Ben Cruachan i Stob Diamh

Nr 55, Ben Cruachan i nr 56, Stob Diamh

Wymowa: ben kruahan; stob daaf

Znaczenie nazwy: stacked hill; peak of the stag

Wysokość: 1126m n.p.m.; 998m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 31.; 143.

Data wejścia: 9.01.10

Na Cruachana byliśmy wyjątkowo zawzięci, ponieważ góra ta już trzykrotnie nie pozwoliła na siebie wejść. Dwukrotnie z powodu pogody a raz pomylenia trasy. Byliśmy naprawdę zdeterminowani, tym bardziej że Cruachan jest pięknym celem. Razem ze swymi pięcioma satelitami (z których tylko jeden ma status munro) tworzy układające się w podkowę mini pasmo górskie znane jako The Cruachan Horseshoe, w którego środku leży Cruachan Reservoir. Ze względu na swe położenie – blisko morza, tuż obok Glen Etive i Glencoe, mając Ben Lui za niedalekiego sąsiada – oraz na rozmiary i charakterystyczny kształt, jest jednym z bardziej rozpoznawalnych munrosów.

Pierwszym etapem zdobywania któregokolwiek z celów w obrębie Cruachan Horseshoe jest dotarcie do tamy na cruachańskim zbiorniku. Do tej pory za każdym razem podchodziliśmy tam krótką, ale stromą i nieprzyjemną ścieżką przez Falls of Cruachan. Jej wielkim minusem jest to, iż od razu po wyjściu z samochodu zaczynamy piąć się ostro pod górę, ponadto jest tam wiele fragmentów skalistych, niekomfortowych przy oblodzeniu. Dlatego tym razem wybraliśmy drogę alternatywną – o wiele dłuższą, ale wygodną drogę jezdną z Lochawe, wznoszącą się łagodnie na przestrzeni 3,5 km i pozwalającą spokojnie się rozchodzić bez mordowania już na samym początku wycieczki.

Poniżej Cruachan Dam i corbett Beinn a’Bhuiridh:

Okrążyliśmy zbiornik od lewej aż doszliśmy do miejsca, gdzie głębokie koryto strumienia biegnie dnem kotła pomiędzy Cruachanem a Meall Cuanail. Letnia ścieżka biegnie wzdłuż prawego brzegu strumienia, ale nam bardziej pasowało zacząć wchodzić wcześniej, po jego stronie lewej. Przy śniegu ścieżki i tak nie było więc wbijaliśmy się tak jak nam wygodnie. Celem była przełęcz, z której mieliśmy rozpocząć bezpośrednie już podchodzenie na szczyt Cruachana.

Przełęcz:

Z przełęczy prosto w górę granią na zachód opadającą łagodnie, na wschód miejscami urwistą. Nawigacja nawet w gęstej mgle nie sprawiała problemu.



Ze szczytu ładną granią z początku stromo w dół pośród głazów. Tu dopiero zaczęły się nam odsłaniać widoki. Poniżej Cruachan Reservoir, z Loch Awe na drugim planie:

Glen Etive (poniżej) i Glencoe przez pewien czas były widoczne jak na dłoni, ale ponieważ znajdowały się na wschód od nas, światło nie operowało tam tak pięknie.

Odcinek grani pomiędzy Cruachanem a satelitą Drochaid Ghlas jest bardzo efektowny – grań od lewej opada pięknymi urwiskami, od prawej nieco łagodniejszym, acz wciąż bardzo stromym zboczem. Latem zero stresu, przy śniegu jednak należało uważać, żeby po tym zboczu nie zjechać.

Ben Cruachan jest naprawdę piękną górą. Owszem, od południa dostępny bez trudności, w Tatrach równać się może co najwyżej ze szczytami polskich zachodnich. Ale wygląda jak Góra, przewyższenie ma jebitne, na wschód wysyła piękne przepaście – jest to jeden z tych munros na które wchodzi się dla nich samych, a nie dlatego, że mają taki a nie inny status.



Wierzchołek Drochaid Ghlas można sobie darować, co też uczyniliśmy, trawersując od razu na przełęcz pomiędzy nim a drugim munrosem, Stob Diamh. Grań, do Drochaid Ghlas dość wąska – znaczy nie na tyle żeby nie dało się iść w bezpiecznym oddaleniu od lufy, ale jednak bardzo "graniowa", po jego osiągnięciu rozszerza się dość znacznie.

Przed osiągnięciem Stob Diamh znowu ogarnęły nas chmury i niestety pozostały z nami wiernie do końca.

Drugiego munro zdobywaliśmy w totalnej mgle:

Na Stob Diamh podkowa bynajmniej się nie kończy, w jej obrębie znajdują się jeszcze dwa wzniesienia, Stob Garbh przez który przechodziliśmy (w sumie ma charakter przedwierzchołka Stob Diamh) oraz corbett Beinn a’Bhuiridh, którego zbocza trawersowaliśmy by wrócić do tamy. Bardzo pomogły ślady teamu, który wbijał się od strony przeciwnej (spotkaliśmy ich w rejonie Drochaid Ghlas), bo widoczność była taka, że nie było wiadomo gdzie kończy się śnieg a zaczyna niebo. Kontrolowane dupozjazdy pomogły zachować trochę tak potrzebnej na powrót drogą energii.
Cruachańska podkowa jest cudowna. Po prostu highlandzka klasyka. Zimą niewątpliwie bardziej charakterna niż latem, jest jednak trasą dość długą jak na krótki dzień – jeśli ktoś nie zapieprza jak dzik, niech weźmie to pod uwagę. Ale zimą czy latem, szczerze polecam – jest pięknie, miejscami nieco powietrznie ale bez trudności, do przejścia nawet dla kompletnie niedoświadczonych.
Potrzeba było czterech podejść żeby góra nas wpuściła ale była tego warta.
Cruachan, we salute you!
😉

Zdjęcia: >>LINK<<



Ben Vane

Nr 54, Ben Vane

Wymowa: ben wiin

Znaczenie nazwy: middle hill

Wysokość: 915m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 283.

Data wejścia: 2.01.10

Ben Vane zamyka listę munrosów, mierząc 3001 stóp. Pomimo iż to jedynie 77 metrów wyżej niż Krupówki, można się nieco zmęczyć, jako że startujemy z 50m n.p.m. Położony w Alpach Arrocharskich, na przeciwko Ben Vorlicha, został przez nas wybrany dość przypadkowo – ze względu na pozytywne prognozy pogody dla tego rejonu oraz nieco ciekawszy, niż dla jego sąsiadów, opis z The Munros. A tak naprawdę było nam raczej wszystko jedno, byleby w końcu ruszyć tyłki po przerwie spowodowanej moim choróbskiem.

Początek trasy taki jak na Vorlicha, przez Glen Sloy. Wkrótce skręcamy w lewo, do dolinki oddzielającej naszego Bena od sąsiadów, Beinn Narnain oraz Beinn Ime. Z dolinki wbijaliśmy się na rympał, ewentualne ścieżki i tak były przysypane. Stok, z początku łagodny, wkrótce wystromiał. Śnieg był sypki, dość głęboki, raki przydały się dopiero w partiach podszczytowych, gdzie był mocno związany, było też sporo lodu. Nawigacja nie stanowiła problemu ponieważ prowadziło nas samo ukształtowanie terenu.

Trasa sama w sobie nie była szczególnie ekscytująca, ale widoki mieliśmy momentami bardzo przyjemne:

Liczyliśmy na zabawę taką jak na Ben Lui, ale nie wyszło przede wszystkim ze względu na warunki śniegowe. Ten południowo-zachodni zakątek Szkocji jest dość ciepły ze względu na Golfsztrom, co nie czyni okolic Loch Lomond wymarzonym celem na zimowe wycieczki. Postanowiliśmy, że na razie damy sobie spokój z tym obszarem, i będziemy szukać tras bardziej na wschód.

