Porażka na Ben Nevisie


Mieliśmy dużą zagwozdkę co zaplanować na wczoraj, jako że w całej Szkocji ostro sypnęło śniegiem i prognozy gwałtownie poleciały w dół. Byliśmy jednak zdeterminowani żeby gdzieś się wybrać z nowymi znajomymi. W końcu zdecydowaliśmy się na Ben Nevisa, przez Ledge Route oraz – gdyby żleb nr 5 był zbyt lawiniasty – przez CMD Arete. Nic nowego ale uwielbiam tę g
órę i mogę na nią wracać jeszcze setki razy, nawet kosztem zaliczania nowych munrosów. Cieszyłam się więc bardzo na tę wycieczkę.
Kiedy za Callander wjechaliśmy w góry, im głębiej się w nie zanurzaliśmy tym bardziej pomysł wchodzenia na Benka od północy wydawał się mniej realny. Wszystko białe. Beinn Dorain, dwa tygodnie temu przyprószony na czubku, teraz pokryty śniegiem od podstaw. W rejonie Rannoch Moor gdzieniegdzie śniegi nawiane do połowy szosy. Glencoe – masakra. I to wszystko świeże, niezwiązane, czyli potencjalnie super lawiniaste. Jeszcze przed Fort William ustaliliśmy że zaczniemy podchodzenie z Glen Nevis, Pony Trackiem, i przy Half-way Lochan zdecydujemy adekwatnie do warunków czy pchamy się w północne ściany czy kończymy ceprostradą.
Początek raczej napawał optymizmem, co prawda ilość i stan śniegu sugerowały że mądrzej będzie podchodzić najłatwiejszą drogą, ale co do samego faktu iż wejdziemy nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości.

Im wyżej, tym wiatr się wzmagał – gogle i maski poszły w ruch. Przynajmniej w miarę jak temperatura się obniżała śnieg robił się mniej mokry, choć i tak zapadaliśmy się straszliwie.

Kiedy rozpoczęliśmy bezpośredni trawers wyprowadzający na wypłaszczenie koło stawu wiatr oszalał. Szliśmy w śnieżycy, wciąż wierząc że wszystko jest pod kontrolą i wejdziemy na szczyt. Niestety przed osiągnięciem wypłaszczenia zrobiło się po prostu tragicznie. Widoczność przed nami spadła do zera, śnieg zlewał się z niebem, nie było wiadomo w którym kierunku iść. Za nami momentalnie pozawiewało ślady. Świeżego śniegu dowaliło tyle, że miejscami zagrzebywaliśmy się po biodra. Najgorsze, że na tej trasie zupełnie nie ma się gdzie schować, biegnie ona połogimi odsłoniętymi zboczami, nie ma tam żadnych załomów skalnych, o drzewach nie wspominając. Nasze ciuchy wierzchnie były już przemoczone, a czekało nas jeszcze prawie dwa razy tyle drogi plus schodzenie. Po grupowej dyskusji stwierdziliśmy że, choć z żalem, odpuszczamy. Wbijanie się na siłę poważnie groziło ponownym dostarczeniem niepotrzebnej roboty Mountain Rescue.

Wracając byliśmy zdumieni, jak wiele śniegu przybyło: m.in. głazy na których przysiedliśmy podczas wchodzenia były teraz całkowicie zasypane. Wpadaliśmy po pas, co generowało mnóstwo śmiesznych sytuacji i generalnie powrót, mimo porażki, przebiegał w atmosferze radosnej głupawki. Były nawet dupozjazdy, co prawda średnio efektywne w kopnym śniegu.

Ben Nevis tym razem nas nie wpuścił ale i tak było fajnie. Poza tym dobrze czasem dostać od natury w dupę, żeby przypomnieć sobie że góry mogą być groźne niezależnie od stopnia trudności trasy, i należy im się jednak ta odrobina respektu.

Stob Coire nam Beith i Bidean nam Bian

Tym razem po raz trzeci wybraliśmy się na Bideana nam Bian. Jego masyw jest tak gigantyczny i daje tyle możliwości, że będziemy tam wracać jeszcze wielokrotnie, choć opóźnia nam to zdobywanie munrosów. Nigdy nie było ono jednak naszym priorytetem, raczej czymś co trzeba w końcu odwalić ;D
Wczorajsza wycieczka miała być bez ciśnień, chcieliśmy żeby był fajny klimat i gwarantowany śnieg. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się na Glencoe.
Tym razem wchodzić mieliśmy przez Stob Coire nam Beith, zachodni przedwierzchołek Bideana (przedwierzchołek, bo choć jest fajnym szczytem, ma za małą wybitność na status samodzielnego munro). Tej zachodniej odnogi nigdy jeszcze nie penetrowaliśmy.
Poniżej Aonach Eagach posypane cukrem:

Z dolinki należało wbić się na grzbiet po prawej stronie. Sam wierzchołek Stob Coire nam Beith widać w tle. Z początku szliśmy kamienistą ścieżką przypominającą tę pomiędzy Siostrami. Weszliśmy nią dość głęboko w dolinkę. Nie wiem, czy gadając przegapiliśmy odpowiednie miejsce do rozpoczęcia podchodzenia, czy takiego miejsca po prostu tam nie było, w każdym razie kiedy ścieżka gwałtownie skręciła w lewo stało się oczywiste że najwyższy czas ją porzucić. Tymczasem zbocze na które mieliśmy wchodzić nie zachęcało: było bardzo strome, ale prawie bez skał, same mokre trawy i mchy.

W książeczce "Ben Nevis & Glencoe", która choć jest fajnym i inspirującym źródłem informacji, to jednak celuje zdecydowanie w mało zaawansowanych, zarekomendowane jest właśnie wchodzenie po tym zboczu, gdzieś w okolicy gdzie my je uskutecznialiśmy. Dlatego jestem przekonana że przegapiliśmy ten właściwy moment, bo to nasze wejście na grzbiet było najcięższym odcinkiem trasy i raczej by go nie zalecali. Było gorsze niż wrzosing w zboczach Meall na Teanga (>>LINK<<). Na szczęście ten przykry odcinek nie był długi i wkrótce osiągnęliśmy początek ramienia które miało nas wyprowadzić na Stob Coire nam Beith.

Ramieniem dalej już bez niejasności topograficznych, za to przy pogarszającej się widoczności. Lina, którą niesie kolega, była przeznaczona do celów szkoleniowych – Mariusz miał nam pokazać w śniegu parę technik których nauczył się na kursie. Jak w większości takich sytuacji, gdy przyszło co do czego nikomu się nie chciało a Mariuszowi najmniej (wiedziałam że tak będzie) 😛

Śnieg był niezwiązany, w stromszych miejscach musieliśmy się pilnować żeby z nim nie zjechać.

