Innaccessible Pinnacle

Nr 239, Innaccessible Pinnacle (Sgur Dearg)

Wymowa: ang/ skur dierek

Znaczenie nazwy: z ang., niedostępna turnia/ red rocky peak

Wysokość: 986 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 164.

Data wejścia: 2.7.2019

Sgurr Dearg, potężna acz nietrudna do zdobycia piramida, leży w grani głównej Czarnych Cuillinów na Skye. Z jego kopuły szczytowej wyrasta skalna konstrukcja wyglądająca z różnych stron jak obelisk albo płetwa – i to jest właśnie Innaccessible Pinnacle, dla przyjaciół Inn Pinn, zmora większości munrobaggerów, albowiem żeby zaliczyć sobie munrosa trzeba na nią wleźć.

Najłatwiejsza droga idzie wschodnią granią i jest nadzwyczaj eksponowana. Baggerzy bez umiejętności wspinaczkowych wynajmują sobie przewodnika który wchodzi pierwszy, zakłada punkty oraz asekuruje podczas zjazdu (koszt za dwie osoby to średnio ok. 350 funtów). My poprosiliśmy o pomoc mojego brata, zresztą mając nadzieję że on też będzie się dobrze bawił podczas swojej pierwszej wizyty na Skye.

Noc przed wycieczką spędziliśmy w hostelu w Glen Brittle i okazało się że można pouczyć się tam zjazdów:

O poranku warunki były nieszczególne, ale wiadomo było że idziemy i że wchodzimy. W tym punkcie plan był absolutnie nieelastyczny.

Sgurr Dearg i jego zachodnie ramię oraz Window Buttress – wchodziliśmy nim (ramieniem) dokładnie centralnie:

W drodze na ramię minęliśmy niesamowity wąwóz, zaskakujące pęknięcie w powierzchni ziemi, do którego opada wodospad Eas Mor (zdjęcie z wieczora stąd różnica w oświetleniu):

Zaraz za wąwozem ścieżka rozwidla się – jej prawa odnoga wprowadza na ramię Sgurr Dearg a lewa do kotła (mieliśmy nią wracać). Tu skończył się spacarek, a rozpoczęło wreszcie podchodzenie do góry, z początku po piarżystym zboczu a później po bardziej skalistym terenie z fragmentami prostego scramblingu:

To, co miejscami się odsłaniało, zapierało dech. Na zdjęciu Sgurr Mhic Choinnich, Sgurr Thearlaich, oddzielony od niego niesławnym Great Stone Shoot Sgurr Alasdair, oraz Sgurr Sgumain. Zza przełęczy pomiędzy Mhic Choinnichem a Thearlaichem wygląda wierzchołek Sgurr Dubh Mor:

Wreszcie dotarliśmy popod Inn Pinna, który wyglądał tak jak jak na zdjęciach, tylko że… To nie było zdjęcie, tylko 3D, panorama dookoła plus chłód, wiatr i świadomość że to nie przelewki, zaraz będziem tam leźć.

Kiedy zeszliśmy do samego podnóża Inn Pinna, Paweł z Zosią zaczęli się szpeić, Mariusz dokumentował (akurat wchodził jeden zespół, a po nim drugi) a ja przyglądałam się temu co mnie czeka z różnych odległości, próbując ustalić co właściwie czuję. W pierwszej chwili była to wręcz lekka panika, albowiem początek naszego wejścia przedstawiał się tak:

Wyżej natomiast, ekspozycja oszałamiała:

Postanowiłam jednak się uspokoić i popatrzeć jak radzą sobie inni. Analizując od tej strony, wyglądało to nieco lepiej:

Obserwacja babki w białym kasku, ewidentnie nie wielkiej wspinaczki (radziła sobie, ale w kilku miejscach trochę rzeźbiła) utwierdziła mnie w przekonaniu że jakoś sobie poradzę, przynajmniej technicznie – o ile nie będę myśleć o lufie.

Drogę poprowadził Paweł:

Jako druga wchodziła Zosia, a ja tuż za nią. Mariusz zamykał team. Pomimo iż znalazłam się pomiędzy dwoma członkami ekipy, miał0 to znaczenie jedynie psychologiczne. Żadne z nich nie byłoby w stanie mi fizycznie pomóc gdybym gdzieć utknęła. Wiedziałam, że w związku z tym utknąć mi nie wolno – muszę się piąć na sam wierzchołek bo inaczej… autentycznie, nie wiem co. Nie mam pojęcia co moglibyśmy zrobić.

Początek biegł rysą i był bardzo prosty, wkrótce jednak trzeba było się przewinąć na grań. Lufa zapierała tu dech- Inn Pinn to tylko kawalątek skały na bardzo wysokiej górze, i wspinając się mamy po prawej stronie kilkaset metrów spadu w dolinę, a po lewej – pionową ścianę, gdzieś w dole półkę startową i… również spad do kotła. Żeby to ogarnąć wyobraźnią, polecami filmiki na YouTube, robione z drona. Zdjęcia z trasy nie mają szansy oddać jaka tam jest ekspozycja.

(Foto by Paweł)

Wszyscy zgodziliśmy się co do tego iż jeden moment był trudniejszy niż reszta. Widać go na zdjęciu z poprzednim zespołem. W pewnej chwili ich niebieska lina znika za głazem, i kawałek powyżej to właśnie crux całej trasy: dość gładki fragment ściany, z dobrymi chwytami ale bez oczywistych stopni. Tam się nieco przestraszyłam, ale wiedząc, że MUSZĘ iść do góry, jakoś wlazłam, w dużej mierze siłą woli.

Oprócz tego fragmentu wejście było raczej proste technicznie, a największy problem stanowiła lufa. Wchodząc, ani przez moment nie patrzyłam przez ramię, ani też między swoje stopy, chyba że to ostatnie było absolutnie konieczne.

(Foto by Paweł)
(Foto by Zosia)

Na wierzchołku ulżyło mi w stopniu niewiarygodnym, nawet czekający mnie zjazd już nie przerażał. Świadomość że weszłam na Inn Pinna i mam go z głowy – a niepewność czy i jak to zrobimy było to coś co gnębiło mnie od dawna – spowodowała że endorfiny zalały mi mózg. Nie starczyło ich jednak na to bym weszła na głaz szczytowy, jeszcze bardziej eksponowany i wyglądający jakby zaraz miał polecieć. Zdaję sobie sprawę że w ścisłym sensie oznacza to że Inn Pinna nie zdobyliśmy, ale w kategoriach munrobaggingu wejście na szczyt popod głaz wystarczy do zaliczenia munrosa. Ja w każdym razie nie mam zamiaru z nikim dyskutować na ten temat: zrobiłam dokładnie tyle ile mogłam i to musi wystarczyć, amen.