Z wierzchołka schodziliśmy po swojemu, kierując się na tamę na Loch Sloy. Nie obyło się bez przygód. Było wpadanie w dziury, zabawy na zalodzonym stawku, liczne upadki, odrąbywanie sopli oraz rzucanie nimi, ataki na zamrożone kolonie owczych bobków, a Mariusz z pożyczonym drugim czekanem przeszedł kilkumetrowy pionowy lodospadzik żeby zobaczyć jak to jest. Stwierdził, że męcząco 😉

Przy schodzeniu towarzyszył nam ładny widok na Ben Lomonda:

Wycieczka bez szału, ale sympatyczna, choć teraz zdecydowanie mamy ochotę na jakiś konkretniejszy cel. Niech tylko pogoda pozwoli, na weekend jest już parę pomysłów…

Ben Lui

 
Nr 53, Ben Lui (Ben Laoigh)

Wymowa: ben lui

Znaczenie nazwy: hill of the calf

Wysokość: 1130m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 28.

Data wejścia: 12.12.09

Ben Lui bardzo nas zainspirował oglądany z Ben Vorlicha. Postanowiliśmy wejść na niego trochę mniej standardowo, granią rekomendowaną w Scotland’s mountain ridges. Wyczytałam tam że w warunkach zimowych jest to trójkowy scrambling (0+) – podkreślam, w zimowych, czyli latem spacer; i że warto go zrobić jako właśnie jako wstęp do scramblingów w zimie.

Samochód zostawiamy kawałek przed Tyndrum (patrz mapka) i maszerujemy ani długo, ani krótko przez Glen Cononish. Nasz cel ukazuje się bardzo szybko.

Nasza trasa, The Gaothaich Circuit, miała być pętlą okrążającą głęboką misę Coire Gaothaich.



Podchodzenie zaczęło się po przekroczeniu rzeki. Wymagało to pewnej ekwilibrystyki, jako że kamienie były totalnie zalodzone, co nie powiem, zaniepokoiło mnie. Nie miałam ochoty napotkać lodu na grani.

Za potokiem zaczęliśmy wbijać się pod górę, korzystając z wyraźnej ścieżki, aż osiągnęliśmy próg kotła i zarazem granicę śniegu. Stąd należało się przedostać na grań. Tu już ścieżki nie było, a jeśli nawet, to i tak ginęła pod śniegiem. Wchodziliśmy po swojemu i już to pierwsze podejście okazało się na tyle strome, że postanowiliśmy zaprzyjaźnić się z rakami i czekanami.

Dwoje z naszej grupy jako nie mający na nogach raków waliło bezpośrednio granią, po odsłoniętych skałach. Reszta zawzięcie wypróbowywała zimowy ekwipunek na połogim zboczu poniżej. W moim przypadku chodziło nie tyle o zabawę, ile o to, że w rakach na skale czuję się jeszcze bardzo niepewnie.

Po drodze Mariusz inteligentnie upuścił mapę, którą na szczęście udało mi się przechwycić, jako że znajdowałam się kilka metrów pod nim. Odnotowuję, bo on wypomina mi wielkanocne zgubienie mapy w Glencoe do dziś ;P

Dwa fragmenty trasy były bardzo strome i to ich tyczy się zimowa scramblingowa wycena 3. Najpierw trzeba było się kawałek wspiąć, co latem nie byłoby niebezpieczne – przepaści tam nie ma, w najgorszym wypadku spadło by się z kilku metrów – w zimie jednak szansa zatrzymania się na zaśnieżonym stoku jest już mniejsza, więc trzeba było uważać. Nie czułam się pewnie scramblingując po skale w rakach, na szczęście panowie pomogli. Dorota też potrzebowała pomocy – ona z kolei, nie mając raków na nogach, obawiała się śniegu i lodu cienką warstwą zalegającego na skalnych stopniach. Jednym słowem, na baby nie ma mocnych :/

Drugi ciekawy moment był technicznie (dla mnie) prostszy bo zalegało tam dużo więcej śniegu, ale należało strawersować stromą rynnę sprowadzającą na sam dół, co było ciut deprymujące.

Osiągamy wypłaszczenie powyżej pierwszej trudności:

Z wypłaszczenia na wierzchołek już niedaleko – był to niewątpliwie, razem z partiami szczytowymi, najpiękniejszy odcinek trasy.


Przed samym wierzchołkiem teren trochę się spiętrza i gdzieś tam znajduje się wylot wspomnianej rynny, z dołu niewidoczny bo jest po drugiej stronie grani.

Było tak cudnie, że nie wiedzieliśmy co fotografować. Morza mgieł skutecznie zasłaniały widoki, pozwalając tylko najwyższym górom odsłaniać wierzchołki, ale coś za coś: klimat był baśniowy, a chmury tworzyły formacje nie mniej efektowne od gór.

Widok z partii podszczytowych na drugi, niższy wierzchołek:

Narada przed forsowaniem rynny (znów te baby, w tym wypadku Dorota):

Jak wspomniałam niewiele było widać ale euforia była pełna:

Partie szczytowe Bena tworzą podkowę, z jednej strony wypuszczającą dość strome, ale jak najbardziej do zejścia zbocze, z drugiej obrywającą się do Coire Gaothaich. Wchodząc, obserwowaliśmy dwójkę turystów pnących się direttissimą przez środek kotła, i do celu dotarli bardzo szybko… Świetnie to wyglądało i zazdrościliśmy im, ale wobec mikrego zimowego doświadczenia i braków sprzętowych nie było się po co tam pchać – nie tym razem.

Podczas zejścia rozdzielilismy się – ja chciałam schodzić opcją najoczywistszą, granią wprost, ale że Dorota obawiała się stromizny (przy braku raków w pełni zrozumiałe) eskortowana przez kolegów schodziła wysuniętym na zachód łagodniejszym zboczem. Nasze drogi miały się przeciąć na dole przy potoku. Nam zejście upłynęło bez przygód, czego nie można powiedzieć o reszcie grupy. Kolega Przemek, chcąc tuż przy krawędzi uskutecznić dupozjazd, został ściągnięty na bok, przeleciał przez krawędź i zniknął. Kiedy objawił się ponownie przerażonym obserwatorom, okazało się że zjechał na samo dno kotła. Szczęśliwie nic mu się nie stało, ale potwierdza się że choć dupozjazdy rzecz fajna, pomyśleć czasem trzeba.

Reszta wycieczki, tj. zejście i wspólny powrót przez Glen Cononish, na szczęście nie obfitowała w dramatyczne wydarzenia. Ustaliliśmy, że wszystkim ogromnie się podobało, tak ze względu na znakomite warunki, jak i trasę samą w sobie, a Marcin odkrył że jego przeznaczeniem jest czekanowspinaczka 😉 Góra jest świetna, z Pasa Centralnego wciąż blisko, możliwości wejścia dużo, nie tylko naszą opcją bynajmniej – jeśli ktoś jeszcze nie wie, jaki cel wybrać na krótki zimowy dzień, Ben Lui jest bardzo fajną propozycją.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<


Ben Vorlich nad Loch Lomond

Nr 52, Ben Vorlich

Wymowa: ben worlih

Znaczenie nazwy: hill of the bay

Wysokość: 943m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 229.

