The life and death of St Kilda

Z tegorocznych wakacji na Północy, podczas których po raz pierwszy zahaczyliśmy o Hebrydy Zewnętrzne, przywiozłam taką oto książkę:
O St Kildzie nigdy przedtem nie słyszałam (albo nie pamiętałam, co na jedno wychodzi), ale zaintrygował mnie podtytuł. Pomyślałam, że przeczytam wstęp żeby zobaczyć o co chodzi… I wsiąkłam. 

St Kilda to maleńki archipelag położony 64 km od najbliższego lądu, to jest wyspy Uist. cztery większe i trochę mniejszych wysepek; kilkaset hektarów skały, gdzie nie rośnie ani jedno drzewo, bezbronnej wobec żywiołów, dostępu do której bronią wysokie klify. W tym skrajnie niegościnnym środowisku od wieków żyli jednak ludzie. Społeczność zawsze oscylowała pomiędzy 100 a 200 mieszkańców, których codziennym zajęciem był po prostu survival, co biorąc pod uwagę przerąbaną lokalizację nietrudno sobie wyobrazić. Miejscowi, których językiem był specyficzny ze względu na izolację dialekt gaelic, z narażeniem życia polowali na klifach archipelagu na morskie ptaki, stanowiące podstawę ich diety – to pozwalało im przeżyć, jako że na St Kildzie mało co jest w stanie wyrosnąć. Jakkolwiek nigdy nie byli całkowicie odcięci od świata, kontakty z resztą Szkocji były sporadyczne. Społeczność St Kildy żyła według całkowicie własnych zasad, np. nie posługując się w ogóle pieniędzmi, bo choć idea była im oczywiście znana, w warunkach w jakich żyli była abstrakcją. Dzielono się tu wszystkim – nie ze względu na altruizm, a pragmatyzm: tylko współpraca i wzajemne wspieranie się zapewniało przetrwanie grupie. 

Im częstsze stawały się kontakty z mainlandem, tym bardziej jasne było, że tak dalej być nie może. Świat szedł do przodu, St Kilda trwała w miejscu. Mieszkańcy mieli świadomość jak ekstremalnie twarde życie wiodą w porównaniu do współplemieńców z innych części kraju. Nadal, było to jedyne życie, jakie znali.

Zwiększająca się częstotliwość kontaktu z szerokim światem, choroby – tężec dziecięcy oraz grypa która zdziesiątkowała populację, wreszcie chęć zapewnienia dzieciom lepszego losu – słowem, cały splot okoliczności zdecydował o wysłaniu przez St Kildańczyków petycji do rządu odnośnie ewakuowania ich na mainland i zapewnieniu pomocy na starcie. Był rok 1930.

Steel szczegółowo opisuje codzienne życie wyspiarzy, a wymagało ono umiejętności których nie powstydził by się Bear Grylls. Dowiadujemy się, jak misjonarze z lądu kształtowali ich religijność, a można się domyśleć że mieszkańcy kawałka targanej wichrem skały na Atlantyku byli dość podatni na nauki o gniewie bożym. Dowiadujemy się o ewakuacji która, choć konieczna, była dla tych ludzi dramatem. Który bynajmniej nie skończył się w momencie gdy wylądowali w porcie w Oban. Dla wielu z nich on dopiero się zaczął.

Historia jest fascynująca i pięknie napisana, choć nie wszystkie rozdziały były dla mnie równie interesujące, nie winię jednak autora, a tematykę. Tym co mnie interesowało byli ludzie, ich przeżycia i historie przed i po ewakuacji, zwłaszcza po. Oraz oczywiście samo życie na wyspie –  z naszego punktu widzenia niewyobrażalne – a jednak nadal nie wiem, czy bardziej bym je pokochała czy znienawidziła, i rozumiem dlaczego dla St Kildańczyków opuszczenie domu, choć dobrowolne, było wtedy oraz pozostało tragedią.
Że lektura nie górska? Za to highlandzko – celtycka zdecydowanie. Nie znalazłam informacji o przekładzie, ale polecam – jedna z tych historii które powodują ciarki na plecach.

Slioch

Nr 119, Slioch

Wymowa: szlijoh

Znaczenie nazwy: the spear (za MunroMagic)

Wysokość: 981m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 170.

Data wejścia: 20.07.13


Po dwu ostatnich mniej spektakularnych wycieczkach fajnie było wybrać się znowu na północny zachód. Slioch jest jednym z ciekawszych munrosów. Typowo dla gór na zachodzie, choć nie jest wysoki charakteryzuje się imponującym przewyższeniem – ponad 900m, a przy tym jest po prostu i zwyczajnie ładną górą. Od strony Loch Maree nad którym biwakowaliśmy, ma kształt warownej wieży albo fortecy. Nie wiem skąd skojarzenie z włócznią, może przez to iż Slioch od strony przeciwnej faktycznie ma symetrycznie trójkątną, zaostrzoną bryłę mogącą się kojarzyć z grotem – mówię jedynie na podstawie zdjęcia u McNeisha.

Image Hosted by ImageShack.us

Wieczór był cudny, ale po zrobieniu kilku zdjęć trzeba było schować się przez midgesami w samochodzie. Poniżej niewielki fragment masywu Beinn Eighe:

Image Hosted by ImageShack.us

Poranek miał być piękny, ale i tak nas zaskoczył: takie niebo w Szkocji to ewenement.

Z naszego dzikiego biwaku pojechaliśmy do Kinlochewe, stamtąd skręciliśmy na Incheril i wyjechaliśmy prosto na parking. Z parkingu wyprowadza skrót: wąska ścieżka najpierw kawałek biegnie przez zarośla, by po może 100m dołączyć do szerszej drogi, biegnącej równolegle do rzeki.

Image Hosted by ImageShack.us

Płasko, wśród paproci i uroczego lasu wędrujemy aż Kinlochewe River przechodzi w jezioro. Wzdłuż brzegu jeszcze kawałek, do mostu przecinającego inną rzekę (łączącą Loch Maree z położonym po drugiej stronie masywu Sliocha Lochan Fada). Od tego momentu zaczynamy się wspinać. Ścieżka jest, a nawet dwie – druga biegnie wzdłuż wspomnianej rzeki do Lochan Fada i nas nie interesuje. 

Są trzy opcje: albo wbijać się na górujący nad nami Sgurr Dubh, początek grzbietu Sliocha; albo celować w kocioł za Sliochem (Coire na Sleaghaich), albo na drugie wybitne wzniesienie w masywie, Sgurr Tuill Bhain i z niego kontynuować granią. Pierwszej opcji nie polecam ponieważ strome podejście na Sgurr Dubh uważam za zbędną stratę energii. Opcją trzecią schodziliśmy. W celu wejścia kierowaliśmy się zatem do kotła. Bardzo słabo nam się szło, upał był masakryczny, to też zaważyło na wyborze drogi.

Beinn Eighe dominował w krajobrazie:

Image Hosted by ImageShack.us

Po wejściu do kotła ukazuje się kopuła szczytowa Sliocha, acz wierzchołka nie widać. Zbocze po lewej to Sgurr Dubh.

Image Hosted by ImageShack.us

Najwyższy widoczny punkt kopuły znajduje się już naprawdę blisko szczytu, oddziela je od siebie jedynie płytka przełęcz.

Image Hosted by ImageShack.us

Nasza ścieżka skręcała w lewo by łagodnie wyprowadzić na obniżenie w grani pomiędzy Sgurr Dubh a Sliochem. W obniżeniu znajdują się dwa jeziorka i nareszcie znowu można zacząć podziwiać widoki w stronę Glen Torridon. Jesteśmy już na tyle wysoko że oprócz Beinn Eighe ukazują się także Liathach i Beinn Alligin (poniżej). Widoki na stronę przeciwną póki co są przysłonięte granią łączącą Sliocha z Sgurr Tuill Bhain.

Image Hosted by ImageShack.us

Podejście które teraz się zacznie jest już finałowe, z tym że dość długie. Na niebie pokazało się na szczęście trochę chmur zatem szło się nam odrobinę lepiej i szybciej. Kawałek do kotła wlekliśmy się po prostu, tu też nie biliśmy rekordów prędkości ale było mimo wszystko łatwiej dzięki tej odrobinie cienia.

Image Hosted by ImageShack.us

I znów Beinn Eighe – to naprawdę konkretny masyw! – plus sam początek Liathach. Zza Beinn Eighe (po lewej) nieśmiało wygląda Beinn Liath Mhor:

Image Hosted by ImageShack.us

Tak prezentuje się wierzchołek z obniżenia pomiędzy nim a tym, co z kotła wydaje się być najwyższym punktem:

Image Hosted by ImageShack.us

Szczytowe – obraz słusznej satysfakcji. Ten munros w tych konkretnych warunkach to naprawdę była ciężka robota.

Image Hosted by ImageShack.us

Zbocza Sliocha opadające do Loch Maree mają faktycznie sporo charakteru. Sporo tu grani pomiędzy którymi leżą strome trawiaste połacie: coś jak rejon North Ridge na Ben Hope, czyli teren bynajmniej nie do wspinaczki, skały w sumie niewiele, ale niebezpieczny.

Plus kozy jakie dotąd widzieliśmy na pobliskim An Teallachu:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Tu natomiast grań wyprowadzająca na Sgurr Tuill Bhain, szczyt o za małej wybitności żeby zasłużyć sobie na status samodzielnego munro (na dalszym planie The Fannaichs):


Północny wschód: Loch Garbhaig i Lochan Fada, w tle An Teallach.

Image Hosted by ImageShack.us

Loch Maree cieszy się reputacją jednego z najpiękniejszych jezior Szkocji, i muszę powiedzieć że absolutnie zgadzam się z tą opinią!

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wielkiego pięknego kruka nakarmiliśmy bułką i mielonką, za co zapozorował nam do zdjęć:

Image Hosted by ImageShack.us

An Teallach po raz kolejny. Korbet Beinn Dearg Mor (po lewej, zlewa się z masywem AT) też jest godny uwagi i mamy w planach go odwiedzić.

Image Hosted by ImageShack.us

Na odcinku ok. 500 metrów grań w stronę Sgurr Tuill Bhain zwęża się – jest to bardzo ładny odcinek trasy. Góry na które patrzę to znów The Fannaichs:

Image Hosted by ImageShack.us

Tu zaś na II planie widać wypłaszczenie z jeziorkami i nasze nań podejście, oraz spory kawał podejścia finałowego. Tło dominują Beinn Eighe oraz Liathach.

Image Hosted by ImageShack.us

Ze Sgurr Tuill Bhain zeszliśmy (można ścieżką, można po swojemu) do kotła, gdzie połączyliśmy się z drogą wejściową. Długość całości to ok 18 km.

Największym atutem Sliocha jest jego położenie – nad Loch Maree, mając po jednej stronie torridońskie olbrzymy a po drugiej munrosy Fisherfield, Dundonnell oraz The Fannaichs. Widoki o epickim oddechu, poczucie – zresztą najzupełniej słuszne – pustki i dzikości, wreszcie uroda samego Sliocha – góra wskazuje u mnie do szufladki z napisem "najbardziej ulubione". 

W kwestii kempingu: nad Loch Maree jest sporo oznaczonych i nieoznaczonych niewielkich parkingów, które niektórzy wykorzystują w takim właśnie celu. 

Creag Mhor i Beinn Heasgarnich


Nr 117, Creag Mhor; nr 118, Beinn Heasgarnich (na mapach OS Sheasgarnich)

Wymowa: kreg wor; ben esgarnih

Znaczenie nazwy: big crag; peaceful hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1047m n.p.m.; 1078m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 84.; 62.

Data wejścia: 13.07.13


Kolejną wycieczkę również zrobiliśmy raczej blisko domu. Co prawda bliższe rejony staramy sobie raczej oszczędzać na czas, gdy dzień jest krótki, ale prognozy mówiły że w rejonie Killin ma być najlepsza pogoda.

W Killin skręcamy do Glen Lochay: w tej dolinie byliśmy jak dotąd tylko raz, wchodząc na Meall Ghaordaidh >>LINK<<. Parkujemy nieopodal farmy Kenknock i uwaga: na początku trasy warto odbić asfaltówką w prawo, do drogi biegnącej 200m nad dnem doliny. Raz że zaoszczędzi nam to trochę podchodzenia później, dwa – będzie bardziej widokowo.

Glen Lochay nie jest jakaś spektakularna, acz w słońcu prezentowała się znacznie urokliwiej niż podczas poprzedniej bezśnieżno-zimowej wycieczki. Oprócz Meall Ghaordaidh i gór na które wbijaliśmy tym razem, po przeciwnej stronie doliny znajdują się jeszcze trzy munrosy, dostępne również z Glen Dochart (w tym Ben Challum, na którego właśnie stamtąd wchodziliśmy >>LINK<<). Poniżej Sgiath Chuil:

Image Hosted by ImageShack.us

Odcinek drogą pomimo że dość długi jest relaksacyjny, w ogóle nie ma tu podejść. Z okolicznych szczytów najwięcej charakteru wykazuje daleki Meall nan Tarmachan:

Image Hosted by ImageShack.us

Do góry zaczynamy się wbijać na wysokości łącznika pomiędzy ścieżkami dolną i górną. Podejście trawiasto – skalistym zboczem na ramię góry (my mówimy ramię, a w gaelic taka formacja to nos – sron), Sron nan Eun, jest najbardziej stromym odcinkiem całej trasy.

Image Hosted by ImageShack.us

W tle Ben Challum:

Image Hosted by ImageShack.us

Po osiągnięciu nosa teren się kładzie, i do szczytu wygląda to tak (przy czym to jeszcze spory kawałek, i nawet nie dlatego że zdjęcie przekłamuje, na żywo również sprawiało wrażenie że będzie znacznie bliżej):

Image Hosted by ImageShack.us

Wreszcie zaczynają się widoki na drugą stronę wału, na Glen Lyon. Widać Loch Lyon a ta wysoka górka po lewej to ładny munros Stuchd an Lochain >>LINK<<:

Image Hosted by ImageShack.us

Creag Mhor – obowiązkowa fota szczytowa!

Image Hosted by ImageShack.us

Zgodziliśmy się z Mariuszem że lato nie jest najfotogeniczniejszym sezonem w szkockich górach. Raz, że kiedy temperatura się podnosi to cała ta wilgoć z notorycznych tu deszczy zaczyna parować i przy teoretycznie pięknej pogodzie zamiast przejrzystego powietrza i super widoczności mamy przyszarzałe niebo i mgiełkę. Dwa, bez choćby drobnych śnieżnych akcentów, ten ocean zieleni zlewa się ze sobą i całość traci charakter. Zdecydowanie wolę zimę, wczesną jesień oraz wiosnę.

Poniżej Beinn Dorain z nowej perspektywy:

Image Hosted by ImageShack.us

O, tu dokładnie widać co miałam na myśli. W naturze przynajmniej jest przestrzeń, wielkość i trzeci wymiar. Na zdjęciu mamy po prostu zieloną plamę na szarawym tle.

Jednakowoż wybrałam je ponieważ widać na nim w całości drugiego munro, Beinn Hearsganich. Szczyt jest po lewej, zaś formacja najbliżej to kolejny górski nos: Sron Tairbh.

Image Hosted by ImageShack.us

Na nos biegnie ścieżka która meandruje licznymi zygzakami, nie pozwalając się zmęczyć. To istotne bo przełęcz pomiędzy tymi dwoma munrosami jest jedną z głębszych jakie tu widzieliśmy.

Image Hosted by ImageShack.us

Loch Lyon:

Image Hosted by ImageShack.us

Po wbiciu się na nos znowu robi się płasko i na mini-plateau szczytowe jest już przyjemny spacer.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Te wysokie w tle to Ben More i Stob Binnein:

Image Hosted by ImageShack.us

Na szczycie już padałam, po całym dniu wchodzenia w upale. A na tej dwu-munrosowej trasie podchodzenia było więcej niż tydzień temu na czwórce. No i czekało nas jeszcze zejście, co do którego nie byliśmy nawet pewni, który wariant wybrać, ale wiadomo było że będzie długie.

