Zawrat i Świnica

Po wycieczkach pod hasłem "Zapoznajemy się z topografią Tatr" w Tatry Zachodnie i Wysokie, przyszła kolej na coś trudniejszego. I tu idealny wydał mi się Zawrat ze Świnicą, które testowałam już kilkakrotnie i wiedziałam, że nie będę tam mieć problemów – kwestia ambicjonalna, nie odważyłabym się pełnić roli przewodnika na szlaku, co do którego nie jestem pewna, czy sobie poradzę. Teraz, kiedy już M. złapał bakcyla, możemy razem porywać się na największe hardkory, ponieważ startujemy z tej samej pozycji. Ale na tym pierwszym wyjeździe imponowanie pewnością siebie i znajomością terenu było dla mnie bardzo istotne;)

Na Zawrat można wejść na dwa sposoby: długim ale łatwym, "chodnikowym" szlakiem od Pięciu Stawów bądź znacznie krótszym, ze sztucznymi ułatwieniami, stromym podejściem z Doliny Gąsienicowej.

Do Gąsienicowej można dostać się na kilka sposobów, z których każdy jest żmudny. Stosunkowo najmniej męczący, choć nieprzyjemny (wystające kamienie), nudny (9 km lasami) i długi (jw.) jest szlak przez Dolinę Suchej Wody, zaczynający się nieopodal leśniczówki Brzeziny, niedaleko wjazdu z drogi Oswalda Balzera na Murzasichle. Dla nas miał on jednakowoż pewien walor: nie trzeba było jechać do Zakopanego i stamtąd podchodzić przez regle, wystarczyło złapać stopa na Balcerku – prędzej czy później zawsze ktoś sympatyczny się zatrzyma.

Dolina Suchej Wody (znaki czarne) wyprowadza, po dwóch dłużących się w nieskończoność godzinach, do Doliny Gąsienicowej. Kolejne słynne miejsce, kolejne panoramy, ściany Orlej Grani naokoło, widzieliśmy akcję śmigłowca itp. – ja jednakowoż postanowiłam skupić się na samym gęstym, czyli na podejściu pod Zawrat i, w dalszej kolejności, na Świnicę.

Przez dolinę prowadzi wygodny chodnik, którym wspinamy się najpierw na wysokość Czarnego Stawu Gąsienicowego, a następnie Zmarzłego Stawu, od którego zaczyna się już bezpośrednie podchodzenie na przełęcz. Od schroniska Murowaniec (polecam żurek, odradzam pierogi – porcja jak dla dziecka) cały czas idziemy szlakiem niebieskim, na którym panuje ruch jak na nie przymierzając szosie na Morskie. Staje się jasne, dlaczego to właśnie Zawrat ma swoim koncie rekordową w rejonie Orlej ilość ofiar śmiertelnych, to jest 17 (wg przewodnika Orla Perć Dariusza Dyląga, wydanego w 2006), pomimo iż pobliskie szlaki przez Kozią Przełęcz czy Żleb Kulczyńskiego są bardziej karkołomne. Zawrat jest znany i popularny, toteż generuje naprawdę potężny ruch, a skutki są łatwe do przewidzenia.

Tak przedstawia się przełęcz ze ścieżki trochę powyżej Zmarzłego Stawu. Szlak jest zarysowany w kształcie odwróconego S. Stosunkowo łatwo wypatrzeć ludzi:

Zanim wejdziemy w teren skalny, wędrujemy typowym tatrzańskim chodnikiem. Odcinek w skałach jest stosunkowo krótki, odcinek z ułatwieniami jeszcze krótszy. "Samo gęste" to zaledwie kilkadziesiąt metrów.

Szlak wreszcie wchodzi w skały, ale na ułatwienia jeszcze za wcześnie, póki co idzie się jak po schodach:

Wreszcie zaczynamy wspinaczkę. Dzięki łańcuchom i klamrom jest stosunkowo prosta – owszem, trzeba się tu i ówdzie podciągnąć czy chwilę zastanowić, gdzie postawić nogę, ale nie jest to przejście na którym można by utknąć na skutek samych trudności technicznych, jeśli ktoś poza tym się nie boi i jest przeciętnie sprawny fizycznie. Pech może się oczywiście przytrafić zawsze i każdemu, i nie chcę powiedzieć, że Zawrat jest banalny. Ale hardkorowy też nie.

Ekspozycja momentami jest spora, ale łańcuch w dłoniach dodaje pewności siebie. Prawdziwym problemem mogą się okazać ludzie. Jedni napierają z tyłu, inni złażą, trzeba robić nie zawsze bezpieczne mijanki. Co prawda zwykle wszyscy są uprzejmi i nie popędzają się wzajemnie, ale jest jednak presja, żeby nie odpoczywać za długo w jednym miejscu.