Data wejścia: 28.11.09

Po Scafell Pike’u zrobiliśmy jeszcze jedną wycieczkę, ale zakończyła się jedynie powtórnym zdeptaniem Cairn Gorma. Mimo to zapraszam do obejrzenia świetnych fot Doroty – tu >>LINK<<. Nowego munrosa udało się zrobić dopiero w zeszłą sobotę. Ben Vorlichy są dwa, dlatego zaznaczyłam że chodzi o tego nad Loch Lomond. Tego znad Loch Earn zaliczyliśmy już – na wiosnę.
Loch Lomond o poranku:

Z początku wędrujemy dnem Glen Sloy. Góry po tej stronie jeziora to Alpy Arrocharskie – nazwa zabawna, ale miejsce bardzo ładne, a szczególnie wart odwiedzenia, pomimo nieposiadania statusu munro, jest Cobbler >>LINK<<. Arrochar Alps są wyższe i mniej kopiaste niż ich sąsiedzi ze wschodu, Trossachs. Jest to niezwykle malowniczy i łatwo oraz szybko dostępny z Pasa Centralnego rejon Szkocji, świetne miejsce na krótkie zimowe wypady z Glasgow i Edynburga.
Ben Vorlicha tworzą dwie długie granie. Pierwsza położona jest prostopadle do Loch Lomond, a szczyt znajduje się w połowie jej długości. Druga, ciąg trzech efektownych wzniesień znany jako Little Hills, schodzi z wierzchołka w kierunku północnym pod kątem prostym do grani numer 1. Na Bena można wchodzić od dowolnej strony, możliwości jest multum a ceprostrady brak, dlatego też jest on jednym z najmniej zerodowanych munrosów.
My wchodziliśmy następująco: idąc przez Glen Sloy wypatrzyliśmy siodłowate obniżenie w grani, a że zbocze było tam w miarę łagodnie nachylone, zaczęliśmy się wbijać na rympał. W górnej partii natrafiliśmy na ścieżkę, która wyprowadziła nas na piękną, szeroką grań Ben Vorlicha.

Loch Sloy:

Wreszcie pokazał się śnieg, którego z dołu prawie w ogóle nie było widać. Nie było go wiele, ale też nie należy spodziewać się więcej aż do stycznia – lutego. A i to nie wszędzie, pewniakami są jedynie Cairngormsy i rejon Ben Nevisa. Poniżej The Little Hills:

W tle Trossachs, kraina Rob Roya, i Loch Katrine:

Wędrówka długą, najeżoną skałkami granią była bardzo przyjemna, góra położona jest bowiem w nadzwyczaj fajnym punkcie. Można z niej podziwiać, oprócz wspomnianych Arrochar Alps i Trossachs, także Crianlarich Hills z Ben Morem, Tyndrum Hills z Ben Lui i Beinn Dorainem, a także z całą pewnością rejon Glen Etive, Glen Coe i Ben Nevisa, acz tak podpowiada mi logika, bo akurat nad tą częścią panoramy zalegały jakieś chmuro – mgły.

Uwielbiam górską zimę. Nawet jeśli jest to taka pół-zima, jak tutejsza. Śnieg z każdych pagórków robi Góry. Jeśli tylko pogoda jest ładna, nic tylko podziwiać i pstrykać, pstrykać i podziwiać…

Szczytowanie z trzema munrosami w tle – od lewej Ben Lui, Ben Oss i Ben Dubhchraig:

Poniżej zaś Ben More i Stob Binnein. Wciąż jeszcze granica śniegu przebiega wysoko.

Mariusz cyknął zdjęcie, które ogromnie mi się podoba, i potwierdza tezę, że jak piękne fotki bez zbytniego spinania się, to tylko w zimie:

Wracaliśmy granią, przed oczyma mając Loch Lomond. Biegła tamtędy mało wyraźna ścieżka, której postanowiliśmy się w miarę możliwości trzymać nie wiedząc, którędy najbezpieczniej schodzić. Kiedy w końcu ją zgubiliśmy, co było do przewidzenia bo była naprawdę słabo widoczna, w dole było już dobrze widać asfaltówkę na dnie Glen Sloy, do której samodzielne zejście nie nastręczało problemów. Fantastyczne światło sprawiało, że widoki były jak z bajki. Poniżej skąpane w oparach znad Loch Long małe Arrochar, kadr jak z filmu fantasy:

Oraz częściowo zachmurzony Ben Lomond:

Trasa genialna na zimę, przynajmniej dla nas bo blisko, niedługo, nietrudno i widokowo. Jedynym mankamentem jest sporo luda, skuszonego powyższymi walorami. Przy ładnej pogodzie na samotność nie ma co liczyć.

Stob Ban i Mullach nan Coirean

Nr 23, Stob Ban i nr 24, Mullach nan Coirean

Wymowa: stob ban; mulah nan koran

Znaczenie nazwy: white peak; summit of the corries

Wysokość: 999 n.p.m.; 939m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 140.; 236.

Data wejścia: 13.03.2009

Zatęskniło nam się do the Mamores. Rejon Lochaber, to jest Glencoe, Mamoresy i Nevis Range jest naszym ulubionym w Highlandzie, a widzieliśmy już sporo. Grupa Mamoresów jest spektakularna ze względu na genialne położenie pomiędzy Glencoe a Ben Nevisem, tatrzańskie przewyższenia, długość podejść i przepiękne miejsca startu wycieczek, czyli Kinlochleven albo moja ukochana Glen Nevis.

Nie byliśmy pewni jak z pogodą, a Stob Ban z Mullach nan Coireanem wydały nam się prostsze topograficznie niż trzy pozostałe z lokalnych munros (Binnein Mor, Binnein Beag i Sgurr Eilde Mor), więc na wypadek pogorszenia się widoczności jak na poprzedniej wyprawie zdecydowaliśmy się na wariant mniej skomplikowany orientacyjnie.

Trasa wychodzi z przedostatniego parkingu w Glen Nevis, tego samego na którego schodzi się ze Sgurra a’Mhaim kończąc Ring of Steall. Zresztą przez pierwsze kilkaset metrów to jest ta sama droga, dopiero potem zygzaki ścieżki na Sgurr a’Mhaim podrywają się w górę, my zaś wędrujemy sobie na relaksie dolinką pomiędzy masywami jego i Stob Bana.

Dolinka – właściwie głęboki i stromy wąwóz – jest bardzo przyjemna. Wysokość zyskujemy sukcesywnie acz bez większego wysiłku. Stosunkowo szybko zaczynają się wyłaniać interesujące rzeczy:

Skały po prawej to wschodnie ściany Stob Bana. Już we wrześniu, oglądane z Ring of Steall, wywarły na nas wrażenie. Teraz, przy śniegu, prezentowały się jeszcze dramatyczniej:

Pogoda, odwrotnie niż na poprzedniej wycieczce, poprawiała się z chwili na chwilę.

Wkrótce ukazała się grań zamykająca dolinę. W lewo prowadzi ona na Sgurra an lubhair, element Ring of Steall, w prawo zaś na nasze munrosy.

Na przełęcz idzie się bezproblemowo, a ślady dupozjazdu wskazywały że i z zejściem nie byłoby kłopotu.

Z przełęczy na szczyt Stob Bana już ściśle granią, po prawej ręce mając spektakularne wschodnie ściany, po lewej – strome, ale jednak zbocze. Podejście wyglądało na ostre, ale nietrudne. Otuchy dodawała też wydeptana ścieżka.



Widoki z przełęczy były piękne. Na drugim planie północna grań Glencoe:

Poniżej zaś końcówka RofS, czyli od lewej Sgurr a’Mhaim, Devil’s Ridge kulminujące w Stob Choire a’Mhail, oraz Sgurr an lubhair:

Grań wyprowadzająca na Stob Bana przy śniegu prezentowała się bardzo efektownie. Z jednej strony przepaść i nawisy, od których przezornie trzymaliśmy się w pewnej odległości, z drugiej też stromizna, choć tu spaść nie bardzo było z czego. No i towarzyszące nam cały czas widoki na Glencoe i coraz wyższego króla Benka po prawej stronie.

To podejście jest nieco żmudne, ale niedługie – większość wysokości zyskaliśmy podchodząc przez dolinę.