My na wierzchołku – foto by Zosia
Paweł na samiutkim szczycie – foto by Zosia

Zjazd nie okazał się ani w jednej dziesiątej tak przerażający jak się obawiałam, w dużej mierze dzięki lekcji poprzedniego wieczoru. Na górze pomógł mi Paweł, w dole asekurowała Zosia:

(Foto by Paweł)

W międzyczasie warunki pogodowe poprawiły się i Paweł z Zosią mogli po raz pierwszy w życiu podziwiać piękno Czarnych Cuillinów i wyspy Skye.

Blaven
Bruach na Frithe, Basteir Tooth, Am Basteir i Sgurr nan Gillean
Sgurr na Banachdaich, Sgurr Thormaid, Sgurr a’Ghreadaidh
An Stac, Sgurr Dubh Mor, Sgur Mhic Choinnich, Sgurr Dubh na Da Bheinn, Sgurr Thearlaich, Sgurr Alasdair

Z kopuły szczytowej Sgurr Dearga zeszliśmy fragmentem grani głównej do Bealach Coire na Banachdich, a niżej – skalistymi, a później piarżystymi zboczami, dnem kotła aż do wodospadu Eas Mor gdzie nasza ścieżka łączyła się z wejściową. Cała pętla (pętelka?) to zaledwie 8 kilometrów.

(Foto by Paweł)

Mapka z Walkhighlands: https://www.walkhighlands.co.uk/maps/map3_10sk.shtml

Neist Point, Skye

Neist Point to najbardziej na zachód wysunięty cypelek Skye, znajdujący się w północnej części półwyspu Duirinish nad zatoką Moonen. To jeden z klasycznych widoków jakie figurują na kalendarzach i pocztówkach dzięki czemu jest bardzo popularny wśród turystów. Ale chciałabym zaznaczyć że Skye, jak i całe zachodnie wybrzeże, pełne jest podobnych miejsc, i zamiast traktować przewodniki jak religię warto (jeśli ma się możliwość) zrobić sobie po prostu objazdówkę/ki nadbrzeżnymi drogami. Można wtedy odkryć perełki których nie znajdzie się w książkach: miniaturowe zatoczki, białe plaże za małe żeby konkurować z tymi najbardziej znanymi, skupiska wystających z morza skał i wysepek, oraz oczywiście widoki na Hebrydy Zewnętrzne. Popularne atrakcje są oblegane nie bez powodu ale bardzo polecam powłóczenie się samemu od czasu do czasu! 

Jako że Neist Point to atrakcja szeroko znana, jest przy nim pokaźny parking (w czwartkowe popołudnie był prawie pełen), oraz nawet jakaś buda bodaj z suwenirami i żarciem nieopodal (ta akurat zamknięta). 

Pięknie wyglądają położone nieco dalej na południe klify Waterstein Head (296m n.p.m.):

Klasyczny pocztówkowy kadr. Wzniesienie w centrum zwie się An t-Aigeach czyli Głowa Ogiera (piękna nazwa!). Nie umiem znależć żadnej info o jego wysokosci ale z poziomic na mapie wynika że to mniej więcej 60m n.p.m. Jako że cała Skye to jeden wielki plan filmowy, ten widok pojawia się jakoby w „Przełamując fale” Von Triera (nie potwierdzam, nie oglądałam).

Tu nieco przesunięty widok (bo ileż można oglądać te same klasyczne ujęcia):

Klif An t-Aigeach naprawdę budzi szacunek.

Wejście na wierzchołek było sprawą oczywistą, zajmuje zresztą nie więcej niż pięć minut.

Mazio jak zwykle darł się, że mam nie podchodzić za blisko krawędzi. Tak jakbym kiedykolwiek miała na to ochotę z moim pseudo vertigo ;P

Latarnia została zbudowana w 1909 roku, i wygląda typowo dla szkockiego zachodniego wybrzeża (nie mówię że te na wschodnim na pewno czymś się różnią, po prostu rzadko tam bywam).

Pagóry w tle to Hebrydy Zewnętrzne ale nie umiem powiedzieć czy na Harris czy na North Uist.

Poniżej latarni znajduje się wielkie pole kopczyków, które skojarzyło mi się z „cmentarzyskiem świstaków” bodajże na Rohaczach. Był też jeden dramatyczny apel:

Widok od drugiej strony. To samego końca cypla zabrakło nam może 200 metrów już czysto kamienistego wybrzeża.

Neist Point jest niewątpliwie wart odwiedzenia, ale niekoniecznie ze względu na walory krajobrazowe choć te są niewątpliwe (przypominam to co napisałam na początku, takich miejsc jest więcej) lecz na łatwość dotępu – nie trzeba się martwić gdzie zostawić samochód, jest wygodna droga itp. Na wycieczkę z rodziną idealne miejsce, miłośnikom przygód polecam jednak także samodzielną eksplorację.

Opis z Walkhighlands: >>LINK<<

Mapa: >>LINK<<


Błękit, zieleń i złoto czyli trzy dni na Północy

 

Ostatni wypad nie był górski lecz objazdowy, ponieważ wybraliśmy się z Ernestem i Olą którzy mieszkają w Polsce. Plan noclegowy – pierwsza noc na Skye, druga w Lochinver – nie pozostawiał dużo miejsca na improwizację: wiadomo że przy takich odległościach główną atrakcją będzie sama jazda przez Highland. 

Nocleg mieliśmy w Portree Hotel >>LINK<<. Było bardzo czysto, pokoje przytulne, sympatyczny personel, śniadanie rewelacja: bogaty bufet „kontynentalny” oraz kilka solidnych opcji na ciepło z karty. Jedyne do czego mogę się przyczepić to akustyka – pomiędzy naszymi poddaszowymi pokojami było jedynie przepierzenie co na dłuższą metę byłoby wybitnie krępujące. Jedną noc jakoś jednak przetrwaliśmy.

Przed wieczorną eskapadą do hotelowego baru wyskoczyliśmy popod The Storr, najwyższe (719m n.p.m.) i najbardziej południowe z pasma Trotternish Hills, popularne głównie z powodu wyrastającego u jego podnóża obelisku Old Man of Storr. To tu kręcono np. otwierającą sekwencję Prometeusza (i pewnie coś jeszcze jak znam życie, filmowcy uwielbiają wyspę Skye). Poniżej wszystko elegancko widać: 



Napisałam że wybraliśmy się „popod” Storra, bo nikt też nie zamierzał na niego wchodzić. Do samego Old Mana też zresztą nie doszliśmy zadowalając się widokiem z dołu. Jeśli o mnie osobiście chodzi to perspektywa wiszących nade mną osiemdziesięciu munrosów – oraz świadomość że pracowicie wdrapałam się na dzieście dwa – sprawia iż czerpię radość z rzadkich okazji kiedy mogę w Highlandzie wrzucić bardziej luźny tryb. Żeby było jasne, nadal kocham munrosowanie, tyle że to jest przy naszym pracowitym trybie życia i napiętym grafiku naprawdę wielkie i wymagające samozaparcia przedsięwzięcie.



Światło tego wieczoru było jak marzenie fotografa i musiałam się mocno zastanowić które zdjęcia wybrać.



Pamiętam że patrzyliśmy na Cuilliny i zastanawialiśmy się ile osób będzie się niedługo szykować do noclegu na grani – początek weekendu, pogoda nie z tej ziemi, wspaniała okazja żeby zrobić grań główną w warunkach zimowych.



Kolejnego dnia musieliśmy się przemieścić do Lochinver, ale przed rozpoczęciem podróży wyskoczyliśmy jeszcze na Quirang po drugiej stronie Trotternish Hills. Pod >>LINKIEM<< relacja z mojej i Mariusza poprzedniej wycieczki lata temu (niestety imageshack zeżarł część zdjęć ale wciąż polecam).

Tym razem coś nam się pomerdało i nie poszliśmy wzdłuż krawędzi klifów podziwiać leżący w dole park skalny, a jakimś cudem zabrnęliśmy na najwyższy punkt wzniesienia, Meall na Suiramach (543m n.p.m.). Z kolei wracając również nie weszliśmy pomiędzy skalne formacje a obeszliśmy je dołem – miało to o tyle sens że w parku skalnym zeszło by nam o wiele dłużej. No ale fakty są takie że najciekawszą część opuściliśmy.



A propos kinematografii, fragment krajobrazu na zdjęciu poniżej pojawia się w „Gwiezdym pyle”.



Było bardzo zimno a niektóre miejsca pokryte warstewką lodu – Mariusz się nieco stresował jak któreś z towarzystwa podchodziło za blisko klifu 😉



Poniższe zdjęcie zaispirowało nieco bardziej niż zwykle poetycki tytuł notki:



W takiej minimalistycznej bez-scramblingowej wersji wycieczka zajęła około dwóch godzin ale jak ktoś chce na Quiraing można się bawić cały dzień.



Podróż ze Skye do Lochinver w taką pogodę była sama w sobie wielką przyjemnością. Nie starczyło czasu żeby napierać przez Applecross ale za to przejechaliśmy przez Torridon:



Kiedy zaś wyjeżdżaliśmy z Ullapool zaczynał się jeden z tych przepięknych zachodów słońca kiedy człowiek zawsze żałuje że nie ma aparatu, albo jest w pracy i nie może wyjść na zewnątrz popstrykać. No więc tym razem było wszystko, także bajkowa sceneria.





Jak zwykle będąc w Assynt nie mogliśmy nie zahaczyć o knajpę Am Fuaran w Altandhu. Mariusz miał intuicję żeby zadzwonić do nich z drogi i upewnić się że będzie stolik – udało się choć prawie wszystko było już zarezerwowane. Na zadupiu jakim jest półwysep Coigach, gdzie można dotrzeć tylko single track road i oprócz krajobrazu nie ma żadnych atrakcji turystycznych. Poza sezonem. To wiele mówi o tej miejscówce. Info pod >>LINKIEM<<



Langustynki kosztowały wprawdzie 17 funtów ale kiedy składaliśmy zamówienie były jeszcze żywe. Do świeżego pysznego żarcia dochodzi przemiła obsługa oraz fakt że bar jest okupowany przez miejscowych więc można poczuć się częścią lokalnego kolorytu.



Noc spędziliśmy w bed & breakfast Hillside w Lochinver – nie mają własnej strony więc podaję linka do info z Booking.com: >>LINK<<. Bardzo przytulna miejscówka, idealna na dłuższy pobyt. Klimat bardziej jak w (dobrym!!) hostelu bo co prawda w ofercie nie ma ciepłego śniadania (są produkty do śniadania „kontynentalnego” – zawsze biorę to określenie w cudzysłów ponieważ brytyjska wizja tego co „kontynent” jada jest tak raczej średnio adekwatna), za to jest w pełni wyposażona kuchnia gdzie można sobie samemu pichcić.

Z Lochinver ukochaną nadbrzeżną drogą – wariatką pojechaliśmy na północ. Poniżej tradycyjny postój przy punkcie widokowym w Drumbeg nad zatoką Edrachillis:



Jak zwykle, kierowaliśmy się do Durness – jest to chyba najbardziej ulubione moje i Mariusza miejsce w całej Szkocji, choć paradoksalnie gór tu nie ma (najbliższy jest masyw Foinavena ale zdecydowanie nie w odległości spacerowej). Spokój, Atlantyk, poczucie że od zabieganej codzienności oddziela cię potężna masa lądu oraz sześć godzin jazdy mnie osobiście resetują idealnie. Oraz zawsze lubię pokazywać znajomym i rodzinie którzy nie odwiedzali Szkocji wcześniej jak piękne są północne plaże. Ten fragment Europy raczej z nich nie słynie a wizualnie nie ustępują śródziemnomorskim, chociaż kąpać się oczywiście raczej nie da, chyba że w piankach, co zresztą ludzie robią.



Nie zapomnę nigdy imprezy jaka na plaży Sango urządziliśmy sobie z dwójką przyjaciół w 2013 roku… 🙂 Those were the days! 😉



Wspinanie się po skałkach także należy do tradycji. 



Po plaży wybraliśmy się do niedalekiej jaskini Smoo. W sezonie można ją zwiedzać pontonem z przewodnikiem, poza sezonem pieszo dostępna jest jedna komora. Smoo Cave jest bardzo popularna i jak widać niektórzy uważają że to idealne miejsce na podzielenie się swoim światopoglądem:



Do zwiedzania nie ma wiele ale jeśli już i tak jest się w okolicy, warto zajrzeć.



Wracaliśmy pustkowiami przez Altnaharrę i Bonar Bridge. Po drodze nie mogliśmy się nie zatrzymać żeby nie ustrzelić Ben Loyala, pięknego korbeta który jeszcze czeka na zdeptanie:



Im dalej na południe się kierowaliśmy tym bardziej pogarszała się pogoda, co miało tę zaletę iż przestaliśmy czuć przymus zatrzymywanie się na zdjęcia w związku z czym do domu udało się dotrzeć o ludzkiej porze a nie w środku nocy. 

Jak widać zaczęłam dodawać informacje o miejscach gdzie można przenocować czy coś zjeść – to krok który zamierzam kontynuować. Nie chcę się bawić w szczegółowe recenzje tym bardziej że podaję linki do konkretnych informacji m.in. o cenach, bardziej chodzi mi o przekazanie ogólnego wrażenia na temat miejsca i jakości serwisu. Jeśli komuś się to przyda to wspaniale 🙂

Sgurr a’Mhadaidh i Sgurr a’Ghreadaidh

 

 Nr 177, Sgurr a’Mhadaidh; nr 178, Sgurr a’Ghreadaidh

Wymowa: skur a wa-te; skur a grede/skur a kryty (przesłuchiwałam obie nazwy na MunroMagic i Walkhighalnds i wciąż nie jestem pewna jak je zapisać fonetycznie – o ile spółgłosek jestem mniej więcej pewna to samogłoski brzmią jak coś czego w języku polskim nie ma)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the fox; rocky peak of the torment (za MunroMagic)

Wysokość: 918 m n.p.m.; 973 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 277.; 185.

Data wejścia: 1.6.2016

 

Kolejne wyjście udało się zrobić w Cuilinach. Najtrudniejszego – In Pinna – zostawiamy sobie na koniec, planujemy też zrobić go za jednym razem ze Sgurr Mhic Choinnich, czyli jeśli plan się powiedzie oznacza to że przed nami jeszcze tylko jedna munrosowa wycieczka na Skye.

Jak to w Cuilinach, wypad był krótki bo dużo podchodzenia tu nie ma. Te dwa munrosy drogą turystyczną atakuje się od zachodu z Coire a’Ghreadaidh. Start z hostelu w Glen Brittle.

Na tym zdjęciu widać praktycznie całą trasę. Połogie zbocza z dobrą ścieżką, potem coraz bardziej stromiejący kocioł – większość podchodzenia kotłem to piargi, skały dopiero na końcówce.

Trasa turystyczna wyprowadza na wąską przełęcz An Dorus. Wszystkie opisy podkreślały że jedyną trudnością będzie wyjście z tej przełęczy w obu kierunkach. Walkhighlands sugerowało też że może być potrzebna lina – no to ją zabraliśmy, żeby mieć gwarancję że jakiekolwiek trudności by nie wystąpiły, na 100% zrobimy te munrosy.

An Dorus

Do przełęczy jest niesamowita kruszyzna. Polecam tu założyć kask jeśli ktoś idzie przed nami, bo i telewizory i mniejsze kamienie tam latają.

Na przełęczy okazało się że z wyjściem z niej na Sguirr a’Mhadaidh problemu nie będzie, ot prosty scrambling. Druga strona wyglądała trudniej. Para, którą sfotografowaliśmy, nie miała żadnych problemów, poza momentem zastanowienia w środkowej części kominka.

An Dorus

An Dorus

An Dorus

Póki co mieliśmy jednak wejść na Sgurr a’Mhadaidh. Z bliska kopuła szczytowa wyglądała jak… kupa kamieni. Większość ludzi trawersowała na różne sposoby od strony Coire a’Ghreadaidh. 

Wejście na szczyt z przełęczy to może kwadrans. Po Sgurr na Banachdich jest to chyba najłatwiejszy munros na Skye.

Najlepsze zdjęcie wierzchołka jakie mamy (co prawda dopiero się na niego gramolę):

Tak prezentuje się za to Sgurr a’Ghreadaidh. Widać że faktycznie wyjście z An Dorusa będzie chyba jedynym problematycznym miejscem:

Poniżej munro który jak dotąd dał mi popalić najbardziej, czyli Sgurr Dubh Mor. Na żadnym innym szczycie Cuillinów nie umęczyłam się tak fizycznie i psychicznie.

Zeszliśmy na przełęcz i zdecydowałam że jednak chcę być zaasekurowana liną. To że jestem tchórzem i już dawno rozwiały się moje iluzje o rozwinięciu się do poziomu jeśli nie wspinacza to przynajmniej kompetentnego scramblera, to jedno. Jestem z tym pogodzona. Czytelnikowi należy się jednak słowo wyjaśnienia.

Wyjście z przełęczy prezentowanym wcześniej kominkiem naprawdę nie jest trudne technicznie. W połowie wysokości jest jeden niezręczny moment (problematyczny raczej w zejściu) ale dla doświadczonego tatrzańskiego turysty nie powinien to być wielki problem (choć w Tatrach wisiał by tam sobie zapewne łańcuch i załatwieł sprawę). Wchodziłam i schodziłam na żywca trudniejszymi wariantami. Natomiast typowy scenariusz byłby w tym momencie taki: Mariusz wchodzi przede mną, zapewne podaje mi rękę, ja zapewne mam problem z psychą na tym trudniejszym momencie, prawdopodobnie irytujemy się na siebie, możliwe że któreś podnosi głos. W zejściu on ustawia mi nogi a reszta jak wyżej. Słaba atmosfera i widowisko dla turystów na grani Sgurr a’Mhadaidh. Powiem szczerze, to już łatwiej było wyjąć tę linę, poświęcić 10 minut na założenie stanowiska i pozwolić mi po prostu wejść i zejść. Bo przyasekurowana problemu z żadną z tych czynności nie miałam. 

Sgurr a’Mhadaidh, który trochę niesprawiedliwie nazwałam kupą kamieni, a który z każdej innej strony wcale nie jest taki łatwey do zdobycia:

Szczelina Eag Dubh. Opada z grani nieco powyżej An Dorusa i po inspekcji stwierdziliśmy że mogłaby stanowić niezłą alternatywę do zejścia jeśli ktoś chce go ominąć, ponieważ jej wylot znajduje się już na piargach w kotle. Niżej będzie zdjęcie od drugiej strony.

Eag Dubh

Eag Dubh

Przez Eag Dubh nie trzeba skakać, omija się ją bez problemu. 

Grań na Sgurr a’Ghreadaidh jest do samych partii szczytowych szeroka, połoga i nigdzie nie ma lufy. Są momenty scramblingu ale prostego, oczywiście zależnie od tego jak kto pójdzie.

The Wart czyli Brodawkę omija się bezproblemowo po prawej stronie.

Za Brodawką otwiera się wreszcie grań szczytowa.

Kawałek za wierzchołkiem znajduje się najwęższy kawałek grani na całych Wyspach (okazało się że nie mamy niestety żadnego zdjęcia) – rodzaj atrakcji która zupełnie ale to zupełnie mnie nie kusi. Wejście na szczyt mnie usatysfakcjonowało dostatecznie 😉

Ten po lewej to Sgurr Mhic Choinnich, jedyny obok In Pinna który nam pozostał na Skye.

Sgurr Mhic Choinnich i Sgurr Alasdair

Hostel w Glen Brittle i gdzieś tam nasz samochód:

Zeszliśmy tą samą drogą gdyż alternatywą było ciśnięcie granią na Sgurr na Banachdich.

Eag Dubh z zejścia, żeby pokazać iż faktycznie dałoby się nią i wejść i zejść. Nie mówię że polecam ale dobrze wiedzieć jakie są alternatywy.

Oraz tradycyjna kąpiel w potoku. Tym razem chętnych było więcej choć nie zmieścili się w kadrze.

Trasa liczy sobie 7,5 kilometra w obie strony chociaż łażenie po piargach, zwłaszcza schodzenie, daje w kość niewspółmiernie do jej długości.

 

 

 

Więcej zdjęć z Północy



Wrzucam fotki które nie zmieściły się w notkach górskich, bądź były robione podczas dni odpoczynku, a są tak ładne że szkoda by było ich nie upublicznić. Piękno Szkocji uwidacznia się nie tylko w górach, ale i w ich połączeniu z wodą, przestrzenią, klifami, pustkowiem…


Skye, gdzieś z zejścia ze Sgurr na Banachdich:


Red Hillsy na Skye z tegoż zejścia. Glamaig (uwielbiamy tę nazwę!), ten po lewej, jest najwyższy (stanowi połowę korbetów na wyspie ;P):

Cmentarzysko łódek w urokliwym Gairloch, klasycznym (choć większym) miasteczku północnego zachodu, czyli najlepszej części Szkocji:
Nasz hotel, Shieldaig Lodge. Raczej polecam choć trzeba lubić psy – jeden mieszka tam na prawach głównej maskotki, rozwala się zadem na kanapach na których siedzisz a przy śniadaniu gra oświęcimski zamorzony szkielet.
Beinn Alligin (te linie! Ta góra jest kobietą) z Gairloch:
Panorama poniekąd Torridonu (jest Beinn Alligin oraz Northern Pinnacles of Liathach), tyle że z Gairloch więc od dupy strony:
Fragment Fisherfield Six – chyba najkonkretniejsza, w sensie wysiłkowo i czasowo, wyrypa w Szkocji:
Not sure (okolice Gairloch):
Fionn-abhain, dopływ rzeki Carron:


Loch Torridon:


Sgurr Ruadh w zachodzącym słońcu:


Wyspa Soay ze szczytu Sgurr nan Eag na Skye (w pakiecie z niemieckimi nastolatkami):


Loch Coire Ghrunnda:



Szkocjo kocham cię :))

Sgurr na Banachdich

Nr 146, Sgurr na Banachdich

Wymowa: skur na banahdih

Znaczenie nazwy: rocky peak of the milkmaid (za MunroMagic)

Wysokość: 965m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 190.

Data wejścia: 18.7.14

Sgurr na Banachdich ma opinię najłatwiej dostępnego munro w Cuillinach. Naszym biednym nogom (i dłoniom u niektórych – opuszki!) to pasowało. Lampa była taka że nie zaliczyć czegoś byłoby grzechem, ale równie dobrze mogła być to lekka wycieczka.

Start spod hostelu w Glen Brittle. Z początku ładną ścieżką, potem opcjonalnie słabo widocznym odbiciem, kierujemy się na obniżenie pomiędzy boczną grańką An Diollaid (trójkąt po lewej stronie) a kopułą szczytową munrosa. Wydaje mi się że sam szczyt to to co wystaje na ostatnim planie. Niestety zdjęcie pod słońce: żar lał się z nieba.

Na przełęcz podchodzimy zygzakami po koszmarnie zerodowanym gruncie. Bardzo nieprzyjemny odcinek. Można trochę ułatwić sobie życie i wbijać na An Diollaid nie bokiem a od czoła, też jest trochę piargu ale jednak mniej. Tak też zrobiliśmy wracając.

Rejon szczytu (nie jestem pewna czy widać sam wierzchołek) oraz Sgurr Thormaid:

Druga z bocznych grani, wyższa i dłuższa niż An Diollaid, kulminująca w Sgurr nan Gobhar (630m n.p.m.). Na pewno ciekawa alternatywa do wejścia/zejścia, ale jak wspomniałam na początku, nam się już nie chciało, pardon, pieprzyć.

Od tej strony kopuła szczytowa jest zerodowana, skały jest niewiele… Dopiero na samym wierzchołku. Uderza kontrast ze stromizną pod drugiej stronie oraz – pomimo tak banalnego wejścia – powietrzność szczytu. Cuillins, bejbe 😉

Poniżej munro Sgurr a Ghreadaich oraz mały ale skowyrny Sgurr Thormaid. Sgurr a Ghreadaich cieszy się sławą dość wymagającego munrosa, zwłaszcza robiony z sąsiadem Sgurr a Mhadaidh, ale po przeżyciach na Sgurr Dubh Mor sądzę że będę w stanie je spokojnie ogarnąć.

Obowiązkowo, Vespa na piku:

Blaven oraz Loch Coruisk, które jest zatoką. Cuilliny dosłownie wyrastają z morza. Jak coś tu ma 900 metrów to te 900 metrów będziesz podchodził, nie ma przebacz.

Cudowny, pełen grozy, tatrzański widok na Sgurr Mhic Choinnich, Sgurr Thearlaich oraz Sgurr Alasdair. Pomiędzy dwoma ostatnimi niesławny Great Stone Shoot, żleb który przebija nawet Lodową Przełęcz przed modernizacją szlaku. Schodziłam tamtędy raz i starczy ;P

A tu bohater poprzedniej notki, w towarzystwie Sgurr Dubh na Da Bheinn.

Schodziliśmy jak wspomniałam nieco inaczej, granią An Diollaid do końca. Różnica nie dramatyczna ale odczuwalna.

Mariusz nie mógł sobie podarować i popływał sobie w strumieniu… Uwielbia to i co roku liczy na to że trafi się odpowiednio gorący dzień.

Wycieczkę oceniam jako wyjątkowo mało wymagającą, tym bardziej na standardy Cuillinów. Idealny cel dla kogoś kto chciałby je popodziwiać z bliska ale nie ma ochoty na żadne scramblingi. Dla nas było to doskonałe zamknięcie nadzwyczaj udanego urlopu.

Podczas tego dziewięciodniowego wyjazdu zaliczyliśmy jedenaście munrosów w sześciu wycieczkach, mieliśmy tylko trzy dni odpoczynku (w dwu wypadkach i tak pogoda nie pozwoliłaby pójść w góry) – uważam że to znakomity bilans. No i przekroczenie połowy też daje pozytywnego kopa. Cel na przyszły letni urlop: pozostałe cztery munrosy Cuillinów. Będzie wesoło 😀


Sgurr nan Eag i Sgurr Dubh Mor

Nr 144, Sgurr nan Eag; nr 145, Sgurr Dubh Mor

Wymowa: skur nan ek; skur du mor

Znaczenie nazwy: rocky peak of the notches; big black rocky peak (za MunroMagic)

Wysokość: 924m n.p.m.; 944m n.p.m

Pozycja na liście munrosów: 265.; 228.

Data wejścia: 17.7.14

Na ostatnie dwa dni wróciliśmy na Skye. Plan był taki że pierwszego dnia wchodzimy na Sgurr nan Eag i Sgurr Dubh Mor, ostatnie munrosy Cuillinów od południa. Nie byłam pewna czego się spodziewać w kategoriach trudności, ale miałam przeczucie że będzie ciekawie.

Trasa prowadzi przez znany już nam z wycieczki na Sgurr Alasdaira Coire Ghrunnda. Ten tatrzański w charakterze kocioł wymaga skupienia przy wybieraniu drogi: przechodzi się przez kilka wielkich progów i jest tam sporo scramblingu, w części po mutonach, i ktoś mniej wprawny może się zapchać. 

Poniżej, ludzie pod ścianą dla uzmysłowienia skali:

Co jest fajne w tym kotle, to to że kiedy już pokona się ostatni próg i osiągnie staw, większość roboty jest odwalona. Zrobiliśmy prawie całą wysokość. Na okoliczne szczyty jest już bardzo blisko.