To już odcinek końcowy, niewielki a fotogeniczny kominek, po pokonaniu którego kończą się ułatwienia i ostatni fragment ścieżki wyprowadza na przełęcz:

Ostatnie kroki w kominku:

Przełęcz wznosi się na wysokości 2159m n.p.m. Widok oczywiście jest piękny, ale nie umywa się do panoramy z Krzyżnego. Sława Zawratu ma najwyraźniej związek z trudnościami wejścia. Na zdjęciu poniżej widać między innymi Szpiglasowy Wierch i Przełęcz, tę ostatnią centralnie pod płatem śniegu pod Cubryną:

Od Zawratu nominalnie zaczyna się Orla Perć. Tu widok na jej początkowe partie, jeszcze przed trudnościami:

Czerwony szlak na Świnicę początkowo zbiega w dół żwirową ścieżką. Będziemy iść wzdłuż jej potężnego ramienia, stopniowo się wznosząc. Aż do wierzchołka idziemy trawersem, dlatego przez cały czas (lekko upraszczając) po prawej ręce będzie ściana, po lewej przepaść, co niekoniecznie jest widoczne na wszystkich zdjęciach. Ekspozycja jest tam jednak naprawdę spora, przy czym szlak nie jest trudny technicznie, na pewno łatwiejszy od Zawratu. Część łańcuchów w dobrych warunkach pogodowych ma znaczenie czysto psychologiczne.

Najbardziej eksponowany odcinek, bezpośrednio nad przepaścią. Bez trudności, ale nie daj Bóg się tu potknąć czy pośliznąć:

Jedyne trudniejsze miejsce, 20-metrowa ścianka z drabinką z klamer w górnej części:

W momentach trudniejszych, kiedy już zaczynamy się bać, należy się zastanowić: co czułbym, gdyby ten fragment ścieżki znajdował się kilka metrów nad ziemią? Czy też uznałbym go za tak ciężki? Czy tym, co mnie przeraża, jest skała przede mną czy 300 metrów za moimi plecami? W większości przypadków po prostu paraliżuje nas ekspozycja, a po uczciwym zastanowieniu faktyczne trudności techniczne okazują się znacznie mniejsze, niż się wydawało. Grunt to zapomnieć o tych kilkuset metrach w dole. Szlak na Świnicę należy do tych, co do których odpowiedź na to wewnętrzne pytanie brzmi: można wejść z palcem w…

Na znacznej części trasy ułatwień nie potrzeba, idziemy zwykłą ścieżką, tyle że wąską i eksponowaną:

Pierwszy widok na wierzchołek Świnicy:

A to już fragment panoramy ze szczytu, położonego 2301m n.p.m. Szczyt jest średnio obszerny, ale kilkanaścioro ludzi spokojnie się zmieści. Słyszałam o osobach, które (z łatwym do przewidzenia rezultatem) próbowały stamtąd schodzić do Gąsienicowej, bo podobno wydaje się to proste. No nie wiem, jak dla mnie to tam naokoło jest na masę przepaściście.

Na pierwszym planie Kaspro, dalej Czerwone Wierchy, po prawej Giewont

Widok na Dolinę Gąsienicową z Murowańcem, Zakopane, Podhale i Beskidy

Zejście w kierunku Kasprowego jest proste, łańcuchy tylko na fragmencie. Tym razem nie trawersujemy, a idziemy prosto w dół, więc ten odcinek pokonuje się szybciej niż wejściowy. Schodzimy na Świnicką Przełęcz, skąd można bądź bezpośrednio zejść do Doliny Gąsienicowej, bądź udać się granią na Kaspro czy nawet dalej, na Czerwone Wierchy. Na całej długości drogi kilka szlaków zejściowych.

Trasa dostaje ode mnie mocne ***, Zawrat nawet ***/****. Nie polecam jedynie osobom wrażliwym na ekspozycję. Co do sprawności, nadnaturalna nie jest bynajmniej wymagana, co nie znaczy że nie należy być ostrożnym. Jest skąd zlecieć i to w bardzo łatwy sposób. Przy czym w dobrych warunkach pogodowych, bez niepotrzebnego brawurowania, tylko prawdziwy pech może zagrozić naszemu bezpieczeństwu. Polecam tym, którzy boją się uderzać na Orlą i chcieli by wcześniej mieć przedsmak, jak tam jest. Szlak nie jest porażająco trudny, ale w klimat niewątpliwie wprowadza.