Na samej końcówce znajdowała się może dwumetrowa pionowa ścianka, w ktorej poprzedni wędrownicy wyrzeźbili piękne stopnie, tak że wchodziło się jak po schodkach. Z tą ścianką było o tyle śmiesznie, że nie było widać co jest za nią. Mogło tam być podejście końcowe, mogła być przepaść. Powyżej było tylko błękitne niebo. Niezależnie od siebie podjęłyśmy z Dorotą milczącą decyzję, żeby puścić Mariusza przodem. Okazało się, że powyżej jest już faktycznie ostatnie, łagodne podejście na sam wierzchołek.
 
Kiedy wreszcie osiągnęliśmy jego kopułę, zachwytom nie było końca. Nasza grań prezentuje się zeń imponująco: dopiero teraz w pełnej krasie widać, jak tam po jednej stronie można się elegancko spierdzielić.

Po lewej Sgurr a’Mhaim

Ze Stob Bana można prześledzić niemal całą dalszą trasę. Dłuuuga grań wiedzie spacerowo na niewybitny wierzchołek Mullacha nan Coireana, z którego dalej opada łagodnym ramieniem:

Rejon szczytowy Stob Bana robi wrażenie. Idziemy ponad wschodnimi ścianami, przed nami już na wpół wiosenna Glen Nevis. W dodatku nawet nie marzyliśmy że pogoda nas tak rozpieści.



Dupozjazdy też były, a jakże:

Na grani Mullacha czeka nas kilka krótkich podejść w górę i w dół, ale to co najżmudniejsze już za nami. Góra niby niecharakterna i naleśnikowata, ale od północy opadająca pięknym kotłem – tak jest zbudowanych wiele wzgórz Szkocji, chociażby całe Cairngormsy. Z jednej strony hałda, z drugiej konkret – nawet Ben Nevisa da się podciągnąć pod tę zasadę, choć to inna skala, zwłaszcza konkrety poważniejsze.

Jest nawet króciutki odcinek skalistą grańką, a w paru miejscach od północy występują całkiem ciekawe formacje. Owszem, jest to spacer, ale spacer interesujący.

Droga na wierzchołek jest naprawdę długa, na mapie widać że odległościowo cała ta trasa porównywalna jest z RofS, tyle że o wiele łagodniej ukształtowana.

Grupa the Mamores ze szczytu Mullacha, Stob Ban to to niepozorne (!) wzniesienie po prawej:

Widoki z Mullacha są imponujące – nie dość że znajdujemy się na ostatnim od zachodu szczycie w grupie Mamoresów, co daje unikalną perspektywę całego pasma, to otwierają się panoramy na zachód, z odległymi wzniesieniami Glen Affric, Glen Shiel, i innymi które jeszcze ciężko nam zidentyfikować. Fort William leży u naszych stóp.
Jestem naprawdę wdzięczna losowi że pogoda spieprzyła się dopiero na Mullachu.

Zejście zaczęło się niewinnie, łagodną granią. Jazdy rozpoczęły się dopiero po znalezieniu się poniżej granicy śniegów. Na odcinku może kilometra (stroma łąka, potem brzozowy lasek) wszystko pływało. Taka pora, wiadomo że ten cały śnieg musi gdzieś znikać. Wkrótce zrobiło nam się wszystko jedno bo buty i tak mieliśmy przemoknięte na wylot.
Na ostatnim fragmencie bagno płynnie przeszło w quasi tatrzański bór, rzecz w Szkocji rzadka i przywołująca miłe wspomnienia. Borem już krotko i sucho na parking.

Trasie daję **, za malowniczość należałoby się znacznie więcej. Po raz kolejny potwierdziło się, że jak po widoki, nie masz jak w Mamoresy. Piękny rejon, wycieczka łatwa a przecież w prawdziwie górskim klimacie. Aż żal, że w tym paśmie została nam tylko jedna trasa. Dobrze, że obok leży słabo przez nas spenetrowana Nevis Range. Jak skończymy, będziemy szaleć tam.

Całość (polecam, piękne zdjęcia wyszły) pod >>LINKIEM<<

Ben Lawers

Nr 22, Ben Lawers

Wymowa: ang.

Znaczenie nazwy: hill of the Labhair (loud) stream

Wysokość: 1214 n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 10.

Data wejścia: 6.03.2009

Na Ben Lawersa nie udało nam się wejść w kwietniu 2008, kiedy to praktycznie spod szczytu (czego byliśmy nieświadomi) spędziła nas konkretna burza śnieżna – co opisałam tu >>LINK<< . W tym roku przyszedł czas na odwet. Żeńska brygada dowodzona przez Mariusza wyruszyła ze znajomego już parkingu koło Visitor Centre, na który skręcamy z drogi A827 za Killin (jest drogowskaz).

Ranek był przyjemny, niebo rokowało nadzieje, śniegu jak na warunki lokalne mnóstwo. Postanowiliśmy pójść inaczej niż w zeszłym roku. Wtedy wchodziliśmy szlakiem przez długą grań zaliczając jeszcze jednego munro, Beinn Ghlasa. Tym razem zależało nam tylko na Ben Lawersie, plan zakładał zatem strawersowanie zboczy Beinn Ghlasa i wyjście na przełęcz pomiędzy nim a BL.

Na mapce drogę przez grań zaznaczyłam na czerwono. Drogę zamierzoną tym razem – na zielono.

Meall Corranaich

Loch Tay

Miało być tak pięknie, a tymczasem wkrótce ogarnęły nas chmury. Pomimo zerowej widoczności zdecydowaliśmy się kontynuować. Pogoda nie była ogólnie zła: wiatr słaby, zero deszczu, temperatura znośna. Szło się całkiem przyjemnie, tyle że bez widoków.

Ostatnie momenty przed wejściem w mleko:

Meall nan Tarmachan

Przypominam, plan zakładał "zielony" trawers i łagodną wbijkę na przełęcz. Niestety przy zerowej widoczności i braku ludzkich śladów okazało się, że trasa wcale nie jest taka oczywista. Podstawowym problemem był fakt, iż zbocza Beinn Ghlasa nie są takie do końca kopiaste, jest tam gdzieniegdzie dość stromo i skaliście. Ścieżka "zielona" omija te miejsca dołem, więc żeby się gdzieś nie wpieprzyć, należało albo ją znaleźć, albo w przypadku nieznalezienia walić prosto w górę, na bezpieczną grań. Ponieważ po ścieżce nie było ani śladu, a teren zaczął stromieć, Mariusz zdecydował się na tę drugą opcję. Poszliśmy prosto w górę, odcinkiem ktory zaznaczyłam na żółto. Z mapy wynika że tamtędy też idzie droga, ale nie mieliśmy o tym pojęcia, zresztą nic nie było przedeptane.

Wchodziliśmy po momentami sporej stromiźnie, wzdłuż krawędzi kotła który opadał całkiem konkretnie – poniżej tych konkretów gdzieś tam biegła sobie ścieżka "zielona". Po niezbyt długim marszu (40 min.?) wydostaliśmy się w końcu na grań. Tu okazało się, że popełniliśmy drobny błąd w obliczeniach. Sądziliśmy otóż, że wyjdziemy na grań przed przełęczą (na mapie oznaczona X), ale już za wierzchołkiem Beinn Ghlasa. Tymczasem objawiliśmy się z jego drugiej strony, praktycznie pod szczytem, co oznaczało że dziewczyny zaliczą tego dnia dwa munrosy, a my jednego nowego i jednego podwójnie.

Długą granią Beinn Ghlasa (po lewej wspomniany stromy kocioł, po prawej łagodniejsze zbocze) powędrowaliśmy na znaną nam już przełęcz pomiędzy nim a BL. Mariusz na przełęczy:

Droga z przełęczy na Ben Lawersa to może z pół godziny marszu. Na oblodzonym skalistym podłożu przydały się raki:

Od skałek, przy których z zeszłym roku zrezygnowaliśmy, na szczyt jest dosłownie kilka minut.
Poniżej piknik na wierzchołku. Niestety, skurczysyny chmury nie odpuściły do końca i musieliśmy podziwiać siebie nawzajem z braku widoków. Najważniejsze jednak, że Lawers w końcu PADŁ.