Po dotarciu na Stob Coire nam Beith otaczało nas takie mleko, że kierunek dalszego marszu trzeba było ustalać za pomocą GPSa. Byłam rozczarowana, bo zanosiło się na to że znowu nie będziemy mieć z Bideana żadnych widoków. Coś tam się momentami przecierało, ale generalnie widoczność była taka jak poniżej:

Podejście na szczyt:

Mimo mleka było naprawdę fajnie. Na wierzchołku zrobiliśmy postój z gotowaniem herbaty, wyluzowaliśmy się i dopiero kiedy już porządnie zmarzliśmy, zdecydowaliśmy się iść dalej. Planowaliśmy schodzić na przełęcz pomiędzy Bideanem a Stob Coire nan Lochan i z niej zejść w dolinkę którą przyszliśmy.

Na zejściu znów należało uważać ze względu na bardzo sypki śnieg. Po dotarciu na przełęcz obniżyliśmy się trochę, ale rekonesans wykazał że schodzenie tamtędy może być nieco ryzykowne. Nie chcąc pojechać z lawinką, zdecydowaliśmy się przejść przez Stob Coire nan Lochan i schodzić pomiędzy Siostrami, jako że z Aonach Dubh, siostry obramującej dolinkę naprzeciwko ramienia którym wchodziliśmy, zejść by się nie dało.

Po osiągnięciu Stob Coire nan Lochan wyszliśmy z chmury i wreszcie zaczęły się widoki. Poniżej widać ludzi na Dorsal Arete, jedynej drodze na północnych filarach tej góry którą będziemy w stanie przejść po uzupełnieniu braków sprzętowych (pozostałe to hardkory):

Widać gościa, który asekuruje od góry:

Panorama Aonach Eagach, the Mamores oraz Ben Nevisa choć częściowo wynagrodziła nam mleko na Bideanie.



Filary opadające ze Stob Coire nan Lochan:

Oraz zbocze i ramię, którymi wchodziliśmy:

Tu rewelacyjnie widać, jak wielki jest niższy od tatrzańskiej Gęsiej Szyi Ben Nevis. Pamiętajmy, że dla Tybetańczyka Tatry są zaledwie depresją 😉

Znów nasze ramię wejściowe:

Oraz jeszcze raz wspomniane filary:

… i w przybliżeniu, by można było wyraźnie dostrzec ludzi. Dorsal Arete jest w centrum.

Zeszliśmy tak jak pisałam, co prawdopodobnie zwiększyło zarówno nasze bezpieczeństwo jak i zakwasy, bo dodaliśmy sobie parę kilometrów asfaltem.

Wycieczka była świetna i znakomicie udało się spełnić jej założenia o braku spinania się i relaksacyjności. Częściowo też dlatego że nie padał żaden nowy cel, wiedzieliśmy więc że w razie czego wycofamy się bez złości. W tym wyjściu chodziło wyłącznie o obcowanie z górami w fajnej kompanii. Lubię takie klimaty.

Meall Corranaich & Meall a’Choire Leith

Nr 70, Meall Corranaich i nr 71, Meall a’Choire Leith

Wymowa: mil kora nah; mil a kori lej

Znaczenie nazwy: hill of lament; hill of the grey corrie (obie wersje za MunroMagic)

Wysokość: 1069m n.p.m.; 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 68.; 261.

Data wejścia: 29.12.10

Dwa ostatnie munrosy zdobyte w tym roku leżą w grupie Lawersa, którą bardzo lubię z następujących względów: mamy do niej blisko, góry są tam ładne i nie takie znów niskie jak na Highland (przypominam że Ben Lawers zamyka pierwszą dziesiątkę munros), do większości można się dostać z położonych na wysokości prawie 500m parkingów, trasy  – z wyjątkiem tej na Lawersa – nie są zatłoczone.

W tamtej okolicy byliśmy na Beinn Ghlasie* (i to, nie z własnej woli, trzykrotnie), na Lawersie** oraz zwiedziliśmy Meall nan Tarmachan***.

*>>LINK<<

**>>LINK<<

***>>LINK<<

Tym razem mieliśmy startować z drugiego parkingu, ale udało się zostawić samochód trochę dalej. Ścieżki nie ma, wolna amerykanka, i bardzo dobrze.


Idziemy tak jak prowadzi nas ukształtowanie terenu. Z początku nie ma jakichś specjalnych stromizn. Z tyłu towarzyszy nam widok na Loch Tay. Tym razem całą dolinę z jeziorem zalegały mgły, i tak miało pozostać do końca dnia.

Spektakl, jaki nam zafundowało wznoszące się z mgieł słońce, pomógł przetrwać ten pierwszy moment rozchadzania się i rozgrzewania.



Po pierwszym stromszym odcinku, gdzie było trochę śmiechu (powstała m. in. nowa dyscyplina: bobking, tj. lawirowanie wśród wiadomych produktów przemiany materii podczas czworakowania na stromym zboczu), wyszliśmy na wypłaszczenie. Przyszedł czas na kolejne atrakcje wizualne. Z mgieł zaczęły się wyłaniać okoliczne szczyty, ale same czubki, co powodowało złudzenie optyczne że znajdujemy się w górach co najmniej równych wysokością Tatrom. Poniżej Beinn Ghlas:

Oraz Meall nan Tarmachan:

Ostatnie podejście wbrew przypuszczeniom nie wyprowadziło nas na szczyt, a na obszerne plateau, gdzie najwyższy punkt, do którego był jeszcze kawałek, wyznaczał kopiec, inaczej ciężko byłoby określić gdzie on się znajduje. Poniżej na końcu wypłaszczenia punkt który wzięliśmy z dołu za wierzchołek, a z tyłu Tarmachan oraz szczyty Ben More’a i Stob Binneina:

Oraz zbliżenie na bohaterów drugiego planu:

Z przeciwnej strony lansował się Ben Lawers z An Stucem. Za nimi znajdują się jeszcze dwa munrosy – An Stuc i one to ostatnie które nam zostały z grupy Lawersa. Na szczęście jak najbardziej można je ogarnąć za jednym podejściem.

Widok w kierunku kolejnego munro kompletnie nas zaskoczył, wydawało nam się że tam już nic nie ma, dopiero oględziny mapy wykazały, że Meall a’Choire Leith to ta brązowa, jedna z wielu, kopa w tle. W pierwszej chwili mieliśmy ochotę go sobie odpuścić, ale zdecydowaliśmy, że skoro jest tak mało atrakcyjny a przy tym odległościowo trudno dostępny, to jeśli nie zdepczemy go teraz, nie zrobimy tego już nigdy. A wszak w naszej munroistycznej karierze czekają nas chociażby jeszcze Drumochtery aka pancakes, i zęby trzeba będzie zacisnąć i tak, więc trzeba się dzielnie przyzwyczajać.