Przez Szpiglasową Przełęcz

Po Tatrach Zachodnich przyszła kolej na Wysokie. Nie chciałam na początek wybierać jakichś hardkorów, bardziej zależało mi żeby pokazać M., jak to wszystko w ogóle wygląda. Trasa przez Szpiglasową jest idealna: po drodze podwójna klasyka, czyli doliny Pięciu Stawów i Rybiego Potoku; szlak w górnej części z ułatwieniami, czy niezbędnymi, trudno powiedzieć, ale pozwala zobaczyć, jak to jest na tych straszliwych łańcuchach. Słowem, niebywałe walory edukacyjne:D

Tym razem nie trzeba było brać busa. Bezpośrednio z Małego Cichego pomaszerowaliśmy do celu, pokonując 2km drogi leśnej i kolejne dwa szosy, żeby w ogóle dostać się do parku. Doliną Filipką (mój masta pan Nyka podaje, że poprawna jest właśnie taka forma, a nie doliną Filipka, a ja panu Nyce wierzę we wszystko, z wyjątkiem jego ocen trudności szlaków, bo zdarza mu się IMO przesadzać w obie strony… Ale o tym kiedy indziej, w każdym razie niech będzie, że Filipką), szlakiem niebieskim, pomaszerowaliśmy w kierunku Rusinowej Polany. Szlak jest sympatyczny, nachylenie akurat takie, żeby się bezboleśnie rozchodzić, można sobie przysiąść na licznych ławeczkach ustawionych dla ludności zmierzającej do kościółka na Wiktorówkach. Gdzieniegdzie do drzew poprzybijane krzyże, Matki Boskie; ludzi zawsze się trochę spotka, bardzo często mocno starsze osoby – no nie jest to jednym słowem typowy tatrzański szlak. No więc tą Filipką a później Złotą idzie się jakieś pół godziny, by po drewnianych, strasznie długich stopniach które niby ułatwiają wchodzenie, ale ja ich nienawidzę, wbić się na wysokość kościółka.

Tu o samym kościele, są też zdjęcia. Najciekawsze jest jednak to, co obok: na kamiennym murku kilkanaście tabliczek upamiętniających osoby, które zginęły w górach. Obok Everestów, Eigerów i niewymawialnych skandynawskich lodowców znajome nazwy: Kozia Przełęcz, Kozi Wierch, Lodowy.

Do Rusinowej Polany jest stąd już bardzo blisko, a widok stamtąd tradycyjnie wlecze, wymiata, wbija z głową w murawę oraz uzależnia.

M.in. Gerlach (po lewej), Batyżowiecki, Ganek, Młynarz, Wysoka oraz Rysy (po prawej, w chmurce)

Z Rusinowej, która ze względu na pejzaż jest moim drugim obok Krzyżnego ulubionym miejscem w Tatrach, poszliśmy mało uczęszczanym czarnym, a w dalszej kolejności czerwonym szlakiem. Jak zwykle się tu bałam, ponieważ trasa trawersuje zbocze Wołoszyna, jedno z najbardziej niedźwiedziowatych miejsc w Tatrach (misie mają tu swoje stałe gawry). Droga jest kręta i na wielu odcinkach nie widać, co znajduje się za zakrętem: właśnie w takiej scenerii znajoma znajomej dosłownie wjechała kiedyś niedźwiedziowi w dupsko. Nic jej nie zrobił, bo niedźwiadki bez uprzednich złych doświadczeń z ludźmi nie są agresywne, ale sama myśl, że mogę się w podobnej sytuacji znaleźć, niezależnie od konsekwencji, nie jest mi miła, zwłaszcza jak sobie coś wcześniej nawkręcam.

Od Rusinowej do kolejnego punktu zwrotnego, tj. szosy na Morskie, idzie się (niespiesznie) niecałą godzinę. Szlak biegnie lasem, jest malowniczy i tłumów raczej się na nim nie spotyka. Na fotce poniżej widać, że tegoroczne lato musiało być wyjątkowo suche: potoki, przez które w co bardziej mokrych sezonach przeprawiało się w akrobacjach, w tym roku… zniknęły.

Rozstaj dróg znajduje się za maleńką Polaną pod Wołoszynem, miejscu o tyle interesującym, że tu kończyła się Orla Perć w czasach, kiedy jeszcze prowadziła przez Wołoszyn.

Na "czerwonej" połowie szlaku prześwity pozwalają podziwiać lekko przesuniętą panoramę z Rusinowej (fotka niżej). Idziemy zboczem ponad szosą na Morskie, na tym fragmencie słychać już daleki stukot kopyt i turkot bryczek, co mnie zawsze w moich niedźwiedziowych lękach pocieszało.

