Angel’s Peak i Braeriach


Nr 46, Angel’s Peak (aka Sgor an Lochain Uaine) i nr 47, Braeriach

Wymowa: wersji gaelic – skyr an lochan uin; brea-riach (akcent na drugą sylabę)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the little green loch; grey upper part

Wysokość: 1258m n.p.m.; 1296m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 5.; 3.

Data wejścia: 19.09.09

Bardzo, ale to bardzo podoba mi się początek opisu tej trasy w Scotland’s Mountain Ridges: This is the journey into a heart of darkness (…) :DDD

Fakt, aby zaliczyć któregokolwiek z czterech munros wznoszącym się nad niesamowitym systemem kotłów nad doliną Lairig Ghru, trzeba pokonać konkretną odległość od cywilizacji, i to obojętnie od której strony idziemy. Jest to samo serce Cairngormsów, tu znajdują się najwyższe punkty, jedne z najwspanialszych kotłów, oraz najgłębsza i najdłuższa dolina, dzieląca na dwoje całą tę grupę górską.

Nasza pętla liczyła sobie 29 km i końcówka powrotu odbywała się już po ciemku.

Zanim znajdziemy się w dolinie, czeka nas jeszcze długi marsz (info o parkingu i dokładnym przebiegu trasy będzie na mapce).

Pierwszym spektakularnym miejscem na trasie jest Chalamain Gap – wąski wąwóz wyścielony złomami skalnymi, długi na jakieś 300m. Po deszczu niezbyt sympatyczne miejsce.

Po wyjściu z wąwozu po raz pierwszy ukazuje się Braeriach. Wyraźną ścieżką , nieco w dół, maszerujemy do rozwidlenia dróg. Prawa odnoga wspina się na Braeriach i to nią będziemy schodzić. Teraz kierujemy się w lewo, dnem Lairig Ghru.
Dolina na początkowym odcinku wygląda jak z kosmosu, jest wąska, prawie nic tu nie rośnie, nie widać żadnych śladów bytności człowieka.

Odcinek który nazwałam początkowym nie jest bynajmniej krótki, liczy sobie ładnych parę kilometrów. Na razie nie ma jeszcze żadnych spektakularnych widoków. Te odsłonią się dopiero w miejscu, gdzie dolina znacznie się rozszerza: po prawej ręce wspomniany zdumiewający system kotłów, ponad nimi wielkie plateau którego najwyższe punkty mają status munros, po lewej potężny masyw Ben Macdui, na przeciw nas – kontynuacja doliny, czyli Glen Dee (na zdjęciu poniżej).

Aczkolwiek dalsza część naszej trasy – zawieszona 300m powyżej dna doliny misa kryjąca jeziorko Lochan Uaine, znad którego wznosi się północno-wschodnia grań Angel’s Peak – od momentu wyjścia z wąskiego gardła doliny była widoczna jak na dłoni, i tu, jak się okazało w praniu, do przejścia był niezły hektar. Podejście do jeziora jest niedługie, ale żmudne. Najlepiej kierować się wzdłuż wodospadu, po jego prawej stronie. Strome zbocze jest w większej części trawiaste, poprzerastane skałami i boulderkami, które jednak w większości da się omijać.
Poniżej pierwszy widok na naszą docelową grań, zdjęty z końcówki podejścia pod jezioro:

Grań ma scramblingową wycenę 2, identycznie jak Fiacaill Ridge lub Am Fasarinen Pinnacles. Po raz kolejny przekonałam się, że wyceny scramblingowe zależą od mnóstwa rzeczy, nie tylko a nawet nie głównie od trudności. Nie należy ich absolutnie odnosić do najtrudniejszego miejsca na trasie. Rolę grają omijalność trudnych miejsc, długość trasy, odległość jaką trzeba pokonać by do niej dojść. Grań którą wchodziliśmy to mniej więcej w dwóch trzecich długości kamieniste zbocze, po którym można iść z rękami w kieszeniach. Właściwy scrambling jest dopiero pod szczytem, nie ma miejsc trudnych, wariantów jest wiele, nie ma bezpośredniej lufy. Słowem, nie ta półka co dwie wcześniej wymienione trasy. Am Fasarinen zawdzięczają tak niską ocenę swojej całkowitej omijalności, Fiacaill – chyba temu, że jest króciutki i łatwo dostępny z terenów cywilizowanych. Grań na Angel’s Peak jest piękna ale wyzwania nie stanowi, nawet dla mnie.

300m do góry, i stajemy na wierzchołku. Kontrast pomiędzy stromizną kotłów a łagodnością i rozległością płaskowyżu jest uderzający. Taki typ ukształtowania terenu jest spotykany w bardzo wielu miejscach Szkocji, ale w Cairngormsach osiąga swoje apogeum.

Falls of Dee

Z Anioła można się wybrać na niedaleki Cairn Toul, ale nie mieliśmy czasu na kolejnego munrosa. Wzdłuż krawędzi kotła (to ważne, jako że ścieżka momentami zupełnie niknie) powędrowaliśmy w drugą stronę, na Braeriacha. Ten odcinek również tylko na mapie wydaje się krótki. Poza tym choć to plateau, powierzchnia nie jest idealnie gładka, trzeba tu i ówdzie trochę podejść, co po tylu kilometrach już nieco męczy.

Ben Macdui i Angel’s Peak

Na Braeriacha (to poniżej to jeszcze nie najwyższy punkt) kierujemy się cały czas wzdłuż kotła, wierzchołek wypada bowiem niemal przy samej krawędzi. To ważne zwłaszcza przy braku widoczności, kiedy to absolutnie nie należy zapuszczać się w głąb płaskowyżu.

Za wierzchołkiem Braeriacha (jest oznaczony kamiennym kopcem) stok się łagodnie obniża i można w oddali dostrzec Chalamain Gap. Mamy do pokonania naprawdę potężną odległość, ale mi osobiście pomaga, kiedy widzę mniej więcej punkt docelowy, nawet jeśli jest tak daleko.

Coire Bhrochain, wschodni kocioł Braeriacha

Schodzimy długim ramieniem Braeriacha, ponad doliną, aż osiągamy rozstaj ścieżek, od którego nasz szlak będzie się pokrywał z dojściowym. Na tym etapie byliśmy już mocno zmęczeni ale cisnęliśmy do oporu, nie chcąc pokonywać Chalamaina po ciemku. Udało się na ostatnią chwilę. Wąwóz przekraczaliśmy już w szarówce, wciąż jednak światła dziennego było dość. Ciemności zapadły ostatecznie kiedy byliśmy już na prostej drodze, gdzie w zupełności wystarczały latarki.

Trasa nas zauroczyła. Cairngormsy są niesamowitym miejscem, a dopiero podczas tej wycieczki mogliśmy się w pełni o tym przekonać.