Wkrótce ogarnęły nas chmury i nie warto było robić zdjęć. Na drugiego munro z początku spacerkiem, pod koniec stromiej, sam szczyt – kopa, ale satysfakcja że jednak nam się chciało i mamy zaliczonego 71-go była spora. Trasę zejścia starałam się bez większych odchyleń zaznaczyć na mapce, ogólny kierunek na pewno się zgadza ;). Dolina którą wracaliśmy była klimatyczna – otoczone niskimi, obłymi i nagimi wzgórzami odludzie, żadnej roślinności oprócz wrzosów, kosmos. Klimat z gatunku: love it or hate it. My zdecydowanie skłaniamy się ku pierwszej opcji. Nawet ja, choć wpadłam do zdradliwego ukrytego pod śniegiem strumienia, przewróciłam na plecy i machałam w panice odnóżami "jak robak" (jak podsumował Mariusz) dopóki Marcin mnie nie wyciągnął. Zdjęcie byłoby bezcenne, niestety Mariusz nie zdążył wyjąć aparatu na czas.

Gdy doszliśmy do asfaltówki wzdłuż jeziora, wydawało się że do samochodu tylko moment, niestety był to jeszcze kawał. Na osłodę mieliśmy widok na Ben Vorlicha oraz czarną, stromą ścianę Tarmachana po prawej. Ten odcinek bardzo dał mi popalić, jako że dłuższy marsz w scarpach po twardej nawierzchni kończy się u mnie paskudnym bólem nóg.

Po raz kolejny mieliśmy o wiele więcej szczęścia niż mogliśmy się spodziewać w kwestii pogody. Trasa nie była wyzwaniem ani przygodą, ale podobało nam się i tak – fajny, bezpretensjonalny hillwalking połączony z zaliczeniem 2 munrosów, generalnie wartościowo spędzony dzień.

An Caisteal

Nr 69, An Caisteal

Wymowa: an-kasz-tiel (akcent na kasz)

Znaczenie
nazwy:
the castle

Wysokość: 995m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
147.

Data wejścia: 5.12.10

An Caisteal McNeish poleca połączyć z dwoma sąsiednimi munrosami, ale na to moglibyśmy się porwać tylko przy związanym śniegu. Ile i czy w ogóle jakiegoś zdepczemy, zależeć miało więc od warunków.

Początek trasy z szosy A82 tuż za Crianlarich. Parking znajdował się po przeciwnej stronie drogi, ale nie bardzo umiałam zaznaczyć go na mapie.

Wyruszyliśmy w kopnym śniegu, tnąc zbocze jak najwygodniej i pokonując kolejne antyowcze płotki, w większości ozdobione u góry *%#(^%%@ drutem kolczastym (uważać na spodnie i zawartość!)

Jak widać na mapie, cały masyw ma kształt podkowy o długich ramionach. Skierowaliśmy się na ramię prawe (patrząc z parkingu), rozpoczynające się wzniesieniem o nazwie Stob Glas, z którego mogliśmy już kontynuować grzbietem do końca na wierzchołek. Najgorsze było podchodzenie na Stob Glas, ponieważ tu na dole śnieg był najgłębszy. Liczyliśmy że na grzbiecie będzie lepiej.

Widoczność i warunki mieliśmy idealne, Highland w śniegu prezentował się wspaniale. poniżej nasz pierwszy munro, Beinn Dorainn:


Rewelacyjnie lansował się Ben Lui  (po jego prawej Ben Oss, jeszcze czeka w kolejce):

Za wierzchołkiem Stob Glas znaleźliśmy sobie osłonięte od wiatru miejsce i zrobiliśmy przerwę na herbatę. Stąd odsłoniła się nam już cała dalsza droga, tak na oko niespecjalnie długa.

Szło się niespecjalnie. Żeby jeszcze podłoże było jednolite, ale tu mieliśmy na przemian głęboki śnieg, śnieg zmrożony i lód (i tak mogłoby być cały czas), czy lekko tylko przyprószone skały, po których masakrycznie słabo szło się w rakach. Z drugiej strony z dwojga złego lepiej było w rakach niż bez bo na tych zmrożonych a co stromszych odcinkach i tak trzeba byłoby je zakładać. Generalnie, pomijając widoki, nie była to najprzyjemniejsza wędrówka.

Na ostatnim planie Ben Lomond:

Śmieszna była taka jedna pionowa skarpka, wysoka może na dwa metry. Śnieg był tam totalnie luźny i przy każdej próbie wdrapania się na nią zjeżdżał razem ze mną (szłam pierwsza). Jakoś się w końcu udało, choć musiałam w tym celu natworzyć trochę dziwacznych figur ;D

Na szczyt wbiliśmy się nieźle zmachani, ale szczęście było pełne, poniżej Marcin i Mariusz:

Czasu na podziwianie widoków mieliśmy niewiele, była już 15. Poniżej Ben More i Stob Binnein. Na Benie byliśmy, ale jest to tak piękna (plus najwyższa w okolicy) góra, że bardzo chciałabym tam wrócić, koniecznie w sezonie zimowym – no i tym razem ogarnąć go z bliźniakiem.

Choć kształt duetu Ben Vorlich – Stuc a’Chroin jest bardzo charakterystyczny, trochę czasu zajęło mi zidentyfikowanie go. Nigdy jeszcze nie widziałam tych dwóch munro całych na zimowo.

Poniżej widok w kierunku z płd-wsch, mała piramidka po prawej to Ben Ledi, wzgórze wznoszące się nad Callander:

Ponieważ do zmroku pozostało niewiele czasu, przy schodzeniu napieraliśmy jak się dało, robiąc przerwy jedynie na uzupełnienie kalorii i popstrykanie niesamowitego zachodu słońca.

Schodziliśmy niewiele ponad… godzinę! Aż trudno w to uwierzyć. Zaoszczędziliśmy tyle czasu głównie na ostatnim odcinku, zejściu ze Stob Glas, które w odwrotną stronę tak nas umordowało. Udało nam się dotrzeć do samochodu jeszcze zanim zdążyliśmy użyć czołówek.

Wycieczkę zaliczam do nadzwyczaj udanych. Zmęczyliśmy się, ale przecież po to chodzi się w góry. Pogoda nie mogła trafić się lepsza. Widoki… sami oceńcie.

Więcej zdjęć: >>LINK<<

Stob a’Choire Mheadoin i Stob Coire Easain

Nr 67, Stob a’Choire Mheadoin i nr 68, Stob Coire Easain

Wymowa: stob a kori wijon; stob kori esan

Znaczenie
nazwy:
peak of the middle corrie; peak of the corrie of the little waterfall (obie wersje za MunroMagic)

Wysokość: 1105m n.p.m.; 1115m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
46.; 39.

Data wejścia: 21.11.10

Jako że mieliśmy przerwę w chodzeniu, postanowiliśmy zamiast męczyć się na scramblingach wrócić na chwilę do nieco zaniedbanego przez nas munro baggingu. Jak zwykle o tej porze roku kłopot był z wyborem trasy – bo w okolicy zostało już niewiele fajnych gór a dzień jest krótki. W końcu zdecydowaliśmy się zdeptać dwa munrosy nad loch Treig, z jednej strony mające Grey Corries, gniazdo górskie przylegające od wschodu do Nevis Range, co dałoby możliwość zobaczenia Bena i Mamoresów z zupełnie nowej perspektywy. Jezioro Treig leży na północnym krańcu Rannoch Moor, nieco poniżej Glen Spean i drogi A86. Na wschód zaczynają się góry Monadhliath a dalej za nimi leżą już Cairgormsy. Tak bardzo w centrum Highlandu jeszcze nie byliśmy.