Przy zerowej widoczności bezpieczniej było schodzić granią, po raz kolejny zrezygnowaliśmy zatem ze ścieżki "zielonej". Drugi raz tego dnia zdeptaliśmy Beinn Ghlasa, po czym "czerwoną" granią, przyjemnym spacerem zeszliśmy do doliny.

Cóż mogę napisać. Wycieczka subiektywnie była bardzo udana, ale ze względu na "czynnik ludzki", bo wędrowało nam się razem fantastycznie. No i w końcu zaliczyliśmy Ben Lawersa. Niestety, widokowo klapa na całej linii. Trasa łatwa, z trudności topograficznych wybrnęliśmy na medal, z bardziej męczących podejść ewentualnie odcinek "żółty" i początek bezpośredniej wbijki na szczyt BL, poza tym spacer. Oceniam na **, druga gwiazdka tylko w warunkach oblodzenia. Bardzo chciałabym zrobić w końcu tę górę w ładną pogodę, tym bardziej że można to połączyć ze zdeptaniem munrosów leżących dalej za BL, ale w tym sezonie Ben Lawersowi mówimy zdecydowanie "do widzenia".

Całość: >>LINK<<

Schiehallion

Nr 19, Schiehallion

Wymowa: szihalion

Znaczenie nazwy: fairy hill of the Caledonians

Wysokość: 1083m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 59.

Data wejścia: 13.02.2009

Na nasze pierwsze prawdziwe zimowe wyjście Schiehalliona wybraliśmy bez zbędnych dyskusji. Trasa jest prosta, typowa droga wiedzie łagodnym stokiem, więc nie ma zagrożenia lawinowego, a przy tym wbijamy się – oczywiście jak na lokalne warunki – całkiem wysoko. Potencjał widokowy spory: skoro Schiehalliona widać m.in. z Glencoe i z Mamoresów, to i owe musi być też widać z niego. Słowem, idealne miejsce do bezpiecznego oswojenia się z rakami i czekanami (czy też, jak mawia kolega Bat, keczapami).

Dojazd jest prosty. Nasz cel leży nieopodal Pitlochry – w miasteczku trzeba skręcić na Tummel Bridge. Trasa rozpoczyna się z parkingu położonego w miejscu oznaczonym jako Braes of Foss. My wysiedliśmy z samochodu za wcześnie, jakieś 500m przed parkingiem, przy o, takiej bramie:

Słupa z literką P nigdzie nie było widać, ale faktycznie wyglądało to jak parking. Oprócz nas do wyjścia na szlak szykowali się jeszcze dwaj turyści, którzy potwierdzili, że tu zaczyna się droga na Schiehalliona. Po tym zapewnieniu nie mieliśmy już wątpliwości, że idziemy dobrze.

Po przejściu kawałka lasem osiągnęliśmy skraj Rannoch Moor. Tu zaczęły się schody. Widoczność była mizerna, chmury stały na wysokości może ze 100m, przed nami z lekka pofałdowane, ciągnące się po skraj widoczności wrzosowisko, zero punktów orientacyjnych, drzew itp., tylko biała połać z kontrastowym deseniem wyschniętych badyli, trupków wrzosów. Po prawej, w odległości kilkuset metrów, widać było podstawę potężnego wzniesienia, które musiało być Schiehallionem, reszta skryta w mleku. Zaczęliśmy marsz po czymś, co było niezbyt ewidentną a momentami zupełnie zanikającą ścieżką.

Po mniej więcej dwóch kilometrach marszu zaczęło się stawać oczywiste, że idziemy donikąd. Na mapach ścieżka z parkingu wiedzie cały czas mniej lub bardziej pod górę, względnie prosto, i dość szybko zaczyna się wspinać łagodną granią Schiehalliona. My od pewnego momentu zaczęliśmy iść w dół, a nasz cel mieliśmy cały czas po prawej ręce, tak że ścieżka musiała by w pewnym momencie ostro skręcać. W dodatku przed nami ukazała się niewielka rzeka (!), której na naszej trasie zdecydowanie nie miało prawa być. Zaczęliśmy kombinować – Mariusz używając kompasu zarządził zmianę kierunku. Po przebiciu się przez strumień i ogrodzenie antyowcze…

…oraz odnalezieniu miejsca, gdzie owce nocowały – można było to poznać po wytopionych w śniegu plamach adekwatnych rozmiarów…



…udało nam się przebić do właściwego szlaku na Schiehalliona. Brawo, Mariusz 🙂

Trasa nie jest skomplikowana (było to ważnym kryterium jej wyboru). Schiehallion ma bardzo regularny kształt – od zachodu to całkiem foremna i rasowa piramida, klarowna topograficznie, bez odgałęzień, ku wschodowi opadająca bardzo długim i łagodnym ramieniem. Tędy właśnie wiedzie droga. Sadzę, że o wiele ciekawiej byłoby wbijać się na dzika od południa lub zachodu, ale przy zerowym doświadczeniu zimowym i braku widoczności woleliśmy wybrać najbezpieczniejszy wariant.

Kiedy śniegu zaczęło się robić naprawdę sporo, a i lodu było na ścieżce niemało, zdecydowaliśmy że można już wypróbować nasz ekwipunek. Mariusz oniemiał, widząc, że swojego pierwszego raka założyłam tyłem do przodu. Kiedy odzyskał mowę stwierdził, iż nie sądził, że jest to możliwe :O
Sama nie wiem czy się tym chwalić czy żalić 😀 ;P

Chmury były gęste i tak białe, że perfekcyjnie zlewały się ze śniegiem. Granica pomiędzy niebem a ziemią nie była widoczna. Tylko wystające spod śniegu ciemniejsze elementy – badyle bądź kamienie – rysowały "podłogę". I tylko w bezpośredniej okolicy. Otaczała nas biała pustka i poczucie ukrycia przed światem, odrealnienia było kompletne. Tym bardziej że nie wiało i panowała cisza.

Po drodze spotkaliśmy turystów z "parkingu". Właściwą trasę odnaleźli szybciej niż my, dzięki GPSowi, i już schodzili. Bardzo nas przepraszali za wprowadzenie w błąd. Acz tak naprawdę poza zmarnowaniem półtorej godziny na bujaniu się po wrzosowisku nic się nie stało, timing wciąż mieliśmy taki jak w planach.

Na wierzchołku – z którego normalnie widać naprawdę ładne rzeczy, ja największego smaka miałam na pustkowie Rannoch oraz okolice Glencoe – Fort William – widoczność była taka, jak poniżej:

Tu jeszcze widok na stromsze południowe zbocza, którymi będziemy wchodzić latem. Nie odpuszczę sobie tej góry, nie jest niby żadnym wyzwaniem ale skoro chciałam coś z niej zobaczyć to zobaczę. Ole!

Schodziliśmy już po bożemu, aż do prawidłowego parkingu. Stoi tam taka oto tablica:

A tyle z Schiehalliona odsłoniło się najwięcej. Partie szczytowe były w mleku przez cały czas.

W rakach, po pierwszych niepowodzeniach z zakładaniem, chodziło mi się bardzo dobrze. Keczap natomiast może spełniać wiele funkcji, o, można nim np. dokonać dekapitacji:

Bardzo sympatyczny zimowy cel, z powodów które opisałam w pierwszych akapicie. I chyba jeden z najłatwiejszych munro w ogóle. Nie była to wycieczka podczas której mocniej zabiłoby mi serce, ale jako że chodziło bardziej o podbudowanie kondycji i test sprzętu, nie wspominając już o kolejnym piórku do kapelusza, czuję się usatysfakcjonowana.