Fotki: >>LINK<<

Aonach Beag i Aonach Mor

Nr 44, Aonach Mor i nr 45, Aonach Beag

Wymowa: anah mor; anah beg

Znaczenie nazwy: big ridge; little ridge

Wysokość: 1221m n.p.m.; 1234m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 8.; 7.

Data wejścia: 25.07.09

Aonachs – kolejny piękny cel w Lochaber, okolicy, gdzie coraz mniej nowych gór pozostało nam do zdobycia. Niedługo będziemy tu wracać nie po nowe munrosy, a po zdobywanie starych trudniejszymi wariantami. Dobrze, że jest ich tu mnóstwo, w samym masywie Ben Nevisa jeszcze ze trzy.

Początek drogi na samym końcu Glen Nevis. Przez Nevis Gorge wbijamy się na Steall Meadows – za naszą poprzednią wizytą tu skręcaliśmy w prawo, by za mostem linowym rozpocząć wspin na Ring of Steall >>LINK<<. Tym razem idziemy prosto, aż do drewnianego mostku. Za mostkiem widać dwie ścieżki – zgodnie z radą pana McNeisha od The Munros poszliśmy lewą. Łagodnie wbijamy się do góry, i niemal od razu ukazuje się Ben Nevis i Carn Mor Dearg z jego Arete. Jeszcze prezentują się niepozornie, ale im dalej na północ, tym będzie lepiej.

Bardzo szybko osiągamy dolinkę położoną między masywem Ben Nevisa a Aonachs. Tędy na razie płasko, by dopiero na końcowym odcinku podbić w górę, na szerokie siodło przełęczy. Widok na The Mamores, których z tej perspektywy nie miałam jeszcze szczęścia oglądać, albowiem zawsze jak lezę przez CMDA jest dupa pogodowa, jest jednym z bardziej malowniczych w Highlandach i bardzo kojarzy mi się z Tatrami Zachodnimi.

Z przełęczy podchodzenia czeka nas, na długość, niewiele. Zbocza Aonachów są jednak naprawdę strome i choć dzięki temu ekspresowo zyskujemy wysokość, wchodzenie nie należy do relaksacyjnych. Ścieżka jakaś zdaje się jest, ale niewiele wygodniejsza niż wbijka na przełaj, na pewno nie chodniczek.

Nevis Range ogromnieje w oczach. Poniżej trasa na Carn Dearg Meadhonach, scramblingowa dwójka:

Poniżej The Mamores i Glencoe. W centrum lansuje się Sgurr a’Mhaim, po prawicy mając Stob Bana. Na dalszym planie po lewej grupa Bideana nam Bian, po prawej zaś dwa bliźniacze munrosy Beinn a’Bheithir. Wszystkie szczyty widoczne na zdjęciu (z wyjątkiem, być może, najostatniejszego planu, bo tych nawet nie umiem zidentyfikować) zostały już przez nas zdeptane.

Najbardziej zadziwiająco prezentuje się w panoramie Shiechallion. Patrząc na jego idealny, ostry trójkąt, kształt, który w powszechnej świadomości symbolizuje górę, chociaż tak naprawdę mało która tak wygląda, ciężko uwierzyć, że z pozostałych trzech stron Shiechallion może konkurować co najwyżej z Gubałówką.

Widoczność mieliśmy jak rzadko kiedy. Poniżej zza północno-wschodniej (scramblingowa czwórka) grani Aonach Beag wyłaniają się Ben Vorlich i Stuc a’Chroin. Po lewej Meall nan Tarmachan rozpoczyna grupę Lawersa.

Rejon szczytowy Aonach Mor to podłużne plateau, po obu stronach opadające stromymi ścianami. W zachodniej części wierzchołka znajduje się stacja kolejki. Być może temu zawdzięczać należy zdumione spojrzenia, jakimi odprowadzała nas okupująca kopiec szczytowy grupa. Przyszliśmy z niewłaściwej strony.

Ben Nevis prezentuje się nareszcie tak, jak powinien. Niemal tatrzańsko. Nieważne, że południowe zbocza góry są kopiaste. W Szkocji praktycznie nie ma gór hardkorowych z każdej strony. Ben Nevis to nie tylko wierzchołek, to całe potężne gniazdo Nevis Range, które góruje nad otoczeniem naprawdę spektakularnie. Mamoresy tłoczą się od południa jak kurczątka, podobnie The Grey Corries. Północne kotły BN to klasa sama w sobie. Poniżej wyraźnie rysuje się profil górnych partii Tower Ridge, szkoda że przez rozmiar zdjęcia nie widać szczegółów, bo gołym okiem wyraźnie mogliśmy dostrzec takie detale, jak Tower Gap i ludzie na grani.

Na pierwszym planie Carn Mor Dearg Arete

Kopiec na szczycie:

Na Aonach Beag trzeba kawałek podejść, jako że wbrew nazwie ten szczyt jest wyższy, tyle że o wiele mniej rozległy. Północno-wschodni kocioł, ponad którym wędrujemy, jest bardzo przepaścisty, w niektórych miejscach gdyby skoczyć, to minimum kilkadziesiąt metrów swobodnego lotu. Poniżej Marcin testuje skałki strony południowej.

Z wierzchołka widać całe pasmo The Mamores, którego część wcześniej była przezeń zasłonięta. Linie Ben Nevisa odrobinę łagodnieją.

The Grey Corries

Binnein Mor i Na Gruagaichean

Ze szczytu schodzimy w kierunku południowym, dość łagodnymi zboczami. Ścieżka jest, ale znaleźliśmy ją już sporo niżej, zresztą i tak po pewnym czasie nam zginęła. Stok stopniowo stromieje, ale nie tak żeby nie dało się bezpiecznie zejść, najlepiej więc po prostu iść tak jak nam wygodnie, obierając azymut na mostek, kiedy już da radę go wypatrzeć. Zejście trochę trwa, ale widoki na Mamoresy rekompensują wszystko. Poniżej nasza zeszłotygodniowa trasa założona, czyli Binnein Beag, Sgurr Eilde Mor i Binnein Mor. Przypominam, że trasa wykonana objęła tylko środkowego z trzech munrosów 😉

Za mostkiem wiadomo: Steall Meadows, Nevis Gorge, i jesteśmy w punkcie wyjścia.
Cóż mogę napisać. Że trasa jest przepiękna, to widać na zdjęciach. Że nietrudna – chyba też. Jest za to dość wyczerpująca, bo jakkolwiek szło się nam wszystkim bardzo dobrze i sprawnym tempem, na drugi dzień i ja, i Mariusz odczuwaliśmy w mięśniach, że spory wysiłek został wykonany, co już dawno nam się nie zdarzało.
Była to jedna z naszych najpiękniejszych highlandzkich wycieczek – widokowo podejrzewam, że lepsza nawet od Ben Nevisa, jako że z niego nie widać jego samego.