Z Fort William obieramy kierunek na Spean Bridge i kontynuujemy A86, by za niedalekim Roybridge skręcić w prawo, wąską podrzędną drogą do parkingu w miejscu (bo miejscowością ciężko to nazwać) zwanym Fersit.

Przed rozpoczęciem trasy mieliśmy małe spięcie, mianowicie kategorycznie odmówiłam zabrania raków i czekana. Śniegu nie było dużo i tylko w górnych partiach zboczy, stwierdziłam więc że nie będę dźwigać czegoś co z dużym prawdopodobieństwem okaże się niepotrzebne. Wobec powyższego Mariusz, choć nie był za szczęśliwy, również zrezygnował z zabrania sprzętu. Wziął go tylko Marcin.

Poszliśmy tak jak w McNeishu, drogą wzdłuż Loch Treig i ledwo widoczną ścieżką zaczęliśmy wbijać się na zbocze (patrz mapka). Nie była to jednak najmądrzejsza opcja. Ścieżka wkrótce zniknęła, więc parliśmy do góry tak jak nam było najdogodniej, a stok zrobił się mało przyjemny – wystromiał na tyle, że zmęczenie szybko zaczęło dawać w kość. Zdecydowanie lepiej byłoby wchodzić ramieniem góry od samego początku, od parkingu, zamiast wbijać się bokiem tak jak my. Kiedy osiągnęliśmy grzbiet i teren się wypłaszczył, dopiero mogliśmy zacząć cieszyć się wycieczką, wcześniej to była masakra.

Od miejsca gdzie wbiliśmy się na grzbiet do szczytu Stob a’Choire Mheadhoin był jeszcze spory kawałek, ale teren był tu nachylony dość łagodnie. Zbocze opadające w kierunku jeziora stanęło dęba jeszcze bardziej, tu już nie dało by się wejść tak łatwo. Coraz częściej pojawiał się lód. Powoli zaczynałam żałować mojej decyzji odnośnie raków.
Z wierzchołka odsłonił się rejon, który widokowo najbardziej nas interesował: Mamores i Grey Corries. Tzn. na początku mogliśmy go podziwiać jedynie fragmentarycznie z powodu chmur.



Na Stob Coire Easain był dosłownie kawałek, ale ten odcinek dostarczył trochę górskiej radości. Wiatr rozpędził chmury, po czym zaczął pizgać tak, że ciężko było utrzymać równowagę, a w dodatku walił po oczach śniegiem (nie wzięłam gogli!). Na szczyt wbijaliśmy się w szalejącym żywiole, i jak później ustaliliśmy z Marcinem, to uczucie bycia, ekhem, walonym przez Naturę jest bezcenne, zwłaszcza kiedy pomimo niego twardo prze się do celu 😉

Stob Coire Easain

Stob a’Choire Mheadhoin

Widoki odsłoniły się zupełnie i bardzo ciekawie było podziwiać ten rejon od zupełnie nowej strony. Nie jestem tylko pewna czy i co widzieliśmy z Nevis Range, bo Grey Corries zasłaniały i na dalszym planie zlewały i nie bardzo umieliśmy rozpoznać, co jest co.

Poniżej Cruach Innse i Sgurr Innse, dwa maluchy z których przynajmniej pierwszy mocno się wyróżnia z otoczenia swoja skalistą strukturą. warto kiedyś go odwiedzić dla potencjalnych scramblingów.



Przy schodzeniu ze Stob Coire Easain zaczęła się zabawa. Śnieg po tej stronie zboczy nie był miękki jak na wejściu, a zmrożony. Jakoś sobie radziłam, głęboko zabijając podeszwy, ale w pewnym momencie zaczęło się robić naprawdę nieciekawie. Stok był bardzo długi i zjechanie po tej szklance na pewno nie pozostało by bez drastycznych konsekwencji. Gdyby nie pomoc Marcina schodzenie zakończyło by się dla mnie zdecydowanie źle. Raz faktycznie pojechałam, ale zatrzymał mnie czekanem i wyrąbał mi kilka stopni, dzięki którym jakoś pokonałam najgorszy odcinek. Oczywiście chyba nie muszę mówić jak wkurzeni byli na mnie oboje za niezabranie raków. No cóż, mieli rację.

Poniżej Mamores, od Binnein Mor po Sgurr a’Mhaim:

Trawersując grzbiet którym przyszliśmy, obniżaliśmy się w dolinę gdzie w końcu pokazała się ścieżka (łatwo ją wypatrzeć z góry, początek wyznacza jakaś dziwna kamienna konstrukcja). Ścieżką do samego parkingu, upiornie długim podejściem, pod koniec wzdłuż nieużywanej linii kolejowej. Ten odcinek bardzo nas zmęczył i dał popalić, jako że był niemożebnie błotnisty, a że na ostatnim fragmencie szliśmy w ciemnościach, lawirowanie wśród błocka i krzaczorów było średnio przyjemne.

Poniżej mapka którą – mam wielką nadzieję – udało mi się oznaczyć w miarę precyzyjnie. Widać jak bardzo wlecze się zejście. Widać też gdzie zaczyna się ramię góry, którym polecałabym wchodzić zamiast włażenia zboczem od jeziora.

Ledge Route na Ben Nevis

Dziś po raz drugi zmiana przy klawiaturze. Vespa poprosiła mnie bym opisał trasę, którą zrobiliśmy prawie dwa tygodnie temu na Ben Nevisa. Był to pierwszy nasz wspólny wypad na tę górę przez północną ścianę. Przedsięwzięcie nieco ryzykowne, gdyż w wyższych partiach gór spodziewaliśmy się jeszcze śniegu i lodu. Pierwszy raz zabraliśmy więc ze sobą linę i podstawowy sprzęt wspinaczkowy. Do tras scramblingowych przygotowujemy się raczej gruntownie i po przeanalizowaniu paru opisow z książek oraz kilku z Internetu doszliśmy wspólnie do wniosku, że będzie dla nas psychicznym komfortem posiadanie asekuracji, nawet jeśli nie okaże się potrzebna. Ledge Route to najłatwiejsza scramblingowa droga na Ben Nevisa. W większości źródeł ma wycenę dwójkową, a warunki zimowe dodają jeszcze trudności. Największą jednak jest kwestia znalezienia właściwej drogi. W ubiegłym roku w lecie przeszedłem samotnie sąsiednią Tower Ridge. Drogę trudną technicznie, na granicy wspinaczki i scramblingu. Nie stanowiła ona jednak żadnego lub bardzo niewielkie wyzwanie orientacyjne. Szlak tej trasy od początku do końca wyznacza skalna grzęda i ciężko jest tu zabłądzić. Z Ledge Route sprawa wygląda nieco inaczej, a jej linia jest zygzakowata i pogmatwana. Tak czy owak należy najpierw dostać się do kotła pod północną ścianą tej góry. Tym razem nie szliśmy od strony Glen Nevis i udało nam się odnaleźć schowany na skraju lasu i pola golfowego parking o wdzięcznej nazwie The North Face, skąd prowadzi wygodna ścieżka w kierunku naszego celu. Początek może dać nieco w kość, gdyż nabieramy szybko wysokości, ale po osiągnięciu granicy lasu łagodnym podejściem zbliżamy się w kierunku tego co Ben Nevis ma najlepsze.