Beinn Ghlas


… albo raczej: Porażka Pod Ben Lawersem. Albo: Odwrót Spod Moskwy. Albo: Lawers, Lawers, ty WUJU…

No, tak czy siak, ordnung muss sein:

Nr 11, Beinn Ghlas:

Wymowa: bin glas

Znaczenie nazwy: green-grey hill, szarozielone wzgórze (znów za The Munros, ale może coś w tym być – munromagic.com podaje green hill)

Wysokość: 1103m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 47.

Data wejścia: 5.04.2008

Ben Lawers miał być naszym kolejnym celem. Najbliższy nam munro z pierwszej dziesiątki (na ostatnim miejscu, ale zawsze), o na tyle łagodnych kształtach, że trasa jest raczej bezpieczna także w zimie; w dodatku znajdujący się dalej na wschód, niż kiedykolwiek zawędrowaliśmy w Highlandach, czyli zupełnie nowe widoki, w tym na położone bezpośrednio u podnóża góry Loch Tay.

Do Ben Lawersa dojeżdżamy przez Callander, a potem (obok stacji benzynowej przed Crianlarich) należy skręcić na Killin. Za tym bardzo malowniczym miasteczkiem odbijamy w ultrawąską drogę (nie do przegapienia, jest drogowskaz) i nią w górę, przez las i łyse zbocza aż na parking koło Visitor Centre, skąd zaczyna się trasa.




Parking z początków szlaku na Ben Lawersa. W dole za wałem leży Killin

Szlak jest wyraźny, na początkowym odcinku oznaczony. Wędrujemy krętą drogą przez dolinę, otoczoną wałami z jednej strony Ben Lawersa (którego jeszcze długo nie zobaczymy, jedyne co widać, to właśnie należący do tego samego masywu Beinn Ghlas) i munro Meall Corranaich po stronie przeciwnej.

Na ostatnim planie Stob Binnein oraz Ben More

Marsz przez dolinę trwa około 20 minut. Wreszcie zaczynamy się wspinać na wał, który wyprowadzi nas na Beinn Ghlasa i dalej, na Ben Lawersa. I może nawet – taki był plan – na kolejnego munrosa, An Stuc.

Beinn Ghlas, widać ludzi na szlaku

Szlak jest nietrudny, stromy raczej umiarkowanie, jedynie w niektórych miejscach bardziej. W sumie nie ma jakoś bardzo wiele podchodzenia, a przynajmniej nie tyle, ile można by się spodziewać po tak wysokich (jak na Highland rzecz jasna) górach. Po prostu sam parking położony jest już na pewnej wysokości – gdyby podchodzić od podnóży, czyli od brzegów Loch Tay, dopiero by się poczuło, że atakuje się dziesiątego z munro-listy.

Wał po drugiej stronie doliny, kulminujący w Meall Corranaich (1069m n.p.m.)

Widok w kierunku północnym

Ponieważ już na starcie mamy fory, na widoki nie trzeba długo czekać. Ładnie wygląda Loch Tay, dumnie prezentuje się Ben More ze Stob Binneinem, ale naprawdę piękne panoramy otwierają się na wschodzie i północy. Niestety, nie umiem jeszcze zidentyfikować większości szczytów.

Śniegu było dużo więcej niż w środę na Ben More, i prawie cały czas sypał. Co tam zresztą sypał, on zacinał – jakby ktoś ciskał w twarz garściami ryżu, kuleczkami homeopatycznymi albo styropianem mającym żelazne wypełnienie.

To już ostatnie podejścia przed szczytem Beinn Ghlasa. Na dolnym zdjęciu widać zbocze, po którym prowadzi droga, i Loch Tay:

Silnie wiało, więc niebo zmieniało się jak kalejdoskop. Generalnie jednak widoczność była znakomita, a najgorsze chmury trzymały się wysoko, byliśmy więc dobrej myśli. Gdyby nie ten walący po twarzy śnieg i lodowaty wiatr, komfort byłby kompletny…

Meall Corranaich

Szczyt Ben Lawersa ukazał się dopiero z wierzchołka Beinn Ghlasa. Wielki, byczy grzbiet kojarzy się trochę z Ben Nevisem, i ma charakterystyczną dla wielu szkockich gór cechę: jest obły z jednej strony, a skalisty i stromy z drugiej.


Z Beinn Ghlasa obniżamy się na długą przełęcz:

Widok z przełęczy na Ben Lawersa i położony za nim kolejny munro, An Stuc (1118m n.p.m.)



Potok Allt a’Chobhair w dolinie, po prawej An Stuc

Na przełęczy, już bezpośrednio pod ścianą Ben Lawersa, zdecydowałam się założyć dodatkową garderobę i wsadzić w rękawiczki wkładki rozgrzewające. Wiatr był nie do zniesienia, i nawet nie chciałam myśleć, co będzie na wierzchołku…

Polarnik :))

Po lewej zbocze Beinn Ghlasa. Przez siodło pomiędzy nim a Meall Corranaich wiedzie alternatywna droga, którą schodziliśmy

"Atak szczytowy" zapowiadał się na średniołatwy. Ścieżka była wyraźna, gdzieniegdzie jednak zalodzona, co przy stromiźnie zbocza wymuszało sporą ostrożność. Ogólnie jednak w dobrych warunkach pogodowych to musi być relaks.

Beinn Ghlas

Już na przełęczy widzieliśmy wielkie paskudne chmurzysko, ale liczyliśmy że przejdzie bokiem. Tymczasem kiedy byliśmy może w jednej trzeciej drogi na szczyt, niebo zaczęło szarzeć coraz bardziej, a wiatr dąć coraz silniej.

Ostatnie widoki

Wkrótce nic już nie było widać. W szalejącej zadymce wchodziliśmy dalej, mając świadomość, że zawrócić praktycznie pod samym szczytem jest niehonorowo.

Wreszcie znaleźliśmy jakieś skałki, pomiędzy którymi schowaliśmy się, żeby trochę się rozgrzać i przeczekać najgorsze momenty. Ja byłam już jednym soplem lodu, pomimo hot-padów w rękawicach, polara, spodni chroniących od wiatru i niezawodnej jak dotąd kurtki.
Za skałkami odbyła się dramatyczna narada, co robić dalej. Mariuszowi zimno tak nie dokuczało, poza tym z racji większej wagi wiatr nie miotał nim tak jak mną, był więc skłonny iść dalej. Koniec końców spasowałam jednak. Ręce bolały jak wściekłe, twarz niewiele mniej, a kiedy wstałam, znów zaczęło mną rzucać. Nie jestem chucherkiem, ale po raz drugi w górach miałam bardzo realne wrażenie, że zaraz mnie zepchnie w przepaść – pierwszy raz miał miejsce podczas burzy z piorunami, ulewą i gradobiciem na szczycie Kopy Kondrackiej. Zaczęliśmy odwrót.
Kiedy już dotelepaliśmy się jakoś do przełęczy okazało się, że czeka tam na nas trzech tubylców, którzy wcześniej szli przed nami i w czasie kiedy my dyskutowaliśmy za skałkami też zaczęli uciekać w dół. Zaproponowali, żebyśmy poszli z nimi, bo przez szczyt Beinn Ghlasa w tych warunkach nie ma jak wracać, schodzą więc do doliny i dalej przez szerokie siodło, za którym połączymy się ze szlakiem dojściowym.
Schodziliśmy trawersując zbocze Beinn Ghlasa, po ścieżce która raz się pojawiała, raz niknęła zasypana. Zbocze było dość mocno nachylone i na stromych śniegach – a śniegiem było pokryte praktycznie w całości – należało bardzo uważać. Parę razy o włos, a zjechałabym na sam dół. Śnieg był w wielu miejscach tak zmarznięty, że ciężko było wbić w niego nogę i łatwo było o poślizg.
Od szerokiej przełęczy trasa zrobiła się łatwiejsza, weszliśmy do tej samej doliny, którą prowadzi szlak dojściowy. Na górze wciąż trwała zadymka. Nawet tu, w dolinie, napadało mnóstwo świeżego śniegu. Ale na dole było po prostu cudownie, bo NIE WIAłO.
Końcówka drogi przeszła już bezproblemowo.