Po prawej początek grani Sgurr nan Eag. Na przełęcz wyprowadza ścieżka zygzakująca rumowiskiem. Znad jeziora moment.

Widok z przełęczy na Blavena:

Oraz na kolejny cel tego dnia. Cypek po lewej to Caisteal a Garbh, a wygląda zza niego Sgurr Dubh na Da Bheinn, przez którego szczyt mieliśmy przechodzić na Sgurr Dubh Mor. Sam munros we mgle po prawej. Wyglądało to raczej ok.

Sgurr Sgumain, Sgurr Alasdair i Sgurr Thearlaich. Byliśmy na pierwszych dwóch właśnie od tej strony. Tylko Alasdair jest munrosem – najwyższym w paśmie.

Podejście na Sgurr nan Eag nie wymaga wyciągania rąk z kieszeni, choć jeśli ktoś ma ochotę się pobawić to na ostrzu grani jest trochę konkretnego scramblingu, jednakowoż w całości omijalnego od prawej strony. Grań szczytowa jest dość długa, a kopiec duży i widoczny z daleka – i bardzo dobrze, bez kopca nie wiem czy byłabym w stanie precyzyjnie określić która skałka stanowi najwyższy punkt.

Z wierzchołka powala widok na ostatnie góry w paśmie, Sgurr a Choire Bhig i Gars-bheinn. Na pewno wspaniały i obowiązkowy cel, choć nie są munrosami!

Obowiązkowa fotka szczytowa:

O ile na Sgurr nan Eag orientacyjnie było bezproblemowo, o tyle po zejściu na przełęcz należało się już nieco zastanowić. Okazało się że z trawersowaniem Caisteal a Garbh nie ma najmniejszego problemu, teren był łatwy i wydeptana ścieżka. Trochę klucząc, wspięliśmy się na grań Sgurr Dubh na Da Bheinn i zaczęliśmy się wznosić, uważnie szukając drogi tak jak puszczało. 

Tak jak szliśmy nie było trudno. Konkretny, uczciwy scrambling w dobrej skale, który spokojnie pokonałabym też w drugą stronę. 

Przeszliśmy przez mały wierzchołek, i zaczęliśmy schodzić granią na przełęcz za którą był już munros. Znów, fajny scrambling, trochę ekspozycji, ręce konieczne, ale generalnie bez hardkorów.

Sgurr Dubh Mor wyglądał dość niewinnie, byliśmy pewni że nie będzie sprawiał żadnych kłopotów. 

Zaczęliśmy go trawersować od prawej strony, i okazało się że jest gorzej niż myśleliśmy. Przede wszystkim za Chiny nie mogliśmy znaleźć ewidentnej drogi w górę. Zbocze od tej strony składa się z sekcji skalnych poprzedzielanych trawiastymi półeczkami. Próbowaliśmy na różne sposoby, by za każdym razem się wycofać. Najpierw zapchaliśmy się w super kruchy żleb, potem w kominek który byłby spokojnie do wejścia gdyby nie to że płynęła nim woda i był pieruńsko śliski, a wymagał pójścia na tarcie. Nie mogliśmy sobie pozwolić na szarżowanie i przechodzenie trudności którą nie byłabym w stanie się wycofać. 

Wspomniany kominek:

Mariusz wyszukiwał drogę pod moim kątem, jak zwykle w trudniejszym terenie. Jakoś brnęliśmy przez półeczki do góry, nie mając pewności czy wyprowadzi nas na szczyt. Już bardzo wysoko były dwa wyjątkowo niefajne miejsca: gładkie płyty bez dobrych chwytów, do wejścia na tarcie. Jakoś wpełzłam, nie bez pomocy Mariusza. Wiedziałam, że jeżeli się wycofamy, i tak trzeba będzie tu wrócić, więc równie dobrze mogłam cisnąć!

I pomyśleć że Sgurr nan Eag był taki bezproblemowy:

Pomiędzy momentami scramblingu (nie mamy zdjęć z tych najtrudniejszych miejsc, ale jak znam życie i tak by nie oddały o co cho) była ścieżka, a w zasadzie ścieżki. Gdyby była jedna, mielibyśmy chociaż pewność że jesteśmy na dobrej drodze…

Gdyby to był szlak tatrzański, wszelkie problemy rozwiązałyby – oprócz rzecz jasna znakowania – po jednym łańcuchu i ewentualnie klamrze w tych cięższych miejscach. I wtedy byłaby to łatwizna. Ale w Szkocji obowiązuje inna filozofia.

W końcu jakoś dodrapaliśmy się na ten szczyt. Właściwy wierzchołek to ten pierwszy, z kopczykiem. Drugi wyglądał na minimalnie wyższy, więc weszliśmy i na niego, ale wg GPSa kopczykowy jest prawidłowy. 


Schodzenie zaczęliśmy po drodze wejściowej, bo nie bardzo było jak inaczej. Musiałam znowu pokonać te dwa wredne miejsca. Niżej przetrawersowaliśmy na drugą stronę grani, gdzie było łatwo acz masakrycznie krucho, i bez większych problemów wbiliśmy się na wierzchołek Sgurr Dubh na Da Bheinn. Stamtąd z początku skierowaliśmy się w kierunku Sgurr Alasdaira, szukając najdogodniejszego miejsca na zejście: 

Tu jeszcze dwa munrosy które powodują u mnie dreszczyk na plecach, to jest In Pin i Sgurr Mhic Choinnich. Wejdę na oba, co do tego nie ma wątpliwości. Nie ma też wątpliwości że mało się tam nie po***m.

Jakoś udało nam się zejść do Coire Ghrundda zachowując maksymalną ostrożność na rumowisku z głazów pomiędzy które mogłaby wpaść nie tylko noga, ale gdzieniegdzie cały człowiek. Starłam sobie opuszki na obu dłoniach a nogami ruszałam już na autopilocie… A jeszcze przed nami było schodzenie tym cholernym kotłem.

Wyspy Eigg, Rum i Soay:

Sgurr nan Eag z naszego zejścia:

Coire Ghrunnda poszedł dość sprawnie, udało się nim zejść w ok. 40 minut. 

Po powrocie z wyjazdu odpaliłam kompa i sprawdziłam co na temat tej trasy piszą portale górskie oraz sami baggerzy. Okazuje się że nasze doświadczenie ze Sgurr Dubh Mor jest absolutnie typowe! Przykład pierwszy z brzegu z Walkinghighlands:

The normal route is to head round to the right a little before finding a way up from ledge to ledge until the summit is reached. Either way, the ascent is a hard scramble and involves very tricky route finding (…).

Przyznam że trochę mnie poczesała ta wycieczka – zdecydowanie była to prawdziwa górska przygoda! Pomimo momentów kiedy miałam stracha podobało mi się bardzo. W gruncie rzeczy trudność techniczna nie była wcale duża a na pewno nie kluczowa, najgorszy by stres związany z szukaniem drogi, brakiem pewności czy dobrze idziemy, ciągłym martwieniem się czy uda się w razie czego wycofać. Ktoś kto chodzi tylko po szlakach tego nie zrozumie, offroadowcy rozumieją aż za dobrze 🙂

Am Basteir i Bruach na Frithe


Nr 136, Am Basteir; nr 137, Bruach na Frithe

Wymowa: am bastier; bruah na fri

Znaczenie nazwy: the executioner; slope of the deer forest (za MunroMagic)

Wysokość: 934m n.p.m.; 958m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 242.; 200.

Data wejścia: 11.7.14

Poniżej klasyczny, znany z pocztówek i kalendarzy, widoczek ze Sligachan. Trzej muszkieterowie Sgurr nan Gillean, Am Basteir, i… a tu się okazało że jednak nie Bruach. Bruacha zaczyna być widać jak podjedzie się bardziej na wschód. To poniżej to Sgurr a’Basteir, boczna odnoga grani. Ale trzeba przyznać ze we trójkę wyglądają wdzięcznie i symetrycznie. Tylko Gillean traci na drapieżności ponieważ poszarpańce Pinnacle Ridge zlewają się ze ścianą.

Droga spod Sligachan Hotel była nam już znana z wycieczki na Sgurr nan Gillean przez West Ridge. Jakieś trzy czwarte po połogim terenie, wyraźną ścieżką, i jedna czwarta skalisto-piarżystym kotłem.
Pinnacle Ridge. Może kiedyś ją tu opiszę:
A tu West Ridge, której (a właściwie wariantu której) opis się tu znajduje: >>LINK<<. Rany jak mi wtedy łydki latały. Ech, wspomnienia.
Nie Gillean jest bohaterem tej notki, ale jest taki śliczny że nie mogę się powstrzymać. Tu jakieś lepsze zawodniki schodzą z ostatniego przed szczytem pinakla, Knight’s Peak.
Z przełęczy pomiędzy Gilleanem a Basteirem grań tego ostatniego (w sensie to co widać) prezentuje się bezproblemowo, ale myśmy planowali, jak większość, trawersować niesławnego Bad Stepa. Opis naszego wariantu wg przewodnika Walkinghighlands wygląda następująco (piszę po części z pamięci, po części ze strony internetowej Walkinghighlands):
zacznij ostrzem, ale przed pierwszym znaczącym spiętrzeniem grani zacznij trawersować ją od lewej strony, do charakterystycznej pomarańczowo znaczonej płyty. Wespnij się tą płytą po czym kontynuuj trawersowanie ściany aż do skalistej znaczonej fioletowo rampy. Nią z powrotem na grań powyżej Bad Stepa i dalej już na luzie do szczytu.
…(podczas gdy publika wstrzymuje oddech przerywnik w postaci Sgurr na h-Uamha)…
No więc co się okazało. Z pomarańczową płytą nie było problemów (patrz niżej). Gorzej że kiedy po niej weszliśmy po krótkim czasie okazało się że wyszliśmy tuż na Bad Stepa.
Bad Step (będzie parę zdjęć niżej) może i jest do wejścia, ale do zejścia się średnio nadaje, więc trzeba było się obniżyć i szukać alternatywnego przejścia. To zbocze to nie jest jakaś ściana, ale wystarczająco strome i kruche żeby się sturlać, więc staraliśmy się iść z głową.
Początek trawersu:
Jeszcze raz pomarańczowa płyta:
Fioletowej rampy czymkolwiek ona jest niestety nie zlokalizowano.

Jeśliby zdarzyła się komuś identyczna sytuacja z Bad Stepem najlepsza rada jaką mogę dać jest taka by z góry wypatrzeć szeroką półę która trawersuje popod BS, a potem schodzić na nią jak puszcza, i na póle już dać się poprowadzić terenowi. Jeśli Mazio ma jakieś uwagi zapraszam do wpisania w komentarzach :p

Poniżej półeczki, przez które prowadzi to co uznaliśmy za prawidłową drogę:
A tu Bad Step. Wysokości dwóch dorosłych mężczyzn, najgorsza jest nie lufa a niewiele chwytów i, kiedy się schodzi, pochowane, niewidoczne stopieńki. Część przechodzi to na żywca, część się asekuruje, a największa część omija tak jak i my.
Kiedy dochodzimy do miejsca u podnóża Bad Stepa do szczytu jest tylko niewielki spacerek granią. Niestety chmury które przylazły znad środkowych Cuillinów przesłoniły całe pasmo, tak że podziwiać mogliśmy tylko stronę północną.
Ząb ginie w chmurze, Bruach też, widać jedynie ludzi na przełęczy:
Zejście po własnych śladach nie nastręczało już problemów orientacyjnych, więc wydało się dużo łatwiejsze. Postanowiliśmy pocisnąć na Bruacha. Z początku nie był uwzględniony ponieważ tym co nas interesowało był Am Basteir i zwyczajnie nie pamiętaliśmy że tuż obok znajduje się sąsiad-munros. W przeddzień wycieczki oświeciło nas przy ponownej lekturze przewodnika.

W celu dojścia na przełęcz skąd już blisko na Bruacha należy przetrawersować piargi pod północną ścianą Am Basteira, skąd przerażające wrażenie robi podwójnie przewieszony Ząb: 
Na wierzchołek z przełęczy wyprowadza łatwa i krótka grań – gdybyśmy nie zrobili tego munrosa razem z Am Basteirem bylibyśmy cieciami. Idzie się moment. Niewątpliwie jak na standardy Cuilinów łatwy munro, ale i tak bardziej charakterny niż 99% całej listy. Niestety nie mogę oddać Bruachowi pełnej sprawiedliwości: chmury zakryły nas już tak, że widoków nie było żadnych. 
Spontanicznie, nie chcąc się wracać przez piargi, zdecydowaliśmy się schodzić wysuniętą na północny wschód granią. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę: grań okazała się malownicza, skalista acz bez jakichkolwiek trudności, a odcinek którym już w dole musieliśmy nadrobić przesunięcie na wschód okazał się wręcz sielankowy; ścieżka biegła wzdłuż rzeki z licznymi wodospadami i wąwozikami. Było tak ładnie że zdjęcia z tego fragmentu planuję zamieścić w oddzielnej notce, gdzie będą fotki z urlopu które nie zmieściły mi się w notkach wycieczkowych a są zbyt ładne by je pominąć.
Podsumowując: jeśli omija się Bad Stepa, na Am Basteira trzeba wchodzić przytomnie a nie napierać jak dzik. Sensowna droga jest do znalezienia acz niekoniecznie musi być ewidentna. Jest to jednak tak krótki odcinek że można sobie pozwolić na chwilę zastanowienia. 

Po tej nadzwyczaj udanej turze wynieśliśmy się ze Skye do Gairloch. Był zamiar powrotu, ale najpierw mieliśmy w planach trochę hardkoru innego rodzaju niż rozorywanie palców na cuillińskim granicie…

(Mapka będzie jak będzie ;p)

Blaven


Nr 136, Blaven (Bla Bheinn)

Wymowa: blawen

Znaczenie nazwy: niejasne, prawdopodobnie blue hill (za MunroMagic)

Wysokość: 928m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 252.

Data wejścia: 10.7.14

Wakacje zaczęliśmy od Blavena nieprzypadkowo… Trasa turystyczna liczy sobie w obie strony zaledwie 7 km, toteż wyjechaliśmy o takiej porze jak zwykle, na Skye dotarliśmy po 13 i zdążyliśmy go bez problemu zaliczyć. Byliśmy zdeterminowani ponieważ pogoda była za dobra żeby ten dzień zmarnować wyłącznie na podróż. 

Z Blavena i jego sąsiada Clach Glasa z którym tworzą masyw są niesamowite kozaki, a trawers obu uchodzi za klasykę (zaawansowanego) scramblingu. Jest tam też wiele innych dróg scramblingowych i wspinaczkowych. Trasa turystyczna natomiast to dreptanina, do wejścia dla każdego. Nie jest jednak nudna!

Za Broadford należy skręcić na miejscowość Torrin (droga B8083). Start z parkingu nad Loch Slapin.

Clach Glas, czasami nazywany "Matterhornem Skye" (być może z emfazą ale polecam wyggoglać jego zdjęcia pod różnymi kątami, ma charakter), to oczywiście ten po prawej, oddzielony przełączką Putting Green.

Poniżej zaznaczyłam jak biegnie ścieżka turystyczna:

W terenie nie było do końca oczywiste, w którym momencie skręcić żeby zacząć się piąć w górę, wydeptanych dróżek jest tam więcej. Generalnie książkowa wchodzi w zbocze tuż za wielkim boulderem poniżej i dalej biegnie jego prawym ograniczeniem – warto się jej trzymać żeby wyżej mieć widoki na Clach Glasa znad samej krawędzi.

Wspinaczka mocno zerodowanym zboczem szłaby szybciej, gdyby nie oglądać się na okrągło za siebie, na wciąż rozszerzającą się panoramę West Highlands i wysp.

Poniżej widok na Loch Slapin, które jest zatoką, oraz półwysep Sleat (to wciąż Skye, mainland dopiero na ostatnim planie).

Putting Green i Clach Glas wreszcie z bliska. Zdążyłam się odzwyczaić od takich widoków. Trudno uwierzyć że to przecież wcale nie Cuilliny, a Red Hillsy. Chociaż ogólna opinia jest taka że te dwa szczyty to Cuilliny honoris causa. Popieram, dla mnie też Blaven jest Cuilinem. 

Kolejny w masywie, korbet Garbh Bheinn, też jest piękną górą, ale na razie mamy inne priorytety.

Odrobina scramblingu jest jedynie pod szczytem, można trudniej (kominkiem) albo bez trudności.

W centrum zdjęcia wyspa Raasay:

Efekt szoku przy wchodzeniu tą trasą jest porównywalny do tego który odczuwa się po raz pierwszy wchodząc na Krzyżne z Doliny Gąsienicowej. Widok miażdży system.

Najspektakularniej prezentuje się oczywiście Sgurr nan Gillean, ale to akurat było wiadomo jak dwa plus dwa jest cztery 😉

Nas interesował też dość intensywnie Am Basteir, nasz cel na kolejny dzień (ten z zębem). Potem miało się okazać, że i nieplanowany z początku Bruach na Frithe, ta ścięta piramida po lewej, się załapał.

Red Hillsy, z najwyższym Glamaig, która to nazwa zawsze jednakowo nas bawi:

Trasę pokonaliśmy (w obie strony) w cztery godziny, acz spokojnie da się sporo szybciej. Nam niby się śpieszyło (żeby zdążyć znaleźć nocleg / rozbić namiot), ale w taki dzień nie dało się nie pokładać i nie podziwiać widoków. W rezultacie i popodziwialiśmy, i z namiotem nie było problemów (pole w Sligachan), a nawet zdążyliśmy zjeść obiadokolację w barze Sligachan Hotel.

Był to najlepszy z możliwych start urlopu, a i później miało się dziać…

Mapka z Walkinghighlands >>LINK<<


Weekend w Highlandzie



W góry zupełnie nie udaje nam się ostatnio wyskoczyć, ale w ostatni weekend zrobiliśmy sobie objazdówkę po Skye i zachodnim Highlandzie. Złota jesień plus okno pogodowe zaowocowały fantastycznymi wrażeniami. Szkoda że nie jestem w stanie wrzucić wszystkich zdjęć.


W sobotę na Skye jeszcze nie było rewelacyjnie, trochę co chwila popadywało, ale dało się coś zobaczyć. 

Storr stał w chmurach, za to Qiraing nie rozczarował:
Image Hosted by ImageShack.us
Hebrydy Zewnętrzne wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Za krową widać góry na Harris.

Image Hosted by ImageShack.us



Czarne Cuilliny odsłoniły się dopiero wieczorem, ale jak już to już. Sgurr nan Gillian wygląda od tej strony tak, że słowackie Tatry Wysokie by się nie powstydziły:

Image Hosted by ImageShack.us
Zachód słońca był spektakularny.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us


W niedzielę – masakra. Od rana pogoda taka że trudno było uwierzyć. Śniadanie z widokiem na przyśnieżone, skąpane w słońcu Cuilliny, bezcenne.

Image Hosted by ImageShack.us


Nie chciało nam się tak od razu wracać więc najpierw pojechaliśmy na półwysep Sleat, gdzie nas jeszcze nie było. Roztaczają się stamtąd widoki na dziki półwysep Knoydart z piękną górą Ladhar Bheinn (najwyższa na zdjęciu) na którą od dawna się szykujemy (wycieczka niestety dość skomplikowana logistycznie).

Image Hosted by ImageShack.us



Image Hosted by ImageShack.us

Loch Alsh:

Image Hosted by ImageShack.us

To natomiast niewątpliwie dwie najwyższe z Five Sisters of Kintail >>LINK<<.

Image Hosted by ImageShack.us

Na cmentarzu u wylotu Glen Affric było tak pięknie, że zrobiliśmy tam dłuższy postój.

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejne dwa wypadły nad Loch Garry, pierwszy na znanym punkcie widokowym:

Image Hosted by ImageShack.us

I drugi, bo nie dało się przejechać mimo wobec tych kolorów.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Jako że wypadał Remembrance Day, pod Commando Memorial koło Spean Bridge był niezły tłum. Było na co popatrzeć.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Postanowiliśmy podskoczyć jeszcze do Glenfinnam i po drodze ustrzeliliśmy Benka który był jak zwykle bezbłędny.

Image Hosted by ImageShack.us

Glenfinnan Monument i wiadukt załapały się na zdjęcia w ostatnich chwilach przed zachodem słońca:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Glencoe i reszty już się uwiecznić nie dało. Ale co ogarnęliśmy to nasze. Niezapomniany dzień.

Śniegu jest już całkiem sporo i nie mogę się doczekać kiedy w końcu pójdziemy w góry!!!