Jak prawie wszystkie trasy scramblingowe początek drogi wyznacza tu chatka Montain Rescue. Zanim ją osiągniemy powoli odsłaniają się kolejne z nich. Pięknie lansowała się nam Tower Ridge z charakterystycznym Douglas Boulder, za nią Observatory Ridge i Northern Buttress (te dwie jeszcze długo będą poza naszym zasięgiem).

Mijamy też Castle Ridge, która otwiera całą północną ścianę Ben Nevisa i czeka w kolejce na ten rok na nasze odwiedziny.

Będąc już koło chaty MR patrząc w kierunku południowym mamy przed sobą wielki kocioł poprzecinany żlebami. Najbardziej skrajny po prawej stronie to Gully nr 5 – to początek Ledge Route. Gdy pokonywaliśmy podejście w jego kierunku gdzieś z góry urwał się głaz wielkości dużego stołu i z hukiem przeleciał niecałe pięćdziesiąt metrów od nas prawie do dna kotła. W tamtej chwili nasze kaski wydały się śmiesznym zabezpieczeniem.



Gully Nr 5 większą część roku może być nieco ośnieżony.

O tej porze roku śniegu było jeszcze dużo i choć przy plusowej temperaturze brakowało lodu to szybko postanowiliśmy założyć raki i odpiąć czekany.

Gdy ściany żlebu otwierają się w prawą stronę przed nami pojawia się półka wiodąca w tym kierunku. Jest szeroka i niezbyt eksponowana, ale w śnieżnych warunkach można by nią zjechać do krawędzi ściany, którą przed chwilą mijaliśmy w żlebie.

I tu chyba najtrudniejszy orientacyjnie fragment drogi. Nie idziemy bowiem półką do końca – wiedzie w kierunku urwiska, a skała po lewej stronie staje się zbyt stroma. Należy przed jej końcem skręcić w lewo, w otwierający się dość wąską rynną i rozszerzający ku gorze żleb, który prowadzi do wyższej partii kotła. Nie ma tu większych trudności technicznych chociaż nie wiem jak ten odcinek wygląda bez śniegu.

Gdy docieramy do wypłaszczenia po prawej stronie widać ścianę, której szczyt to właściwy scrambling na Ledge Route. Aby go osiągnąć znowu skręcamy w prawo i robiąc już ostatni zygzak zbliżamy się do początku grani.

To piękne miejsce na odpoczynek. Nad urwistymi ścianami jest tu spora platforma, gdzie można wygodnie się rozłożyć podziwiając widoki otwierające się w kierunku zachodnim i północnym. Świetnie widać stąd całą Castle Ridge. Zainteresowanych odsyłam do galerii na Picasie.

Za nami początek grani. Jest szeroki, zbudowany ze skalnych bloków i nie stanowi dużego wyzwania.

Z lewej strony szybko pojawia się ekspozycja, a pionowa ściana coraz bardziej rośnie oddalając się od dna kotła. Z prawej, choć nieco stromieje, można ominąć większość trudności.

My jednak wybraliśmy drogę blisko krawędzi grani, która w jednym miejscu staje się nieco bardziej wymagająca. Zwęża się tworząc prawie skalnego konia, którego trzeba ominąć i zejść na położone nieco niżej siodełko łączące z dalszą częścią grani.

Dalsza część grani jest już raczej łatwa. W żadnym punkcie nie zwęża się za bardzo.

W końcu rozszerza się i łagodnieje. Przed nami jeszcze ostatnie ostre podchodzenie na krawędź płaskowyżu szczytowego, które w zimowych warunkach wymaga w mojej opinii czekana i raków.

Latem w tym miejscu nie powinno być już śniegu, a wejście nastręczać trudności. Po osiągnięciu końca trasy do szczytu Ben Nevisa pozostaje około kilometra łagodnego spaceru. Nam jednak nie chciało się tym razem go odwiedzać – pora była późna i spieszyliśmy się na piwo. Po drodze zaliczyliśmy najdłuższy jak dotąd dupozjazd po śniegu. Wycieczka narobiła całej naszej trójce apetytu na scrambling. W tym roku sprzęt wspinaczkowy z pewnością się przyda. 🙂



Mazio

Beinn Bhreac

Nr 58, Beinn Bhreac

Wymowa: bin wrek

Znaczenie
nazwy:
speckled hill

Wysokość:
931m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 249.

Data wejścia:
14.03.10

Znalazłam u
McNeisha bardzo trafny cytat o Cairngormsach, przepraszam że podaję w
oryginale ale tłumaczę podobnie jak obieram ziemniaki: co z tego że wiem
jak, kiedy efekt jest kwadratowy:

Sir
Henry
Alexander suggested that for many, first acquaintance with these hills
was occasionally accompanied by a sense of disappointment. But, he goes
to say, "as one explores them and wanders among them, the magnitude of
everything begins to reveal itself, and one realises the immensity of
the scale upon the scene is set, and the greatness and dignity and calm
of the Cairngorms cast their spell over the spirit.

Mam dokładnie takie same odczucia. Cairngormsy po etapie rozczarowania (te naleśniki to mają być najwyższe góry Szkocji?) rozkochały mnie w sobie.

Celem ostatniej wycieczki były dwa munrosy we wschodniej części grupy, nieeksploatowanej jeszcze przez nas Glen Derry.

Od parkingu przy Linn of Dee, znaną nam drogą (wracaliśmy nią z Penisa >>LINK<<) maszerujemy do Derry Lodge. 

Jest to chyba najbardziej zalesiona dolina, jaką ogarnęliśmy w szkockich górach. Oprócz flory zachwyca też cairngormska fauna – jelenie, zające bielaki, pardwy. Szkocka Arktyka 🙂

Od Derry Lodge odbijamy w kierunku Glen Derry. Do konkretów niestety jeszcze spory kawałek.

To na górze to już Glen Derry, my mieliśmy się wbijać na wał po prawej stronie. W przepadającym paskudnym śniegu osiągnięcie plateau zajęło wieki. Co i rusz wydawało mi się że już jestem w rejonie szczytowym, ale nie – otwierał się kolejny plan. Niby kopa, ale w tych warunkach śniegowych wysysała energię ekspresowo. Widoki mieliśmy jedynie za sobą, na Glen Derry i zachód.


Bein Bhreac jest największym plaskaczem jakiego zdeptałam. Gdyby nie to, ze najwyższy punkt jest oznaczony kopcem, w życiu byśmy go nie znaleźli. Pomiędzy nim a następnym munrosem (poniżej) rozciąga się zaś zupełnie płaski fragment plateau, teren spiętrza się dopiero pod koniec. W warunkach letnich można to przejechać na rowerze, w głębokim śniegu jednak nie było już tak łatwo.