Na Ben Lawersa jeszcze się wybierzemy, bo nam pojechał po ambicji. Szlak oceniam na ** (druga gwiazdka w warunkach oblodzenia). Sam Beinn Ghlas – no cóż, widokowa góra, ale dla nikogo raczej nie jest celem samym w sobie. Nie jest to szczyt, którym miałabym ochotę się chwalić nie mogąc w tym samym zdaniu wspomnieć o Ben Lawersie. Niby jedenasty muros zdobyty, ale nie mam specjalnej satysfakcji. Znaczy fajna przygoda, i generalnie z wycieczki jestem zadowolona. Tyle że nie mam poczucia, że w dziedzinie munroistycznej zrobiłam jakiś postęp;)
Rejon Ben Lawersa wygląda ciekawie, munrosów jest tam całkiem sporo, widoki piękne – na pewno warto się wybrać.
Komplet zdjęć jak zwykle w linkach.

Ben More


Nr 10, Ben More:

Wymowa: ben moar

Znaczenie nazwy: hill of the anvil, szczyt kowadła (kowadłowy?). Tym razem podaję za The Munros

Wysokość: 1174m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 16.

Data wejścia: 2.04.2008


Ben More należy do Crianlarich Hills. Miasteczko Crianlarich położone jest przy drodze A85 pomiędzy Callander a Tyndrum, jeszcze stosunkowo "płytko" w Highlandach, więc dojazd z Pasa Centralnego zajmuje około dwóch godzin – a zarazem wystarczająco głęboko, żeby z każdej strony otaczały nas fascynujące górskie widoki.

Ben More i jego bliźniak Stob Binnein (niekiedy Stobinion bądź Stobinian), niższy o 9m i osiemnasty na munro-liście, są najwyższe w okolicy. Rozumiem przez to, że w ogarnialnym wzrokiem sąsiedztwie nie mają rywali. Najbliższym wyższym szczytem jest Ben Lawers niedaleko Killin, położony jednak zbyt daleko by stwarzał realną wizualną konkurencję.

Ben More jest nie do przegapienia, ponieważ wznosi się tuż nad drogą do Crianlarich. Kiedy już go zidentyfikujemy, co nie jest trudne – potężne kopuły jego i Stob Binneina są doskonale widoczne z samochodu – uważajmy na parking po prawej stronie szosy (zakładam że jedziemy od Callander). Z parkingu jeszcze ćwierć mili do tabliczki z napisem "To Ben More", od której zaczyna się szeroka droga jezdna.



Ben More

Droga okrąża górę od prawej strony, po czym urywa się. Na Ben More nie prowadzi żadna ścieżka, więc opcji mamy nieskończoną ilość, z tym że najrozsądniejsze wydają się dwie:

– iść wspomnianą drogą do końca, aż ukaże się przełęcz pomiędzy Ben More a Stob Binneinem. Atakować przełęcz i z niej już bezpośrednio szczyt;

– wbijać się na górę "od frontu", tj. mając cały czas za plecami szosę.

My wybraliśmy na wejście wariant drugi. Zbocze jest strome i wspinaczka trochę daje w kość, z drugiej strony plusem takich bezpośrednich podejść jest szybkie zyskiwanie wysokości.

Tym zboczem prosto w górę



Crianlarich

Od pewnego momentu zaczynamy czuć, że znajdujemy się wyżej niż cokolwiek w bezpośredniej okolicy. Za wzniesieniami, które otaczały nas gdy zaczynaliśmy wspinaczkę, otwiera się drugi, trzeci, dziesiąty plan.



Munro Cruach Ardrain po drugiej stronie Benmore Glen

Trawiaste zbocze staje się po pewnym czasie bardziej skaliste i jeszcze stromsze. Kopuły szczytowej wciąż nie widać. Za to było coraz więcej śniegu 🙂

Od lewej: munro Beinn Tulaichean, munro Cruach Ardrain, wznoszący się nad doliną wał ze szczytami Stob Garbh i Stob Coire Bhuidhe, zza których wyłania się munro An Caisteal

Wreszcie, po ostatnich skałkach i kamieniach, wychodzimy na kopułę szczytową, łagodnie nachyloną, rozległą i gładką – w sensie, że bez kamulców. Stąd na wierzchołek już tylko paręnaście minut.

Śnieg dodaje dostojeństwa każdym górom. Pod białą kołderką nawet relatywnie niewysokie wzniesienia Highlandu prezentują się jak miniaturowe (ok, bardzo miniaturowe:P) Alpy.



Najwyższy punkt Ben More jest oznaczony kamiennym słupkiem. Widoki… A co tu gadać. To trzeba zobaczyć. Najlepiej teraz, kiedy tam w górze jeszcze panuje zima, ale temperatury są już znośne.

Stob Binnein

Stob Binnein, oddzielony od Ben More głęboką przełęczą, wyglądał przepięknie, ale zrezygnowaliśmy ze wspinaczki. Za dużą mieliśmy przerwę w chodzeniu po górach. Acz będąc w lepszej formie jak najbardziej bym się zdecydowała, podejście jest strome, ale niedługie.

Trossachs

Cruach Ardrain

Żeby nie wracać tą samą drogą zeszliśmy na przełęcz – Stob Binnein prezentował się z niej o wiele łagodniej i aż zapraszał – i trawersując zbocze Ben More, zaczęliśmy się obniżać w kierunku Benmore Glen.

Cały czas trawersując i przekraczając liczne, bardzo teraz rwące potoczki, w towarzystwie owiec (owca na owcy owcą tam pogania) osiągnęliśmy miejsce gdzie zaczyna się wspomniana na początku szeroka droga, która już bez najmniejszych trudności, po około pół godziny wyprowadza na szosę.

Trasa jest piękna i bardzo widokowa. Nietrudna technicznie (*), ale może zmęczyć bo wchodzimy na naprawdę konkretną górę. Wielkim atutem jest brak jakichkolwiek trudności nawigacyjnych, i to pomimo iż ścieżka jako taka nie istnieje: góra wyrasta praktycznie z szosy, nie ma żadnych męczących podchodzeń przez doliny, kierunek jest oczywisty – byle wyżej, nieważne którędy. Żałuję tylko, że nie udało się tym razem zdobyć Stob Binneina, ale mamy zamiar to nadrobić.
Reszta fotek tu.


Ben Lomond

Nr 9, Ben Lomond:

Wymowa: ben lomond

Znaczenie nazwy: beacon hill

Wysokość: 974m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 184.

Data wejścia: 30.12.2007

Ben Lomond, położony na samym skraju Highlandu, tuż za północnymi przedmieściami Glasgow, jast najbardziej na południe wysuniętym munrosem. To, oraz bliskość przepięknego Loch Lomond, największego jeziora Szkocji, uczyniło z BL jeden z najpopularniejszych celów w tutejszych górach. Widoki są ponadto jedyne w swoim rodzaju, bo obejmują z jednej strony Highlands, z drugiej Lowlands; przy dobrej pogodzie można nawet zobaczyć Edynburg.

Ben Lomond nie powala na kolana wysokością, ale w rzeczywistości jest górą imponującą. Raz, bo chociaż leżące po sąsiedzku Arrochar Alps nie są pozbawione munros, i to nawet wyższych niż BL, on jedyny jest położony nad samym jeziorem, co nadaje mu wyjątkową malowniczość. Dwa, bo jest to konkretny kawał góry. Ben Lomonda tworzą dwa potężne wały, których graniami biegną dwie trasy – żadna z nich nie jest trudna, za to obie długie. To nie Cobbler ani nawet wyższe przecież Buachaille Etive Mor. Tu zdecydowanie trzeba się nastawić na zakwasy.

