Stob Ghabhar

Nr 57, Stob Ghabhar

Wymowa: stob gur (z wydłużonym u)

Znaczenie nazwy: peak of the goats

Wysokość: 1090m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 55.

Data wejścia: 12.02.10

Jak dobrze że są jeszcze ciekawe cele na południu. Stob Ghabhar i jego sąsiad Stob a’Choire Odhair leżą w bajecznej lokalizacji. To rejon Blackmount (oryginalnie Monadh Dubh), otoczony przez Glen Etive i Glencoe Hills, grupę Cruachana, Crianlarich oraz Tyndrum Hills, a także dla kontrastu pustkowie Rannoch Moor. Nawet Marcin który twierdzi że w góry dla widoków nie chodzi, był zachwycony.

Miejsce startu na mapce (będzie, ale muszę się najpierw skonsultować z Mariuszem). Wędrujemy drogą po płaskim przez jakieś 5km – czyli jest dobrze, można się rozgrzać przed wbijaniem właściwym. Cel widać od razu. Planowaliśmy taką a nie inną drogę wejściową (możliwości jest wiele, nasze przewodniki rekomendują akurat inne) ze względu na atrakcję w postaci grani Aonach Eagach (po prawej, nie mylić z tą w Glencoe), której ostatni fragment miał być nieco lufiasty – jeśli można do łatwej trasy dodać odrobinę pieprzu, należy taką możliwość bezwzględnie wykorzystać.


Pogoda miała być taka sobie, tymczasem już na starcie zaczęła nas rozpieszczać.

Wbijkę do kotła urozmaicał strumień, który na licznych progach tworzył przepiękne wodospady, jeziorka w misach skalnych albo takie lodowe komnaty jak poniżej. W ramach terapii odstresowywującej jedno z owych jeziorek zostało obrzucone kamieniami (gremialnie) oraz… obsikane (indywidualnie) ]:P

Po osiągnięciu kotła postanowiliśmy dawać do góry skalistym południowym ramieniem. Śniegu nie było tam prawie w ogóle więc zapowiadał się normalny scrambling. Weszliśmy nie bez przygód – w pewnym momencie wmanewrowaliśmy się w nieciekawe miejsce ponad lufą niewielką (10m?) ale wystarczającą żeby się zabić, a chwyty i stopnie były bardzo kiepskie. Mariusz oczywiście wpakował się na górę, po czym nie miał wyjścia, musiał się piąć dalej ponieważ nie dałby rady tamtędy zejść. Ja wycofałam się z ostatniego miejsca gdzie jeszcze było to możliwe, i jakkolwiek nie było tam jakichś wielkich trudności technicznych miałam niezłego stresa, widząc między nogami te 10m pionu. Znaleźliśmy z Marcinem inny wariant, i potem już do grani było łatwo.

Sama grań w swej początkowej części – ot, grzbiet, dlatego nie mogłam się już doczekać tej ostatniej wąskiej sekwencji. W tle sąsiedni munro Stob a’Choire Odhair:

Gdzieś w tamtym rejonie zdecydowaliśmy, że na drugiego munrosa nie idziemy. Zwyczajnie nam się nie chciało. Pogoda była taka, że woleliśmy kontemplować spektakularne widoki niż zapieprzać, jak to zwykle ma miejsce w przypadku naszych zimowych wycieczek.

Końcówka Aonach Eagach nas nie rozczarowała. Może tylko swoją krótkością. Faktycznie było powietrznie, wąsko a brak jakichkolwiek trudności pozwalał delektować się tym bez przeszkód.

Niestety, sielanka trwała na przestrzeni może 100m, potem grań znów się rozszerzyła. Poniżej szczyt:

A na kolejnym zdjęciu rozciągające się za Marcinem Rannoch Moor:

Zaintrygowały nas ślady, które wyglądały jakby ktoś odcisnął je butem do garnituru. Inna rzecz że zestawienie moich raków z tym śladem jest nieco tendencyjne, same buty zupełnie by tam wystarczyły. Raki wrzuciliśmy przed zwężeniem grani tak na wszelki wypadek, i póki co nie chciało nam się ich zdejmować choć śnieg był raczej sypki.

Wierzchołek Stob Ghabhar na południe opada pięknym urwiskiem, na północ dużo łagodniejszym zboczem:

Szcególnie widok na Glen Etive z Ben Staravem był piękny – niebo nad tamtym rejonem niebieściło się przez cały czas.

Atak szczytowy zajmuje kilka minut. Tradycyjnie mieliśmy chmurę, ale uparliśmy się, ze ją przeczekamy i wprowadziliśmy zamierzenie w czyn.

Widok na zachód, z ostrymi wierzchołkami Cruachana po prawej:

Schodziliśmy opadającym na południowy zachód ramieniem, którym biegnie zalecana przez McNeisha droga zejściowa, ale szybko nam się znudziło. Po znalezieniu odpowiednio wyglądających pól śnieżnych zjechaliśmy do kotła na dupach: operacja, pełna uciechy i niepozbawiona pewnych nieoczekiwanych przygód, pozwoliła zaoszczędzić kupę czasu. Po raz pierwszy tej zimy wsiadaliśmy do samochodu przed zachodem słońca.



Trasa jest świetna ze względu na odcinek grańką. Nie stanowi wyzwania, jest za to śliczny. Jeśli wbijać się na tę górę, to tylko tamtędy. O lokalizacji i widokach pisałam na początku. Klasyka. Warto!!!

Wszystkie foty pod >>LINKIEM<<.


Bidean nam Bian


Bidean był naszym trzecim munro. Po raz pierwszy zaliczyliśmy go parę lat temu w czerwcu, razem z jedynym w masywie satelitą o tym samym statusie, Stob Coire Sgreamhach. Jest to jedna z tych gór, gdzie chętnie wraca się wielokrotnie. Raz, lokalizacja w Glencoe zapewnia znakomite widoki i niedługie podchodzenie od razu z parkingu. Dwa, ogromny masyw Bideana pozwala na atakowanie go z różnych stron i trasami o różnym stopniu trudności, od ścieżkowego tuptania po wspinaczkę. Masyw ten pokrywa ok. jednej trzeciej całego Glencoe, o czym łatwo zapomnieć, jako że sam wierzchołek nie jest widoczny z doliny. A przecież grupę, której Bidean jest zwieńczeniem, tworzą wszystkie trzy Siostry (Beinn Fhada, Gearr Aonach i Aonach Dubh) oraz "czwarta siostra", Stob Coire nam Beith.
Trasa taka jak tym razem zrobiliśmy, między siostrami do Coire nan Lochan i dalej graniami, jest chyba najkrótszą opcją.

Najmniej sympatyczną częścią drogi okazał się zalodzony chodniczek między Siostrami. Przy pokonywaniu skalnego prożku ponad potokiem musieliśmy się trochę nakombinować, choć gdy nie ma lodu, miejsce to nie przedstawia najmniejszej trudności, w ogóle się go nie zauważa.
W górnej części ścieżki marsz stał się tak nieprzyjemny, że założyliśmy raki, choć mieliśmy to zrobić dopiero w kotle.

Po dojściu do kotła Coire nan Lochan osiągnęliśmy granicę śniegu i marsz stał się o wiele milszy. Po niedługim podchodzeniu wbiliśmy się na wypłaszczenie pod Stob Coire nan Lochan – samoistny cel naszej pierwszej w ogóle wycieczki do Highlandu. Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na wtedy mnie niteczka szosy A82 oglądana z takiej wysokości. Teraz było jeszcze ładniej, tym bardziej że białego Glencoe nigdy jeszcze nie oglądałam.

Teraz należało wybrać najlepszą drogę na Stob Coire nan Lochan. Grań zachodnia, widoczna na zdjęciu powyżej, raczej odpadała – wchodzenie po skałach wymagałoby sprzętu i kwalifikacji wspinaczkowych, a dwa śnieżne żleby były zbyt strome. Co do wchodzenia środkową grzędą wyprowadzającą na wierzchołek, mieliśmy wątpliwości ze względu na kilka bardzo stromych pól śnieżnych. Pozostała grań wschodnia, najłatwiejsza ale i najbardziej widowiskowa. Przetrawersowaliśmy tak, żeby trochę ją ściąć.

Z grani roztacza się piękny widok na Glencoe, a samo podejście jest łatwe, choć nieco stromsze niż wygląda na zdjęciach. Opadające z grani zbocza, zwłaszcza te od strony kotła, także były bardziej spadziste. Aparat zawsze trochę przekłamuje.

Na Stob Coire nan Lochan wchodzi się szybko.

Na drugim planie widać kolejno granie Beinn Fhady, Buachaille Etive Beag oraz Buachaille Etive Mor, zza którego wystaje masyw Creise:



Na zdjęciach robionych w dół charakter grani jest lepiej widoczny – przepaści ani urwisk tam nie ma, ale to zdecydowanie grań, nie łagodne zbocze. Nietrudny, ale bardzo piękny kawałek trasy.

Na wierzchołku spotkaliśmy łojantów, którzy wchodzili jakimś "zachodnim" wariantem.

Dopiero teraz Bidean odsłania się w całej okazałości. Różnica wysokości pomiędzy nim a Stob Coire nan Lochan to zaledwie 35m, ale przełęcz pomiędzy nimi nie ma 500ft głębokości, zatem SCnL nie cieszy się statusem munro. Za to dzięki temu nawet pomimo iż początkowo trzeba stracić trochę wysokości, podchodzenia nie ma za wiele.

Pierwszy odcinek jest stromy i trochę daje w kość, wyżej to już spacer.

Ze szczytu niestety nic nie było widać, nie zdążyliśmy przed chmurą. Podczas schodzenia ładnie było za to widać Loch Leven i rejon i miejscowości Glencoe i Ballahulisch. Z gór na ostatnim planie rozpoznałam Garbh Bheinna.



Schodziliśmy tą samą drogą, niestety chodnik między siostrami pokonywaliśmy już w ciemnościach i jakkolwiek lód po części stopniał, nie było to najprzyjemniejsze przeżycie. Na szczęście zeszliśmy bez niemiłych przygód.
Do masywu Bideana wracać będziemy wielokrotnie, z początku trudniejsze trasy zostawiając na okres letni. Na zimowy ta którą zrobiliśmy jest genialna. Pomimo braku trudności dzięki scenerii dało się odczuć autentyczną górską atmosferę, co myślę całkiem nieźle oddają zdjęcia 🙂

Ben Cruachan i Stob Diamh

Nr 55, Ben Cruachan i nr 56, Stob Diamh

Wymowa: ben kruahan; stob daaf

Znaczenie nazwy: stacked hill; peak of the stag

Wysokość: 1126m n.p.m.; 998m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 31.; 143.

Data wejścia: 9.01.10

Na Cruachana byliśmy wyjątkowo zawzięci, ponieważ góra ta już trzykrotnie nie pozwoliła na siebie wejść. Dwukrotnie z powodu pogody a raz pomylenia trasy. Byliśmy naprawdę zdeterminowani, tym bardziej że Cruachan jest pięknym celem. Razem ze swymi pięcioma satelitami (z których tylko jeden ma status munro) tworzy układające się w podkowę mini pasmo górskie znane jako The Cruachan Horseshoe, w którego środku leży Cruachan Reservoir. Ze względu na swe położenie – blisko morza, tuż obok Glen Etive i Glencoe, mając Ben Lui za niedalekiego sąsiada – oraz na rozmiary i charakterystyczny kształt, jest jednym z bardziej rozpoznawalnych munrosów.

Pierwszym etapem zdobywania któregokolwiek z celów w obrębie Cruachan Horseshoe jest dotarcie do tamy na cruachańskim zbiorniku. Do tej pory za każdym razem podchodziliśmy tam krótką, ale stromą i nieprzyjemną ścieżką przez Falls of Cruachan. Jej wielkim minusem jest to, iż od razu po wyjściu z samochodu zaczynamy piąć się ostro pod górę, ponadto jest tam wiele fragmentów skalistych, niekomfortowych przy oblodzeniu. Dlatego tym razem wybraliśmy drogę alternatywną – o wiele dłuższą, ale wygodną drogę jezdną z Lochawe, wznoszącą się łagodnie na przestrzeni 3,5 km i pozwalającą spokojnie się rozchodzić bez mordowania już na samym początku wycieczki.

Poniżej Cruachan Dam i corbett Beinn a’Bhuiridh:

Okrążyliśmy zbiornik od lewej aż doszliśmy do miejsca, gdzie głębokie koryto strumienia biegnie dnem kotła pomiędzy Cruachanem a Meall Cuanail. Letnia ścieżka biegnie wzdłuż prawego brzegu strumienia, ale nam bardziej pasowało zacząć wchodzić wcześniej, po jego stronie lewej. Przy śniegu ścieżki i tak nie było więc wbijaliśmy się tak jak nam wygodnie. Celem była przełęcz, z której mieliśmy rozpocząć bezpośrednie już podchodzenie na szczyt Cruachana.

Przełęcz:

Z przełęczy prosto w górę granią na zachód opadającą łagodnie, na wschód miejscami urwistą. Nawigacja nawet w gęstej mgle nie sprawiała problemu.



Ze szczytu ładną granią z początku stromo w dół pośród głazów. Tu dopiero zaczęły się nam odsłaniać widoki. Poniżej Cruachan Reservoir, z Loch Awe na drugim planie:

Glen Etive (poniżej) i Glencoe przez pewien czas były widoczne jak na dłoni, ale ponieważ znajdowały się na wschód od nas, światło nie operowało tam tak pięknie.

Odcinek grani pomiędzy Cruachanem a satelitą Drochaid Ghlas jest bardzo efektowny – grań od lewej opada pięknymi urwiskami, od prawej nieco łagodniejszym, acz wciąż bardzo stromym zboczem. Latem zero stresu, przy śniegu jednak należało uważać, żeby po tym zboczu nie zjechać.

Ben Cruachan jest naprawdę piękną górą. Owszem, od południa dostępny bez trudności, w Tatrach równać się może co najwyżej ze szczytami polskich zachodnich. Ale wygląda jak Góra, przewyższenie ma jebitne, na wschód wysyła piękne przepaście – jest to jeden z tych munros na które wchodzi się dla nich samych, a nie dlatego, że mają taki a nie inny status.



Wierzchołek Drochaid Ghlas można sobie darować, co też uczyniliśmy, trawersując od razu na przełęcz pomiędzy nim a drugim munrosem, Stob Diamh. Grań, do Drochaid Ghlas dość wąska – znaczy nie na tyle żeby nie dało się iść w bezpiecznym oddaleniu od lufy, ale jednak bardzo "graniowa", po jego osiągnięciu rozszerza się dość znacznie.

Przed osiągnięciem Stob Diamh znowu ogarnęły nas chmury i niestety pozostały z nami wiernie do końca.

Drugiego munro zdobywaliśmy w totalnej mgle:

Na Stob Diamh podkowa bynajmniej się nie kończy, w jej obrębie znajdują się jeszcze dwa wzniesienia, Stob Garbh przez który przechodziliśmy (w sumie ma charakter przedwierzchołka Stob Diamh) oraz corbett Beinn a’Bhuiridh, którego zbocza trawersowaliśmy by wrócić do tamy. Bardzo pomogły ślady teamu, który wbijał się od strony przeciwnej (spotkaliśmy ich w rejonie Drochaid Ghlas), bo widoczność była taka, że nie było wiadomo gdzie kończy się śnieg a zaczyna niebo. Kontrolowane dupozjazdy pomogły zachować trochę tak potrzebnej na powrót drogą energii.
Cruachańska podkowa jest cudowna. Po prostu highlandzka klasyka. Zimą niewątpliwie bardziej charakterna niż latem, jest jednak trasą dość długą jak na krótki dzień – jeśli ktoś nie zapieprza jak dzik, niech weźmie to pod uwagę. Ale zimą czy latem, szczerze polecam – jest pięknie, miejscami nieco powietrznie ale bez trudności, do przejścia nawet dla kompletnie niedoświadczonych.
Potrzeba było czterech podejść żeby góra nas wpuściła ale była tego warta.
Cruachan, we salute you!
😉

Zdjęcia: >>LINK<<



Ben Vane

Nr 54, Ben Vane

Wymowa: ben wiin

Znaczenie nazwy: middle hill

Wysokość: 915m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 283.

Data wejścia: 2.01.10

Ben Vane zamyka listę munrosów, mierząc 3001 stóp. Pomimo iż to jedynie 77 metrów wyżej niż Krupówki, można się nieco zmęczyć, jako że startujemy z 50m n.p.m. Położony w Alpach Arrocharskich, na przeciwko Ben Vorlicha, został przez nas wybrany dość przypadkowo – ze względu na pozytywne prognozy pogody dla tego rejonu oraz nieco ciekawszy, niż dla jego sąsiadów, opis z The Munros. A tak naprawdę było nam raczej wszystko jedno, byleby w końcu ruszyć tyłki po przerwie spowodowanej moim choróbskiem.

Początek trasy taki jak na Vorlicha, przez Glen Sloy. Wkrótce skręcamy w lewo, do dolinki oddzielającej naszego Bena od sąsiadów, Beinn Narnain oraz Beinn Ime. Z dolinki wbijaliśmy się na rympał, ewentualne ścieżki i tak były przysypane. Stok, z początku łagodny, wkrótce wystromiał. Śnieg był sypki, dość głęboki, raki przydały się dopiero w partiach podszczytowych, gdzie był mocno związany, było też sporo lodu. Nawigacja nie stanowiła problemu ponieważ prowadziło nas samo ukształtowanie terenu.

Trasa sama w sobie nie była szczególnie ekscytująca, ale widoki mieliśmy momentami bardzo przyjemne:

Liczyliśmy na zabawę taką jak na Ben Lui, ale nie wyszło przede wszystkim ze względu na warunki śniegowe. Ten południowo-zachodni zakątek Szkocji jest dość ciepły ze względu na Golfsztrom, co nie czyni okolic Loch Lomond wymarzonym celem na zimowe wycieczki. Postanowiliśmy, że na razie damy sobie spokój z tym obszarem, i będziemy szukać tras bardziej na wschód.

Z wierzchołka schodziliśmy po swojemu, kierując się na tamę na Loch Sloy. Nie obyło się bez przygód. Było wpadanie w dziury, zabawy na zalodzonym stawku, liczne upadki, odrąbywanie sopli oraz rzucanie nimi, ataki na zamrożone kolonie owczych bobków, a Mariusz z pożyczonym drugim czekanem przeszedł kilkumetrowy pionowy lodospadzik żeby zobaczyć jak to jest. Stwierdził, że męcząco 😉

Przy schodzeniu towarzyszył nam ładny widok na Ben Lomonda:

Wycieczka bez szału, ale sympatyczna, choć teraz zdecydowanie mamy ochotę na jakiś konkretniejszy cel. Niech tylko pogoda pozwoli, na weekend jest już parę pomysłów…

Ben Lui

 
Nr 53, Ben Lui (Ben Laoigh)

Wymowa: ben lui

Znaczenie nazwy: hill of the calf

Wysokość: 1130m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 28.

Data wejścia: 12.12.09

Ben Lui bardzo nas zainspirował oglądany z Ben Vorlicha. Postanowiliśmy wejść na niego trochę mniej standardowo, granią rekomendowaną w Scotland’s mountain ridges. Wyczytałam tam że w warunkach zimowych jest to trójkowy scrambling (0+) – podkreślam, w zimowych, czyli latem spacer; i że warto go zrobić jako właśnie jako wstęp do scramblingów w zimie.

Samochód zostawiamy kawałek przed Tyndrum (patrz mapka) i maszerujemy ani długo, ani krótko przez Glen Cononish. Nasz cel ukazuje się bardzo szybko.

Nasza trasa, The Gaothaich Circuit, miała być pętlą okrążającą głęboką misę Coire Gaothaich.



Podchodzenie zaczęło się po przekroczeniu rzeki. Wymagało to pewnej ekwilibrystyki, jako że kamienie były totalnie zalodzone, co nie powiem, zaniepokoiło mnie. Nie miałam ochoty napotkać lodu na grani.

Za potokiem zaczęliśmy wbijać się pod górę, korzystając z wyraźnej ścieżki, aż osiągnęliśmy próg kotła i zarazem granicę śniegu. Stąd należało się przedostać na grań. Tu już ścieżki nie było, a jeśli nawet, to i tak ginęła pod śniegiem. Wchodziliśmy po swojemu i już to pierwsze podejście okazało się na tyle strome, że postanowiliśmy zaprzyjaźnić się z rakami i czekanami.

Dwoje z naszej grupy jako nie mający na nogach raków waliło bezpośrednio granią, po odsłoniętych skałach. Reszta zawzięcie wypróbowywała zimowy ekwipunek na połogim zboczu poniżej. W moim przypadku chodziło nie tyle o zabawę, ile o to, że w rakach na skale czuję się jeszcze bardzo niepewnie.

Po drodze Mariusz inteligentnie upuścił mapę, którą na szczęście udało mi się przechwycić, jako że znajdowałam się kilka metrów pod nim. Odnotowuję, bo on wypomina mi wielkanocne zgubienie mapy w Glencoe do dziś ;P

Dwa fragmenty trasy były bardzo strome i to ich tyczy się zimowa scramblingowa wycena 3. Najpierw trzeba było się kawałek wspiąć, co latem nie byłoby niebezpieczne – przepaści tam nie ma, w najgorszym wypadku spadło by się z kilku metrów – w zimie jednak szansa zatrzymania się na zaśnieżonym stoku jest już mniejsza, więc trzeba było uważać. Nie czułam się pewnie scramblingując po skale w rakach, na szczęście panowie pomogli. Dorota też potrzebowała pomocy – ona z kolei, nie mając raków na nogach, obawiała się śniegu i lodu cienką warstwą zalegającego na skalnych stopniach. Jednym słowem, na baby nie ma mocnych :/

Drugi ciekawy moment był technicznie (dla mnie) prostszy bo zalegało tam dużo więcej śniegu, ale należało strawersować stromą rynnę sprowadzającą na sam dół, co było ciut deprymujące.

Osiągamy wypłaszczenie powyżej pierwszej trudności:

Z wypłaszczenia na wierzchołek już niedaleko – był to niewątpliwie, razem z partiami szczytowymi, najpiękniejszy odcinek trasy.


Przed samym wierzchołkiem teren trochę się spiętrza i gdzieś tam znajduje się wylot wspomnianej rynny, z dołu niewidoczny bo jest po drugiej stronie grani.

Było tak cudnie, że nie wiedzieliśmy co fotografować. Morza mgieł skutecznie zasłaniały widoki, pozwalając tylko najwyższym górom odsłaniać wierzchołki, ale coś za coś: klimat był baśniowy, a chmury tworzyły formacje nie mniej efektowne od gór.

Widok z partii podszczytowych na drugi, niższy wierzchołek:

Narada przed forsowaniem rynny (znów te baby, w tym wypadku Dorota):

Jak wspomniałam niewiele było widać ale euforia była pełna:

Partie szczytowe Bena tworzą podkowę, z jednej strony wypuszczającą dość strome, ale jak najbardziej do zejścia zbocze, z drugiej obrywającą się do Coire Gaothaich. Wchodząc, obserwowaliśmy dwójkę turystów pnących się direttissimą przez środek kotła, i do celu dotarli bardzo szybko… Świetnie to wyglądało i zazdrościliśmy im, ale wobec mikrego zimowego doświadczenia i braków sprzętowych nie było się po co tam pchać – nie tym razem.

Podczas zejścia rozdzielilismy się – ja chciałam schodzić opcją najoczywistszą, granią wprost, ale że Dorota obawiała się stromizny (przy braku raków w pełni zrozumiałe) eskortowana przez kolegów schodziła wysuniętym na zachód łagodniejszym zboczem. Nasze drogi miały się przeciąć na dole przy potoku. Nam zejście upłynęło bez przygód, czego nie można powiedzieć o reszcie grupy. Kolega Przemek, chcąc tuż przy krawędzi uskutecznić dupozjazd, został ściągnięty na bok, przeleciał przez krawędź i zniknął. Kiedy objawił się ponownie przerażonym obserwatorom, okazało się że zjechał na samo dno kotła. Szczęśliwie nic mu się nie stało, ale potwierdza się że choć dupozjazdy rzecz fajna, pomyśleć czasem trzeba.

Reszta wycieczki, tj. zejście i wspólny powrót przez Glen Cononish, na szczęście nie obfitowała w dramatyczne wydarzenia. Ustaliliśmy, że wszystkim ogromnie się podobało, tak ze względu na znakomite warunki, jak i trasę samą w sobie, a Marcin odkrył że jego przeznaczeniem jest czekanowspinaczka 😉 Góra jest świetna, z Pasa Centralnego wciąż blisko, możliwości wejścia dużo, nie tylko naszą opcją bynajmniej – jeśli ktoś jeszcze nie wie, jaki cel wybrać na krótki zimowy dzień, Ben Lui jest bardzo fajną propozycją.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<


Ben Vorlich nad Loch Lomond

Nr 52, Ben Vorlich

Wymowa: ben worlih

Znaczenie nazwy: hill of the bay

Wysokość: 943m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 229.

Data wejścia: 28.11.09

Po Scafell Pike’u zrobiliśmy jeszcze jedną wycieczkę, ale zakończyła się jedynie powtórnym zdeptaniem Cairn Gorma. Mimo to zapraszam do obejrzenia świetnych fot Doroty – tu >>LINK<<. Nowego munrosa udało się zrobić dopiero w zeszłą sobotę. Ben Vorlichy są dwa, dlatego zaznaczyłam że chodzi o tego nad Loch Lomond. Tego znad Loch Earn zaliczyliśmy już – na wiosnę.
Loch Lomond o poranku:

Z początku wędrujemy dnem Glen Sloy. Góry po tej stronie jeziora to Alpy Arrocharskie – nazwa zabawna, ale miejsce bardzo ładne, a szczególnie wart odwiedzenia, pomimo nieposiadania statusu munro, jest Cobbler >>LINK<<. Arrochar Alps są wyższe i mniej kopiaste niż ich sąsiedzi ze wschodu, Trossachs. Jest to niezwykle malowniczy i łatwo oraz szybko dostępny z Pasa Centralnego rejon Szkocji, świetne miejsce na krótkie zimowe wypady z Glasgow i Edynburga.
Ben Vorlicha tworzą dwie długie granie. Pierwsza położona jest prostopadle do Loch Lomond, a szczyt znajduje się w połowie jej długości. Druga, ciąg trzech efektownych wzniesień znany jako Little Hills, schodzi z wierzchołka w kierunku północnym pod kątem prostym do grani numer 1. Na Bena można wchodzić od dowolnej strony, możliwości jest multum a ceprostrady brak, dlatego też jest on jednym z najmniej zerodowanych munrosów.
My wchodziliśmy następująco: idąc przez Glen Sloy wypatrzyliśmy siodłowate obniżenie w grani, a że zbocze było tam w miarę łagodnie nachylone, zaczęliśmy się wbijać na rympał. W górnej partii natrafiliśmy na ścieżkę, która wyprowadziła nas na piękną, szeroką grań Ben Vorlicha.

Loch Sloy:

Wreszcie pokazał się śnieg, którego z dołu prawie w ogóle nie było widać. Nie było go wiele, ale też nie należy spodziewać się więcej aż do stycznia – lutego. A i to nie wszędzie, pewniakami są jedynie Cairngormsy i rejon Ben Nevisa. Poniżej The Little Hills:

W tle Trossachs, kraina Rob Roya, i Loch Katrine:

Wędrówka długą, najeżoną skałkami granią była bardzo przyjemna, góra położona jest bowiem w nadzwyczaj fajnym punkcie. Można z niej podziwiać, oprócz wspomnianych Arrochar Alps i Trossachs, także Crianlarich Hills z Ben Morem, Tyndrum Hills z Ben Lui i Beinn Dorainem, a także z całą pewnością rejon Glen Etive, Glen Coe i Ben Nevisa, acz tak podpowiada mi logika, bo akurat nad tą częścią panoramy zalegały jakieś chmuro – mgły.

Uwielbiam górską zimę. Nawet jeśli jest to taka pół-zima, jak tutejsza. Śnieg z każdych pagórków robi Góry. Jeśli tylko pogoda jest ładna, nic tylko podziwiać i pstrykać, pstrykać i podziwiać…

Szczytowanie z trzema munrosami w tle – od lewej Ben Lui, Ben Oss i Ben Dubhchraig:

Poniżej zaś Ben More i Stob Binnein. Wciąż jeszcze granica śniegu przebiega wysoko.

Mariusz cyknął zdjęcie, które ogromnie mi się podoba, i potwierdza tezę, że jak piękne fotki bez zbytniego spinania się, to tylko w zimie:

Wracaliśmy granią, przed oczyma mając Loch Lomond. Biegła tamtędy mało wyraźna ścieżka, której postanowiliśmy się w miarę możliwości trzymać nie wiedząc, którędy najbezpieczniej schodzić. Kiedy w końcu ją zgubiliśmy, co było do przewidzenia bo była naprawdę słabo widoczna, w dole było już dobrze widać asfaltówkę na dnie Glen Sloy, do której samodzielne zejście nie nastręczało problemów. Fantastyczne światło sprawiało, że widoki były jak z bajki. Poniżej skąpane w oparach znad Loch Long małe Arrochar, kadr jak z filmu fantasy:

Oraz częściowo zachmurzony Ben Lomond:

Trasa genialna na zimę, przynajmniej dla nas bo blisko, niedługo, nietrudno i widokowo. Jedynym mankamentem jest sporo luda, skuszonego powyższymi walorami. Przy ładnej pogodzie na samotność nie ma co liczyć.

Meall na Teanga


Nr 51,
Meall na Teanga

Wymowa: miel na cienga

Znaczenie nazwy: rounded hill of the tongue

Wysokość: 918m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 275.

Data wejścia: 17.10.09

Pogoda na zeszły weekend zapowiadała się sucha i słoneczna. Postanowiliśmy zatem wykorzystać te sprzyjające okoliczności przyrody na coś mniej spacerowego, jakiś scrambling. Kryteria, jakie przyjął Mariusz, instruując mnie odnośnie szukanej drogi, były następujące:

– wycena scramblingowa na 3 (dwójki nie są wyzwaniem w ładną pogodę, a czwórek się jeszcze boję)

– co najmniej jeden munro na trasie.

Warunki, jak stwierdziłam po dość pobieżnej lekturze, idealnie spełniała opisana w Scramblings in Lochaber droga na Meall Dubh znad Loch Lochy. Meall Dubh nie ma co prawda nawet statusu donalda, ale można z niego przejść na dwa munrosy, Sron a’Choire Ghairbh bądź Meall na Teanga. Postanowiliśmy zrealizować opcję scramblingową a potem zastanowić się, czy damy radę zdeptać jednego czy dwa.

Wschód słońca zaczął się w Glencoe, i do maleńkiego Clunes, skąd zaczyna się trasa, dotarliśmy o bardzo fotogenicznej godzinie. Poniżej ponad mgłą Nevis Range, na fotce pod nim Loch Lochy:

Dojeżdżamy do leśnego parkingu za Clunes, skąd szeroką drogą do miejsca, gdzie wg mapy (patrz na koniec) las na zboczach jest najwęższy. Zbocze ponad drogą obrywa się nagle może czterometrowym, dobrze urzeźbionym uskokiem – tamtędy wbijaliśmy się do góry. Dalej lasem, o ścieżce zapomnijcie, przez plątaninę zwalonych pni, młodych drzewek (niestety głównie iglastych, gogle wskazane ]:>) i gęstego poszycia, po lewej mając głęboki wąwóz (uważać!). Jeśli posiadacie maczetę, koniecznie ją zabierzcie. Jeśli nie, zastanówcie się dwa razy zanim zdecydujecie się na tę trasę.

Po wyjściu z … lasu (w miejsce trzykropka można wstawić dowolny epitet/epitety, gwarantuję że będziecie mieć na to ochotę) ukazała się nam dalsza trasa, tj środkowa z poniższych grzęd. Trochę nie chciało nam się uwierzyć, jak na wpół wrzosowe zbocze może mieć wycenę 3 (0+), ale konsultacja z rysunkiem w książce nie pozostawiała wątpliwości, że idziemy dobrze.

Do początku trasy, gdzie jak informowała książka wyrasta pojedynczy nie do przegapienia iglak (to nie ten poniżej), należało najpierw przetrawersować stromym zboczem. Tzn. wtedy jeszcze wydawało nam się strome, potem już nie.



Iglak właściwy widoczny jest na fotce poniżej. Od momentu kiedy zakończyliśmy trawersowanie i rozpoczęliśmy wbijanie do góry, stało się jasne że trasa nasza nie będzie bułką z masłem.

Zbocze było dość pionowe. Pionowe nie w znaczeniu geometrycznym, bo do 90 stopni jednak mu nieco brakowało. Było jednak wystarczająco strome, by uniemożliwiać korzystanie jedynie z nóg. Gdyby zeń skoczyć, lotu swobodnego nie zaliczyłoby się więcej niż pół metra – metr – gdzieniegdzie dwa, za to reszta byłaby bardzo szybkim turlaniem aż do samego podnóża. Gdyby to była skała, ale taka porządnie urzeźbiona, z konkretnymi stopniami i chwytami, szła bym z lekkim cykorem, ale myślę że pewnie. Tymczasem musieliśmy pełznąć przez porośnięte wrzosem zbocze, i właśnie wrzosy służyły nam za chwyty, a czasem także stopnie.

Na tym najtrudniejszym odcinku, któremu trasa zawdzięcza swoją wycenę, skał nie było prawie w ogóle. Sama absolutnie nie uważam tej drogi za scramblingową. Jest to raczej jakiś wrzosowy hardkor dla masochistów.

Skałki zaczęły się pojawiać na górnym odcinku, gdzie teren nieco (ale nie było to duże "nieco") się położył. Wszystkie były omijalne, można więc było wybierać, czy w danym miejscu bardziej satysfakcjonuje nas scrambling czy wrzosing.

Poniżej Loch Lochy i Nevis Range:

Kiedy osiągnęliśmy łagodną grań Meall Dubh, byliśmy zjechani jak konie po westernie. Natomiast uczucia mieliśmy mocno mieszane – z jednej strony, potrzeba adrenaliny została w pełni zaspokojona; z drugiej, w zupełnie inny sposób, niż się spodziewaliśmy i niż jaki by nas usatysfakcjonował.

Z Meall Dubh postanowiliśmy ruszać od razu na Meall na Teanga i stamtąd jakoś zejść – na dwa munrosy nie starczałoby by nam światła dziennego. Odcinek od wierzchołka Meall Dubh do szczytu munrosa zajął nam 45 minut. Podejście jest łagodne, jest tam też ścieżka. Jest to jedyna część pokonanej przez nas trasy, na której w ogóle jakaś ścieżka egzystuje. Na naszym wejściu i zejściu nie znaleźliśmy nawet śladu buta.

Widok na południowy zachód z podejścia na Meall na Teanga:

Z naszego munro, od którego już bliżej niż dalej do ogarnięcia pierwszej setki, skierowaliśmy się w stronę przełęczy łączącej go z sąsiednim wzniesieniem. Z przełęczy zeszliśmy na rympał nad jezioro, najpierw przyjemną trawiastą kotliną, eskortowani przez rozryczane jelenie, a potem, po raz drugi tego dnia, *&&%"::::?$@ lasem. Tym właśnie ślicznym, kolorowym lasem, który tak ładnie się lansuje poniżej:

Nad przeprawą przez las nie będę się rozwodzić, ostrzegę tylko iż należy uważać na zamaskowane dziury, bagna, skupiska młodych choinek, śliskie i wypróchniałe pnie oraz coś śluzowatego co tam wszędzie się pleni.
Na drogę udało nam się wyskoczyć w miejscu gdzie nie było żadnych uskoków. Przebyte trudy wynagrodził trochę widok zachodu słońca nad jeziorem.

Z całą pewnością mogę o naszej wycieczce powiedzieć dwie rzeczy:
1. Bardzo mi się podobało.
2. Nie mam zamiaru jej powtarzać.

Jeśli mimo to ktoś chciałby nasz szlak zdublować, życzę powodzenia i zalecam uczynienie tego w równie dobrych warunkach pogodowych, bo te wrzosy i na sucho były nieszczególne.

Całość: >>LINK<<

Ubyło jednego munrosa!

Do statusu corbetta zdegradowany został Sgurr nan Ceannaichean w Wester Ross. Dokładne pomiary wykazały, iż jego wysokość to 913.43m n.p.m., i The Munro Society 10 września br oficjalnie wykreśliło górę z listy. Tak więc liczy sobie ona obecnie 283 munrosy.
Bardzo bym chciała wiedzieć, czy to ostateczny wynik :/

Sgor na h-Ulaidh. Glencoe padło.


Nr 50,
Sgor na h-Ulaidh

Wymowa: skor na hulej

Znaczenie nazwy: rocky peak of treasure

Wysokość: 994m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 149.

Data wejścia: 9.10.09

Sgor na h-Ulaidh ze względu na swoją specyfikę nie jest tak popularny jak pozostałe szczyty Glencoe. Jako jedyny leży w znacznym oddaleniu od A82, z szosy nie widać go w ogóle, a w dodatku ma pecha mieć za sąsiada imponujący Wielki Tron Glencoe, czyli masyw Bideana nam Bian. My również zostawiliśmy go sobie na sam koniec.

Samochód zostawiamy na parkingu za zjazdem na Clachaig Inn (jeśli zaś jedziemy od strony miejscowości Glencoe, będzie to pierwszy parking w dolinie). Szosą tuptamy kilkaset metrów aż osiągamy wylot dolinki którą biegnie szeroka droga jezdna (nie sposób przeoczyć, początek drogi znajduje się dokładnie za łuku zakrętu szosy).

Kiedy wbijamy w dolinkę, munrosa wciąż nie widać. Po lewej za to wznosi się grzbiet, który na niego wyprowadza, Aonach Dubh a Ghlinne. Zgodnie z zaleceniami książki skierowaliśmy się od razu na niego, wygodną drogę zostawiając sobie na zejście. Wchodziliśmy zupełnie po swojemu, nie starając się wbijać pionowo do góry, a bardziej trawersować upierdliwe zbocze. Upierdliwość jego polegała raz na długości, dwa na stromości wystarczającej, żeby szybko zmęczyć, trzy – na fakcie iż po osiąganiu kolejnych, wydawałoby się, finałowych jego partii, ukazywało się kolejne spiętrzenie.

Poniżej wyraźnie widać początek trasy, po prawej lansuje się Pap of Glencoe:



Cały czas możemy podziwiać śmiały profil Aonach Eagach, najciekawszej miejscówki w polu widzenia:

Za plecami mamy dwumunrosowy masyw Beinn a’Bheithir, który prezentuje się z tej perspektywy raczej niepozornie – a to taka fajna trasa w rzeczywistości jest:

Wreszcie osiągamy grzbiet i ukazuje się Sgor na h-Ulaidh – to to wzniesienie po prawej. Od momentu wyjścia na grań (znowu mnie Mariusz opieprzy, że szafuję tym słowem, ale jak nazwać coś, co, choć szerokie i obłe, ma po obu stronach spady) to już spacer. Musimy tylko podejść na najwyższe spiętrzenie, niezakwalifikowanego do munros ze względu na zbyt małą wybitność Stob an Fhuarain. Wbijka z niego na naszego munro to już moment.

Z Aonach Dubh a Ghlinne wreszcie odsłania się reszta Glencoe, a dokładnie to wszystko, czego nie zasłania Bidean i jego satelity.



Bidean i Stob Coire nam Beith (to ten wierzchołek po lewej):

Wiatr był taki, że rzucało nami, mną oczywiście najgorzej. Kilka razy wiatr dosłownie mnie posadził i nie mogłam wstać. Na trasie takiej jak ta mogło to być zabawne, ale w terenie eksponowanym… Nawet nie chcę sobie wyobrażać.

Co ciekawe, nasz raczej opływowy w kształtach munros w okolicach szczytu ujawnił całkiem konkretną lufę, niestety tylko na odcinku kilku metrów i tylko po jednej stronie. Wierzchołek jest skalisty, żeby się nań wspiąć trzeba użyć rączek. Nie chcę być źle zrozumiana – trudności są żadne, akcentuję tę "lufiastość" i "skalistość" – owszem, obie na króciutkich odcinkach i nie wpływające na trudność szlaku – jedynie po to, by zaznaczyć, że nie jest to totalna kopa typu Schiehalliona, a takiej się spodziewałam.

Obniżyliśmy się najpierw kawałek na zachód granią szczytową, by w dogodnym naszym zdaniem miejscu zacząć schodzić na rympał do doliny. Zejście to, o którym wiedzieliśmy tylko tyle, że jest strome, trochę dało nam popalić. Trawy są tam poprzerastane pasami skał, których nie da się ominąć. Przy suchym – lajtowy scrambling, urozmaicający monotonię zejścia. Niestety czy to powodu mżawki, czy typu skał, czy tego, że porośnięte były jakimś śluzowatym mchem – a najpewniej wszystkiego na raz – było totalne lodowisko i w kilku miejscach musieliśmy trochę kombinować. Na naprawdę łatwej drodze, gdzie w dodatku nie było mowy o żadnej lufie, bo schodziliśmy zboczem, a z tych skałek nie zleciałoby się więcej niż kilka metrów. Ów fragment, dzięki tym konkretnym warunkom, dodał trochę pieprzu spacerowej trasie.

Samą dolinę pokonuje się ekspresowo, należy jedynie pamiętać, iż przez usytuowane tam prywatne ogrody nie wolno przechodzić – właściciele zapewnili jednak ścieżkę na okrągło. Nie byłam w stanie jej zaznaczyć na mapce, ale w terenie da się ją zauważyć.

Sgor na h-Ulaidh na pewno nie jest jednym z najbardziej ekscytujących celów w Glencoe, ale nawet jeśli ktoś nie kolekcjonuje munrosów, warto się na niego wybrać. Przede wszystkim jak i cała okolica jest bardzo widokowy (pogoda nie pozwoliła tego dobrze oddać na zdjęciach). Ponadto jest to znakomity cel na spacer kondycyjny, kiedy nie chcemy się przemęczać, ale gdzieś by się jednak poszło co by nie zgnuśnieć.

Do Glencoe będziemy wracać regularnie, ponieważ zostało tam jeszcze mnóstwo ciekawych tras, a niektóre już przebyte warto powtórzyć. Munrosy zostały zaliczone, ale absolutnie niczego to nie zmienia. Glencoe jest miejscem niepowtarzalnym i nie są one bynajmniej jego główną atrakcją.

Fotki: >>LINK<<

Devil’s Point i Cairn Toul

Nr 48, Devil’s Point (oryginalnie Bod an Deamhain) i nr 49, Cairn Toul

Wymowa: wersji gaelic nie jest mi znana, McNeish podaje angielską pot-in-john, coś mi się jednak widzi że polskie ucho usłyszałoby to inaczej ; kern tul

Znaczenie nazwy: [ w gaelic] penis of the demon; hill of the barn

Wysokość: 1004m n.p.m.; 1291m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 129.; 4.

Data wejścia: 4.10.09

Tym razem dokończyliśmy poprzednią trasę startując z przeciwnej strony, z Braemar. Pogodowo poszczęściło się nam bardzo. Nie marzyłam o takich warunkach.

Start z parkingu przy Linn of Dee. Odchodzi stamtąd kilka dróg. Polecam zacząć tą wzdłuż rzeki, przez Glen Dee.


Do "serca mroku" nie ma krótkiej drogi. Każda wycieczka w tę część Cairngormsów to konkretny, dający w dupę trekking. W naszym przypadku przez dolinę rzeki Dee, w takich warunkach w jakich przyszło ją nam pokonywać, przepiękną. Ścieżka jest wyraźna, na początku w ogóle szutr i pełna Ameryka, potem już węziej i mokrzej, ale wciąż ewidentnie.

Docelowe munrosy pojawiają się na horyzoncie szybko, ale ich bliskość to złudzenie, przed nami jeszcze KAWAŁ.

Poniżej osiągamy najszerszą część Glen Dee, z Devil’s Pointem po lewej stronie, i Ben Macdui (tym ośnieżonym) po przeciwnej:

Sam Devil’s Point, mimo niewielkich gabarytów, prezentuje się dość charakternie na tle naleśnikowego towarzystwa, ale tak szczerze z penisem to niekoniecznie się kojarzy.

Drugie śniadanie, zasłużone zaznaczam, planowaliśmy zjeść przy Corrour Bothy – tej chatynce widocznej w centrum zdjęcia. W Corrour jest spartańsko, niemniej koleba czy też schron z kamienia to to nie jest – jedna izba z wydzielonym aneksem do spania, podobno toaleta (akurat nas nie cisnęło, więc wierzymy na słowo), koza, stół i parę krzeseł, oraz miejsce na produkty spożywcze. Świetna miejscówka na Sylwestra, jeżeli ktoś chce ryzykować wielokilometrowy marsz przez śniegi tylko po to, by stwierdzić, że inna grupa miała ten sam pomysł.

Cairn Toul wznosi się po prawej od Corrour Bothy, wzniesienie lewe acz wysokie nie ma statusu munro z powodu zbyt małej wybitności. Poniżej zaś widok na północ: daleki Braeriach i Ben Macdui.

Ścieżka prowadzi od schronu w górę do kotła, skąd zaczyna wspinać się na przełęcz między Devil’s Pointem a sąsiednim wzniesieniem. Chcąc zaliczyć także Cairn Toula, stwierdziliśmy, że iść tak jak wskazuje droga nam się nie opłaca, gdyż będziemy musieli się wracać. O wiele ekonomiczniej było wbić się na Penisa od razu po osiągnięciu kotła, po jego północnym zboczu, co też uczyniliśmy.

Włażenie okazało się dużo mniej lajtowe niż sugerował to wygląd zbocza. Szło się albo po wilgotnej, śliskiej gąbce zdobnej w zagadkowe (owiec tam nie ma), a liczne bobki, wyżej zaś po rumowisku gdzie część kamieni się ruszała, część zaś była oblodzona, a obie części niejednokrotnie pokrywały się. Ponadto długość podejścia, krą z kotła szacowałam na jakieś 150m, okazała się dwukrotnie wyższa, jako że górnych partii z dołu nie widać.

Widoki z Devil’s Pointa na Glen Dee zapierają dech:

Obniżając się długą, szeroką granią Devil’s Pointa możemy podziwiać imponujące południowe zbocza, spadające do Glen Geusachan. Stwierdzam z przekonaniem, że góra nie należy do najwyższych ani trudnych, ale zdecydowanie ma w sobie coś szczególnego, i nie mam tu na myśli nazwy.
Z przełęczy na którą wyszlibyśmy, idąc standardowym szlakiem, zaczynamy się dość ostro wbijać na bezimienne wzniesienie rozdzielające dwa munrosy. Poniżej widok Penisa z tejże wbijki:

Ben Macdui:

Kiedy osiągamy to środkowe wzniesienie, większość podchodzenia mamy za sobą. Nareszcie wyłania się dalsza część plateau, w polu widzenia pojawiają się Angel’s Peak i Braeriach.

Poniżej bezpośrednie podejście na Cairn Toul:

Na wierzchołku Cairn Toula złapała nas mała zadymka, na tyle mikra że ochronił nas przed nią niski kamienny schron, wystarczająca jednak żeby całkowicie skasować widoczność. Tę mieliśmy na nowo dopiero przy schodzeniu.

Zawróciliśmy do przełęczy i ścieżką zeszliśmy do Corrour Bothy, cykając ostatnie zdjęcia. Cairngormsy po raz pierwszy ukazały mi się w tak pięknej szacie. Widoczność była bardzo dobra, wiać wiało, ale nie tak żeby nie dało się wytrzymać i nie przez cały czas.

Ostatnie widoki z plateau:

Przed schronem natknęliśmy się na dwie łanie. Nie bały się zupełnie. Jedna podeszła do nas na odległość kilku metrów i obcinała nas ciekawie. Były tak ufne, że ewidentnie nie miały żadnych przykrych doświadczeń z człowiekiem. Aż liczyłam, że ta jedna da się pogłaskać, ale życie to je real, a nie kreskówka o Bambi. Niemniej pozowały profesjonalnie.

Wracaliśmy inną drogą – tuż za Corrour Bothy zamiast na prawo, poszliśmy lewą odnogą drogi – przez Glen Luibeg przechodzącą potem w Glen Lui. Topograficznie, jakkolwiek droga jest, i to wyraźna przez cały czas, rzecz nie jest oczywista. W kilku miejscach wykorzystywaliśmy skróty – w terenie nie do przegapienia, ale trzeba było wiedzieć, że właśnie tam warto skręcić.
Choć nawet i z mapą można się wpieprzyć. Jak ostatnie pierdoły przekraczaliśmy Luibeg Burn, szeroki, rwący i kamienisty (brr) na żywca, bez butów, konstatując post factum że kilkaset metrów w g
órę strumienia mieliśmy mostek.
Odcinek od naszej potokowej przeprawy do końca szlaku jest wyjątkowo urokliwy. Szkoda, że pokonywaliśmy go w narastającej szarówce a pod koniec po ciemku, ale w to sympatyczne miejsce na pewno jeszcze wrócimy, zwłaszcza że można tamtędy dostać się na co najmniej dwa munrosy.

(A księżyc! Highlandzki księżyc, to jest coś cudownego, podobnie jak gwiazdy – jak nie ma chmur, widać drogę mleczną! Zawdzięczamy to niskiemu stopniowi zanieczyszczenia światłem w tym rejonie)

Piękna, cudowna, jakkolwiek męcząca wycieczka.
Ogólnie wrażenia bardziej niż pozytywne, podobało się nam wszystkim bardzo, Cairngormsy potrafią zaczarować.

Link do całości – polecam, warto – >>TU<<