Na tym zupełnie płaskim, acz długim (kilka kilometrów) odcinku mało się nie zarżnęliśmy. Były fragmenty, że wpadaliśmy w śnieg po uda. Niezbyt motywujący był tez fakt, iż nad munrosem wisiała cały czas nieładna chmura, i ogólnie widoczność była kiepska.

Poniżej munrosy po drugiej stronie doliny: Derry Cairngorm, stromy kocioł prawdopodobnie opadający z masywu Macduia i Beinn Mheadhoin:

W którymś momencie powiedziałam pas. Byłam już tak zmęczona torowaniem sobie drogi w śniegu, a Beinn a’Chaorainn zdawał się w ogóle nie przybliżać, że kiedy dodatkowo zaczęła się zadymka uznałam, że nie dam rady. Wyjęliśmy bothy bag i spędziliśmy w nim ponad kwadrans, regenerując się herbatą. Ustaliliśmy też, że w tych warunkach nie będziemy mieli siły wrócić z drugiego munro, więc zawracamy teraz.

Wracaliśmy po własnych śladach. Była opcja, żeby zejść w dolinę ale im niżej, tym śnieg był mniej związany więc postanowiliśmy zostać na plateau jak najdłużej. Mało rozsądnie strawersowaliśmy potencjalnie lawiniaste zbocze – byliśmy już tak zmęczeni, że było nam wszystko jedno – dowlekliśmy się na dół i rozpoczęliśmy powrotny marsz doliną.

Z planowanych 29 km zrobiliśmy ok. 25, czyli klasyczny cairngormski trekking.

Niestety, właśnie takich warunków śniegowych można będzie się spodziewać w ciągu najbliższego miesiąca – dwóch. Dlatego z Cairngormsami na razie się żegnamy i zaczynamy kierować się bardziej na zachód. Najmokrzejszy w roku sezon w Szkocji uważam za oficjalnie rozpoczęty.

Ben Nevis po raz trzeci

Prognozy pogody na zeszłą sobotę były tak optymistyczne, że postanowiliśmy zrobić coś naprawdę fajnego: po raz pierwszy ogarnąć Ben Nevisa (przez Carn Mor Dearg Arete oczywiście, ceprostradzie mówimy nie) w piękny, widokowy dzień. Żeby trochę zmodyfikować znaną trasę zaplanowaliśmy wchodzenie przez grań opadającą z Carn Dearg Meadhonach. Co do tego punktu miałam, przyznaję, trochę wątpliwości ponieważ grań ta w warunkach letnich ma wycenę dwójkową (scramblingowo, nie wg UIAA ;P), a jakkolwiek dwójki latem są banalne, żadnej jeszcze nie robiliśmy w zimie.
Trip rozpoczęliśmy, wjeżdżając kolejką gondolową (gondola w gaelic to "gondala" :D) na Aonach Mor. Górna stacja znajduje się oczywiście nie na samym szczycie, a w połowie wysokości. Od stacji zaczęliśmy trawersować zbocze Aonach Mor, i wkrótce ukazał się CDM i jego grań:

W dolinie spotkaliśmy górołazów, którzy obozowali w dwóch namiotach. Strasznie fajny klimat, obudzić się w zimowej scenerii Nevis Range 🙂 Krotka wymiana zdań ujawniła, że na CDM byli poprzedniego dnia co oznaczało, że będziemy mieć przedeptaną ścieżkę.
Dojście do podstawy grani (a właściwie jej górnej, konkretniejszej części) było momentami nieco nerwowe, jako że im wyżej tym zbocze było coraz stromsze a śnieg bardzo mało związany i obawialiśmy się, że możemy podciąć lawinkę. Zimowe doświadczenie mamy jeszcze bardzo skromne i ciężko nam realnie ocenić, na ile sytuacja jest bezpieczna.

Wreszcie osiągnęliśmy grań i rozpoczęliśmy wchodzenie na pierwszą turnię. Od początku stało się jasne, że przy takiej ilości śniegu nie będzie mowy o porządnym scramblingu. Wszystkie nierówności były przykryte, w miejscach stromszych, gdzie w warunkach letnich trzeba było by użyć rąk, teraz wystarczało zabić czekan i się podciągnąć. Praktyczny brak trudności nie umniejszał bynajmniej urody grani, zwłaszcza po prawej stronie lufa była konkretna (po lewej – bardzo stromo, nie chciałabym się tamtędy stoczyć, ale jednak nie ekspozycja jako taka).

Wierzchołek Carn Dearg Meadhonach osiągnęliśmy szybko, poniżej rzut oka na końcówkę grani:

Ale oczywiście samo gęste znajdowało się po drugiej stronie. Po raz pierwszy było nam dane zobaczyć północną twarz Benka w pełnej okazałości. Podobnie pierwszy raz zobaczyliśmy jak właściwie wygląda przechodzona przeze mnie dwu, a przez Mariusza jednokrotnie Carn Mor Dearg Arete. Wiedzieliśmy, że widoki będą wymiatać, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak – dzięki pogodzie robiły kolosalne wrażenie, taki moment perfekcji przydarzył mi się w górach zaledwie parę razy.

Poniżej północna ściana Ben Nevisa z widoczną w centrum Tower Ridge. Idealne warunki sprawiły, że w ścianie było pełno ludzi. Na każdej grani znajdowało się po kilka zespołów, śnieg w żlebach poznaczony był śladami stóp – niektóre ścieżki prowadziły w miejsca, gdzie latem nie dałoby się wbić tak prosto, tu śnieg okazał się sprzymierzeńcem.

Szeroka póki co grań wyprowadziła nas na munro Carn Mor Dearg. Z tą górą przez długi czas mieliśmy pewien problem. Podczas naszej pierwszej wycieczki przez CMDA, gdy wbijaliśmy na grań na przełaj z doliny, we mgle wyszliśmy już na Arete, kawałek za wierzchołkiem munrosa. Z bólem, ale nie zaliczyliśmy go sobie wtedy, chociaż był to naprawdę krótki odcinek. Po raz kolejny przechodziłam Arete w czerwcu, gdy Mariusz łoił Tower Ridge. Stanęłam wtedy uczciwie na CMD i, nie bez pewnych wątpliwości, postanowiłam jednak wciągnąć go na naszą munro-listę. Jednak dopiero teraz, kiedy stanął na nim i Mariusz, uważam, że zaliczyliśmy go prawidłowo.



Arete zaczyna się kilkadziesiąt metrów od wierzchołka munrosa. Grań znacznie się zwęża, po obu stronach są stromizny (choć lufą bym tego nie nazwała, z wyjątkiem paru krótkich odcinków); i tym powietrznym szlakiem wędrujemy aż do bezpośredniego podejścia na Ben Nevisa, gdzie grań przechodzi w szeroki grzbiet. Latem Arete ma wycenę scramblingową 1, to znaczy: ręce zasadniczo nie są potrzebne, czyli jest łatwo. Jest to jednak scrambling, lajtowy bo lajtowy, ale tu i
ówdzie trzeba się podciągnąć, uważać na ruchome kamienie, ponadto dużo prościej jest trawersować grań, głównie od wschodu, niż posuwać się ostrzem (nie jest problematyczne ale tam właśnie koncentrują się wszystkie momenty dzięki którym droga została uznana za scramblingową). Teraz, przy śniegu, była to piękna ścieżka prowadząca po samym ostrzu. Cudowna sprawa, delektować się taką powietrzną trasą nie musząc myśleć o trudnościach. Myślę że zdjęcia mówią same za siebie (na pierwszym w tle Sgurr a’Mhaim w The Mamores):

Poniżej, na moim ulubionym zdjęciu, na drugim planie pięknie prezentuje się słynny mamoresowy szlak, opisany na tym blogu Ring of Steall:

Na Arete:

Oraz podejście na szczyt Ben Nevisa, który od tej strony ma tak śmiałe linie, że wchodzenie na niego Pony Trackiem powinno być zabronione – pomyśleć, że dla wielu osób atakujących Benka tą ceprostradą pozostaje on kopą, tyle że wyższą od innych…

Poniżej zaś Tower Ridge po raz kolejny. Przypatrzcie się, na jakiej wysokości znajduje się Great Tower. To za chwilę będzie istotne.

Atak szczytowy dał nam popalić – śnieg był głęboki i sypki, szło się raczej niemrawo. Na wierzchołku, po raz pierwszy widoki. Efekt trochę osłabiony przez wielkość plateau szczytowego – na wszystkich fotach widać przede wszystkim teren wierzchołka, a dopiero w oddali krajobrazy – ale i tak wrażenie (w pełni uzasadnione) górowania nad całą okolicą jest niebywałe. W Brytanii są tylko dwie góry powyżej 1300m n.p.m., i tę przewagę się czuje. Zdjęć nie daję gdyż 1) i tak najładniejsze były te z Arete; 2) znacznie bardziej unikalnym widokiem jest zaprezentowana poniżej Tower Ridge.
Pisałam, żeby zwrócić uwagę jak wysoko znajduje się Great Tower? No więc tu macie odpowiedź dlaczego, zaprezentowana sekwencja zdjęć ukazuje grań do punktu położonego tylko nieco niżej niż Wielka Wieża. Warto uzmysłowić sobie skalę całości.

Na początek odcinek końcowy, wg Mariusza latem bez trudności:



Miejsce najbardziej nerwowe, choć technicznie nietrudne, czyli słynna szczelina Tower Gap:

Tower Gap oraz Great Tower – trawers po jej prawej stronie to niesamowita galeryjka nad okropną lufą. Widać, że i tu śnieg pomógł, ponieważ najtrudniejsze latem miejsce zostało przez niektórych strawersowane, co latem niekoniecznie byłoby możliwe:

Oraz partia poniżej Wieży, czyli jeszcze ok. dwóch trzecich długości grani pozostało poza kadrem:

Mam wielką nadzieję, że za jakiś czas na tym blogu znajdzie się relacja z Tower Ridge mojego autorstwa. Mariuszową przeczytacie tu: >>LINK<<.
Jeśli jeszcze kogoś nie przekonałam, że zdobywanie Benka ceprostradą jest bez sensu, to niech weźmie koło i się… hmmm… tego… w czoło ;D
Tu >>LINK<< do galerii, chyba naszej najładniejszej jak dotąd.
Wycieczkę podsumuję krótko: cud, miód i orzeszki. Chyba widać.
🙂

Stob Ghabhar

Nr 57, Stob Ghabhar

Wymowa: stob gur (z wydłużonym u)

Znaczenie nazwy: peak of the goats

Wysokość: 1090m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 55.

Data wejścia: 12.02.10

Jak dobrze że są jeszcze ciekawe cele na południu. Stob Ghabhar i jego sąsiad Stob a’Choire Odhair leżą w bajecznej lokalizacji. To rejon Blackmount (oryginalnie Monadh Dubh), otoczony przez Glen Etive i Glencoe Hills, grupę Cruachana, Crianlarich oraz Tyndrum Hills, a także dla kontrastu pustkowie Rannoch Moor. Nawet Marcin który twierdzi że w góry dla widoków nie chodzi, był zachwycony.

Miejsce startu na mapce (będzie, ale muszę się najpierw skonsultować z Mariuszem). Wędrujemy drogą po płaskim przez jakieś 5km – czyli jest dobrze, można się rozgrzać przed wbijaniem właściwym. Cel widać od razu. Planowaliśmy taką a nie inną drogę wejściową (możliwości jest wiele, nasze przewodniki rekomendują akurat inne) ze względu na atrakcję w postaci grani Aonach Eagach (po prawej, nie mylić z tą w Glencoe), której ostatni fragment miał być nieco lufiasty – jeśli można do łatwej trasy dodać odrobinę pieprzu, należy taką możliwość bezwzględnie wykorzystać.


Pogoda miała być taka sobie, tymczasem już na starcie zaczęła nas rozpieszczać.

Wbijkę do kotła urozmaicał strumień, który na licznych progach tworzył przepiękne wodospady, jeziorka w misach skalnych albo takie lodowe komnaty jak poniżej. W ramach terapii odstresowywującej jedno z owych jeziorek zostało obrzucone kamieniami (gremialnie) oraz… obsikane (indywidualnie) ]:P

Po osiągnięciu kotła postanowiliśmy dawać do góry skalistym południowym ramieniem. Śniegu nie było tam prawie w ogóle więc zapowiadał się normalny scrambling. Weszliśmy nie bez przygód – w pewnym momencie wmanewrowaliśmy się w nieciekawe miejsce ponad lufą niewielką (10m?) ale wystarczającą żeby się zabić, a chwyty i stopnie były bardzo kiepskie. Mariusz oczywiście wpakował się na górę, po czym nie miał wyjścia, musiał się piąć dalej ponieważ nie dałby rady tamtędy zejść. Ja wycofałam się z ostatniego miejsca gdzie jeszcze było to możliwe, i jakkolwiek nie było tam jakichś wielkich trudności technicznych miałam niezłego stresa, widząc między nogami te 10m pionu. Znaleźliśmy z Marcinem inny wariant, i potem już do grani było łatwo.

Sama grań w swej początkowej części – ot, grzbiet, dlatego nie mogłam się już doczekać tej ostatniej wąskiej sekwencji. W tle sąsiedni munro Stob a’Choire Odhair:

Gdzieś w tamtym rejonie zdecydowaliśmy, że na drugiego munrosa nie idziemy. Zwyczajnie nam się nie chciało. Pogoda była taka, że woleliśmy kontemplować spektakularne widoki niż zapieprzać, jak to zwykle ma miejsce w przypadku naszych zimowych wycieczek.

Końcówka Aonach Eagach nas nie rozczarowała. Może tylko swoją krótkością. Faktycznie było powietrznie, wąsko a brak jakichkolwiek trudności pozwalał delektować się tym bez przeszkód.

Niestety, sielanka trwała na przestrzeni może 100m, potem grań znów się rozszerzyła. Poniżej szczyt:

A na kolejnym zdjęciu rozciągające się za Marcinem Rannoch Moor:

Zaintrygowały nas ślady, które wyglądały jakby ktoś odcisnął je butem do garnituru. Inna rzecz że zestawienie moich raków z tym śladem jest nieco tendencyjne, same buty zupełnie by tam wystarczyły. Raki wrzuciliśmy przed zwężeniem grani tak na wszelki wypadek, i póki co nie chciało nam się ich zdejmować choć śnieg był raczej sypki.

Wierzchołek Stob Ghabhar na południe opada pięknym urwiskiem, na północ dużo łagodniejszym zboczem:

Szcególnie widok na Glen Etive z Ben Staravem był piękny – niebo nad tamtym rejonem niebieściło się przez cały czas.

Atak szczytowy zajmuje kilka minut. Tradycyjnie mieliśmy chmurę, ale uparliśmy się, ze ją przeczekamy i wprowadziliśmy zamierzenie w czyn.

Widok na zachód, z ostrymi wierzchołkami Cruachana po prawej:

Schodziliśmy opadającym na południowy zachód ramieniem, którym biegnie zalecana przez McNeisha droga zejściowa, ale szybko nam się znudziło. Po znalezieniu odpowiednio wyglądających pól śnieżnych zjechaliśmy do kotła na dupach: operacja, pełna uciechy i niepozbawiona pewnych nieoczekiwanych przygód, pozwoliła zaoszczędzić kupę czasu. Po raz pierwszy tej zimy wsiadaliśmy do samochodu przed zachodem słońca.



Trasa jest świetna ze względu na odcinek grańką. Nie stanowi wyzwania, jest za to śliczny. Jeśli wbijać się na tę górę, to tylko tamtędy. O lokalizacji i widokach pisałam na początku. Klasyka. Warto!!!

Wszystkie foty pod >>LINKIEM<<.


Bidean nam Bian


Bidean był naszym trzecim munro. Po raz pierwszy zaliczyliśmy go parę lat temu w czerwcu, razem z jedynym w masywie satelitą o tym samym statusie, Stob Coire Sgreamhach. Jest to jedna z tych gór, gdzie chętnie wraca się wielokrotnie. Raz, lokalizacja w Glencoe zapewnia znakomite widoki i niedługie podchodzenie od razu z parkingu. Dwa, ogromny masyw Bideana pozwala na atakowanie go z różnych stron i trasami o różnym stopniu trudności, od ścieżkowego tuptania po wspinaczkę. Masyw ten pokrywa ok. jednej trzeciej całego Glencoe, o czym łatwo zapomnieć, jako że sam wierzchołek nie jest widoczny z doliny. A przecież grupę, której Bidean jest zwieńczeniem, tworzą wszystkie trzy Siostry (Beinn Fhada, Gearr Aonach i Aonach Dubh) oraz "czwarta siostra", Stob Coire nam Beith.
Trasa taka jak tym razem zrobiliśmy, między siostrami do Coire nan Lochan i dalej graniami, jest chyba najkrótszą opcją.

Najmniej sympatyczną częścią drogi okazał się zalodzony chodniczek między Siostrami. Przy pokonywaniu skalnego prożku ponad potokiem musieliśmy się trochę nakombinować, choć gdy nie ma lodu, miejsce to nie przedstawia najmniejszej trudności, w ogóle się go nie zauważa.
W górnej części ścieżki marsz stał się tak nieprzyjemny, że założyliśmy raki, choć mieliśmy to zrobić dopiero w kotle.

Po dojściu do kotła Coire nan Lochan osiągnęliśmy granicę śniegu i marsz stał się o wiele milszy. Po niedługim podchodzeniu wbiliśmy się na wypłaszczenie pod Stob Coire nan Lochan – samoistny cel naszej pierwszej w ogóle wycieczki do Highlandu. Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na wtedy mnie niteczka szosy A82 oglądana z takiej wysokości. Teraz było jeszcze ładniej, tym bardziej że białego Glencoe nigdy jeszcze nie oglądałam.

Teraz należało wybrać najlepszą drogę na Stob Coire nan Lochan. Grań zachodnia, widoczna na zdjęciu powyżej, raczej odpadała – wchodzenie po skałach wymagałoby sprzętu i kwalifikacji wspinaczkowych, a dwa śnieżne żleby były zbyt strome. Co do wchodzenia środkową grzędą wyprowadzającą na wierzchołek, mieliśmy wątpliwości ze względu na kilka bardzo stromych pól śnieżnych. Pozostała grań wschodnia, najłatwiejsza ale i najbardziej widowiskowa. Przetrawersowaliśmy tak, żeby trochę ją ściąć.

Z grani roztacza się piękny widok na Glencoe, a samo podejście jest łatwe, choć nieco stromsze niż wygląda na zdjęciach. Opadające z grani zbocza, zwłaszcza te od strony kotła, także były bardziej spadziste. Aparat zawsze trochę przekłamuje.

Na Stob Coire nan Lochan wchodzi się szybko.

Na drugim planie widać kolejno granie Beinn Fhady, Buachaille Etive Beag oraz Buachaille Etive Mor, zza którego wystaje masyw Creise:



Na zdjęciach robionych w dół charakter grani jest lepiej widoczny – przepaści ani urwisk tam nie ma, ale to zdecydowanie grań, nie łagodne zbocze. Nietrudny, ale bardzo piękny kawałek trasy.

Na wierzchołku spotkaliśmy łojantów, którzy wchodzili jakimś "zachodnim" wariantem.

Dopiero teraz Bidean odsłania się w całej okazałości. Różnica wysokości pomiędzy nim a Stob Coire nan Lochan to zaledwie 35m, ale przełęcz pomiędzy nimi nie ma 500ft głębokości, zatem SCnL nie cieszy się statusem munro. Za to dzięki temu nawet pomimo iż początkowo trzeba stracić trochę wysokości, podchodzenia nie ma za wiele.

Pierwszy odcinek jest stromy i trochę daje w kość, wyżej to już spacer.

Ze szczytu niestety nic nie było widać, nie zdążyliśmy przed chmurą. Podczas schodzenia ładnie było za to widać Loch Leven i rejon i miejscowości Glencoe i Ballahulisch. Z gór na ostatnim planie rozpoznałam Garbh Bheinna.



Schodziliśmy tą samą drogą, niestety chodnik między siostrami pokonywaliśmy już w ciemnościach i jakkolwiek lód po części stopniał, nie było to najprzyjemniejsze przeżycie. Na szczęście zeszliśmy bez niemiłych przygód.
Do masywu Bideana wracać będziemy wielokrotnie, z początku trudniejsze trasy zostawiając na okres letni. Na zimowy ta którą zrobiliśmy jest genialna. Pomimo braku trudności dzięki scenerii dało się odczuć autentyczną górską atmosferę, co myślę całkiem nieźle oddają zdjęcia 🙂