Przed wycieczką mieliśmy z Mariuszem lekką tremę – bo nie wiadomo jak z kondycją po trzech miesiącach przerwy w łażeniu, a poza tym była to nasza pierwsza w ogóle wyprawa zimowa. No i trzeba było zmieścić się w sześciu i pół godzinach jasności, co oznaczało rozpoczęcie wchodzenia najpóźniej o 9.00 rano.

Trasa popularna, przez grań Sron Aonaich, zaczyna się przy parkingu w Rowardennan.

Po lewej grań Ptarmigan, po prawej Sron Aonaich, szczyt Ben Lomonda w chmurach

Chmury z początku znajdowały się wysoko, tak że pomimo braku słońca zapowiadało się nieźle. Trasą wędrowały tłumy niewiele mniej liczne od tych z Ben Nevisa. Droga przez Sron Aonaich jest wybitnie spacerowa – pokonujemy kolejne potężne garby, teren jest średnio nachylony, momentami idziemy praktycznie po płaskim. Szczyt, widoczny gdy znajdujemy się nieco powyżej początku trasy, wkrótce się chowa. Po prawej ręce mamy za to widok na Stirling, wzgórza Ochil a nawet pagórek, na którym wznosi się wyglądający jak zapałka Wallace Monument.

Loch Lomond

Szczyt staje się ponownie widoczny dopiero, gdy po pokonaniu dwóch garbów wychodzimy na szerokie wypłaszczenie:

Wydaje się stąd, że wierzchołek jest już na wyciągnięcie ręki, ale nic bardziej błędnego. Przed nami jeszcze kawał drogi, z tym że głównie po płaskim (i bardzo dobrze, bo droga była mocno zalodzona), sama wspinaczka jest raczej krótka.

Wierzchołek BL, wyglądający jak wielkanocna baba przysypana cukrem pudrem, w kierunku z którego zmierzamy jest nachylony raczej łagodnie. Tak naprawdę stromiej robi się dopiero tuż poniżej linii śniegu.

Zza wału Ptarmigan wyłania się Cobbler

Poniżej początki stromszego terenu – ścieżka była całkiem zalodzona i wiele osób wspinało się zboczem, co było opcją dużo rozsądniejszą. Na sam wierzchołek wydeptane jest kilka wariantów, ale równie dobrze można wchodzić po swojemu, po tej stronie góry przepaści czy innych niespodzianek nie ma.

Niestety gdy byliśmy już całkiem niedaleko od szczytu, przylazły chmury i widoczność stopniowo malała, by wreszcie stać się zerowa – do końca dnia.

Śniegu była zaledwie cienka warstwa, i dzięki temu chodziło się po nim bardzo przyjemnie, bo przyczepniej niż po lodzie.

Grań szczytowa jest długa i pofałdowana – wzniesienie widoczne poniżej bynajmniej nie było jeszcze wierzchołkiem:

Grań w bezpośrednich okolicach szczytu znacznie się zwęża, i można zajrzeć na jej drugą stronę. I wtedy – no proszę! – Ben Lomond okazuje się powtarzać przypadek Ben Nevisa: góra z jednej strony obła, kopulasta, łagodna i raczej nudna, z drugiej kryje piękne przepaście i skaliste ściany.

Od przełączki, za którą po raz pierwszy odsłania się skalista strona góry, na szczyt może jeszcze z dziesięć minut oblodzoną granią. Na szczęście jest wciąż na tyle szeroka, że w razie poślizgu w żadną przepaść raczej nie spadniemy.

To również nie wierzchołek, ale kolejny "ząb" na grani, która przypomina grzebień.

Pod samym szczytem

Wierzchołek przy braku widoczności nie był godny uwagi. Dość rozległy, acz bynajmniej nie takie obszary, jak na Ben Nevisie; standardowo z tablicą opisującą panoramę na wszystkie strony, teraz całkowicie bezużyteczną. Za to kilkanaście metrów od najwyższego punktu zauważyliśmy całkiem interesujące skały, przez które prowadziła w dół stroma ścieżka. Domyśliliśmy się, że jest to początek trasy przez Ptarmigan, i postanowiliśmy nią schodzić, żeby uniknąć powtórnego przechodzenia monotonnej drogi przez Sron Aonaich. Z początku mieliśmy spore wątpliwości, bo skały na znacznej powierzchni pokrywał lód, a na tym pierwszym podszczytowym odcinku byłoby gdzie zlecieć. Ale bez ryzyka nie ma przygody, więc zaczęliśmy schodzić, używając do tego czterech a nawet pięciu kończyn (w sytuacjach takich jak ta udzielam bowiem moim pośladkom awansu do roli kończyny).

Skały tworzące tę lodową stromiznę w warunkach letnich byłyby banalne, są bardzo ładnie wyrzeźbione. Natomiast zimą należy tu bardzo uważać i zastanawiać się nad każdym krokiem.

Sople

Teren ze skalistego przechodzi wkrótce w bardziej trawiasty. Po zejściu na pierwszą przełęcz zaczyna się wypłaszczać – szlak skręca tu z grubsza w lewo, opuszczamy rejon kopuły szczytowej by zacząć wędrować obniżającą się ku jezioru granią Ptarmigan.

Trasa przez Ptarmigan jest długa i dużo ciekawsza niż nasza dojściowa. Tu nie idziemy monotonnym zboczem, lecz granią szeroką i mocno pofałdowaną, szlak jest bardziej kręty. Na końcowym odcinku pięknie widać Loch Lomond z pomostem w Rowardennan. Droga chyba lepsza do wchodzenia – przede wszystkim dlatego, że przy oblodzeniu w końcowej partii znacznie bezpieczniej jest posuwać się w górę, a także, bo ścieżka z drugiej strony jest wręcz spacerowa a chyba lepiej wybrać forsowniejszą trasę na początek, kiedy człowiek ma jeszcze energię, i mieć miłą świadomość, że przy schodzeniu czeka nas relaks (choć droga zejściowa też nie jest krótka). Żałuję, że ominęły nas widoki, ale z pogodą i tak mieliśmy szczęście, było praktycznie zero wiatru i względnie ciepło, co dość znacznie odbiegało in plus od moich wyobrażeń o wędrowaniu zimą. Ten wariant kończy się nieopodal budynku Rowardennan Lodge, skąd do parkingu jest nie więcej niż dziesięć minut po płaskiej drodze (będącej zresztą częścią West Highland Way).

Odcinek przez Sron Aonaich dostaje ode mnie *, przez Ptarmigan również *, jedynie podszczytowym skałom daję *** (ale tylko w warunkach takich jak opisałam, latem to nie może być więcej niż jedna gwiazdka). Ten drugi fragment nie jest wprawdzie trudniejszy, ale ciekawszy i – tak przypuszczam – bardziej widokowy. Jest też znacznie mniej popularny, spotkaliśmy na nim zaledwie kilkanaście osób, podczas gdy z drugiej strony walą tłumy.

Ben Lomonda polecam jako zimową wycieczkę szczególnie osobom mieszkającym w szkockim Pasie Centralnym, tj. pomiędzy Edynburgiem a Glasgow. Że z Glasgow, to wiadomo, ale nawet z Edynu bez problemu i wstawania o 4.00 rano zdążycie dojechać na tyle wcześnie, żeby nie schodzić po ciemku. My wyszliśmy z domu o 7.00, wchodzenie zaczęliśmy o 9.00, o 15.30 byliśmy z powrotem w samochodzie. Byłoby oczywiście szybciej, gdyby nie lód, ale i tak udało się przed zachodem słońca.

Na mapie Ordance Survey (Loch Lomond North: Tyndrum, Crianlarich & Arrochar, nr mapki 364) precyzyjnie zaznaczone są oba warianty dojścia. Poniżej mapka z ich strony, na której uzupełniłam na czerwono szlak przez Ptarmigan: