Binnein Beag i Binnein Mor


Nr 65,
Binnein Beag i nr 66, Binnein Mor

Wymowa: binion beg; binion mor

Znaczenie
nazwy:
small hill; large hill

Wysokość: 943m n.p.m.; 1130m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
230.; 27.

Data wejścia: 28.08.10

Binnein Beag i Binnein Mor to ostatnie które nam zostały szczyty w grupie The Mamores. W Mamoresy na pewno będziemy jednak wracać, bo to przepiękny rejon i jest tu trochę celów scramblingowych.

Tu link do poprzednich wycieczek w to pasmo, może ktoś będzie chciał sobie wykombinować całkowicie własną trasę: >>LINK<<

Drogę rozpoczęliśmy z Mamore Lodge. Nad Loch Eilde Mor dochodzimy spacerowo, łagodnie nabierając wysokości. Wkrótce (patrz mapka) skręcamy w lewo, by łagodnym zboczem osiągnąć wypłaszczenie pomiędzy Sgurr Eilde Mor a Sgurr Eilde Beag. Jak na razie – widoki tylko za plecami, za to pierwszej klasy, na południe (Glencoe i Southern Highlands).

Poniżej widok na Loch Leven (to charakterystyczne małe po lewej to Pap of Glencoe), zdjęty z puntu widokowego na początku trasy. Warto usiąść na marmurowej ławce i trochę się pogapić, jest to bowiem jeden z najładniejszych (także dzięki obecności bujnego lasu) highlandzkich landszaftów.

Poniżej to samo, tylko już ze ścieżki prowadzącej do jeziora Eilde Mor.

Tu zaś – podejście na wypłaszczenie. W tym miejscu po raz pierwszy załamała nam się pogoda. Oczywiście, jakże typowo dla Szkocji, nie totalnie: warunki zmieniały się dosłownie co kilka minut, wielokrotnie zlał nas deszcz, słońce to wychodziło to się chowało, widoczność generalnie nie była jednak najgorsza. Softshell, który przez cały pobyt w Tatrach wyjęłam tylko raz – w dodatku na siedzenie przed schroniskiem – tu okazał się niezbędny. Jeśli chodzi o pogodę, Highland naprawdę ciężko przebić 😀

Z wypłaszczenia trawersujemy ścieżką zbocza pomiędzy Sgurrem Eilde Beag a Binnein Morem. Jeśli ktoś chciałby wracać tą samą drogą, polecam nie trawersować, a od razu wbijać na niedaleki wierzchołek SEB i stamtąd kontynuować na Binnein Mora – granią. Nam jednak taka opcja nie pasowała, ponieważ z naszego drugiego munro mieliśmy schodzić na przeciwną stronę.

Trawers wyprowadza na kolejne wypłaszczenie, tym razem pomiędzy dwoma Binneinami. Jesteśmy już dość wysoko więc obojętnie w którą stronę nie czeka nas za wiele wchodzenia, a na mniejszego z munrosów to już w ogóle jest spacer. Dosłownie kilkanaście minut i pyk, jesteśmy. Piarżyste zbocze trochę jeździ, co irytowało, ale też i ułatwiało schodzenie (surfing na piargach to ciekawa sprawa ;P)

Binnein Beag z drogi na Binnein Mora

Binnein Beag, choć prezentuje się tak mało okazale, wcale nie jest najniższym z munrosów. Wrażenie sprawia takie a nie inne ze względu na sąsiedztwo – Mamoresy nie są najwyższymi Grampianami, ale wszystkie przewyższają go "o głowę", a niedaleko piętrzy się potężne Nevis Range i niższe, ale też spore The Grey Corries. BB ma pecha znajdować się pośrodku tego całego zamieszania i dlatego wygląda jak wypierdek, zwłaszcza że jego najbliższy sąsiad, Binnein nr 2, jest najwyższym szczytem w paśmie.

Poniżej pozytywna strona szkockiej pogody. Szkocja jest krainą tęczy:

Na Binnein Mora idzie spacerowa ścieżka, ale Marcin wymyślił, że urozmaicimy sobie wejście i poszliśmy północno – wschodnim, poprzerastanym skałami zboczem, w poszukiwaniu mini scramblingów. Choć w 100% opcjonalne, kilka momentów było nawet ciekawych. Wśród skał dominował marmur – nigdy jeszcze nie szłam po takim podłożu. Stopnie i chwyty oferował całkiem przyzwoite, trzeba było jedynie uważać na gładkie fragmenty, nie gwarantujące dobrego tarcia. Zbocze wkrótce przeszło w grań, która (wciąż w miarę możliwości scramblingowo) wyprowadziła nas na szczyt.

Szczyt to dwa o niemal identycznej wysokości wierzchołki z krótką grańką pomiędzy.

Jako że na tym etapie pogodę mieliśmy już bardzo ładną, a przejrzystość powietrza była wysoka, widoki zapierały dech w piersiach.

Poniżej Sgurr Eilde Mor z pierwszym wypłaszczeniem (tam gdzie jeziorko). Na dalszym planie niebieszczy się Blackwater Reservoir. Ze szczytów na horyzoncie przy takim rozmiarze zdjęcia da się rozpoznać tylko piramidkę Schiehalliona, musicie mi więc uwierzyć na słowo że opodal było też widać grupę Lawersa, Ben More’a ze Stob Binneinem a nawet Ben Vorlicha i Stuc a’Chroina oraz Ben Lomonda.

W centrum da się wypatrzeć wzniesienia Great Wall of Rannoch, po prawej początek Glencoe: masyw Creise oraz Stob Dearg. To małe na pierwszym planie to Sgurr Eilde Beag.

Nevis Range tak się lansowało, że już bardziej nie można. Pomimo że z tego kierunku widać zaledwie maleńki kawałeczek północnej ściany, Ben robi wystarczające wrażenie samym ogromem masywu, tak wzdłuż jak i wszerz.

Kiedy już tak się wymarzliśmy, że zimno zwyciężyło z potrzebami estetycznymi, udaliśmy się granią na Na Gruagaicheana. Na tym pięknym munrosie już z Mariuszem byliśmy – była to nasza pierwsza wycieczka w rejon The Mamores – nie bardzo jednak widzieliśmy lepszą opcję zejścia. Na Na Gruagaicheana (wiecie jak się męczę za każdym razem wystukując to słowo? W mowie jest o wiele łatwiej, tę straszną nazwę wymawia się po prostu "na grujehan") prowadzi niemęcząca grań, którą pokonuje się w tempie ekspresowym, a z przełęczy między jego wierzchołkami wiedzie najkrótsza droga w dolinę, do Mamore Lodge.

Na Gruagaichean nie jest mniej widokowy od sąsiada. W panoramie odsłania się Loch Leven:

Obok zaś mamy wspaniały Ring of Steall, czyli pierścień czterech munrosów i kilku pomniejszych wzniesień, który przeszliśmy jak dotąd latem i bardzo chcemy powtórzyć go tej zimy:

Poniżej na pierwszym planie niższy wierzchołek Na Gruagaicheana (echch…) na który tym razem nie poszliśmy. Z przełęczy stromym trawiastym zboczem zeszliśmy do ścieżki, której dalej możemy się trzymać albo robić skróty, jak nam wygodnie. Kierunek – wylot doliny – jest oczywisty i zgubić się tam nie da. Kiedy dochodzimy do szerokiej drogi, do Mamore Lodge już tylko kilka minut marszu.