Całość: >>LINK<<


Sgurr Eilde Mor


Nr 43, Sgurr Eilde Mor

Wymowa: skur eldż mor

Znaczenie nazwy: large rocky peak of the hind

Wysokość: 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 123.

Data wejścia: 17.07.09

W Mamoresach zostały nam jeszcze trzy munros, które postanowiliśmy machnąć na jeden raz.

Jako że leżą po sąsiedzku na wschodnim krańcu grupy, włazi się od Kinlochleven (zachodnie robi się od Glen Nevis). Początek trasy przy jednym z najbardziej malowniczo położonych hoteli Szkocji, czyli The Mamore Lodge.



Mamore Lodge leży już na pewnej wysokości, co pozwala zaoszczędzić siły. Idziemy wyraźną ścieżką, najpierw mijając małe prywatne gospodarstwo (z braku lepszego słowa, "posesja" brzmi za dumnie). Po podwórku kręciła się zadziwiająca postać. Wysoki staruszek z długą siwą brodą i szopą poczochranych włosów, ubrany w czerwony śpioch (!) – widok jak z westernu, brakowało mu tylko strzelby – który zaburczał  na nas nieelegancko, abyśmy przypadkiem nie przełazili podwórkiem. Pouczenie było zbędne, już tamtędy wędrowaliśmy idąc na Na Gruagaichean (>>LINK<<) i wiadomo było, że ścieżką można dziadkowe włości ominąć. Osobnik w każdym razie mocarny, nie wiadomo czy bardziej Dziki Zachód, czy Święty Mikołaj w cywilu.

Loch Leven, po lewej Pap of Glencoe (aka Sgurr na Ciche)

Po krótkim czasie osiągamy wylot dolinki pomiędzy Am Bodach i Na Gruagaichean, którą to wbijaliśmy się na tegoż ostatnim razem. Teraz jednak prosto jeszcze przez jakieś 20 minut, dopóki nie wyłoni się jezioro, Loch Eilde Mor.
Znad jeziora nasz pierwszy planowany munro, Sgurr Eilde Mor, prezentował się niezbyt interesująco. Chociaż prawdę mówiąc, niewiele było widać. Pogoda, która przynajmniej do wczesnego popołudnia miała być ładna, pozostawała we względnie stabilnym stanie umiarkowanego spieprzenia.



Jeszcze przed osiągnięciem jeziora w lewo odbija wyraźna ścieżka, my jednak postanowiliśmy wchodzić opcją drugą, czyli ścieżką zaczynającą się nad samym jeziorem, pozwalającą osiągnąć naszego munrosa całkowicie na przełaj ("na przełaj" bądź "na rympał" zarezerwowane jest dla gór niższych, dopiero od Tatr Wysokich można mówić o direttissimie;P), kosztem większej stromizny.

Jakkolwiek maszerowaliśmy wcale nie najgorzej, podejście okazało się zaskakująco długie. Sgurr Eilde Mor wbrew pozorom taki mały nie jest. Najpierw osiągnęliśmy zawieszony w połowie drogi na szczyt kocioł z jeziorkiem, skąd zaczęło się podchodzenie właściwe.

Szczyt jest widokowy, fajnie wygląda Glencoe od północy, niestety Ben Nevisa z przyległościami zasłaniały chmury, ale nie wątpię że byłoby na co popatrzeć. Stamtąd też ukazała się wreszcie dalsza część naszej planowanej trasy, to jest Binnein Beag:



Oraz jego znacznie większy brat Binnein Mor:



Które jedynie tak udało się razem zmieścić w kadrze:

Ze Sgurr Eilde Mor schodziliśmy do kotła z jeziorkiem najpierw dość wąskim kawałkiem grani, potem piarżystym, trochę upierdliwym zboczem. Po zejściu spojrzeliśmy na dwa Binneiny, potem na siebie, westchnęliśmy i wszystko było jasne. Zmęczenie materiału, które spowodowało że w zeszły weekend zrobiliśmy sobie urlop od gór, zrobiło swoje. Od lutego łazimy co tydzień, niezależnie od pogody. Cel – polepszenie kondycji na Tatry – został osiągnięty (powiedzmy, że moja nadal pozostawia trochę do życzenia, ale było gorzej), wyjazd za dwa tygodnie, trzeba sobie zrobić lajtowszy okres, żeby się nie zarżnąć. Binnein Beag i Binnein Mor postanowiliśmy ogarnąć kiedy indziej. Z kotła zeszliśmy ładną ścieżką, trawersującą łagodnie zbocza ponad Loch Eilde Mor, cały czas z widokami na Glencoe i Rannoch Moor. Ścieżka ta to ta sama, o której wspominałam że nie zdecydowaliśmy się nią wchodzić – akurat nadała się do zejścia.

Sgurr Eilde Mor z kotła prezentuje się całkiem elegancko, jak na munrosa ścieżkowego. Ma linię góry, łatwej bo łatwej ale jednak nie rozdeptanego krowiego placka, jak Macdui czy Cairn Gorm.

Glencoe od płn

Powyższa wycieczka z pewnością nie zapisze się w naszej munrosowej kronice jako jedna z najbardziej spektakularnych, ale podobało mi się. Lubię takie bezpretensjonalne spacery od czasu do czasu. Fakt, że ostatnio tylko takie uskuteczniamy, ale jest to dobry sposób na utrzymanie kondycji przy jednoczesnym oszczędzeniu się.
Za dwa tygodnie Tatry.

Kilka fotek: >>LINK<<


Ben Macdui


Nr 42, Ben Macdui

Wymowa: ben makdui

Znaczenie nazwy: McDuff’s hill

Wysokość: 1309m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 2.

Data wejścia: 3.07.09

Kolejny raz Cairngormsy, i nawet trasa po części pokrywająca się z poprzednią. Na drugi najwyższy szczyt  Szkocji i jeden z dwóch, które mają powyżej 1300m n.p.m., wybraliśmy się spod dolnej stacji kolejki na Cairn Gorm, z początku tą samą ścieżką co na Fiacaill, plateau atakując jednak przez kolejny wał, na zdjęciu po prawej stronie (Fiacaill Ridge jest w centrum):

Droga jest spacerowa, teren wznosi się bardzo łagodnie:

W pewnym momencie usłyszałam narastający potworny huk, aż musiałam zatkać uszy, i zobaczyłam że Mariusz wpatruje się zafascynowany w coś za moimi plecami – poczułam się jak w remake’u Cloverfield, ale na szczęście to były tylko wojskowe Panavie podczas ćwiczeń. Jedna parę godzin później rozbiła się nad Arrochar Alps, dwóch pilotów zginęło. [‚]

Macdui odsłania się kiedy wychodzimy na plateau. Co tu gadać. Kopa siana. Czytałam że lokalni miłośnicy góry chcieli kiedyś ustawić na szczycie ogromny trianguł, żeby ich ukochany Ben przewyższył ten na zachodzie. Żałosność pomysłu jest ewidentna, jako że Macdui charakterem nie dorasta Nevisowi do pięt. Ben Nevis ma kilka twarzy, z czego północna jest naprawdę królewska. Ben Macdui wygląda jak duża kupa, w którą ktoś wdepnął i spłaszczył. Są tam niby od południowego wschodu jakieś kotły, ale trudno powiedzieć czy przynależą do Macduia jako takiego, jako że pomiędzy nimi a szczytem jest jeszcze kawał łagodnych zboczy.

Od wyjścia na płaskowyż do wierzchołka Macduia teren jest miejscami prawie płaski. Ciekawsze widoki mamy na zachodzie, gdzie lansują się trzy munrosy, na munro-liście (patrząc od lewej) czwarty, piąty i trzeci, tj. niewidoczny na zdjęciu Cairn Toul, Sgor an Lochan Uaine (znany też jako Angel’s Peak) oraz Braeriach.

Wierzchołek Bena jest płaski jak naleśnik i rozległy. Po widoki trzeba się zbliżyć do krawędzi wypłaszczenia – dopiero kiedy zbocze przed nami się obniża, mamy szansę coś zobaczyć.

Poniżej grań od Cairn Toula po Braeriacha, którego wierzchołka zdjęcie nie objęło:

Po najładniejszą panoramę musieliśmy się obniżyć kilkadziesiąt metrów na południe. Widok na Glen Dee uświadamia, na jak wysokiej górze się znajdujemy – trzy zachodnie munrosy są nieznacznie niższe od Macduia, więc jego przewagi się nie odczuwa. Góra po prawej (wydaje się mała, ale to też munro) to Devil’s Point, czyli w gaelic Bod am Deamhain, Penis Diabła. Dyplomatyczne tłumaczenie przyjęło się od czasu, gdy bawiąca w dolinie królowa Wiktoria zapytała lokalsa o nazwę interesującego wzniesienia, i biedak musiał jakoś wybrnąć.

Wracaliśmy z początku drogą wejściową, w pewnym momencie odbiliśmy w prawo, by po niedługim czasie osiągnąć trasę naszej poprzedniej wycieczki, wzdłuż krawędzi kotła z którego opada Fiacaill Ridge. Z przełęczy na wschód od FR schodzi ścieżka, ale przeoczyliśmy ją i poszliśmy tak jak ostatnim razem, w kierunku Cairn Gorma. Znów w tym rejonie wiało jak szlag – to tam ostatnim razem wiatr mnie przewrócił – tyle że tym razem podmuchy waliły w kierunku kotła, więc przezornie trzymałam się z daleka od krawędzi, żeby mnie nie zepchnęło. Na Cairn Gorma rzecz jasna nie wchodziliśmy. W miejscu gdzie zaczyna się już bezpośrednie podejście na szczyt szlak się rozwidla, i jego lewą odnogą zeszliśmy sobie najpierw dość stromym (przynajmniej jak na warunki tej konkretnej trasy) zboczem, a potem wygodną drogą koło nartostrady, prosto na parking przy kolejce.

Trasa jest nieforsowna i stanowiła dla mnie miłą odmianę po ostatnich scramblingach, ale szczerze mówiąc, bez rewelacji. Ot, taki tam lajtowy spacer kondycyjny. Macdui to wielki klocek, którego warto zaliczyć wyłącznie ze względu na jego wysokość, ale generalnie te tereny nadają się bardziej na zimę.

Całość: >>LINK<


Carn Mor Dearg


Nr 41, Carn Mor Dearg

Wymowa: karn mor djerek

Znaczenie nazwy:
large red cairn like peak

Wysokość: 1220m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 8.

Data wejścia: 28.06.2009

Ponieważ dwa lata temu, idąc na Ben Nevisa przez Carn Mor Dearg Arete, we mgle wyleźliśmy kilkanaście metrów pod wierzchołkiem Carn Mor Dearg i nie chciało nam się wracać, miałam dylemat czy liczyć tego munro, czy jednak nie. Teraz zdeptałam go prawidłowo, więc choć Mariusz na wierzchołku sensu stricto nie był, wciągam CMD na oficjalną listę.
Dokumentacji fotograficznej nie będzie, ponieważ trafiła mi się jeszcze większa dupa pogodowa niż ostatnim razem. I na CMDA będę musiała p
ójść kolejny raz, bo z tego co oglądałam w necie, widoki są takie że nie dam rady tego odpuścić.
Poprzednia wyprawa tu: >>LINK<<. Mimo wszystko było widać odrobinę więcej.

Cairn Gorm przez Fiacaill Ridge


Nr 40, Cairn Gorm

Wymowa: kern gorm

Znaczenie nazwy:
blue cairn like peak (chyba jasne już jest, czemu przestałam tłumaczyć nazwy?:/)

Wysokość: 1244m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 6.

Data wejścia: 19.06.2009

Po emocjach Liathach postanowiliśmy kompletnie zmienić klimat i wyskoczyć w Cairngormsy. Mariusz poprosił mnie o znalezienie tam jakiegoś scramblingu, żeby trochę urozmaicić sobie trasę, zaproponowałam więc Fiacaill Ridge, o której wyczytałam, że jest krótka i niezbyt trudna (dwójka), co istotne było zwłaszcza dla mnie, bo nie chciałam być na drugi dzień zjechana w pracy.

Po noclegu w namiocie w Glenmore, koło Aviemore, podjechaliśmy pod dolną stację kolejki na Cairn Gorm. Stacja mieści się na ponad 600m wysokości, zatem podchodzenia na szczyt, niezależnie od wybranego szlaku, jest stosunkowo niewiele.

Od stacji wyraźną ścieżką w kierunku mniej więcej południowym, aż po niedługim marszu ukazuje się taki oto kocioł:

Fiacaill Ridge biegnie po lewej, kulminując w niepozornym z tej perspektywy Fiacaill Buttress. Na grań wbijamy wedle uznania – być może jest gdzieś tam ścieżka, my jej w każdym razie nie znaleźliśmy i przyszło drałować po kamiennym rumowisku.
Na ścianach tak charakterystycznych dla tej części Grampianów stromych kotł
ów można nieźle załoić:

Sama grań to początkowo sterta kamieni. Gęstego jest zaledwie 150m.



Podejście widać poniżej. Od prawej leży łatwiejszy teren, którym można ominąć jakiś fragment, jeśli wola. Od lewej jest lufiasto.

Miałam w niektórych momentach niezłego pietra, bo wiatr był taki, że parę razy na serio bałam się, że mnie zepchnie.

Mariusz atakuje Fiacaill Buttress. Ja nie byłam pewna, włazić czy ominąć – kiedy wszedł, krzyknął do mnie, że jest łatwo ale żebym jednak ominęła. Przeszłam bokiem i nie żałuję. Z przyjemnością wrócę i ogarnę ten fragment w ładną pogodę, ale przy silnym wietrze i mżawce, skoro miałam możliwość zrezygnować, skorzystałam.

Końcówka grani:

Cairngorms Plateau kojarzy mi się najbardziej z Karkonoszami. Wysoko wyniesiony płaskowyż, kotły, nawet formacje skalne podobne (o ile pamiętam po mojej jedynej wizycie tamże sześć lat temu). Tylko roślinność inna, same mchy i porosty.

Nasza grań z dystansu:

Kiedy osiągnęliśmy plateau, wszystko zakryła mgła. Nie zmartwiło nas to jednak specjalnie, ponieważ nawigacyjnie trasa jest prosta – wystarczy iść wzdłuż krawędzi kotła, mając ją po lewej stronie, a nie sposób nie wyjść w końcu na Cairn Gorm. Kiedy po jakimś kwadransie energicznego marszu chmury się przerzedziły, włosy stanęły nam na głowie. To był zupełnie inny krajobraz, niż się spodziewaliśmy, po Cairn Gorm ani śladu, przed nami jakiś inny kocioł i inna dolina. Przypomniałam sobie, co nasz przewodnik z Curved Ridge mówił o kluczowej roli nawigacji w Cairngormsach. Zabłądziliśmy właśnie w najklasyczniejszy z możliwych sposób.

Wiadomo było, w która mniej więcej stronę należy wracać. Na szczęście chmury chwilowo sobie poszły. Skierowaliśmy się w kierunku z kt
órego przyszliśmy, biorąc kurs na widoczną w oddali przełęcz. Jeśli z przełęczy widać będzie Aviemore, to jesteśmy uratowani. Okazało się, że wyszliśmy centralnie na kocioł, Fiacaill Ridge mając po lewej. Wcześniej, we mgle, skierowaliśmy się zamiast wzdłuż krawędzi, w głąb płaskowyżu. Nie mam pojęcia jak nam się to udało.

Droga na Cairn Gorm, przypominający wielki stóg siana, z przełęczy była spacerowa:

Po prawej ciemne ściany kotła, w sąsiedztwie którego objawiliśmy się po błądzeniu we mgle:

Jeszcze nie jestem w stanie podpisać okolicznych szczytów, moja znajomość terenu jest póki co mizerna.

Widoków z Cairn Gorma nie będzie, ponieważ ogarnęły nas paskudne chmury które zresztą już się z plateau nie ruszyły – mimo kiepskich warunków i tak trafiliśmy na niezłe okno pogodowe.
Z wierzchołka zbiega ceprostrada, jakiej jeszcze w szkockich g
órach nie widziałam: normalnie brukowana droga, wykopczywkowana, po bokach "poręcze" z odblaskowych linek. Od górnej stacji kolejki zaczyna się droga jezdna – muszą jakoś dowozić zaopatrzenie – ale ponieważ wiedzie nieekonomicznymi długimi trawersami, warto ją skrócić idąc na rympał wzdłuż nartostrady. Klimat zejścia taki trochę gubałówkowy.

Fiacaillowi po ostrzu grani daję *** z plusem, ale dla mnie osobiście główną atrakcją było samo plateau. Żałuję, że nie mogliśmy poeksplorować go dłużej. Pustka, surowość, rozległość – dobrze się czuję w takich miejscach, uspokajają mnie.
A tak nawiasem. Moje obawy co do wiatru nie były przesadzone. W kt
órymś momencie podchodzenia na Cairn Gorm naprawdę zawiało tak, że poleciałam na plecy. Do tej pory zdarzało mi się co najwyżej lekko utracić równowagę – to był pierwszy raz, kiedy w absolutnie dosłownym sensie wiatr mnie przewrócił. Mariusz miał niezły ubaw. Co do mnie, cieszyłam się że nie stało się to na grani.
Fajna, ciekawa, niedługa wycieczka.


Zdjęcia: >>LINK<<

Liathach

Nr 38, Spidean a’Choire Leith i nr 39, Mullach an Rathain

Wymowa: spidżyn a kori lei; muluh an rahan

Znaczenie nazwy:
peak of the grey corrie; summit of the pinnacles

Wysokość: 1055m n.p.m.; 1023m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 75.; 108.

Data wejścia: 14.06.2009

Liathach (czyt. lijah, the grey one, na mój osobisty użytek Szarak) planowaliśmy już od dawna. Dziewięciokilometrowy masyw górski uchodzi – obok Aonach Eagach i An Teallach – za najciekawszą graniówkę szkockiego mainlandu (palmę pierwszeństwa dzierżą Black Cuillin na Skye). Klasyczny trawers Liathach nie zakłada przejścia całej grani, a jedynie odcinka środkowego pozwalającego zaliczyć dwa munrosy i Am Fasarinen Pinnacles. Drugą w miarę popularną, jakkolwiek o wiele mniej niż klasyk opcją, jest atak od północy przez Meall Dearg i Northern Pinnacles. Jest to wariant wciąż scramblingowy, ale trudniejszy i zaleca się na nim asekurację.

Jako że szliśmy drogą tradycyjną, wystartowaliśmy z Glen Torridon. Dolinę tę warto odwiedzić dla niej samej, nawet bez ambicji górskich bo jest przepiękna. Pod przytłaczającymi ścianami Szaraka kuli się hostel SYHA i kemping. Uwaga: pokoje w hostelu nie są koedukacyjne. Pomimo dwu wolnych miejsc w damskiej sypialni, w której niżej podpisana nocowała, panowie musieli się przespać w namiocie, walcząc z midgesami. Nie rozumiem i nie zrozumiem nigdy.

Samochód zostawiliśmy na początku szlaku, woląc podchodzić asfaltem póki i tak trzeba się rozchodzić.
Wbijka na grań Szaraka była łatwa, w nieprzesadnie stromym terenie, ale ze względu na swą długość nieco męcząca. Ponieważ kiedy uskuteczniam za długie notki blox się narowi, ograniczyłam ilość zdjęć oraz opis do samego gęstego. Komplet fotek, a jest na co popatrzeć, tutaj >>LINK<<.

Poniżej Am Fasarinen widziane z szosy:

Po wyjściu na grań widoki na przeciwległą stronę miażdżą (będą dalej). Kierujemy się w lewo – wzniesienie po prawej ma powyżej 914m, ale nie kwalifikuje się do munros. Odcinek początkowy nie jest trudny. Najpierw mamy fragment płaskiej grańki – można iść jej ostrzem, co już odrobinę daje przedsmak tego, co Liathach oferuje, jakkolwiek trudności nie występują – dalsza zaś droga na pierwszego munro (trzecie wzniesienie) wygląda tak:

Za Wojtkiem widoczny jest Stob a’Choire Dhuibh Bhig, który podobnie jak dwa szczyciki przed Spideanem nie załapał się do munros ze względu na MDW niższą niż 500ft.

Widok na kluczowy fragment trasy, grań Am Fasarinen, otwiera się dopiero ze szczytu Spideana. Nie wiem jak na zdjęciu, ale na żywo naprawdę robi wrażenie.

Tu obiecany widok na przeciwległą stronę grani, po prawej podnóże masywu Beinn Eighe, kolejnego ze szkockich klasyków:

Poniżej zaś prześledzić można resztę trasy. Am Fasarinen przechodzą w łagodną grań, kulminującą w Mullachu an Rathain. Czarne poszarpańce z prawej strony wierzchołka to początek – lub koniec, wedle preferecji – Northern Pinnacles:

Moje ulubione zdjęcie:

Mullach, Northern Pinnacles i Meall Dearg:

Tu zaś widać, którędy na Meall Dearg się drapać. Trasa podobno łatwiejsza niż wygląda, scramblingowa czwórka (Am Fasarinen mają dwójkę, pewnie dlatego że trudności można stopniować lub całkiem ominąć).

Am Fasarinen można obejść ścieżką biegnącą nad Glen Torridon, ale ze względu na jej stan nie jest to zalecane. Ponadto, na samych pinaklach też można stopiować trudności. Najłatwiejsze warianty są naprawdę proste. Korzystałam to z nich, to z trudniejszych, chłopaki leźli hardkorami (w mej subiektywnej ocenie rzecz jasna).

Piaskowiec jest pięknie urzeźbiony i daje wiele możliwości. Formacje w rejonie pinakli są takie:

Albo takie:

Wrażliwych może nieco poczesać ekspozycja. Przyznam że mnie mocno zdeprymował koń skalny na samym początku Am Fasarinen. Nie był trudny, ale od północy lufa taka, że spokojnie 100m wolnego lotu. Nie podobało mi się to i weszłam na skurczybyka od drugiej strony. Od południa, od Torridonu, spadło by się najwyżej kawałek: tam też jest lufiasto i to nawet bardziej, ale jednak dopiero te kilkanaście metrów od trasy. Tamtędy zresztą biegnie sobie scieżka – omijanka.
Tak to wygląda w stronę Torridonu:



A tak w stronę Coire na Caime, i tu nie ma żartów, bo ściana opada bezpośrednio z pinakli:

Nie jest trudno, chyba że naprawdę najcięższymi opcjami (jedną taką zaliczył Mariusz, przy oglądaniu tegoż nieco osłupiałam). Jedyne co może powodować dyskomfort to lufa. U mnie trochę powodowała. Nie przeszłam wszystkiego najłatwiej jak się dało ale najtrudniej też nie, z wyjątkiem jednego miejsca, gdzie zresztą przeżyłam chwilę grozy gdy zaklinowała mi się noga, a z prawej taki spad, że hej.

Za Am Fasarinen aż do Mullacha teren jest łatwy, jakkolwiek na prawo opadają imponujące ściany.

Rzut oka na Am Fasarinen od drugiej strony:

Z Mullacha do Torridonu schodzi się najpierw piarżyskiem, potem przyjemniejszą ścieżką. Można złazić ramieniem Mullacha (scramblingowa trójka), ale nawet nie przyszła nam do głowy taka opcja. Co mieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy. Liathach jest imponujące i piękne a okolica rzuca na kolana. Jest to na mojej prywatnej liście jedna z tych wycieczek, które dały mi prawdziwego energetycznego kopa i zapewniły uśmiech na twarzy na kolejne parę dni.
Tu >>LINK<< bardziej emocjonalna relacja. Niestety na blogu muszę się pilnować z ilością tekstu.

Meall nan Tarmachan

Nr 37, Meall nan Tarmachan

Wymowa: mil nan tarma’kan

Znaczenie nazwy: hill of the ptarmigan

Wysokość:
1043m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 90.

Data wejścia: 5.06.2009

Efektowny masyw The Tarmachan Hills góruje nad miasteczkiem Killin, sąsiadując od zachodu z grupą Ben Lawersa. Tylko jeden z czterech głównych wierzchołków ma status munro. Tak masyw Tarmachan prezentuje się z drogi do Killin; od lewej widać kolejno Creag na Caillich, Beinn nan Eachan, najciekawszy Meall Garbh i, skromnie oddalony, Meall nan Tarmachan, z tej perspektywy wyglądający mało munrosowato:

Widok z Killin:

Trasę rozpoczynamy z parkingu koło Visitor Centre. Poniżej tama na Lochan na Lairige Reservoir:

Sympatyczna łagodna ścieżka spacerowo wyprowadza na niewybitny szczycik południowo-wschodni, skąd na przełęcz i na wierzchołek właściwy. Jest tak relaksacyjnie, ponieważ punkt startowy znajduje się na wysokości 400 metrów z hakiem, co pozwala zaoszczędzić mnóstwo energii i czyni wszystkie szlaki w okolicy, w tym będącego przecież na 10. miejscu munro-listy Ben Lawersa, celami wybitnie lajtowymi. Co absolutnie im nie uwłacza, widokowo są genialne.

Patrząc w kierunku wschodnim



Grupa Lawersa: Meall Corranaich, Beinn Ghlas, Ben Lawers

Loch Tay. Dalej Ben Vorlich i Stuc a’Chroin

Grupa Lawersa z Meall nan Tarmachan

Po osiągnięciu szczytu otwierają się zapierające dech widoki na północ. W każdą stronę dzieje się dużo, ale dla mnie osobiście czymś niezwykłym było zobaczyć (a widoczność mieliśmy świetną) z jednej strony daleki zarys edynburskich Pentland Hills, a z drugiej Glencoe, Ben Nevisa i The Mamores. Wzgórza koło Killin leżą jeszcze płytko w Highlandach, ciut głębiej niż Vorlich i Stuc ale to wciąż sąsiedzi, wciąż jest blisko do Lowlands, do Szkocji "cywilizowanej".



Na ostatnim planie The Mamores, Ben Nevis i Aonachs

Tak przy okazji, ten Ben Nevis to jednak jest niewąska kobyła. Mamoresy, całkiem przecież konkretne górki, o tatrzańskich przewyższeniach, wyglądają przy nim jak małe niuńki. Na powyższym zdjęciu dobrze to widać – delikatna koronka szczytów zostaje nagle zdominowana przez wielki byczy grzbiet. Nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy na Benka. Oby przy pięknej pogodzie. Ostatnim razem nic z niego nie widziałam i nie było możliwości żeby poczuć się królem świata. Jakie te wszystkie góry muszą być z niego małe…



Na ostatnim planie Meall a’Bhuiridh, Buachaille Etive Mor, Aonach Eagach

Rejon szczytowy masywu jest bardzo interesujący. Tu skałki, tam stawek, gdzie indziej wypłaszczenie idealne na biwak; przewyższenia pomiędzy kolejnymi wierzchołkami niewielkie, cały czas wygodna ścieżka. Poniżej droga wspina się na Meall Garbh, zaś wzniesienie po prawej to Beinn nan Eachan:



Za efektownym, miniaturowym wierzchołkiem Meall Garbh grań na krótkim odcinku mocno się zwęża. Jest to najpiękniejszy fragment trasy, ponieważ mamy widoki na każdą stronę, nic nam ich nie zasłania, naokoło góry po horyzont. Prawie jak lot w powietrzu.

Ten odcinek jest niestety bardzo krótki, zaraz zaczynamy obniżać się na kolejną przełęcz. Na kilkunastu metrach ścieżkę poprowadzono po stromych skałkach, chyba dla urozmaicenia, bo jest to jedyne takie miejsce na całym zboczu:

Na Beinn Eachan zdecydowaliśmy o niekontynuowaniu wędrówki. Ostatni wierzchołek masywu, Creag na Caillich, jest najniżej położony, niezbyt wybitny a widoki z niego wzbogaciły by się co najwyżej o szczegółowszą panoramę Killin. Postanowiliśmy schodzić po swojemu, trawersując zbocza na rympał. I tu wkracza element nadprzyrodzony. Po przejściu kilkudziesięciu metrów w dół natknęliśmy się na uwięzioną między skałami owcę. Mogliśmy przechodzić 100, 30, 14, ba, nawet 5 metrów od tego miejsca i byśmy jej nie zauważyli (nie wydawała dźwięków). Ale wleźliśmy dosłownie na nią i okazało się to dla niej łaską opatrzności. Owca była w totalnej panice, miała krew na rogach, wyglądało na to że jakiś czas (nie bardzo długi – nie była jeszcze osłabiona) tam tkwi. Nie była w stanie się wycofać, ponieważ musiała by w tym celu unieść tylne nogi na skalny schodek, rzecz z pewnością do wykonania technicznie ale poza możliwościami owczego IQ. Cały czas rzucała się do przodu, co skutkowało jedynie dalszymi otarciami rogów.

Nie było opcji, żeby ją tak zostawić. Kiedy próby wypłoszenia się nie powiodły, Mariusz, ryzykując połamanie palców, wyciągnął opierające się zwierzę za rogi. Co ciekawe kiedy była już w powietrzu, zamarła w bezruchu, totalnie zrezygnowana. Za to kiedy Mariusz ją wypuścił, poleciała jak torpeda. Moja druga połowa musi sobie teraz załatwić wdzianko a’la superbohater z płaszczem i literką S na froncie, jak Sheepman. Sheepman The Highland Hero. Wybawca owiec. Cóż to by była za kreskówka, po prostu to widzę 😀

Jako bonus "King of the Hill", ulubiona zabawa małych owiec. Najlepsze jaja są, jak one się wzajemnie spychają z tych górek. A raz widziałam taką małą głupotę, co wskakiwała na pryzmę piachu, tyłem zeskakiwała i wskakiwała znowu, tak dobrze się bawiła. Po czymś takim człowiek już nigdy nie jest w stanie zjeść jagnięciny.

Trasa jest piękna, łatwa i nieforsowna. Spożywanie wiktuałów na zielonej trawce, z widokami na Ben Nevisa, Mamoresy, Trossachs, centralne i wschodnie Grampiany – bezcenne. Co tu gadać. Polecam.

Trasy zejściowej nie zaznaczam, bo nie wiem jak – była kompletnie freestylowa.
Zdjęcia: >>LINK<<

Ben Vorlich i Stuc a’Chroin

Nr 35, Ben Vorlich i nr 36, Stuc a’Chroin

Wymowa: ben worlih; stuk a krojn

Znaczenie nazwy: hill of the bay; w zależności od źródła peak of danger/peak of the sheepfold (jak zwykle, WTF?)

Wysokość:
985m n.p.m.; 975m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 165.; 182.

Data wejścia: 22.05.2009

Ben Vorlichy są dwa, ten drugi nad Loch Lomond. Nasz BV kusił nas o tyle, że razem z sąsiadem Stuc a’Chroin stanowią bardzo charakterystyczny element panoramy widzianej z Pasa Centralnego. Jedynie Ben Lomond jest wysunięty bardziej na południe. Ben Vorlich i Stuc a’Chroin to forpoczta Highlandu (administracyjny Highland zaczyna się na północnych stokach Glencoe, ale dla mnie granicą jest Callander), morze szczytów otwiera się dopiero za nimi, one są jeszcze jedną nogą w Lowlands. Vorlicha z kuplem widać nawet z naszej okolicy, tylko trzeba znaleźć odpowiednio wysoki punkt (najdalszym munrosem którego zlokalizowałam z rejonu Livingston jest Ben More).
Jadąc z południa, mijamy Callander i przed miejscowością Lochearnhead skręcamy na mikrą ścieżkę biegnącą wzdłuż południowego brzegu Loch Earn. Ścieżka jest naprawdę mini-mini, z mijankami.

Droga rozpoczyna się nieopodal Ardvorlich House, który jest uwzględniony w atlasach i na mapach, AFAIR są też stosowne drogowskazy, więc ciężko przegapić. Etapem pierwszym będzie marsz przez Glen Vorlich – z jej zarania góra prezentuje się tak:

Do pewnego momentu szlak trawersuje ramię góry, by w końcu się na nie wbić i dalej już w jedynym oczywistym kierunku. Wejście jest szybkie i banalne (nam marsz od wylotu Glen Vorlich na szczyt zajął 2h, a bynajmniej się nam nie spieszyło). Ben Vorlich to bez żadnych wątpliwości jeden z łatwiejszych i mniej forsownych munros w ogóle.

Ostatnie podejście:

Najbardziej liczyłam na widoki na Lowlands, a konkretnie chciałam wypatrzeć Livingston, Edynburg i Pentland Hills. Niestety widoczność na tę stronę nie była najlepsza, chociaż Highlands za naszymi plecami lansowały się bezwstydnie, pozwalając sięgać wzrokiem po początki Glencoe i ośnieżone Cairngormsy. Pierwszy raz człowiek poszedł hillwalkingować nie dla widoku gór, to szkocka pogoda i tak go wydymała. Takie rzeczy, to tylko tu.

Z Vorlicha na Stuca nie jest daleko:

Najpierw obniżamy się na głęboką przełęcz, potem mamy odcinek praktycznie po płaskim, by osiągnąć podnóże stromej formacji – jakby boulderów poprzerastanych trawnikami – tędy po prawej stronie biegnie stroma ścieżka, wyprowadzająca w ekspresowym tempie w rejon szczytu.


Po lewej ledwo widoczny zarys Ochil Hills, za nim jasna plama zatoki Forth, po drugiej stronie której leży Edynburg

Na tym stromszym fragmencie rozpadał się grad i zrobiła się taka ślizgawica, że w tym łatwym przecież terenie uważaliśmy na każdy krok. Przy okazji gdzieś w tym rejonie potwierdziło się Pierwsze Prawo Vespy: jeżeli na ścieżce znajduje się dziura (to prawo, w nieco zmienionej formie, dotyczy też kałuż), opcjonalnie uformowana pod takim kątem że nawet celowo byłoby ciężko włożyć do niej nogę, Vespa wpadnie w nią bez pudła.

Loch Earn, a przyprószone dalekie góry po prawej to już początek Cairngorsmsów:



Grupa Ben Lawersa – Meall Corranaich, Beinn Ghlas i sam Lawers
:

Vorlich ze Stuca:

Beinn Tulaichean, Stob Binnein oraz Ben More; na prawo od tego ostatniego, na ostatnim planie prawdopodobnie zarys Creise:

Trossachs i Arrochar Alps, z widocznymi Ben Lomondem i Cobblerem, kry niestety przy tym rozmiarze zdjęcia jest praktycznie nie do rozpoznania:

Ze Stuca schodziliśmy tą samą drogą do przełęczy, skąd można wydeptaną, wygodną ścieżką strawersować Ben Vorlicha – ścieżka łączy się ze szlakiem dojściowym w Glen Vorlich, tuż przed miejscem gdzie podchodzący zaczynają się wbijać do góry.

Wycieczka na oba munrosy generuje same zalety. Przede wszystkim, bliskość z Pasa Centralnego – z Edynburga niewiele ponad godzinę. Zdecydowanie nie trzeba wstawać o czwartej. Ponadto: łatwość, nieforsowność i ogólny lajt przy jednoczesnej znacznej widowiskowości. Po wrażenia i hardkory jeździ się do Torridonu czy na Skye, a na sympatyczny spacer kondycyjny polecam właśnie Ben Vorlicha z sąsiadem. Mnie osobiście urzekło zestawienie dwóch kompletnie różnych światów – z jednej strony swojskie (ok, słabo widoczne, ale widziałam gdzie patrzeć) rejony, które kojarzą mi się z pracą i życiem codziennym, a w przeciwnym kierunku dalekie zarysy miejsc, które są dla mnie odskocznią i relaksem. Przecież odległość między nimi nie jest duża, skoro można je ogarnąć wzrokiem stając na górze. A jednak to dwa zupełnie różne światy.

Na deser zameczek nad Loch Earn:

Przebieg zielonego trawersu może się minimalnie różnić:

Całość: >>LINK<<

Creag Leacach i Glas Maol


Nr 33, Creag Leacach i nr 34, Glas Maol

Wymowa: kreg lehtah; glasz mul

Znaczenie nazwy: slabby crag; grey-green hill*

Wysokość:
987m n.p.m.; 1068m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 159.; 69.

Data wejścia: 8.05.2009

Poprzednia trasa spodobała nam się na tyle, że tym razem wybraliśmy się o rzut beretem.
Do Glen Shee kierujemy się drogą A93 (my jechaliśmy z południa, przez Perth i Blairgowrie). Jest tam sporo munros
ów, a w północnej części doliny zaczyna się już Cairngorms National Park. Ambitny plan zakładał zrobienie – tak jak poleca przewodnik McNeisha – sześciu munros, co nie jest takim wyzwaniem, jak by się mogło wydawać, bo trasa jest owszem długa, ale już pisałam o specyfice łażenia po płaskowyżach. Niestety pogoda pozwoliła nam zrealizować jedną trzecią planu, to jest Creag Leacach i Glas Maol.
Początek trasy na pierwszym w dolinie parkingu, po prawej stronie, za Spittal of Glenshee. Początkowo droga jest wyraźna. Po przekroczeniu strumienia porzucamy ją i zaczynamy wspinać się dość łagodnym zboczem na grzbiet (dostałam opieprz od Mariusza że zbytnio szafuję słowem "grań", co wzięło mi się od obcowania z lokalną g
órską literaturą, gdzie ridge to i grań sensu stricto, i grzbiet, i żebro), którym na nieodległy szczyt Creag Leacach.

Podchodzenie zboczem:

Droga A93, na zdjęciu na wysokości 670m n.p.m.:

Na pierwszym munro pogodę mieliśmy fatalną, wiało tak, że co chwila wiatr mnie przesuwał i ku uciesze Mariusza zatrzymywałam się każdorazowo na murku nawigacyjnym. Poniżej tenże murek biegnący w kierunku Glas Maol:

Jakkolwiek wiatr nie raczył ustać ani na moment, zmieniał jedynie natężenie, przynajmniej chmury sobie poszły. Widoki były niesamowite. Tundra. Zero drzew, nawet w dolinkach. Zero wiosny, która zaczęła już nieśmiało docierać do West Highlands. O tym, jak taki krajobraz na mnie działa, mogłabym napisać dużo, ale boję się, że popłynę i zacznę – jak mawia moja druga połowa – górnolotnie popierdalać.

Na Glas Maol kawałek się idzie, ale głównie o, po takiej Nizinie Mazowieckiej jak na Driesha:

W tle grzbiet, ktorym się wbijamy i Creag Leacach

Wiatr i dość późna pora były czynnikami które zdecydowały o niekontynuowaniu sześciomunrosówki. Z Glas Maol schodzi się nadzwyczaj wygodną tj. szeroką, bitą ścieżką – ze względu na obecność wyciągu w sezonie jest zapewne bardzo uczęszczana, stąd ta wygoda – z powrotem na szosę, skąd jakieś 2km do samochodu.

Poniżej zbocze wyprowadzające na Creag Leacach:

Pora za późna na kontynuowanie łażenia nie była za późną na zwiedzanie na czterech kołach. Wracaliśmy okrężną drogą, przez Cairngorms National Park. Kilka zdjęć:

A tu te właściwe Cairngormsy, te najwyższe. Drogi jezdne omijają je z dala, i bardzo dobrze.

Piękny rejon, wymarzony (tak wiem wspominałam) do włóczęg z namiotem. Już niedługo…

* pisownia w gaelic pozostaje dla mnie zagadką – w taki sam sposób tłumaczona jest nazwa Beinn Ghlas. O ile zgaduję że beinn i maol oznaczają różne typy gór, zapewne nieprzetłumaczalne (Eskimosi mają jakąś kosmiczną liczbę rodzajów śniegu, to Szkoci mogą mieć rodzaje gór), o tyle czemu raz jest ghlas, a raz glas, nie potrafię ogarnąć. W highlandzkim nazewnictwie takie różnice w pisowni zdarzają się nagminnie i czasem naprawdę żałuję, że nie wiem nic o gaelic.