Szlak sprowadza prosto na szosę. Z leśnej, jak na ten rejon odludnej ścieżki wychodzimy na Krupówki. Lud miast i wsi maszeruje do najsłynniejszego jeziora Tatr. Lans, słynne japonki i torebeczki przez ramię faktycznie się zdarzają. Nie powinnam być złośliwa, bo to w końcu szosa i można dojść bezpiecznie (choć masochistycznie) nawet w szpilkach. Z drugiej strony TOPR regularnie ściąga ze ścian osoby nieodpowiednio ubrane i obute – i jak patrzę na te panienki z drogi na Moko, ogarnia mnie zgroza na myśl, co by było gdyby przyszła im ochota na pójście gdzieś indziej. Nie chce mi się wierzyć, że mają w bagażu górski obuw.

Odcinek szosą jest na szczęście krótki. Tuż za wodogrzmotami Mickiewicza (efektowne, ale moim zdaniem nieco przereklamowane) odbija zielony szlak przez Dolinę Roztoki. Z początku stromy, szybko łagodnieje i systemem lekka górka – lekki dołek – płasko idziemy lasami, kilkakrotnie przekraczając Potok Roztokę. Widoki zaczynają się dopiero, gdy wychodzimy z lasu i zaczynamy podchodzić pod ścianę stawiarską (próg, którym obrywa się do Roztoki Pięć Stawów). Potężny masyw Wołoszyna i wyraźnie widoczny, dłuuuugiiii i z tej perspektywy szalenie karkołomny (co jest nieprawdą, ale perspektywa zmienia wiele), pełen ludzi szlak na Krzyżne robią wrażenie.

Przy kolejnym rozstaju decyzja: czarnym, krótszym, ale bardziej stromym szlakiem, pełnym zakosów, prosto w górę – wychodzi się przy schronisku – czy zielonym, nieco łagodniejszym ale dłuższym, koło jednej z atrakcji Tatr, Wielkiej Siklawy, spadającej ok. 70m wysokości ze ściany stawiarskiej. Ja polecam czarny, bo zielony wychodzi na Pięciu jakiś kwadrans drogi za schroniskiem, a za dobry dają tam żurek i szarlotkę żeby dać sobie spokój. Po drugie, samą siklawą też się nie zachwycam:

Typ wbił się nam w kadr, ale zostawiłam jego łeb celowo, bo pomaga uzmysłowić sobie skalę. Wodospad faktycznie jest wysoki, ale… no jak zachwyca, jak nie zachwyca. Znaczy oczywiście bardzo ładne miejsce, ale nie wiem czemu uważane jest za jedną z głównych atrakcji Tatr Polskich. Stawy Piątki w pogodny dzień robią dużo większe wrażenie:

Na pierwszym planie Wielki, dalej Przedni Staw. Schronisko jest schowane, widać za to szlak przez Świstówkę Roztocką do Doliny Rybiego Potoku (bardzo po lewej)

W tle Szpiglasowy Wierch i Liptowskie Mury

Dolina Pięciu Stawów to jedno z najbardziej ruchliwych miejsc w Tatrach – odchodzą stąd liczne szlaki w rejon Orlej bądź, z drugiej strony, w kierunku Morskiego Oka. Jednak wysokogórskie położenie doliny sprawia, że atmosfera w moim ulubionym schronisku jest inna niż na Moku czy nawet na Kondratowej: tu już panien w klapkach i młodzieńców, którzy trafili tu tylko po to żeby się uraczyć browarem, raczej nie uświadczysz. Nie chciało by im się podchodzić.

Ze schroniska idziemy za znakami niebieskimi, później wyprowadzającymi na Zawrat – my skręcamy wkrótce na szlak żółty, biegnący już bezpośrednio na Szpiglasową Przełęcz.

Miedziane, Szpiglasowa Przełęcz, Szpiglasowy Wierch, Niżni Kostur

Początkowo podchodzimy klasycznym chodniczkiem. Szlak nie jest szczególnie męczący, idzie trawersami, większa stromizna pojawia się dopiero na końcowym odcinku, tuż przed ułatwieniami, gdzie na domiar złego dochodzi żwirek. Na szczęście męka nie trwa długo, wkrótce wchodzimy w skały.

Samo wejście na przełęcz jest bardzo łatwe. Łańcuchy w kilku miejscach, zwłaszcza na końcowym odcinku, są z pozoru zupełnie zbędne i rozwieszone siłą rozpędu – acz domyślam się, że inaczej to wygląda np. przy oblodzeniu. We fragmencie początkowym faktycznie ułatwiają, ale nie jako coś nieodzownego, raczej jako rozsądny reduktor niepotrzebnego ryzyka – tu z kolei w złych warunkach pogodowych mogłyby się pewnie okazać niezbędne. Jak dotąd przechodziłam przez Szpiglasową dwukrotnie, oba razy przy pięknej pogodzie, i w takich idealnych warunkach wejście nie nastręcza żadnych trudności, a żelastwa wydaje się być za dużo.

Widok ze Szpiglasowej Przełęczy w kierunku Doliny Pięciu Stawów – nad otoczeniem dominuje Świnica. Widać (od prawej do lewej) fragment Wielkiego, Czarny i Zadni Staw, ten ostatni pod samą Świnicą

Z przełęczy (2114m n.p.m.) na szczyt Szpiglasowego Wierchu (2172m n.p.m.) jest dosłownie moment, a widok zupełnie się zmienia: panorama wzbogaca się o kierunek zachodni. Najbardziej spektakularnie prezentuje się monumentalna bryła Hrubego Wierchu, opadającego obłędną ścianą do Doliny Hlińskiej. Zza grani wystaje czubek Krywania, w dole, w Dolinie Piarżystej połyskuje Niżni Staw Ciemnosmreczyński, wyglądający jak kałuża płynnego metalu:

Widok ze Szpiglasowego Wierchu na południowy wschód: Niżne Rysy, Rysy, Wysoka, Mięguszowieckie Szczyty i Cubryna

Tatry Zachodnie

Z przełęczy zbiega Ceprostrada, którą to wdzięczną nazwą ochrzczono kosmicznie długi chodnik prowadzący do samego schroniska nad Morskim Okiem. Widoki ze szlaku na najpiękniejszą dolinę polskiej części Tatr (a może i całych Tatr) oczywiście wloką, ale… On też się strasznie wlecze:) Poważnie, zejście jest tak długie dlatego że Dolina Rybiego Potoku jest dosyć nisko położona (schronisko bądź tafla Moka, w tej chwili nie pamiętam, znajduje się na wysokości 1395m n.p.m., dla porównania Piątka to o 300 więcej), za to otoczona przez najwyższe po naszej stronie Tatr ściany.

Widok z górnych partii Ceprostrady na Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami

Mnich jest maleńki, ale to prawdziwy kozak:

Samo Morskie to czysta poezja i ono zdecydowanie przereklamowane nie jest. Kontrast pogodnego otoczenia jeziora, które leży sporo poniżej górnej granicy lasu, z poszarpanymi ogromnymi ścianami, sama wielkość akwenu, budzący respekt Mięguszowiecki, którego szczyt znajduje się ponad kilometr nad jego powierzchnią – to sprawia, że Morskie Oko jest tak piękne i, niestety, tak popularne. W pogodny letni dzień koczują tam dosłownie tłumy. Nie mam nic przeciwko normalnym turystom, do których sama się zaliczam, ale niestety jest tam też pełno zachlajmordów, śmiecących małolatów i wrzeszczących dzieciaków – generalnie wyobraźcie sobie typowy festyn. Sceneria nieklasyczna, ale klimat ten sam.

Tutaj można dostrzec te dzikie hordy, nieco już przerzedzone, jako że pora była późnawa:

Potem jeszcze tylko 8 km na Polanę Palenicę, skąd odjeżdżają busy, i finito. Jeśli ktoś naprawdę złapie kryzys może skorzystać z bryczki – postój bryczek znajduje się na Polanie Włosienicy, może z kilometr od schroniska. Kiedyś bardzo współczułam biednym koniom, ale w ostatniej edycji swojego przewodnika pan Nyka zapewnia, że po licznych protestach ta sama para koni obecnie może pokonywać tę trasę tylko dwa razy dziennie, a co do nakazu zabierania nie więcej niż 15 dorosłych osób naraz, to sama widziałam, że jest przestrzegany. Także dla bryczki realnych przeciwwskazań nie ma, chociaż mnie osobiście jest jakoś głupio.

Szlak jest długi, ale można go wydatnie skrócić jeśli dysponuje się samochodem: zaparkować na Palenicy, stamtąd szosą, potem Wodogrzmoty, Roztoka i wiadomo. Przy tym wariancie rezygnuje się jednak z Rusinowej, więc jeśli ktoś go wybierze, niech koniecznie odwiedzi ją kiedy indziej. Widok z Rusinowej po prostu TRZEBA zobaczyć.

Trasa nie jest trudna. Wejście na przełęcz, pomimo paraliżującego wielu słowa "łańcuchy", w dobrych warunkach pogodowych – kiedy nie ma oblodzeń, śniegu ani deszczu – jest bardzo proste, jakie w gorszych spekulować nie będę, bo nie chcę tworzyć bajek. Po drodze dwie cudowne doliny i dwa schroniska, na większości szlaku jest woda.

Polecam i gwarantuję pełną satysfakcję.

Granicznym grzbietem Tatr Zachodnich

Szlak przez Grzesia – Wołowiec – Łopatę – Jarząbczy Wierch – Kończystą nad Jarząbczą – Trzydniowiański Wierch

Ponieważ mój M. nigdy wcześniej nie był w Tatrach (a przynajmniej nie na poważnie, sylwestry na Gubałówce czy kolejka na Kaspro się nie liczą), tegoroczne wycieczki starałam się dobrać tak, żeby w krótkim czasie mógł wyrobić sobie najszersze i najpełniejsze jak to możliwe pojęcie o tych górach. Coś z Tatr Zachodnich, coś z Wysokich, na finał jakiś trudniejszy szlak. W Zachodnich padło na grań główną ze względu na długość i widowiskowość drogi.

Będąc w Tatrach kwateruję w Małym Cichym, kilkanaście km na wschód od Zakopanego. Jest to niezły punkt wypadowy w Tatry Wysokie (1h pieszo do Rusinowej Polany, 3h do Morskiego Oka, z szosy biegnącej przez wieś pięknie widać Gerlach), za to żeby dostać się w część zachodnią trzeba jechać najpierw do Zakopanego, a tam pod barem FIS łapać busa, w tym wypadku do doliny Chochołowskiej. Nie jest to jakiś wielki problem, bo jak już się do tego Zakopca dotelepie, to busy odjeżdżają praktycznie non stop, ale jednak trochę czasu się traci. A że zaraz potem czeka nas długa i nudna droga przez dolinę Chochołowską, cierpliwość człowieka rwącego się do wspinaczki i widoków zostaje wystawiona na pewną próbę. Inna rzecz, że warto.

Chochołowską uważam za miejsce mało ciekawe. W Kościeliskiej, którą też się szczególnie nie zachwycam, są przynajmniej surprajsy typu Wąwóz Kraków czy Smreczyński Staw. Chochołowska jest w większości monotonna jak dupa węża. I o ile skorzystanie z konnej "kolejki" uważam, jeśli nie jest się emerytem / rencistą / dzieckiem / kobietą w ciąży za pewien przypał, o tyle już rower wypożyczyć warto. Kosztuje to tylko parę złotych, a pozwala zaoszczędzić czas. Na końcowym odcinku droga robi się dość niesympatyczna dla mniej wprawnego cyklisty (asfalt przechodzi w kamienie), ale tuż przed tym momentem jest możliwość oddania roweru, więc przez trzy czwarte trasy można sobie ułatwić życie.

Dopiero od Polany Chochołowskiej zaczynają się widoki:

Wołowiec, Rakoń i grzbiet Długiego Upłazu 

Schronisko Chochołowskie jest sympatyczne i podają tam rewelacyjną kawę z lodami i bitą śmietaną. I wreszcie – za schroniskiem zaczyna się nasza właściwa trasa. Można zacząć wchodzić.

Żółty szlak na Grzesia wznosi się z początku prosto w górę, by w połowie drogi na szczyt (po jakichś 30-40 min.) zacząć łagodnie trawersować stok. Idziemy lasem, prześwity w górnej części dają przedsmak widoków, które zobaczymy na górze. Po kolejnych 20 min. wychodzimy na łagodny, szeroki grzbiet porośnięty kosówką. Z tyłu mamy bryłę Bobrowca, po lewej piękny widok na grań, którą będzie biegła nasza trasa, po prawej Beskidy z Babią Górą. Kiedy wreszcie stajemy na Grzesiu (w sumie tak po 1 – 1.20h od schroniska, ale jestem pewna że można zrobić to szybciej – my byliśmy po baaardzo ciężkim weekendzie i szło się nam na tym pierwszym odcinku średniawo) i ukazują się słowackie Tatry Zachodnie, staje się jasne dlaczego ten niewybitny (1653m n.p.m.) szczycik jest tak licznie odwiedzany i rekomendowany w przewodnikach. Panorama z Grzesia jest naprawdę piękna. 

Widok na grań, którą biegnie nasz szlak: grzbiet Długiego Upłazu, Rakoń, Wołowiec oraz Łopata. W tle wystają szczyty Rohacza Ostrego i Płaczliwego

Słowackie Tatry Zachodnie: Trzy Kopy, Hruba Kopa, Banówka, Pachola, Spalona, Salatyński Wierch, Brestowa (wszystkie nazwy w wersji polskiej, słowacka często się różni, czasem znacznie)

Od Grzesia trasa (do Wołowca znaki niebieskie) już do końca wiedzie granią. Z początku idziemy względnie płaskim grzbietem Długiego Upłazu, by osiągnąć najbardziej wyodrębniony punkt na grani, Rakoń (1879m n.p.m.). Stąd jest już bardzo blisko na szczyt Wołowca, drugi w kolejności najwyższy punkt na trasie (2063m n.p.m. Punktem pierwszym jest wyższy o 174m Jarząbczy Wierch). Z przełęczy pomiędzy Rakoniem a Wołowcem schodzi zielony szlak do Chochołowskiej.

Wołowiec, Łopata i Jarząbczy z Rakonia

Tatry Wysokie z Rakonia

Podejście na Wołowiec jest trochę męczące, ale krótkie (40 min.?). Z wierzchołka najefektowniej przedstawiają się szczyty Rohaczy:

Rohacz Ostry i Rohacz Płaczliwy

Rohacz Ostry to prawdziwy wariat:))) Nie imponuje wysokością (2072m n.p.m.), ale ma jedyną w swoim rodzaju sylwetkę. Przykład góry z charakterem. Szlak, podobno trudny, co zresztą widać gołym okiem, będziemy testować w przyszłym roku. Na zdjęciu poniżej można dostrzec ludzi rozsianych od przełęczy aż po szczyt – przemieszczali się bardzo wolno, widać było że w wielu miejscach tworzą się zatory:

Rohackie Stawy

Szlak biegnie przez Łopatę, Jarząbczy i Kończystą. Za Jarząbczym widoczna Raczkowa Czuba, po lewej od niego Bystra (na dalszym planie) i Starorobociański

Grań pomiędzy Wołowcem a Niską Przełęczą (która oddziela Łopatę od Jarząbczego Wierchu; znaki od Woło aż do Kończystej czerwone) to najciekawszy odcinek trasy. Wąska, poszarpana, momentami przepaścista, a jednak nie nastręczająca żadnych trudności – piękne górskie widoki i pełny relaks:) Sam mało efektowny wierzchołek Łopaty szlak omija, dzięki czemu tworzy się spory skrót. W tej okolicy udało nam się zobaczyć żerującego świstaka, a nawet strzelić mu dwie fotki. Niestety, przy rozmiarach zdjęć takich jak te prawie nic nie widać.

Z tej perspektywy Rohacz Ostry wygląda chyba najpiękniej i widać, jaki to świr:)

W dole błyszczą Jamnickie Stawy przypominające jeziorka benzyny.

Podejście na Jarząbczy jest średnio miłe. Podchodzimy niby tylko ok. 300m, ale szlak prawie nie trawersuje, tylko daje prosto w górę, a jest to moment, kiedy ma się już w nogach sporo kilometrów.

Wołowiec i Rohacze z podejścia na Jarząbczy

Szlak nie wchodzi na sam wierzchołek Jarząbczego, ale to nie problem, na szczyt jest dosłownie pięć minut. Widoki są ciekawe – wszystko to już dzisiaj oglądaliśmy i to praktycznie podczas całej trasy, ale góra ta jest najwyższym (2137m n.p.m.) punktem szlaku i to widać. To dobry moment, żeby podjąć decyzję: czy idziemy dalej na Starorobociański i – wersja dla hardkorowców – Bystrą, czy schodzimy przez Kończystą. My od początku mieliśmy w planach ten ostatni wariant, ale jeśli ktoś chodzi naprawdę szybko, to na Starorobociański, najwyższy szczyt polskich Tatr Zachodnich, jest już w miarę blisko:

Po prawej Starorobociański Wierch, 2176m n.p.m.

Bardzo blisko jest natomiast na Raczkową Czubę po słowackiej stronie granicy. Ona i Jarząbczy to właściwie dwa wierzchołki tej samej góry, z tym że Raczkowa jest o jakieś 60m wyższa. Niby drobiazg, ale jakbym miała się jeszcze tam pakować, chyba by mnie trafił szlag:) To jednak naprawdę nie jest krótka trasa.

Z Jarząbczego żwirowa ścieżka sprowadza na grzbiet przypominający Długi Upłaz, widoczny nawiasem po przeciwnej stronie doliny Chochołowskiej, którą nasz szlak opasuje wielką podkową – a sama Kończysta nad Jarząbczą (bądź Kończysty Wierch), 2003m n.p.m., to trochę taki Rakoń. Stąd wreszcie widać, czemu Łopata ma taką a nie inną nazwę: jej potężne zbocze opadające do Chochołowskiej wygląda jak ogromna szufla do śniegu. Można też dostrzec, jaki mikry jest Grześ.

Trzydniowiański Wierch z Kończystej, na dalszym planie Grześ, Bobrowiecka Przełęcz i Bobrowiec

Szlak (na odcinku Kończysta – Trzyd. znaki zielone) obniża się na Trzydniowiański (1758m n.p.m.), sympatyczny szczycik wart, jeśli ktoś nie lubi długich tras, samodzielnej wycieczki, skąd mamy dwie opcje zejścia: czerwonym szlakiem przez Dolinę Jarząbczą bądź również czerwonym dalej obniżającą się granią. Pierwszy wariant jest dłuższy, ale dużo przyjemniejszy. Idzie się wygodnym chodnikiem, nachylenie jest łagodne, niżej, jeśli kogoś kręcą te sprawy, czerwony szlak łączy się z biało-żółtym papieskim (Jan Paweł II przeszedł się tamtędy AFAIR w 1983r.) Opcja druga jest jedną z bardziej wkurzających w Tatrach. Droga najpierw biegnie przez ciągnący się w nieskończoność kosodrzewinowy grzbiet, by po osiągnięciu lasu zacząć opadać bardzo stromo w dół, w dużej części po wysokich, niewygodnych drewnianych stopniach. Te stopnie i znaczne nachylenie powdują, że odcinek ten bardzo daje w kość, obojętnie w którą stronę się idzie. Pamiętam, jak klęłam na nim rok temu, wspinając się na Trzydniowiański. Poniżej, kiedy stopnie się kończą i znajdujemy się już w głębokim lesie, wcale nie jest lepiej: wchodzimy do stromego żlebu pełnego żwiru, który też nie chce się skończyć. Ten wariant ma tylko jeden plus – pozwala ściąć kawałek Doliny Chochołowskiej. W wariancie pierwszym wychodzimy prosto na schronisko, tu około kilometra dalej.

Jeszcze tylko trzeba przejść Chochołowską, i to koniec.

Szlak nie jest trudny technicznie (*, odcinek Wołowiec – Niska Przełęcz **), ale długi. Zejście awaryjne na polską stronę tylko jedno i to na początku trasy, pomiędzy Wołowcem a Rakoniem. Nie polecam tej wycieczki jako rozruchowej, jeśli ktoś przez dłuższy czas nie był aktywny fizycznie. Przejść zapewne da radę, ale kosztem unieruchomienia na kolejnych parę dni. Jeśli natomiast komuś mało, można przedłużyć sobie trasę idąc na Starorobociański, a stamtąd zejść do Chochołowskiej (dwie drogi) bądź Kościeliskiej. W takim wypadku oba zejścia z Trzydniowiańskiego byłyby wariantem awaryjnym.

Trasa jest przepiękna, przy dobrej pogodzie w pełni bezpieczna, polecam z pełnym przekonaniem:)

Tatry

Jak co roku od ośmiu już lat, udało mi się wyrwać na wakacje w Tatry. Nieważne, że obecnie mam do nich ponad 2k km – to jest rzecz, której nie umiem sobie odpuścić. Rezultatem jest kilkaset zdjęć z trzech rewelacyjnych wycieczek (opiszę), kilka książek o mojej ulubionej tematyce i zarażenie M. uczuciem do Tatr. To ostatnie bezcenne:)

Tatry i Highland to dwa zupełnie różne światy. Atutem szkockich gór jest na pewno rozległość i dzikość. Surowe krajobrazy nie wypadają może najefektowniej na pocztówkach, ale kiedy się tam jest, dają niesamowite poczucie odrealnienia. Jakby się znajdowało na innej planecie. Nie ma reżimu szlaków, pakujesz się na szczyt tak jak ci wygodnie. Często z poczuciem pewnego ryzyka, co jest bardzo przyjemne.

Tatry to góry pozornie (pozornie, bo niebezpieczeństw nie da się wyeliminować) oswojone. To zrozumiałe: są niewielkie, to tylko jedno rozczłonkowane pasmo. Są też parkiem narodowym, więc ruch turystyczny musi być poddany kontroli, żeby tego wszystkiego nie zadeptać. Rezultatem jest erozja najbardziej uczęszczanych szlaków i tłok, obie rzeczy nie do uniknięcia. Ale coś za coś.

Tatry, nawet Wysokie, prezentują się milej i wdzięczniej niż szkockie góry, z prostego powodu: obfitej roślinności. W Higlandzie drzew jest niewiele, dominują wrzosowiska, niektóre partie to wręcz księżycowy krajobraz. Zdarzają się śliczne zakątki takie jak Zagubiona Dolina czy Glen Orchy, niemniej wrażenie ogólne jest jakie jest. Ta surowość ma swój smak, można się w niej wręcz zakochać, ale jest w niej jednak coś przygnębiającego, czego w tatrzańskich uroczych widoczkach nie uświadczysz.

Oczywiście próba oceny, które góry są fajniejsze miałaby tyle samo sensu co dowodzenie wyższości brunetek nad blondynkami lub odwrotnie. Mnie fascynują jedne i drugie (góry, góry;>), fascynuje mnie też kontrast pomiędzy nimi. Poza tym szkockim górom zawdzięczam rozbudzenie apetytu na zwiedzanie gór całego świata, bo wcześniej były tylko Tatry i Tatry, bo przecież to najpiękniejsze miejsce na Ziemi i na pewno nic innego mi się nie spodoba. A jednak nie warto się ograniczać.

Mam nadzieję, że w ciągu kilku najbliższych lat pojawią się tu notki o górach Słowenii i Norwegii, a potem się zobaczy…

Na wszystkich zdjęciach jest widok na Tatry z Gubałówki.