Trasa zachwyca, jak wszystkie w okolicy. W końcu to Lochaber. Technicznie do wejścia przez każdego. Można ją skombinować ze Sgurrem Eilde Mor, co daje dodatkowego munro w kieszeni; można pewnie tworzyć też inne kombinacje, bo prawie wszystkie Mamoresy są połączone graniami, więc jak już się wbić na któregoś, można tych munrosów jednego machu nieźle nastukać.

Zdjęcia: >>LINK<
Mapka jak Mariusz zrobi 😉

Gerlach drogą Martina


Kolejna zmiana przy klawiaturze. Z tej wycieczki Vespa zrezygnowała. Zmęczona intensywnym tygodniem, nieco zmieszana przeżyciami na Lodowym Koniu, podjęła decyzję by pozostać tego dnia na kwaterze. Był to więc kolejny rekonesans drogi, którą w całości lub po części kiedyś powtórzymy sami.


W wyrypie udział wzięli Kiler (boss) oraz Rohu i Stan-61 – nasi znajomi z forum turystyki i starzy górscy wyjadacze, plus nasza młodzież, dla której ta góra i ta trasa miały być swoistym testem i dużą rzeczą. Chłopaki podjęli nas samochodem w Starym Smokowcu i na dwie tury przerzucili do Wyżnich Hagów. Pierwszego fragmentu trasy, który prowadził od stacji kolejowej w wyżej wspomnianej miejscowości do Tatrzańskiej Magistrali, wolę nie wspominać. Trasa przecinała wszystkie partie tatrzańskiej roślinności, z ulgą witałem kosówkę, marząc o widoku Doliny Batyżowieckiej i stawu.

W tym teamie stanowiłem wraz z Rohem ariergardę. Reszta grupy popylała co najmniej pięćset metrów przed nami. Widok Batyżowieckiego Stawu przyjąłem z wdzięcznością. Po chwili jednak wzrok wspiął się na wyrastający nad nim masyw Gerlachu. O,k.

Chwila przerwy, łyk wody, jakaś kanapka. Dalsza droga w głąb doliny wyglądała na nowe kondycyjne wyzwanie. I taka była. Staw okolony wielkimi głazami wypuszcza na dość niestabilną ścieżkę, która często niknie pośród kamieni i wspina się na kolejne piętra doliny by w końcu dotrzeć do ostatniego wypłaszczenia – stąd już prosta droga do Batyżowieckiej Przełęczy. Wszystko się tu sypie i by w miarę bezpiecznie ją osiągnąć, czepiamy się skał po prawej stronie podejścia.

Kamienie fruwają spod nóg, każde dwa kroki do przodu kończą się jednym w tył. Ale zaczyna być pięknie.

Gdy dogoniliśmy chłopaków na przełęczy zdążyli już zmarznąć. Mimo słońca dało się odczuć wysokość. Wiatr sprawiał, że wszyscy założyliśmy kolejną warstwę. Po chwili dotarł do mnie majestat otoczenia. Dolina Białej Wody z wiszącą po lewej stronie Kaczą wprawiły mnie w osłupienie. Szczególnie różnica głębokości dolin po stronie północnej i południowej robi tutaj wielkie wrażenie.

Nie mieliśmy w planie przejść całej drogi Martina. Z różnych powodów odpuściliśmy odcinek od Polskiej Ławki i na grani mieliśmy się znaleźć od Przełęczy Gerlachowskiej Niżniej pozostawiając sobie podobno trudniejszy odcinek. Droga na grań nie była ani skomplikowana topograficznie, ani trudna technicznie. Jedynie dość sypka i trzeba było uważać by nie zjechać z kamieniami lub nie spuścić ich komuś na głowę.

Batyżowiecki Szczyt, który z doliny piętrzył się nad nami jak kieł, powoli stawał się coraz mniejszy.

Gdy dotarliśmy na grań zapadła decyzja. Jeszcze się nie ubezpieczamy. Jedynkowy teren nie stanowił wyzwania dla większości teamu. Jedynie ja miałem nieco wątpliwości czując się odpowiedzialny w jakiś sposób za Pawła z Antkiem. Po chwili okazało się jednak, że od naszej młodzieży mogę się uczyć nie tylko techniki, ale również rozwagi. Pierwszym wyzwaniem na grani był kilkunastometrowy kominek – świetnie wyrzeźbiony choć dosyć stromy. Świetna zabawa!

Widoki w kierunku Doliny Wielickiej onieśmielały. Tuż pod łokciem Kilera jest znany pewnie niektórym szlak na Polski Grzebień, a stamtąd ścieżka na Małą Wysoką. To wszystko jednak przy grani na Gerlach było jak młodsze o dziesięć lat rodzeństwo. Dopiero w tle przypominały o swojej wysokości w kolejności od lewej Lodowy Szczyt, Durny i Łomnica.



Odcinek do Zadniego Gerlacha wcale nie był łatwy. Idąc bez liny musieliśmy wielokrotnie trawersować żebra skalne i opuszczać się z grani na stronę doliny Wielickiej, często balansując nad niezłą lufą. Było gdzie polecieć, a przynajmniej sturlać się na śmierć. Kilka fragmentów ekipa przeszła nieźle skoncentrowana pod okiem Kilera, który prawie fruwał nad trudnościami przecierając szlak. I czytając zabrane topo w przerwach między robieniem zdjęć.

Znacznie pewniej czułem się gdy byliśmy na grani. Nie dało by się nią kroić chleba, a wszędzie tam gdzie trzeba było kombinować oferowała świetne stopnie i chwyty…

W oddali pojawił się masyw szczytowy. Przed nami była najtrudniejsza w teorii, stosunkowo pionowa grań z przełęczy Tetmajera wiodąca na Gerlach. Podobno tatrzańska dwójka. Tu podzieliliśmy się na dwuosobowe zespoły. Gabarytowo najbardziej pasowałem do Roha. Szliśmy jako ostatnia dwójka początkowo na sztywnej, potem lotnej asekuracji. Po wyjściu na poziomą grań szczytową zastosowaliśmy wariant dwójki samobójki by w końcu zupełnie się rozwiązać. Lufa – owszem, ale technicznie było nietrudno. Dużo bardziej przeszkadzała plącząca się lina.



Moje drugie w życiu widmo Brockenu:

Do krzyża według przewodnika było "sto pięćdziesiąt kroków". Mieliśmy policzyć, ale kto by sobie zawracał głowę takimi sprawami gdy wokoło jest tak zajebiście.

W końcu szczytujemy. W oddali słychać nadciągającą burzę. Nie ma więc czasu na odpoczynek – pozostać na najwyższym szczycie Karpat z metalowym krzyżem w środku nawałnicy to igranie z losem. Szybkie fotki, wpisy do książki. Mina Pawła była dla mnie prawdziwą nagrodą. Brakowało mi tylko bardzo Vespy!

Odwrót początkowo przypominał ucieczkę. Nie sprzyjała temu zbytnio trudność Batyżowieckiej Próby, którą w tym czasie wraz z nami nieco pokropił deszcz. Te cholerne klamry nie dość, że mokre to jeszcze były trochę przewieszone. Na szczęście burza przeszła bokiem.

Gdy dotarliśmy do Batyżowieckiej Doliny było już dość późno. Reszta drogi była więc czymś w rodzaju biegu. Następnego dnia, już z Polski – z Małego Cichego, spomiędzy chmur na chwilę wyłoniła się nasza trasa. Było genialnie… (zdjęcie na dużym zoomie):

Wszystkie fotki: >>LINK<<

Lodowy Szczyt

Trasę na Lodowy rozpoczęliśmy w tym samym miejscu, gdzie skończyliśmy poprzednią – od Lodowej Przełęczy. W tym miejscu narzuca się pytanie dlaczego babraliśmy się z tą przełęczą dwukrotnie dzień po dniu zamiast przejść całą grań od Czerwonej Ławki za pierwszym podejściem. Powiem wam, że chłopakom nawet przyszło to do głowy. Veto wyszło ode mnie (nie przepadam za nadmiarem wrażeń, jeśli mogę je przyjąć w mniejszych dawkach), ale zgodzili się bez oporów, licząc że kolejnego dnia pogoda będzie lepsza i coś zobaczymy.

Istotnie, warunki rano były niesamowite! Słowacja cała w chmurach, w Smokowcu lud zapewne rozczarowany dupą pogodową, a tu u nas w górze, jak na pokładzie samolotu. Chmury z początku zdawały się podnosić, co obserwowaliśmy dość nerwowo, ale po każdej sesji podnoszenia następowało opadanie więc sytuacja wydawała się stabilna. Wyruszyliśmy z optymizmem i trasa na przełęcz wydała nam się o wiele krótsza niż poprzedniego dnia.

Na przełęczy, tuż przed założeniem ekwipunku, ogarnęło mnie zwątpienie. Koniec zabawy, porzucamy łatwy szlak i wchodzimy w nieznany teren, cholera wie jak trudny (no niby mieliśmy przewodnik, ale…). Takie ataki cykora zawsze nachodzą mnie tuż przed potencjalnymi trudnościami. Opanowuję się w ten sposób, że przywołuję w pamięci już przeżyte tego typu sytuacje: okazuje się, że na samych trudnościach jestem zbyt skoncentrowana na panikę i działam w trybie zadaniowym (na wyjątki spuśćmy zasłonę milczenia). Czyli będzie jak zwykle, nie ma się czym przejmować.

Scrambling na Kopę okazał się ciut trudniejszy niż na Mały Lodowy, stromizna była większa, ale szło się dobrze.

Po wyjściu na grań sam Lodowy okazał się przesłonięty wierzchołkiem Kopy, ale reszta widoków dawała radę. Za Pawłem Mały Lodowy i Ostry Szczyt, a w tle grań Sławkowski – Staroleśna (szczyt zasłonięty chmurą).

Jaworowe Szczyty:

Czułam się na tej Kopie z deka nieswojo, głównie dlatego, że wszystko dookoła (z wyłączeniem Durnego i Łomnicy) wydawało się niesamowicie małe. Masyw Lodowego to nie jest popierdółka, to jest trzecia góra w Tatrach i to czuć. Dziwnie było zorientować się, że wszystkie te olbrzymy – taka Pośrednia Grań np., która spod Terinki budzi słuszny respekt, czy powyższe Jaworowe – kulą się wszystkie gdzieś tam w dole. Mimo iż póki co było łatwo, wysokość sama w sobie robiła fantastyczne wrażenie.

Kiedy wreszcie ukazał się Lodowy, zastygłam. Skurczybyk ze swej sąsiadki prezentuje się naprawdę imponująco. Grań, którą mieliśmy wchodzić, trochę nas zaniepokoiła – nie wyglądało to zbyt podobnie do wizji którą mieliśmy po lekturze naszego przewodnika. Choć oczywiście odległość nie pozwalała na wysnuwanie pochopnych wniosków.

Pośrednia Grań, Sławkowski i Mały Lodowy

Planowana droga zejściowa

Kiedy zeszliśmy na Lodową Szczerbinę, od której zaczynała się zasadnicza grań, nadszedł czas topograficznych decyzji. W przewodniku była mowa o rozpoczęciu ostrzem grani. Z przełączki trudno było ocenić jak ona dalej idzie, widać było jedynie że jest mocno lufiasta. Opis jednak zachęcał.
Ciekawe było jednak, że na prymitywnym topo w książce trasa ewidentnie trawersowała grań po stronie doliny Jaworowej. Rozbieżność informacji, które powinny się wzajemnie potwierdzać nieco zachwiała naszym zaufaniem do owego źródła. Koniec końców młodzież zgłosiła się na ochotnika na poczynienie rekonesansu.

Rozpoznanie, na potrzeby którego przeszli ściśle granią kilkadziesiąt metrów, wypadło mało optymistycznie. Młodzież oświadczyła, że nie wiedzą czy dam tam radę i skoro topo sugeruje trawers, wypróbujmy lepiej tę opcję. Nie sprzeciwiałam się (choć oczywiście serce aż mi się wyrywało do lufy, skalnych zębów i buzującej adrenaliny… Ale sami rozumiecie, nie wypadało mi podważać ich kompetencji, jeszcze wpadli by w kompleksy ;PPPPPPP)

Trawers Sobkowego Żlebu polegał na pokonywaniu kolejnych żeber, tak jak puszcza, w miarę możliwości starając się nie wytracać wysokości. Lufy nie było, była duża stromizna. Ale w ostateczności myślę, że w razie czego dało by się zejść do Doliny Jaworowej. Oczywiście nawet nie śmiałam wypowiedzieć tej myśli na głos.

W końcu – wydawało mi się, że minęły wieki – idący przodem Mariusz zaraportował, że chyba zaraz puści nas na grań. Nadszedł zatem czas na wyjaśnienia dlaczego na zdjęciu szczytowym jestem z młodzieżą związana. Otóż decyzja zapadła właśnie w tym miejscu, a chodziło tylko i wyłącznie o moją psychikę. Vespa + grań z obustronną ekspozycją = niewiadome i chłopaki chcieli oszczędzić problemów może nawet bardziej sobie niż mnie. Wziąć owcę na postronek a przestanie beczeć i pójdzie jak, nomen omen, po sznurku.

Sobkowa Grań istotnie miała po lewej lufę, że prędzej by się umarło z głodu spadając niż zginęło od uderzenia. Że jednak było łatwo, fortel z liną powiódł się. Po przejściu dosłownie kilkunastu metrów dobiegło nas wołanie Mariusza, oznajmiającego że jest już pod szczytem. Nie znając (khem) topografii masywu (w końcu mieliśmy wchodzić konkretną trasą, nie? :P) nie mieliśmy pojęcia jak ta nieznana nam grań będzie długa i co nas na niej czeka, więc uczucie ulgi w połączeniu ze znajomą euforią zdobywcy sprawiło, że na wierzchołek prawie wbiegliśmy.

Chmury wykazały się doprawdy idealnym wyczuciem chwili, ogarniając nas dokładnie w momencie kiedy ostatni członek zespołu dotknął triangułu.

Po obowiązkowej sesji zdjęciowej oraz wpisach do puszki nadszedł czas zejścia. Schodzić mieliśmy drogą najłatwiejszą, przez Konia. Jako świeżo spełniony konsument Loda stracha przed tym ostatnim miałam ledwie umiarkowanego. Po zdjęciach i opisach spodziewałam się skalnego grzebienia, cholernie eksponowanego ale takiego, po którym wystarczy się przesuwać nie patrząc w dół, a żadne akrobacje nie będą wymagane. Schodzenie rozpoczęłam zatem może nie do końca rozluźniona, ale gotowa przyjąć to wyzwanie na klatę.


Oczywiście, miało być ok a wyszło jak zwykle.

Wejście na Konia trudności mi nie sprawiło. Podobnie jak widoczny poniżej Antek, bezproblemowo przełożyłam też nogę przez grań i naszykowałam się do okrakowania. Świadomość ekspozycji powodowała, że byłam napięta do ostatnich granic, ale był to właśnie tryb zadaniowy.
Panika, niestety, nadeszła również.




Koń nie był gładkim grzebieniem, a ciągiem bloków skalnych. Skalnych słupków. Żeby przedostać się z jednego na drugi, należało się puścić. Stojąc w szczerbinie, gdzie ledwo było miejsca na obie moje stopy, zastrajkowałam. Puścić się bałam, a na tym kawałeczku skały żadne manewry nie wchodziły w grę. Jedyne, do czego byłam zdolna, to obrócenie się. Oczywiście sensu nie miało to żadnego, ponieważ tylko utrudniło całą operację. Stałam teraz do dalszej części konia – tyłem. Nie namyślając się, zrobiłam jedyną rzecz jaka była możliwa w tej sytuacji – usiadłam na nim. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że siedziałam tyłem do kierunku jazdy i teraz naprawdę mieliśmy problem.

Sytuację uratował Mariusz, choć lekko nie było. Udało mu się w przypływie adrenaliny przekręcić mnie na tym Koniu. Sam moment przekręcania wyrzuciłam z pamięci, ale chłopaki twierdzą, że patrząc mało co nie osiwieli.

Koń był na szczęście ostatnią i jedyną trudnością tej trasy. Walka z piargami w zejściu do doliny też sprowokowała nasz zespół do rzucenia niejednym plugawym słowem, ale był to już zupełnie inny typ hardkoru. Takich momentów jak Koń przeżywać więcej nie chcę. Albo też: nie chcę ich przeżywać na żywca.

Oczywiście rozumiem, że wszystko siedzi w głowie. Gdyby nie ekspozycja nie byłoby żadnego problemu, bo techniczne trudności tam nie występowały. Jeden ma z tym problem a inny nie. I tyle. Lęk przed lufą można ujarzmić tylko do pewnej granicy. Ja walczę z nim od zawsze i mam efekty, jednak w tym przypadku została ona najwyraźniej przekroczona.
Zejście do schroniska przez Ramię Lodowego to głównie wredne piargi więc daje w kość.
Szczegółów topograficznych nie podaję bo są zbędne, ścieżka na Lodowy Zwornik jest na większości map, w terenie także nietrudno ją wypatrzeć. Ta akurat droga nie jest skomplikowana orientacyjnie.


Trasa tak jak my ją przeszliśmy nie jest trudna technicznie, a wymaga jedynie odporności na lufę. Mogę z czystym sumieniem polecić ją każdemu sprawniejszemu turyście, z uwagą by jeśli chce iść granią zamiast polegać wyłącznie na przewodniku (być może starsze są w tej kwestii niezawodne, ale tego nie wiem)  poguglał za cudzymi opisami. Grań z Kopy podobno naprawdę nie jest trudna.
Aha – pamiętajcie – przechodzenie jej bez vodcy jest nielegalne więc grozi wam mandat.

Fotki: >>LINK<<

Czerwona Ławka – Mały Lodowy – Lodowa Przełęcz


Kolejna wycieczka o mało nie doszłaby do skutku. Kiedy w schronisku Tery’ego wstaliśmy na śniadanie, za oknem panowała szara dupa.

Po posiłku postanowiliśmy jeszcze trochę podrzemać, w nadziei, że z biegiem dnia coś się zmieni. Kiedy koło 10 ponownie wstaliśmy, okazało się że nadzieja ta była płonna.
Siedzieć w schronie jednak po prostu nie było sensu. W końcu podjęto zgodną decyzję, że idziemy na Czerwoną Ławkę. Młodzież jeszcze tam nie była, poza tym na tym akurat szlaku widoki nie mają wielkiego znaczenia.
Takie warunki mieliśmy:


Czerwona Ławka wydała mi się w górnych partiach trudniejsza niż w zeszłym roku. Nie jestem pewna czy miałam po prostu gorszy dzień, czy też należy to odczucie przypisać wyborowi wariantu wejściowego. Poprzednio właziłam po swojemu prawie do samego końca. Tu dobiłam do łańcuchów wcześniej, co pozwoliło mi m.in. zauważyć po raz pierwszy nieprzyjemną drabinkę z klamer (przy czym i tak ją ominęłam, nie podobała mi się). Z wyjątkiem być może samej końcówki naprawdę milej jest poruszać się na tym szlaku z dala od ułatwień, takie jest moje zdanie.



Z Ławki postanowiliśmy jednak uderzyć na Mały Lodowy Szczyt. Widoczność była fatalna, ale choćby dla samego zaliczenia jakiegoś konkretu uznaliśmy, że niepodjęcie próby byłoby głupotą.
Z przełęczy obniżyliśmy się kawałek, trawersując zbocze, i dopiero rozpoczęliśmy marsz w g
órę – tak było najłatwiej.

Scrambling podobny jak na Baranią Przełęcz od Pięciu Stawów Spiskich.

Widoki z Harnaskiego Zwornika muszą wymiatać. Spotykają się tu trzy granie – jedna (którą przyszliśmy) biegnie na Pośrednią, kolejna na Lodową Kopę i Lodowy, trzecia na Ostry i Jaworowe Szczyty. U nas mgła sprawiła, że przez moment musieliśmy się zastanowić, którędy w ogóle na ten wierzchołek. Ostatni odcinek grani jest z jednej strony lekko lufiasty, ale bezproblemowy.

Pierwotny zamiar zakładał schodzenie tą samą drogą. Mieliśmy jednak ze sobą nasz przewodnik i lektura na szczycie ujawniła że gdybyśmy woleli złazić do Lodowej Przełęczy, to grań jest tam jedynkowa więc powinniśmy dać radę. Miałam pewne wątpliwości, głównie z powodu mgły, ale że nie uśmiechało mi się schodzenie z Czerwonej Ławki, zgodziłam się. Bardzo dobrze, że zupełnie nie wyłapałam zdania "Wariant ten jest dużo trudniejszy i eksponowany (…) i wymaga asekuracji liną" bo nie zaciągnęli by mnie tam na żywca. Tymczasem okazało się że większych powodów do strachu nie było.

Pierwszą turnię – Harnaski Kopiniak – należało obejść. Było momentami dość lufiasto, ale technicznie niezbyt trudno. Jak zwykle, problem sprawiały mi zejścia, na szczęście moi towarzysze wykazywali pełne zrozumienie i w momentach konfuzji dawali wskazówki.



Na Harnaską Turnię należało już wejść, ale niefajnie wyglądała tylko z odległości. Wejście okazało się nietrudne.
Partia za turnią to liczne skalne zęby (Harnaskie, a jakże), które trawersowaliśmy tak jak puszczało, po obu stronach grani.

Schodzenia było znacznie więcej niż wchodzenia, dlatego myślę że cały ten odcinek jest łatwiejszy w przeciwnym kierunku.

Pionowych zejść było sporo, stopni należało tam szukać na macanego, dlatego sądzę, że bez chłopaków mogłabym w paru miejscach mocno się zestresować. Dzięki ich poleceniom poszło mi jednak sprawnie.

Poniżej widok na szlak z Lodowej Przełęczy do Doliny Jaworowej (ktoś nim nawet pomyka) oraz Lodową Kopę. Zdjęcie było zrobione gdzieś w połowie trasy co wyraźnie ukazuje, jak krótka ona jest. Mniej więcej połowa tego, co z Lodowej Przełęczy na Lodowy.

Ostatnia część to trawers po stronie Doliny Jaworowej, właściwie bez trudności.

Na Lodowej Przełęczy satysfakcja była pełna. Raz, że sama trasa fajna, dwa, że na spontanie, trzy – że nie był to znów taki oczywisty cel. Mnie przynajmniej nie obiła się o uszy żadna relacja z tego miejsca. Nie jest może jakieś super honorne, ale takie np. Baranie Rogi są łatwiejsze a jakoś częściej się słyszy, że ktoś był właśnie tam.

Mięgusza opisywałam z pewną taką nieśmiałością – bo w gruncie rzeczy wcale mnie nie pociąga myśl o rzeszach naśladowców ruszających z hukiem z Kazalnicy i rozdeptujących i tak już zerodowane zbocze, będąc inspiracją dla tłumów na sąsiednich szlakach. Tę lewiznę propaguję otwarcie. Bardzo fajny pomysł na wycieczkę w otoczeniu Terinki. Stopień trudności określiłabym jako trójkowy scrambling, z zastrzeżeniem że można polecieć.

Mięguszowiecki Szczyt Czarny

Czarny Mięgusz został wybrany jako tegoroczna trasa rozruchowa.

Z jednej strony, gloria – pierwszy samodzielny offroad szczytowy. Z drugiej – trasa krótka, bez trudności orientacyjnych, pozaszlakowa tylko na odcinku. Idealny wybór, jak stwierdzam z dystansu.

Postanowiliśmy wchodzić drogą 925 z WHP i to do opisu tamże odsyłam, co by nie propagować (w sensie, propagować mniej bezczelnie) lewizny. Zresztą jak już się odnajdzie to miejsce, z którego najlepiej odbijać ze szlaku, teren robi się tak ukształtowany, że idziemy jak puszcza.

Litej skały jest niewiele, wspinamy się głównie po trawkach i piargach – te pierwsze nie gwarantują pewnego chwytu, drugie grożą poślizgnięciem bądź oberwaniem kamieniem. Obie opcje w połączeniu ze znaczną stromizną terenu czynią tę nietrudną drogę wymagającą zachowania sporej ostrożności. Warto wziąć kask.

Pogodę mieliśmy wspaniałą.


Krępowali nas ludzie na Kazalnicy, ale schować się nie było jak.


Fajnie było poobcinać tłumy na Rysach, Moku a nawet szlaku na Chłopka – w tym ostatnim przypadku trudno byłoby może o tłumie mówić, ale w porównaniu do naszej samotności wypadał podobnie.



Na grań wyszliśmy kilkanaście metrów na zachód od wierzchołka.


Nie byliśmy sami. Nie żeby mnie to zdziwiło: najmniej charakterny z Mięguszy jest łatwym celem i z przełęczy wręcz kusi. Powinien tu być szlak. Nie byłby hardkorowy, a stanowiłby logiczne uwieńczenie trasy na Chłopka (szlaku od północy jednak nie proponuję, jedna Galeryjka starczy).

Zejście okazało się odrobinę bardziej zawikłane niż się spodziewaliśmy, acz i tak wystarczająco oczywiste (to nie sprzeczność, po prostu żeber do strawersowania było jakby więcej niż w opisie, niemniej trasa pozostała jasna). Znów okropna kruszyzna ale nieco mniej stromo.


Nawiasem fajnie że szlak, który jeszcze tak niedawno stanowił dla mnie wyzwanie sam w sobie, teraz jest po prostu drogą do- i zejściową. Oczywiście o szlaku chłopkowym mówię. Bo wszystko tkwi w psychice.


To powyżej to trudności zielonego szlaku zdjęte z Kazalnicy.

Wycieczka dała nam mnóstwo pozytywnej energii. Było tak, jak powinno – plan powzięto, plan zrealizowano, pogoda była bonusem. Mięgusz Czarny jest szczytem tak łatwo dostępnym – nie chodzi mi nawet o trudność ale o odległość od legalnego szlaku – że każdy zakochany w Tatrach się tam prędzej czy później znajdzie. Ja go oczywiście nie rekomenduję. Ja tylko stwierdzam fakty 😀

Tatry 2010 – bilans

Było świetnie. Nie wszystko zaplanowane zrealizowaliśmy ale wycieczki były raczej konkretniejsze, więc przeżyć i wspomnień mamy i tak pod dostatkiem.
To, co udało się zrobić:

– Czarny Mięgusz z Kazalnicy (droga z WHP)
– grań Czerwona Ławka – Mały Lodowy – Lodowa Przełęcz
– Lodowy Szczyt od Lodowej Przełęczy trawersując grań, zejście przez Konia
– (Mariusz i chłopaki) Gerlach końcówką Martinovki (od Lawinowego Szczytu)
– i na deser Starorobociański Wierch, mój ostatni nieodwiedzony szlakowy szczyt Tatr Polskich.

Notki będę zamieszczać w miarę jak będzie postępować walka z masą zdjęć.
Tyle wam powiem, że pod pewnymi względami ten wypad był dla mnie przełomowy 🙂

Sgurr Ghiubhsachain

Tak tylko dla porządku chciałam poinformować, iż fakt że tak rzadko teraz łazimy nie wynika z lenistwa czy braku ochoty, a wyjątkowo niekorzystnych okoliczności niezależnych. Stan ten niestety utrzyma się przez jakiś czas. Na szczęście w sierpniu będziemy w Tatrach więc może przynajmniej urlop uda się wykorzystać do maksimum.

Sgurr Ghiubhsachain (też bym chciała wiedzieć jak to wymówić) leży w Ardgour, tej samej części Lochaber co Garbh Bheinn. Ardgour, historyczna kraina Jakobitów, to odludny, surowy i niesamowicie malowniczy kąt Szkocji. Pagórów z charakterem nie brakuje, ale żaden nie osiąga statusu munro, dzięki czemu rejon ten jest omijany przez munro-baggerów.
Poniżej nasza góra z Glenfinnan, z wybrzeża Loch Shiel:

Oraz lokalna atrakcja turystyczna, Glenfinnan Monument. Gdyby nie był tak spektakularnie położony pies z kulawą nogą by go nie odwiedzał.

Sgurr Ghiubhsachain ma tylko 849m npm, z czego podejścia jest 614. Nie jest to forsowna wycieczka.

Trochę opcjonalnej zabawy jest na ramieniu góry, i jest to jedyna droga którą warto wchodzić. Jest wiele ścianek i bulderków o różnym stopniu trudności, niektóre bardzo konkretne. Pod koniec jest porządna ściana, której bok próbowaliśmy liznąć ale udało się tylko Mariuszowi. I tam już była prawdziwa lufa. Pod tym względem Sgurr Ghiubhsachain jest bardzo typowy dla rejonu Ardgour – góry są niskie i żadna nie jest hardkorem sama w sobie, ale kryją skarby. A że przy tym jest pusto i widokowo, warto poznać tę krainę bliżej, choć z pozoru nie jest celem oczywistym.

Szczyt właściwy odsłania się dopiero z najwyższego punktu garbu.

Podszczytowe ścianki, na prawo od tej prawdziwej ściany, są bardzo fajne i można znaleźć warianty o bardzo różnych stopniach trudności.

Poniżej widok na Ben Nevisa i przyległości – w weekend, w taką pogodę musiały się tam tratować nieprzeliczone tłumy. Skoro nawet przy mgle i szarówie lud tam lezie – magia najwyższej góry działa – to w taki dzień tam musi być skrzyżowanie Giewontu z Gubałówką. Dwa z moich czterech wejść na Benka miałam przyjemność odbywać przy podobnej pogodzie, ale na szczęście miały miejsce w lutym i kwietniu, a konieczność korzystania z raków trochę przerzedza wycieczkowiczów.

Na widocznych poniżej wzniesieniach (widok nie na Ardgour, więc jakieś munrosy na pewno są w kadrze) musieli być ludzie. Może nie takie tłumy jak na Bennym, ale też sporo. Dla nas jednak wrażenie pustki było zupełne. Jakbyśmy byli sami na świecie. No cóż, na Sgurr Ghiubhsachain prawie byliśmy, dopiero pod szczytem spotkaliśmy grupę wchodzącą od przeciwnej strony.

Charakterystyczny szczyt na przedostatnim planie to dwukrotnie odwiedzony przez nas Garbh Bheinn, a w oddali widać nie do pomylenia sylwetkę Ben Cruachana.

Na ostatnim planie rejon od Nevis Range po Glencoe, w kadrze załapało się nawet jakieś niewielkie UFO:

Zejście z początku jest strome, ale szybko dochodzimy do bardziej płaskiego terenu, do wygodnej ścieżki. Stamtąd to już piękny, relaksacyjny spacer w malowniczej scenerii.

Jeśli ktoś dopiero zaczął romans z górami Szkocji, nie polecam na początek. Są ciekawsze cele. Ale dla koneserów, co już mają zdobytą większość must-have’ów i nie czują aż takiego ciśnienia na spektakularne wyrypy, warto. Sama mam ochotę lepiej poznać ten rejon, bo bardzo pociągają mnie pustkowia i na pewno jeszcze tam wrócę.

Mapka będzie.

An Teallach

Nr 63, Sgurr Fiona i nr 64, Bidean a’Ghlas Thuill

Wymowa: skur fjona; bicien a glas tul

Znaczenie
nazwy:
white peak; pinnacle of the green hollow

Wysokość:
1060m n.p.m.; 1062m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 73.; 72.

Data wejścia: 5.06.10

An Teallacha tradycyjnie wymienia się na jednym oddechu z Liathach i Aonach Eagach jako trzy najlepsze scramblingowe cele w szkockim mainlandzie. Ta opinia nie wynika oczywiście ze stopnia ich trudności, a długości oraz spektakularności widoków. Wszystko są to długie, piękne i umiarkowanie lufiaste graniówki o dużym zagęszczeniu miejsc wymagających użycia rąk. Inne ambitne scramblingowe cele są albo znacznie krótsze, albo oferujące mniej efektowną scenerię, że wezmę za przykład nieporównywalnie przecież trudniejszą Tower Ridge. W kwestii Aonach Eagach jesteśmy już starymi wyjadaczami, Liathach również udało się w końcu przejść, do kompletu brakowało nam więc już tylko najbardziej oddalonego An Teallacha.

Masyw AT już z daleka robi wrażenie swoją rozległością i wysokością kontrastującą z leżącą przed nim (powiedzmy) równiną:

Poniżej najciekawsza, scramblingowa sekcja to jest turnie Corrag Bhuidhe, Lord Berkeley’s Seat oraz munro Sgurr Fiona.

Zdecydowaliśmy że będziemy szli od strony lewej (patrząc na pierwsze zdjęcie). Pierwsze wzniesienie od tamtej strony nazywa się Sail Liath i to na jego zboczu napotkaliśmy taką faunę, chyba charakterystyczną dla tego miejsca, bo nigdy wcześniej niczego takiego nie widzieliśmy a krótkie poszukiwania w Google wykazały, iż stworzenia te jeśli w ogóle się pojawiają, to jedynie w kontekście rejonu Dundonnell.

Zbocze Sail Liath jest łagodne, ścieżka (ścieżki?) jakoś mało wyraźne ale niepotrzebne, kierunek jest oczywisty.

Z wierzchołka nareszcie można podziwiać najtrudniejsze partie trasy. Myśmy – jak widać dwa zdjęcia poniżej – mieli podziwianie nieco utrudnione. Mgły uparcie zasłaniały to co interesowało mnie najbardziej, czyli podejście na Corrag Bhuidhe. Właśnie po to wszak wymogłam na Mariuszu wchodzenie od tej strony: żeby na najtrudniejszym fragmencie, Bad Stepie, miejscu śmiertelnych wypadków, piąć się do góry miast schodzić.

Grań opadająca z Sail Liath nie przedstawia sobą trudności, ale ma charakterek – na prawo opadają wspaniałe ściany.



Corrag Bhuidhe to to najwyższe w środku:



I na zoomie, rejon Bad Stepu jest pod samym wierzchołkiem:

Z najniższej przełęczy najpierw wbijamy się na grańkę niewysokiego Cadha Gobhlach – jak na razie, choć jest fajnie, skaliście i graniowo, ręce nie są konieczne.

Bad Step nie wygląda tak źle. Przede wszystkim: można go całkowicie ominąć. I to bynajmniej nie jednym wariantem, ścieżek – omijanek jest sporo, na różnej wysokości. Wolę jednak wchodzić "po ludzku", skałą. Wiadomo jednak, że najtrudniejszy wariant wprost mogę sobie odpuścić. Umawiamy się z Mariuszem następująco: on dla radochy wejdzie sobie najcięższą opcją podczas czego zrobię mu zdjęcia, a potem zejdzie i pomoże mi na łatwiejszym wariancie. Jakby co mamy odpowiednik łańcucha z taśm, zawsze to jakaś pomoc.
Plan realizujemy w 100%. Ja wchodziłam tak jak chłopaki na zdjęciu poniżej, a górną partię trawersowałam od lewej – kawałek omijanką i znów skały, "łańcuch" się przydał. Mariusz wszedł za tym pierwszym razem wprost, po prawej od charakterystycznego przewieszonego głazu.

Jedna z omijanek:

Po wbiciu się na Corrag Bhuidhe zaczyna się zabawa. Znów, są omijalne w stopniu całkowitym, a trudności można stopniować. Mariusz lezie granią, ja w większości również, choć bezpośrednio nad lufą przechodzę z pewną taką nieśmiałością. Kilka razy obniżam się łatwymi wariantami by za chwilę wrócić na grań. Zaliczyłam chyba wszystkie pinakle. Bardzo fajny kawałek trasy, bardzo przypominający Liathach.

Na dalszym planie przebyta trasa, ostatnie wzniesienie to Sail Liath:

Z mgieł wyłania się Sgurr Fiona, do którego jednak wcale nam się nie śpieszyło jako że miał zamykać najfajniejszą sekcję:

Kolejnym klasycznym punktem jest siedzenie lorda Berkeley, na którym każdy szanujący się munro-bagger winien, wzorem lorda, zasiąść i pomachać nogami. Ja dochodzę pod szczyt, zostaje mi tylko finalny głaz, ale czuję że w zupełności mnie to satysfakcjonuje. Odchodzę na odległość wystarczającą do zrobienia dobrego zdjęcia Mariuszowi, który beztrosko papuguje lorda spuszczając odnóża w przepaść przyprawiającą mnie o mrowienie karku (to nie figura stylistyczna, wiem o czym mówię).

Łatwą ale fantastyczną granią osiągamy pierwszego munrosa. Widoki miażdżą, droga zaś na Bideana a’Ghlas Thuill przedstawia się tak:

Choć w tej partii już łatwa, droga wciąż nie jest ceprostradą. Wciąż idziemy po grani, jest kontakt ze skałą, a że relaks, to dobrze, bo w końcu trzeba odpocząć. Podejście przez swą długość jest nieco żmudne, ale po osiągnięciu szczytu widok na przebytą trasę zapiera dech.



Bardzo, ale to bardzo silne skojarzenie mam z Rohaczami. Największe trudności w partiach podszczytowych pierwszego wzniesienia, które jest też eksponowane i charakterne (uznawszy że Corrag Bhuidhe i Sgurr Fiona to jedna całość). Piękne, choć łatwe podejście na wzniesienie drugie. Najbardziej spektakularnym punktem panoramy z drugiego jest to pierwsze. No kurcze, wszystko się zgadza 😀

Schodziliśmy trawersując ostatnie wzniesienie masywu, Ghlas Mheall Mor, ścieżką do Dundonnell Hotel (pod koniec wprawdzie ostro ścięliśmy bo nie pasowało nam drałować taki kawał szosą). Wariant długi, w bardziej mokrych warunkach możliwe że nie do przejścia. Polecałabym raczej opcję sugerowaną przez Scotland’s Mountain Ridges (dzięki Mikee :D) czyli schodzenie – tak tak, jeszcze z elementami scramblingu – przez Ghlas Mheall Liath. Wygląda krócej i ciekawiej.

Cudowna wycieczka. Aż nie wiem jak ją podsumować, myślę że zdjęcia mówią same za siebie. Wspaniała trasa, polecam nawet mało wprawnym – wszystkie trudności można ominąć a widoki będziecie mieć i tak.




Wszystkie fotki tu: >>LINK<<

Ledge Route na Ben Nevis

Dziś po raz drugi zmiana przy klawiaturze. Vespa poprosiła mnie bym opisał trasę, którą zrobiliśmy prawie dwa tygodnie temu na Ben Nevisa. Był to pierwszy nasz wspólny wypad na tę górę przez północną ścianę. Przedsięwzięcie nieco ryzykowne, gdyż w wyższych partiach gór spodziewaliśmy się jeszcze śniegu i lodu. Pierwszy raz zabraliśmy więc ze sobą linę i podstawowy sprzęt wspinaczkowy. Do tras scramblingowych przygotowujemy się raczej gruntownie i po przeanalizowaniu paru opisow z książek oraz kilku z Internetu doszliśmy wspólnie do wniosku, że będzie dla nas psychicznym komfortem posiadanie asekuracji, nawet jeśli nie okaże się potrzebna. Ledge Route to najłatwiejsza scramblingowa droga na Ben Nevisa. W większości źródeł ma wycenę dwójkową, a warunki zimowe dodają jeszcze trudności. Największą jednak jest kwestia znalezienia właściwej drogi. W ubiegłym roku w lecie przeszedłem samotnie sąsiednią Tower Ridge. Drogę trudną technicznie, na granicy wspinaczki i scramblingu. Nie stanowiła ona jednak żadnego lub bardzo niewielkie wyzwanie orientacyjne. Szlak tej trasy od początku do końca wyznacza skalna grzęda i ciężko jest tu zabłądzić. Z Ledge Route sprawa wygląda nieco inaczej, a jej linia jest zygzakowata i pogmatwana. Tak czy owak należy najpierw dostać się do kotła pod północną ścianą tej góry. Tym razem nie szliśmy od strony Glen Nevis i udało nam się odnaleźć schowany na skraju lasu i pola golfowego parking o wdzięcznej nazwie The North Face, skąd prowadzi wygodna ścieżka w kierunku naszego celu. Początek może dać nieco w kość, gdyż nabieramy szybko wysokości, ale po osiągnięciu granicy lasu łagodnym podejściem zbliżamy się w kierunku tego co Ben Nevis ma najlepsze.



Jak prawie wszystkie trasy scramblingowe początek drogi wyznacza tu chatka Montain Rescue. Zanim ją osiągniemy powoli odsłaniają się kolejne z nich. Pięknie lansowała się nam Tower Ridge z charakterystycznym Douglas Boulder, za nią Observatory Ridge i Northern Buttress (te dwie jeszcze długo będą poza naszym zasięgiem).

Mijamy też Castle Ridge, która otwiera całą północną ścianę Ben Nevisa i czeka w kolejce na ten rok na nasze odwiedziny.

Będąc już koło chaty MR patrząc w kierunku południowym mamy przed sobą wielki kocioł poprzecinany żlebami. Najbardziej skrajny po prawej stronie to Gully nr 5 – to początek Ledge Route. Gdy pokonywaliśmy podejście w jego kierunku gdzieś z góry urwał się głaz wielkości dużego stołu i z hukiem przeleciał niecałe pięćdziesiąt metrów od nas prawie do dna kotła. W tamtej chwili nasze kaski wydały się śmiesznym zabezpieczeniem.



Gully Nr 5 większą część roku może być nieco ośnieżony.

O tej porze roku śniegu było jeszcze dużo i choć przy plusowej temperaturze brakowało lodu to szybko postanowiliśmy założyć raki i odpiąć czekany.

Gdy ściany żlebu otwierają się w prawą stronę przed nami pojawia się półka wiodąca w tym kierunku. Jest szeroka i niezbyt eksponowana, ale w śnieżnych warunkach można by nią zjechać do krawędzi ściany, którą przed chwilą mijaliśmy w żlebie.

I tu chyba najtrudniejszy orientacyjnie fragment drogi. Nie idziemy bowiem półką do końca – wiedzie w kierunku urwiska, a skała po lewej stronie staje się zbyt stroma. Należy przed jej końcem skręcić w lewo, w otwierający się dość wąską rynną i rozszerzający ku gorze żleb, który prowadzi do wyższej partii kotła. Nie ma tu większych trudności technicznych chociaż nie wiem jak ten odcinek wygląda bez śniegu.

Gdy docieramy do wypłaszczenia po prawej stronie widać ścianę, której szczyt to właściwy scrambling na Ledge Route. Aby go osiągnąć znowu skręcamy w prawo i robiąc już ostatni zygzak zbliżamy się do początku grani.

To piękne miejsce na odpoczynek. Nad urwistymi ścianami jest tu spora platforma, gdzie można wygodnie się rozłożyć podziwiając widoki otwierające się w kierunku zachodnim i północnym. Świetnie widać stąd całą Castle Ridge. Zainteresowanych odsyłam do galerii na Picasie.

Za nami początek grani. Jest szeroki, zbudowany ze skalnych bloków i nie stanowi dużego wyzwania.

Z lewej strony szybko pojawia się ekspozycja, a pionowa ściana coraz bardziej rośnie oddalając się od dna kotła. Z prawej, choć nieco stromieje, można ominąć większość trudności.

My jednak wybraliśmy drogę blisko krawędzi grani, która w jednym miejscu staje się nieco bardziej wymagająca. Zwęża się tworząc prawie skalnego konia, którego trzeba ominąć i zejść na położone nieco niżej siodełko łączące z dalszą częścią grani.

Dalsza część grani jest już raczej łatwa. W żadnym punkcie nie zwęża się za bardzo.

W końcu rozszerza się i łagodnieje. Przed nami jeszcze ostatnie ostre podchodzenie na krawędź płaskowyżu szczytowego, które w zimowych warunkach wymaga w mojej opinii czekana i raków.

Latem w tym miejscu nie powinno być już śniegu, a wejście nastręczać trudności. Po osiągnięciu końca trasy do szczytu Ben Nevisa pozostaje około kilometra łagodnego spaceru. Nam jednak nie chciało się tym razem go odwiedzać – pora była późna i spieszyliśmy się na piwo. Po drodze zaliczyliśmy najdłuższy jak dotąd dupozjazd po śniegu. Wycieczka narobiła całej naszej trójce apetytu na scrambling. W tym roku sprzęt wspinaczkowy z pewnością się przyda. 🙂



Mazio

Helvellyn


Po raz drugi wybraliśmy się do Lake District, na trzecie najwyższe wzgórze Anglii, Helvellyna. Prowadzi na nie wiele ścieżek, ja wybrałam najciekawszy wariant tak do wejścia, jak i zejścia. Niestety, Lake District tym się różni od Highlandu, że na popularniejszych drogach są tłumy nie mniejsze niż na tatrzańskich szlakach.

Startujemy z miasteczka Glenridding. Leży ono u samych podnóży masywu Helvellyna, więc obywa się bez długich podchodzeń. Do góry zaczynamy się wbijać praktycznie od razu. Długość całej pętli to jedynie 12 km – zdecydowanie nie są to cairngormskie dystanse.
Poniżej widok na urocze Ullswater. Do Glenridding dojeżdżamy drogą prowadzącą wzdłuż krętego brzegu jeziora i stanowczo nie jest to fragment dla osób z chorobą lokomocyjną.

Z początku wędrujemy zboczami, z widokami tylko po lewej ręce, w bardzo szybkim tempie zyskując wysokość.

Kiedy w końcu osiągamy początek grani Striding Edge, póki co jeszcze łagodny i szeroki, ukazuje się sam Helvellyn. Nie wygląda zbyt spektakularnie, linie ma raczej klockowate, ale nie o sam szczyt tu chodzi, a o prowadzące nań i z niego granie: wspomnianą Striding Edge i Swirral Edge.

Poniżej właściwa Striding Edge, wąski i skalisty odcinek grani. Taką masę ludzi, jaka nim wędruje, w Highlandzie widziałam tylko na Ben Lomondzie i oczywiście Nevisie.

Wreszcie osiągamy samo gęste – staram się cały czas iść ostrzem grani. Nie jest trudno, w większości miejsc ręce nie są potrzebne, choć przyznaję że silny wiatr zmusza mnie do korzystania z nich w wielu miejscach, które normalnie po prostu bym przeszła. Cholerny wiatr odbiera nam sporo przyjemności z pokonywania tego odcinka – bo jakkolwiek jest łatwo, w miejscach gdzie grań najbardziej się zwęża nie uśmiecha mi się stracić równowagi.

Można iść po ostrzu grani, można też trawersować ją od strony stawu, ale że naprawdę nie jest trudno, za to widokowo, nie bardzo widzę sens.

Jedyne trudniejsze – i całkowicie nieomijalne – miejsce, to zejście na przełęcz z której rozpoczyna się atak szczytowy – dwójkowy scrambling w jednym z kilku, przypominających tatrzańskie, kominków.

Zaraz potem mamy fragment podejścia po świetnej skale, kojarzący mi się z łatwiejszymi partiami Czerwonej Ławki – jego również można ominąć, ale nie ma do tego żadnych powodów, wspinaczka jest banalna a daje dużo więcej radości niż marsz ścieżką.

Na szczytowym plateau nie zabawiamy długo – zbyt mocno wieje. Widoki na drugą stronę masywu są sympatyczne, niestety nic nam jeszcze nie mówią – nie umiemy zlokalizować nawet Scafell Pike’a, to dopiero nasza druga wizyta w Lake District.

Początek Swirral Edge wyznacza kamienny kopiec. I bardzo dobrze, inaczej byłaby trudna do znalezienia – opada z plateau tak gwałtownie, iż trzeba podejść do samej krawędzi żeby zobaczyć gdzie się zaczyna. W pierwszej chwili efekt jest mocny, bo wydaje się, że będziemy schodzić po Bóg wie jakiej stromiźnie, ale wrażenie mija w miarę jak się obniżamy. Swirral Edge jest podobna w charakterze do Striding Edge, ale o ile tamta była z grubsza pozioma, ta opada dość mocno w dół. Ponieważ jest położona na większej wysokości, zalegało tam jeszcze sporo lodu i śniegu. Jako że nie mieliśmy raków (a nawet gdybyśmy mieli, raczej nie opłacało by się ich zakładać na tak krótki fragment) szliśmy bardzo ostrożnie. Odcinek gęstego szybko się kończy, i można iść dalej granią na Catstye Cam albo od razu obniżać się do Czerwonego Stawu – wybraliśmy ten drugi wariant.

Powrót, jak widać na mapce, już bez mocnych wrażeń, za to jest co podziwiać po drodze – ładne lasy, tak rzadko spotykane w Highlandzie, i urocze domki z kamienia, jakich w tej miejscowości (a pewnie i w całym regionie) pełno, idealnie komponujące się z otoczeniem.
Trasa jest niezbyt forsowna i bardzo ładna. Dobra dla początkujących scramblerów, bo bez wielkich trudności pozwala trochę się obyć ze skałą. Na Helvellyna nie radziłabym wchodzić inną drogą. Te dwie granie jedyne w całym masywie mają charakter.

>>LINK DO ZDJĘĆ<<