle oraz grań południową (wszystko pod tagiem "Glen Shiel"). Dolina jest naprawdę przepiękna, góry mają charakter, przewyższenia są jedne z najwyższych w Highlandzie. Jedynym powodem dla którego nie bywamy tam częściej jest odległość, za daleko jak na jednodniową wycieczkę. Tym razem przenocowaliśmy na polu namiotowym i z samego rana zabraliśmy się do dzieła, wiedząc że na noc mamy być w domu.

Samochód zostawiliśmy na campingu. Na wielkie szczęście udało nam się złapać stopa dzięki czemu zaoszczędziliśmy 8 km podchodzenia szosą. Kierowca wyrzucił nas nieopodal miejsca, gdzie w 1712 roku odbyła się Battle of Glen Shiel (oznaczone tablicą) – wg McNeisha stamtąd miała wyprowadzać ścieżka.

No jakaś w sumie była… Na odcinku, bo ja wiem, dwustu metrów. Potem zniknęła. Stwierdziliśmy, że napieramy, zbocze poza tym że mocno mokrawe nie przedstawiało sobą problemu. Wspinaliśmy się bez pośpiechu, bowiem pogoda miała się polepszyć dopiero za godzinę – dwie. Celowaliśmy w obniżenie grani, tak szczerze nie mając pojęcia gdzie dokładnie na trasie ono wypadnie. 

Kiedy w końcu wyszliśmy na grań, okazało się że jesteśmy na przełączce pomiędzy pierwszą siostrą (Sgurr nan Spainteach) a drugą (Sgurr na Ciste Duibhe), będącą munrosem. Bez wahania zdecydowaliśmy się cisnąć na munrosa, o bagging nam chodziło, nie o przejście "klasyki". Z przełączki do wierzchołka dosłownie moment.


Sgurr nan Spainteach i przełączka 

A tak ze szczytu pierwszego munrosa, Sgurr na Ciste Duibhe, prezentowały się dwie pozostałe munro-siostry:


Droga zapowiadała się na długą, tym bardziej wdzięczni byliśmy miłemu kierowcy z rana.

Fota szczytowa:

Wspomniałam o imponujących przewyższeniach – Loch Duich na zachodnim krańcu doliny to fiord, czyli poziom morza – zatem góry w Glen Shiel wznoszą się bezwzględnie i względnie na wysokość ponad 1000 metrów. Tu nitka A87 z grani:

Patrzę na masyw Forcana i The Saddle, który był naszym pierwszym celem w dolinie:

Zejście do przełęczy jest w miarę łagodne. Zrobiliśmy tam sobie postój z posiłkiem i kolejna mielonka padła. Mielonka Krakusa (nie płacą mi za reklamę) nie wiedzieć czemu wchodzi nam w górach najlepiej 😀

Z widoków, mnie osobiście roz*******ał Ladhar Bheinn, w tle po prawej. Jedyny problem że znajduje się on na strasznym odludziu, daleko od dróg. Ale prędzej czy później i on padnie.

Fota szczytowa ze Sgurr na Carnach, środkowej z munro-sióstr:


Wspomniane Loch Duich (tam znajduje się słynny Eilean Donan Castle, jakby ktoś był zainteresowany):

W zejściu z początku mamy dwa odcinki jedynkowego scramblingu:

Ladhar Bheinn my new love, to to na ostatnim planie po lewej: 

Podejście na najwyższą siostrę, Sgurr Fhuaran, było mniej żmudne niż wyglądało. Poszło szybko. Za to widoki ze szczytu rozłożyły nas totalnie. Sceneria, pogoda, wszystko było idealne, takie jak czasem sobie myślimy że "ech, poszedł bym w góry" i właśnie takie klimaty sobie wyobrażamy.

Ale najlepsze były owce, które pojawiły się out of the blue. Zamarłam – jak to, człowiek wspina się na munrosa, krew pot i łzy, milion spalonych kalorii, sukces – a te durne trawojady tak se na luzie błądzą w terenie. 

Tej starszej nagle coś odwaliło i zaczęła biec – byłam w szoku, wiem że kopytne radzą sobie w górach, ale nie przypuszczałam że toto potrafi tak zapieprzać!

Tu jeszcze "Owce zadumane", okres zielono-biało-niebieski:


Oraz inne widoki.

W tym na piątą siostrę, Sgurr nan Saighead. Nie munros, ale charakterna ze względu na piękne zerwy opadające na północ:


Klify robiły wrażenie, niemniej wierzchołek strawersowaliśmy. I tak już ominęliśmy pierwszą siostrę, więc nie było sensu zaliczać ostatniej "bo tak". Poszliśmy jeszcze kawałek granią w kierunku Beinn Bhuidhe.

Tu jeszcze zoom na Cuilliny. Żałuję że nie mogę wrzucić zdjęcia na Torridon, ale żadne nie wyszło wystarczająco ładnie. Gołym okiem za to było co podziwiać.

Po strawersowaniu Beinn Bhuidhe, nie mogąc znaleźć ścieżki w dolinę, zaczęliśmy cisnąć w dół tak jak pozwalał charakter terenu. Kolejne z naszych epickich zejść, na którym wiele jawnogrzesznic zostało rzuconych – stromo, woda, dziury w ziemi, krzaczory, osty i osuwający się grunt. Wcelowaliśmy w końcu w most (raczej naturalna destynacja zważywszy że do przekroczenia była rzeka) tylko po to by się dowiedzieć z tablicy, iż jest niebezpieczny. I tak byśmy go zaatakowali ale był osiatkowany. Dowlekliśmy się jakoś do mostu nad A87 (Mariusz zrobi mapkę i wszystko będzie klarowniejsze) i wyrypa dobiegła końca.

Tak tak, to o tym niewinnie wyglądającym zboczu mowa:

A tu widok na dwie siostry, Sgurr na Ciste Duibhe akurat jest schowany. Prawda że piękna pogoda? Poprawiała się z biegiem dnia i ten wieczór był po prostu momentem absolutnej perfekcji.

Wycieczka była genialna, dobiliśmy do 90, czego chcieć więcej? Chyba tylko więcej takich dni.

Mullach Clach a’Bhlair i Sgor Gaoith


Nr 86, Mullach Clach a’Bhlair; nr 87, Sgor Gaoith

Wymowa: mulah klah a wle’; skur gui

Znaczenie nazwy: summit of the stony plain; windy peak (za MunroMagic)

Wysokość: 1019m n.p.m.; 1118m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 114.; 36.

Data wejścia: 24.08.12

Trochę się już stęskniłam za Cairngormsami. Jakkolwiek góry Zachodniego Wybrzeża są o wiele bardziej efektowne, to na tych surowych, arktycznych płaskowyżach niesamowicie się wyciszam. Od czasu do czasu muszę sobie zafundować wyrypę w Cairngormsach.

Tym razem zaatakowaliśmy je od Glen Feshie, czyli południowego zachodu.


Glen Feshie jest bardzo ładna, a w dodatku załapaliśmy się na kwitnienie wrzosów, co nie udało nam się nigdy wcześniej. Było to tym milsze, że zupełnie ominęło nas tegoroczne kwitnienie rododendronów, które uważam za absolutnie przepiękne.


Samochód zostawiliśmy na parkingu skąd czekał nas krótki spacer asfaltem do Auchlean farm. Stamtąd odchodzi droga na płaskowyż. Z początku biegnie ładnym lasem, by wkrótce osiągnąć wrzosowiska. Biegnie baaardzo łagodnym trawersem i nie sposób się na niej zmęczyć (chyba, że jest się mną – miałam wyjątkowo słaby dzień).

Kiedy osiągnęliśmy plateau, niestety wszystko było w chmurach. Kilka słów o samym płaskowyżu. Odcinek w którego obrębie znajdowały się nasze dwa munrosy zwany jest Moine Mhor, the Great Moss. Jest to niebywale płaski – przepraszam za tautologię – płaskowyż, gdzie w ogóle nie czujemy, że znajdujemy się w górach i to jak na Szkocję, całkiem wysokich. We mgle – padaka. Gdzie nie spojrzeć, te same tundrowe połacie traw i prawie żadnych punktów orientacyjnych. Uwielbiam taki klimat 😉

W którą stronę się nie obrócisz, wygląda to tak:



Jedynym wyjątkiem był wierzchołek Sgor Gaoith na który mieliśmy się wbijać w następnej kolejności:

Naszego pierwszego munrosa, Mullacha Clach a’Bhlair, ochrzciliśmy mianem Placka i tak już zostanie. Jest to po prostu najwyższy punkt płaskowyżu. Większego naleśnika jeszcze w swojej karierze nie widzieliśmy. Można tam (acz akurat na tym zdjęciu szczyt nie jest widoczny) wjechać samochodem:

Jak to w Cairngormsach, płaskie "tablelands" urozmaicają mniejsze i większe kotły.

Zaprawdę powiadam wam, ten kurhanik nie stoi na szczycie Placka bez powodu. Inaczej nie ma lipy, nie dałoby się go znaleźć.

Z Placka pociągnęliśmy na wyższy i niekoniecznie budzący skojarzenia kulinarne Sgor Gaoith. Czasem chmury trochę rzedniały i otwierał się widok na Braeriacha.

Zbaczając ze ścieżki, natrafiliśmy na maleńkie ruiny, na oko bardzo stare. Cóż to mogło być? Nie ma opcji, że ktoś tu mieszkał. Jakiś schron dla pierwszych munrobaggerów? Nie mam pojęcia.

Kiedy osiągnęliśmy – już niedaleko szczytu – krawędź kotła, spotkała nas niesamowita niespodzianka. Coire Odhar był w dużej mierze odsłonięty i kontrast jego głębi, która uprzytomniła nam, że jednak jesteśmy w górach, z plaskacizną dookoła, był porażający. Plus niesamowite, ogromne zbocza Braeriacha i śliczne, turkusowe Loch Eanaich.

Ten widok na jezioro wynagrodził nam wszystko: i to, że byliśmy przemoczeni, i długość trasy, no i obronił honor placka jako członka bandy…

Do przejścia był jeszcze kawał, wracaliśmy tą samą drogą.

Dla takich klimatów lubię Cairngormsy:

A nasz placek to – uwaga!! – to małe spuchnięcie w środku na horyzoncie. Brylanty przeciwko orzechom, że to najbardziej plaskaty munro!

A tu jeszcze wrzosowiska w Glen Feshie:

Wycieczka była genialna chociaż zmoczyło nas, przewiało, i przez większą część czasu nie mieliśmy widoków. The Cairngorms rule!

Długość trasy to ok. 26 km (i ja je dzisiaj czuję w udach na maksa).

Beinn Eighe


Nr 84, Spidean Coire nan Clach, nr 85, Ruadh-stac Mor

Wymowa: spidżyn kori nan klah; rua stak mor

Znaczenie nazwy: peak of the corrie of stones;  big red stack (za MunroMagic)

Wysokość: 993m n.p.m.; 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 150.; 120.

Data wejścia: 19.08.12

Zdobywanie torridońskiego trio zaczęliśmy, niezbyt oryginalnie, od najbardziej spektakularnego Liathach. Parę lat później weszliśmy na piękny w kształtach Beinn Alligin. Został nam więc tylko Beinn Eighe (czyt. bin ey), najbardziej rozległy z trzech masywów, ale o najmniej przyciągających oko liniach. W sumie chyba właśnie dlatego jakoś średnio nas kusił, chociaż po wycieczce stwierdzam że go nie doceniliśmy.

Beinn Eighe to masyw o czterech odnogach, wysunięty najbardziej na wschód, wznoszący się ponad Kinlochewe. Z kilku szczytów tylko dwa mają status munro. Najbardziej charakternym rysem całości jest kocioł Mhic Fhearchair do którego opada wspinaczkowy Triple Buttress. Kocioł ten jest ukryty przed przejeżdżającymi przez Glen Torridon, którzy widzą jedynie wysokie, charakterystycznie jasnoszare zbocza. 

Przy pierwszej próbie wejścia na munrosy Beinn Eighe spędziła nas w dół pogoda. Akurat w tak widokowym miejscu jak Torridon chodzenie bez widoczności nie bardzo ma sens. Ponownie spróbowaliśmy kolejnego dnia i była to dobra decyzja.

Zostawiliśmy samochód na parkingu i pomaszerowaliśmy szosą do kolejnego, skąd odchodzi ścieżka. Początek podejścia nie jest jakiś wyjątkowo żmudny, ścieżka zygzakuje po zboczu by ok. w połowie wysokości skręcić w lewo do niewielkiego kotła. Z kotła na grań jest nieco bardziej męcząco ze względu na większe nachylenie terenu.

Poniżej jeszcze widok z szosy. Trasa będzie biegła po drugiej stronie wysuniętego na prawo ramienia, by w najniższym punkcie pomiędzy szczytami wyprowadzić na grań. Szary wierzchołek nie jest tym właściwym, tego z poziomu szosy w ogóle nie widać.

Widok na grań z kotła, ścieżka biegnie zygzakami na przełączkę:

Wyjście na grań:

Na grani zrobiło się widokowo, przede wszystkim w kierunku Liathach, ale żeby było naprawdę "wow" należy się wbić jeszcze trochę do góry. Najpierw osiągamy punkt triangulacyjny, szczyt leży po prawej stronie. Jest skalisty i z tej perspektywy oczom odzwyczajonym od takich widoków, jawi się jak co najmniej munrosy Cuilinów 😛 To oczywiście tylko wrażenie, skałki nie przedstawiają najmniejszej trudności. Na wierzchołek tylko parę minut.

Wierzchołek jest raczej nieobszerny i jest – co było do przewidzenia – wspaniałym punktem widokowym.

Tak prezentuje się Liathach, góra, która jest jak (podobno) Greta Garbo: z której strony byś nie cykał, nie dasz rady zrobić niekorzystnego ujęcia:

A tak dalsza część grani, ta biegnąca na wschód:

Poniżej kontynuacja trasy. Zielone wzniesienie po prawej, Coinneach Mhor, można strawersować wąską percią i zaoszczędzić trochę energii.

Ostatni szczyt to drugi munros, wyższy Ruadh-stac Mor.

Trasa granią jest przepiękna i w sumie niespecjalnie męcząca – nam pokonanie odległości pomiędzy dwoma munrosami zajęło ok. półtorej godziny, z zatrzymywaniem się na robienie zdjęć.

Spidean Coire nan Clach z zupełnie innej perspektywy:

Kiedy stanęliśmy na drugim munrosie, nie byliśmy jeszcze zmęczeni. Na wierzchołku spędziliśmy przeszło pół godziny nie mogąc zebrać się, żeby zacząć schodzić, tak było pięknie.

Ścieżka zejściowa do Coire Mhic Fearchair prowadzi z początku paskudnie zerodowanym żlebem, dlatego łatwiej i bezpieczniej jest schodzić po skałkach po prawej.

Triple Buttress jest faktycznie malowniczy, nie bez estetycznego wsparcia ze strony Loch Coire Mhic Fearchair. Widać żleb którym schodziliśmy, ale to iż zdaje się prawie pionowy jest wyłącznie złudzeniem optycznym:

Droga wychodząca z kotła prowadzi pomiędzy masywami Beinn Eighe i Liathach przez prawdziwe zadupie – jeśli popatrzeć za prawym ramieniem, aż do Gairloch ciągnie się pustkowie gór, jeziorek i bagien, odwiedzane wyłącznie przez koneserów, np. zbieraczy corbettów, bo tam głębiej munrosów nie ma na całkiem sporym odcinku.

Do parkingu jest jeszcze długi, ale przyjemny spacer, bez ostrych zejść, po ładnej "tatrzańskiej" ścieżce ułożonej z kamieni.

Cała trasa ma ok. 17 km acz tylko to pierwsze podejście bardziej daje w kość. Muszę powiedzieć, że była to jedna z moich ładniejszych highlandzkich wycieczek.

Conival i Ben More Assynt

Nr 82, Conival, nr 83, Ben More Assynt

Wymowa: koniwal; ben mor assynt’

Znaczenie nazwy: adjoining hill (from cona’ Mheall);  big hill of the rocky ridge (za MunroMagic)

Wysokość: 987m n.p.m.; 998m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 158.; 141.

Data wejścia: 15.08.11


Z Ben Klibrecka po dwu nieudanych próbach zrezygnowaliśmy, ponieważ złośliwiec stał cały czas w chmurach praktycznie od samej podstawy. Czyli jest on ostatnim munrosem jaki został nam na Dalekiej Północy. Przy czym nawet jak w końcu go zdepczemy i tak będziemy tam wracać, tak w górskich jak i nie górskich celach.

Z Conivalem i Ben More Assyntem się udało, chociaż mało brakowało…

Samochód można zaparkować pod Inchnadamph Hotel a potem dosłownie kawałeczek szosą, do ścieżki wchodzącej do Gleann Dubh. Tą dolinką wędrujemy względnie płasko ok. 4 km. Później ścieżka, cały czas wzdłuż potoku, zaczyna piąć się w kierunku ramienia Conivala. Na tym odcinku mieliśmy jeszcze dobrą pogodę, nawet krem z filtrem był w użyciu. Według prognoz miało silnie wiać ale generalnie dzień nie zapowiadał się najgorzej.


Tuż przed osiągnięciem ramienia góry, wchodzimy do niewielkiego kotła w obramowaniu skałek. Ponad skałkami należy skierować się w prawo i cisnąć tak jak prowadzi szeroka grań.

Dałam zdjęcie z powrotu, bo podczas wchodzenia na tej wysokości szliśmy już praktycznie w chmurze.

I tu właśnie, kiedy zaczęliśmy podchodzenie, wyszło na jaw że nie będzie tak prosto. Wiatr robił się coraz silniejszy. Przez grań przewalały się masy chmur, niekiedy coś się odsłaniało, ale jasne było że na porządne widoki na razie nie ma co liczyć. Wicher był taki, jaki pamiętam może z trzech czy czterech wycieczek – co silniejsze podmuchy mnie przewracały, ciężko było oddychać nie mówiąc już o staniu prosto. Gdzieś w połowie drogi do szczytu złapałam poważny kryzys – straciłam wiarę że w tych okolicznościach robimy mądrze decydując się na kontynuowanie kiedy przed nami jeszcze nie ten jeden, a dwa munrosy! Ciśnięcie dalej przy tym wietrze to był jakiś wyrafinowany masochizm. Ale cisnęliśmy, chociaż Mariusz w partiach szczytowych musiał mnie prowadzić za rękę, żeby pomóc mi utrzymać równowagę.

Kiedy wreszcie zobaczyliśmy schron byłam już tak stytłana, że prawie w niego padłam. Jednak radość z odhaczenia kolejnego munrosa zmotywowała nas żeby kontynuować na Ben More Assynta. Co prawda w tych warunkach (brak widoczności i to koszmarne wietrzysko) nie wydawało się to mądre, ale z drugiej strony, nie byliśmy w Cuilinach gdzie taki wiatr mógłby zepchnąć z grani, tu były owszem porządne stromizny, ale nie było lufy, czyli brak realnego niebezpieczeństwa.

Jeszcze przez jakiś czas trzymając się za ręce, kontynuowaliśmy długą granią, z miejscami całkiem konkretnymi zerwami z prawej strony. Wiatr nieco osłabł, ale nadal był niemożliwy. Na szczęście ścieżka przeważnie trawersowała najwyższy punkt grani od lewej, z czego skwapliwie korzystaliśmy.

Ben More Assynt okazał się znacznie bardziej skalisty od Conivala, sam szczyt także zbudowany był ze skałek. Szczyty są w ogóle dwa i trochę nas kosztowało w tych chmurach żeby upewnić się, że na 100% jesteśmy na tym właściwym. Po przejściu pierwszego wierzchołka z kopczykiem szliśmy granią dalej, aż do wywyższenia skąd można było już tylko w dół. Zaczynały się też skałki semi-scramblingowej grani opadającej z Ben More Assynta, którą zresztą mieliśmy schodzić, ale wiatr skutecznie wybił nam to z głowy. Był też kolejny kopczyk. Którykolwiek z wierzchołków nie byłby więc tym właściwym (a był nim raczej ten drugi), przeszliśmy oba.

Powrót wypadł zatem tą samą drogą.


Niestety dopiero teraz wiatr pokazał, co naprawdę potrafi. Póki mogliśmy trawersować grań, nie było tak źle, ale kiedy podchodząc ponownie na Conivala już naprawdę nie było gdzie się schować, musiałam iść zgięta wpół, a i tak mnie co jakiś czas wywracało:

Jedynym plusem tego nienormalnego wiatru był fakt, że coś się dzięki niemu odsłaniało.

Najgorzej było podczas schodzenia ze szczytu. Podmuchy wiatru kilkakrotnie zarzuciły Mariuszem (sic!), a we mnie jeden walnął akurat kiedy po lewej miałam kilkunastometrowy spad, na szczęście szliśmy za rękę. Na ramieniu Conivala spotkaliśmy dwóch facetów z chłopcem, którzy najwidoczniej zawracali, być może nawet po zaliczeniu szczytu (jakakolwiek konwersacja nie bardzo była możliwa). Szło im jeszcze gorzej niż nam, poruszali się – zwłaszcza jeden – systemem paru kroków na minutę. My z kolei, w zależności od tego jak silnie wiatr nami rzucał, schodziliśmy jak narąbani albo totalnie narąbani, ale schodziliśmy. 

Dopiero kiedy ramię się skończyło, wiatr zelżał. Byliśmy tak wykończeni walką z nim, że droga zejściowa dłużyła się nam ponad wyobrażenie. Okazało się też, że doliną biegnie więcej ścieżek niż nasza poranna, na co wchodząc i gadając nie zwróciliśmy uwagi. Byliśmy tym trochę skonfundowani i chyba kawałek przeszliśmy inaczej niż rano, ale koniec końców trafiliśmy na parking bez problemu.


Jak to zwykle w podobnych wypadkach bywa, uznaliśmy oboje że wycieczka była rewelacyjna. Od czasu do czasu dobrze jest być uświadomionym przez Naturę, kto tu naprawdę rządzi. Byliśmy też z siebie dumni że nie skapitulowaliśmy po drodze i dwa munrosy padły zgodnie z planem.

O samych górach mogę powiedzieć tyle, że pozbawione charakteru nie są. Na samej trasie nie ma wprawdzie żadnych trudności, ale odsłaniały się nam i poważne stromizny, i ciekawe formy skalne. Być może wybierzemy się tam kiedyś ponownie żeby tym razem mieć jakieś widoki. Tego jednego mi szkoda, ze tak niewiele było widać. Ogólnie jednak było super.

Trasa liczy 17 km.

<a

Old Man of Stoer


Włócząc się po Sutherlandzie, nie mogliśmy nie wybrać się na Point of Stoer, na klify, obejrzeć sobie Old Mana. Ten 60-metrowy obelisk wystaje prosto z wody i jest popularnym celem wspinaczkowym.

Jak widać na mapie, dojechać da się do odległej o ok. 3 km latarni morskiej, a potem trzeba się przespacerować wzdłuż klifów (bez pośpiechu ok 40 min.).

Mieliśmy szczęście bo akurat jeden zespół się wspinał. Kiedy zobaczyliśmy ich po raz pierwszy, odpoczywali w dwóch trzecich wysokości obelisku, przed ostatnim wyciągiem. Mariusz udokumentował ich przygodę jak umiał najlepiej – może kiedyś natkną się na te zdjęcia?


A tu widać, że Old Man naprawdę ma twarz:

Kibicowanie wspinaczom, sceneria i sam spacer były tak fajne, że czuliśmy iż dzień z całą pewnością nie został zmarnowany, pomimo iż tego ranka nie wpuścił nas (z powodu fatalnej pogody) Ben Klibreck. Jednak Ben Klibreck nie ucieknie, a tak przynajmniej mieliśmy szansę popatrzeć sobie na fajną akcję.

To climbers on the pictures: if you want me to send you all the pics we’ve taken, just contact me on connspeach@gmail.com.

(Szansa, że tu trafią, jest minimalna, ale tak na wszelki…)

Ben Hope

Nr 81, Ben Hope

Wymowa: angielska

Znaczenie nazwy: hill of the bay (z języków nordyckich)

Wysokość: 927m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 256.

Data wejścia: 12.08.12

Ostatni wyjazd miał na celu zaliczenie czterech munrosów na dalekiej północy Szkocji. Z powodu odległości nie bywamy tam za często, a szkoda, bo to przefantastyczny rejon. Tu >>LINK<< nasza zeszłoroczna relacja z wyprawy w te okolice. Atrakcją oprócz gór są cudowne plaże:




Więcej zdjęć pod >>LINKIEM<<. Polecam zajrzeć!

Do parkingu pod górą można dojechać single track road w kierunku na Altnaharrę. Tam zaczyna się najłatwiejsza droga. Ben Hope’a można też zdobywać granią północną (trasa jakoby dość łatwa, ale w jednym miejscu ekstremalnie eksponowana) bądź którąś z grani na zachodnim zboczu, co wymaga już umiejętności wspinaczkowych. My jednak dawno nie chodziliśmy i postanowiliśmy nie zaczynać zbyt ambitnie – trasa turystyczna w zupełności nam wystarczyła.

Ben Hope od zachodu:

Droga ponad parkingiem pnie się najpierw średnio stromo (acz i tak jest to najstromszy odcinek trasy) na niski wał. Potem teren na krótko się wypłaszcza, ponownie spiętrza i po tym drugim spiętrzeniu wychodzimy już na rozległe plateau szczytowe.

Tak to wygląda jeszcze z tego pierwszego odcinka:


Początek wydał mi się nieco żmudny, ale chyba po prostu miałam za długą przerwę w chodzeniu po górach. No i nie mogłam się doczekać stanięcia po raz kolejny na szczycie munrosa.


Szkoda że nie do końca udało się nam z widokami, pomimo pięknej pogody widoczność z rana była kiepska. Ci których mijaliśmy schodząc, mieli już więcej szczęścia.


Na wierzchołku:


Urwiska zachodniej ściany opadające nad Loch Hope faktycznie robią wrażenie. Żeby je popodziwiać obniżyliśmy się do końcówki North Ridge:

Powrót tą samą drogą.

Ben Hope zdobywany turystycznie nie stanowi żadnego wyzwania, ale bez wątpienia jest górą ładną, a przede wszystkim niesamowicie położoną. Przy dobrej widoczności ze szczytu można podobno zobaczyć Orkady. Najbliższym munro jest dopiero oddalony o 23 km Ben Klibreck, więc wydaje się jakbyśmy stali na o wiele wyższej górze, tak Ben Hope wyrasta ponad otoczenie. Piękna, krótka i nieforsowna wycieczka do polecenia każdemu.

No i teraz do końca pierwszej setki już naprawdę nie -dzieścia, a -naście! 😀


Zachodnia Kreta: Góry Białe i Psiloritis

Niedawno wróciliśmy z naszego pierwszego wyjazdu na Kretę. Okazało się, że są tam bardzo fajne góry. Co prawda nie byliśmy przygotowani ani nastawieni na łażenie ale to, co udało nam się jednak zobaczyć w ciągu tych siedmiu dni, zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie i chcę się nim podzielić.

Kreta jest duża a my mieliśmy tak mało czasu, że trzeba było dokonać wyboru, na czym się koncentrujemy. Kwaterowaliśmy w zachodniej części wyspy i postanowiliśmy że postaramy się właśnie ją poznać jak najlepiej, ponadto priorytetem były krajobrazy, cuda przyrody oraz nasze ulubione szwendanie się, nie zaś zabytki, które zresztą już zupełnie odechciało nam się oglądać kiedy pierwszego dnia pojechaliśmy zobaczyć antyczną Falasarnę i okazało się że w ruinach miejscowi rolnicy urządzili malowniczy skład plastikowych klatek na owoce oraz śmietnisko, klimat jak pod Grójcem tylko oliwki zamiast jabłek.

Kilka słów o górach. Najfajniejsze i najwyższe koncentrują się właśnie na zachodzie: grupa Gór Białych (Lefka Ori), z najwyższym szczytem Pachnes o wysokości 2453m n.p.m., i masyw Psiloritis tudzież Oros Idi, którego najwyższym punktem jest Timos Stawros – 2456m n.p.m.

Góry Białe wydają się podobne do Tatr Zachodnich ale mają jeden unikalny rys: bardzo głębokie, niesamowite wąwozy. Kilka z nich udało nam się zobaczyć i byliśmy pod wrażeniem.

Tak prezentują się Góry Białe z położonej na północnym wybrzeżu Chanii. Nie wiem czy nie mając świadomości jak są wysokie, zgadłabym że wznoszą się na prawie 2,5 k, ale że są spore się czuje. Wchodzenie z poziomu morza to raczej nie wycieczka na jeden dzień.

Image Hosted by ImageShack.us

Marzyła nam się co najmniej jedna wycieczka, ale zniechęcał śnieg, na który nie byliśmy przygotowani – nie mieliśmy zimowych butów, o czekanach nie wspominając. Postanowiliśmy poczekać parę dni. Kontakt z górami mieliśmy i tak, bowiem w Zachodniej Krecie płasko nie jest nigdzie.

Pierwszym pięknym wąwozem na jaki się natknęliśmy był wąwóz Imbros, ponad którym biegnie szosa przecinająca wyspę na osi północ – południe wschodnim skrajem Gór Białych.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wybieraliśmy się wtedy na południowe wybrzeże, na które zjeżdża się zwariowanymi drogami które składają się z samych zakrętów. Góry schodzą tu wprost do wody, inaczej niż na północy, gdzie pomiędzy nimi a morzem jest pas równiejszego (co nie znaczy że płaskiego) terenu.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na południowym wybrzeżu znów super krętą drogą musieliśmy wbić się do góry, by dostać się do miejscowości Aradena, leżącej na brzegu wspaniałego wąwozu tej samej nazwy. Zanim powstał widoczny poniżej most, do Aradeny nie dało się dojechać samochodem.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Góra w tle to Pachnes od południowej strony. Gdyby się na niego wybierać, to właśnie stamtąd – też byłby to kawał ale prostszej opcji chyba nie ma. Przede wszystkim jak zaobserwowaliśmy, po tych górach ciężko by było łazić na dzika. Zbocza są bardzo zerodowane a w dodatku pokrywa je jakieś kolczaste gówno. Przyjemniej i rozsądniej trzymać się dróg. Droga na Pachnes jest, i to taka że całkiem wysoko można wjechać samochodem 4×4.

Wąwóz Aradena:

Image Hosted by ImageShack.us

Po zwiedzeniu ruin opuszczonej wsi wracaliśmy z początku południowym wybrzeżem. Spore wrażenie zrobiły na nas charakterne, po części skaliste, najbardziej na wschód wysunięte wzniesienia pasma Gór Białych. Mimo iż niewysokie, miały – przynajmniej od strony z której je wiedzieliśmy – bardzo śmiałe linie. Przejeżdżaliśmy między innymi przez miejscowość Rodakino, która była niesamowicie położona na zboczach wąwozu, pod pionowymi ścianami skalnymi, nad konkretną lufą. Kiedy natomiast skręciliśmy na północ, wjechaliśmy w wąwóz Kotsifu, w porównaniu do poprzednich może mało spektakularny, ale z takim kościółkiem wyrastającym wprost ze skalnej ściany:

Image Hosted by ImageShack.us

Droga na północ znów była bardzo malownicza. Pojechaliśmy do Retymnonu, więc wrażeń górskich już tego dnia nie było, z wyjątkiem widoku w całej krasie na Psiloritis:

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejny raz pojechaliśmy w kierunku położonej wysoko w górach miejscowości Omalos. Tam rozpoczyna się najsłynniejszy wąwóz Krety, Samaria, oraz stamtąd odchodzi szlak nad którym się zastanawialiśmy – docelowo na Pachnes, ale nie dali byśmy rady zrobić takiego hektara, braliśmy jednak pod uwagę leżące po drodze, a znacznie bliżej Melindaou. Okolica wydawała się zatem warta rekonesansu. 

Droga przez Góry Białe nie zawiodła. Tym razem swoim położeniem na stromych zboczach urzekła mnie miejscowość Lakki (niestety nie było jak stanąć i sfocić).

Płaskowyż Omalos okazał się idealnie płaską niecką otoczoną wianuszkiem szczytów – czegoś takiego jeszcze w żadnych górach nie widziałam. Być może był to kiedyś krater wulkanu. Kiedy na niego wjechaliśmy, nagle wyrosła w oddali niesamowita ściana która w miarę jak się zbliżaliśmy wydawała się coraz bardziej charakterna. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, zaparło nam dech: ściana była dwa razy wyższa niż przypuszczaliśmy, ponieważ oddzielał nas od niej niewidoczny wcześniej wąwóz. Takiego jeszcze tutaj nie widzieliśmy. Stało się jasne, czemu wąwóz Samaria jest uznawany za taką atrakcję – a przecież widzieliśmy zaledwie początek. Całość liczy sobie 13 km, tu widać jak to wygląda >>LINK<<. Ściana, która wywarła na nas takie wrażenie opada w czeluść wąwozu z Gigilosa (2080m n.p.m.) i Wolakiasa (2117m n.p.m.).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Mariusz wpadł na pomysł, że gdyby śnieg się utrzymał i zdecydowalibyśmy nie wchodzić na liczące ponad 2100m n.p.m. Melindaou, możemy spróbować wbić się na leżące tuż nad nami znacznie niższe Psilafi:

Image Hosted by ImageShack.us

 … a z niego może nawet na Gigilosa przez przełęcz:

Image Hosted by ImageShack.us

Na decyzję mieliśmy jeszcze parę dni. 

Tego popołudnia zwiedziliśmy jeszcze kawał wyspy, w tym przepiękną plażę Elafonisi, ale znów tym co wywarło na mnie największe wrażenie były górskie drogi. Momentami miałam lekkiego stracha, jak przy zjeździe za miejscowością Prodromi, gdzie szosa bez barierek ani pobocza biegła niemożliwymi zakrętasami nad stromizną.




Powrót wypadł przez taki wąwóz:

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejny dzień – kolejne szwendanie. Tym razem postanowiliśmy zobaczyć jak ten cały Psiloritis się prezentuje. Mieliśmy pecha z pogodą – co prawda było ciepło i sucho, ale po opadach poprzedniego wieczoru wszystko parowało i widoczność była fatalna. Praktycznie nie mamy zdjęć z pięknych masywów Stroumboulos i Kouloukonas na wschód od Psiloritis, ponieważ wszystko wyglądało jak za mgłą. 

Droga prowadzi na położony na 1500m n.p.m. płaskowyż Nida, który był identyczny jak Omalos. Stąd na Timos Stawros jest jeszcze prawie 1000m przewyższenia, ale już widać jak to wygląda. Góra prezentuje się raczej mało spektakularnie. Połogie zbocza bardziej się kojarzą z munrosami niż z Tatrami. W ogóle krajobraz raczej szkocki niż grecki.

Image Hosted by ImageShack.us

Wrażenie pogłębiał jeszcze śnieg, którego zimą musi tu być naprawdę dużo, skoro jeszcze w kwietniu zostają takie konkrety:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wracając (inną drogą) znów nie robiliśmy zdjęć, choć krajobrazy były piękne – ale fatalna widoczność nie zmieniła się. Sprawdzone wieczorem prognozy pogody ujawniły za to, że kolejnego dnia ma się poprawić, a jeszcze kolejnego (ostatniego) dnia być znakomita. Na ostatni zaplanowaliśmy więc naszą górską wycieczkę, a nazajutrz postanowiliśmy obadać półwysep Wamos, u zarania którego kwaterowaliśmy.

Z półwyspu pięknie prezentują się Góry Białe:

Image Hosted by ImageShack.us

Chociaż dzień spędziliśmy w nadzwyczaj fajny sposób, z górami nie miało to już nic wspólnego, poza widokami na horyzoncie. Poniżej widać jaki to byłby mozół zdobywanie ich z poziomu morza:

Image Hosted by ImageShack.us

W poniedziałek, dzień wycieczki, pogoda faktycznie nie zawiodła. Od rana była jak brzytwa. W słońcu droga do Omalos wydawała się jeszcze bardziej malownicza niż ostatnio.

Image Hosted by ImageShack.us

Góry wyglądały przepięknie. Gigilos w słońcu prezentował się, o ile to możliwe, jeszcze dumniej.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Zaczęliśmy się wbijać na Psilafi, brzegiem wąwozu Samaria. Niestety nie udało się ominąć śniegu – wprawdzie był miękki i przy minimalnej ostrożności zjazd nie groził, za to momentalnie przemokły nam buty.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Widok na płaskowyż Omalos:

Image Hosted by ImageShack.us

Pod koniec szliśmy blisko krawędzi wąwozu, fajnie to wyglądało.

Image Hosted by ImageShack.us

Na Gigilosa nie zdecydowaliśmy się iść. Przeważył brak kondycji. Z naszym tempem włazilibyśmy chyba przez cały dzień. Poprzestaliśmy na wbiciu się na wierzchołek, czy też przedwierzchołek, Psilafi. Najwyższy punkt chyba był nieco dalej, ale prowadziła na niego obła krowia grań, a my nie chcieliśmy tracić z oczu wąwozu Samaria, poza tym Psilafi nie jest żadnym celem do zaliczenia, jedyny fajny kawałek to ten opadający do wąwozu.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wracając, widzieliśmy pięć krążących sępów.

Image Hosted by ImageShack.us

Pomimo, że nic szczególnego nie zrobiliśmy, wycieczka ogromnie nam się podobała. Żal było wyjeżdżać, zaledwie liznąwszy Góry Białe. Z pewnością są warte żeby poznać je lepiej. 
Na razie na konkretne plany za wcześnie, ale marzy nam się dłuższy wyjazd w przyszłym roku, tak żeby pełny tydzień można było poświęcić na sam trekking. Oczywiście trzeba bardzo rozważnie przemyśleć na jaki miesiąc najkorzystniej taką wyprawę zaplanować, zebrać informacje o szlakach, zaopatrzyć się w szczegółowe mapy – generalnie, konkretnie się przygotować. Nie jest to zwykłe powyjazdowe obiecywanie sobie, że wrócimy, żeby polepszyć sobie samopoczucie. Naprawdę marzy nam się powrót w Góry Białe. Na razie bierzemy pod uwagę raczej maj niż sierpień (w obydwu tych miesiącach mam dużo wolnego), ale na decyzje jest jeszcze czas.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Beinn Sgulaird (porażka)


Beinn Sgulaird jest ładną górą niedaleko Oban, zaliczaną jeszcze do Glen Etive. Jest zatem położony "na tyłach" Glencoe; od Sgor na h-Ulaidh, "the Lost Munro of Glencoe" >>LINK<< dzieli go bodaj jeden munros. Beinn Sgulaird jest długi, jego szeroka grań szczytowa liczy sobie ponad trzy kilometry i słynie jako niezwykle widokowa. Wydawało się że będzie to pod każdym względem dobry cel na otworzenie ostatniej dwudziestki munrosów – ostatniej w pierwszej setce, rzecz jasna.



Rozpoczęliśmy z miejsca zwanego Elleric. Z dołu Beinn Sgulaird nie prezentował się jakoś bardzo spektakularnie, zresztą nie jest zbyt wysoki (zaledwie 937m n.p.m.). Mapka u McNeisha jest mało precyzyjna, postanowiliśmy więc iść tak jak prowadzi nas ukształtowanie terenu. Okrążyliśmy zabudowania farmy i weszliśmy kawałek w dolinę Ure pod północnymi zboczami munrosa, by tam zdecydować w którym momencie zacząć wbijać się w górę.

Zdecydowaliśmy się wchodzić łagodnie wznoszącym się garbem, którego lewe obramienie stanowił głęboki wąwóz, zaś charakterystycznym punktem było dziwaczne drzewo, wznoszące się tuż nad jego zboczem. Ponad drzewem teren na moment się wypłaszczał by znowu lekko spiętrzyć, i powyżej spiętrzenia zaczął się już śnieg.

Do szczytu było jeszcze bardzo daleko.
Coraz bardziej białym zboczem dość żmudnie wbijaliśmy się wyżej i wyżej, myśląc (ja na pewno) że to już do końca będzie taki dość uciążliwy, monotonny marsz.

Tymczasem zaczęło się robić coraz bardziej stromo, coraz więcej skałek trzeba było omijać. Nie pomagał fakt, że z powodu zerowej temperatury śnieg był mokry i obsuwał się odsłaniając śliskie kamulce, równie śliskie trawki i lód.



Właśnie ten osuwający się śnieg był najgorszy, bo nie było jak zakładać raków, i jeździliśmy się na maksa na co stromszych fragmentach.

Kiedy w końcu osiągnęliśmy partię zbocza jeszcze bardziej stromą, ale za to z całkiem związanym śniegiem, na którym raki miały już zastosowanie, Daniel wyrwał do przodu na rekonesans, jak daleko jest do wierzchołka. Ponieważ grzebaliśmy się (a zwłaszcza ja) niemiłosiernie, było już po drugiej po południu. Chłopaki uznali, że jeśli na szczyt będzie za daleko odpuścimy sobie dalsze wchodzenie, żeby nie walczyć w takich warunkach po ciemku.

Mieliśmy na Daniela poczekać, ale po chwili znudziło nam się i ruszyliśmy za nim. Ja i Mariusz już w rakach, Ernest bez, momentami więc nie było mu łatwo jedynie z pomocą czekana i Mariusz trzymał się blisko, gotów zaasekurować jakby co.

Kiedy znowu spotkaliśmy się z Danielem pokazał nam filmik nakręcony z miejsca, skąd było wreszcie widać szczyt. Odcinek końcowy miał już być całkiem łagodny, niemniej był to jeszcze spory kawałek, do przejścia tam i z powrotem gdyby było południe, a nie grubo po drugiej. Niestety pozostało jedynie zawrócić.

Nie bardzo mieliśmy ochotę schodzić po własnych śladach, postanowiliśmy znaleźć przyjemniejsze zejście. I tak oto Mariusz wpuścił nas w żleb 😀

Najtrudniej mi było przejść ze zbocza do dna żlebu. Śnieg osuwający się ze skał nie dawał rakom żadnego oparcia (a jedna osoba i tak raków nie miała). W żlebie to samo, tak że jedynym rozsądnym sposobem były kontrolowane, kilkumetrowe dupozjazdy. Podarłam na tę okoliczność moje nowe przeciwdeszczowe spodnie. Wszystkie moje przeciwdeszczowe spodnie bardzo szybko zyskują dziury na dupie :/

Żlebem nie bardzo nam się uśmiechało na sam dół, kawałek ogarnęliśmy zboczami, ale wszędzie była ta sama wujnia z coraz bardziej, im niżej, miękkim śniegiem. Raz pojechałam zupełnie bez kontroli, i Mariusz mnie złapał, gdyby nie to w rakach połamałabym nogi – z drugiej strony na tym etapie jeszcze sporo ułatwiały, ze względu na lód. No za gładko to schodzenie nie szło i dolną granicę śniegu osiągnęliśmy, kiedy już szarzało – dopiero wtedy odważyliśmy się zrobić postój.

Tu teren zabawy, początek żlebu widać u góry:

Kiedy zeszliśmy w dolinę, było już zupełnie ciemno.
Byłam zła, bo nie zaliczyliśmy munrosa i trzeba będzie wracać i poprawić. Z drugiej strony, było dużo bardziej emocjonująco niż ktokolwiek z naszej czwórki się spodziewał. Dlatego wycieczkę zaliczam mimo wszystko do udanych.
Co do mapki i detali topograficznych, na razie sobie daruję, bo "po Bożemu" raczej wejdziemy nieco innym wariantem.


Zdjęcia: >>LINK<<

Meall Ghaordaidh


Nr 80,
Meall Ghaordaidh

Wymowa: nie ma bata, ja to słyszę jako "mil cior(h)dy"

Znaczenie nazwy: hill of the shoulder

Wysokość: 1039m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 93.

Data wejścia: 14.01.12

Nasz pierwszy munro nowego roku okazał się zarazem okrągłym osiemdziesiątym! Postanowiliśmy że ten rok będzie o wiele aktywniejszy od marnego poprzedniego. Oczywiście tłumaczy nas fakt, że przez 6 miesięcy byliśmy bez samochodu, co było bardzo niefajnym doświadczeniem. Teraz chcemy ostro ponadrabiać zaległości i odbudować kondycję, zaczynając od krótkich tras i skupiając się na tym na co tak często szkoda nam było czasu, czyli munro-baggingu.

Na Meall Ghaordaidh idzie się z Glen Lochay. W Killin należy skręcić na północ (patrz mapka), droga będzie się rozpoczynała przy niewielkim parkingu.

Pogoda była strasznie rozczarowująca, tym bardziej iż poprzedni dzień był idealny na góry i bardzo się na nie napaliliśmy. Jednak byliśmy zdeterminowani żeby cel osiągnąć, skoro nie dla widoków to dla konsekwencji w realizowaniu planu.

Po długiej przerwie szło się nam z początku koszmarnie! Droga co prawda wznosiła się bardzo łagodnie. Widoki niestety były nieszczególne, wyższe partie wzgórz niknęły we mgle. Liczyliśmy na ładny widok na leżący vis a vis piękny masyw Tarmachana >>LINK<<, ale nie było szans. Wszystko wyglądało bardziej listopadowo niż styczniowo.



Smętną sytuację śnieżną widać tu:

Image Hosted by ImageShack.us


Droga z dolinki skręca na miejscami połogie, miejscami ciut stromsze zbocze, i tym zboczem wędrujemy do samego końca.

Czaszkę chciałam zachować, ale że mimo wszystko przy bliższym oglądzie była trochę nieapetyczna, więc darowaliśmy sobie.



Dość szybko zaczęła nas ogarniać mgła – i było po widokach. Niestety, już do końca wycieczki. Smętne bo smętne, zawsze jakieś były, ale machnęliśmy ręką w myśl hasła "Nie jesteśmy tu dla przyjemności!".

Im wyżej tym więcej było lodu. Z jednej strony trzymał w ryzach bagniste podłoże, na którym w innych warunkach uświnilibyśmy się nieludzko. Z drugiej, jednak dość mocno spowalniał. Z tej przyczyny, droga na szczyt zajęła nam czas nieco dłuższy niż można by się spodziewać po rozległości tego odcinka.

Mariusz twierdzi że w mym nowym buffie wyglądam jak teletubiś, więc z braku panoramy szczytowej pozowałam w adekwatnych aranżacjach.

Podkład muzyczny: >>LINK<<

Image Hosted by ImageShack.us

Powrót nastąpił dokładnie tą samą drogą. Za nami podchodziło trochę ludzi – ewidentnie munro-baggerów, bo nikt inny nie ładował by się w tak słabą pogodę na raczej mało znaną i średnio efektowną górę.

Plan został zrealizowany – ruszyliśmy się wreszcie, zaliczyliśmy munrosa, spaliliśmy kalorie. Uważam to za pozytywny początek roku nawet pomimo nieszczególnych wrażeń estetycznych (pomijając oczywiście uroczego teletubisia).

Mapka w przygotowaniu 🙂