Image Hosted by ImageShack.us

Po obczajeniu terenu wybraliśmy zejście bezpośrednio ze szczytu, tak jak dyktuje ukształtowanie terenu, do połączenia z asfaltówką łączącą Glen Lyon z Glen Lochay. Mapka oddaje tę trasę w miarę wiernie. Pomijając iż byliśmy pieruńsko zmęczeni (głównie słońcem i temperaturą), szło się dobrze, ale muszę przestrzec przez jedną rzeczą. Skoro nawet teraz, kiedy mamy w Szkocji falę upałów i w górach jest sucho do tego stopnia że po większości potoków zostały puste koryta, a na tym odcinku było wciąż wilgotno i bagnisto – w bardziej standardowych okolicznościach on może być po prostu nie do przejścia, błoto po kolana jak nie wyżej. Myślę że w innej sytuacji warto byłoby raczej cofnąć się do nosa i stamtąd równolegle do wejścia na pierwszego munro, kombinować w dolinę. 

Nasza wersja była o tyle fajna, że ścięliśmy większość porannej ścieżki. Droga z Glen Lyon też się nico dłuży, ale zawsze to coś innego, no i asfalt – niesamowita ulga po usianym ukrytymi dziurami, chlupiącym bagnie.


Bez hardkorów, bez przygód ale klimat był, a i w tyłki trochę dostaliśmy. Nie wiem jak niektórzy dają radę dołączać do tej trasy Ben Challuma.

Pokonaliśmy ok. 21 km.

Cairn of Claise, Tom Buidhe, Tolmount i Carn an Tuirc


Nr 113, Cairn of Claise; nr 114, Tom Buidhe; nr 115, Tolmount; nr 116, Carn an Tuirc

Wymowa: kern o kleś, tom bui; tol-mun; karn an turk

Znaczenie nazwy: cairn like peak of the grassy hollow; yellow hill; valley hill; cairn like peak of the wild boar (za MunroMagic)

Wysokość: 1064m n.p.m.; 957m n.p.m.; 958m n.p.m.; 1019m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 71.; 204.; 202; 113.

Data wejścia: 6.07.13


Płaskowyże na południe od Cairngormsów to idealne miejsce do ponabijania sobie munro-licznika. Jak już się raz człowiek wbije na plateau, to może natrzaskać murosów na ile tylko starczy mu determinacji, oraz oczywiście czasu. Przewyższenia pomiędzy szczytami są niewielkie, podejścia łagodne, niemal wszędzie łatwy akces prosto z szosy więc nie trzeba robić takich chorych odległości jak w Cairngormsach. Tym razem padło na cztery munrosy które najłatwiej zdobywać z Glen Shee – i tam też przenocowaliśmy.

Nie jest to moja ulubiona dolina, ale swój specyficzny urok ma. Krajobraz jest tu księżycowy, tylko łagodnie falujące nagie wzgórza i – za każdym razem! – rekordowa ilość zabitych królików na szosie. 

Startujemy z ponad 600m n.p.m., co również bynajmniej nie utrudnia ogarnięcia kilku munro-sztuk od jednego machu.

Image Hosted by ImageShack.us

Początek trasy na parkingu nieopodal centrum narciarskiego. Pierwsze podejście jest zarazem najdłuższe, bo musimy się na ten płaskowyż wbić. Wędrujemy wzdłuż wyciągów i płotów wznoszącymi się łagodnie zboczami munro Glas Maol, na którego wierzchołku już byliśmy, tym razem więc należało go ominąć. 

Image Hosted by ImageShack.us

Niestety już na plateau pojawił się problem: chmury zakryły nas całkowicie, a wiadomo jak to jest na płaskowyżach bez widoczności. Żadnych puntów orientacyjnych, ścieżek jest więcej niż jedna i wszystkie wątłe (z powodu łatwości terenu ludzie chodzą milionem wariantów), po paru minutach można kompletnie się zamotać. Po dobrych 40 minutach kluczenia z kompasem wciąż nie byliśmy pewni czy idziemy w dobrym kierunku a czy nie na Glas Maol na przykład. Na szczęście w chmurach zaczęły robić się dziury, co prawda tylko na chwilę ale wystarczyło żeby mniej więcej zorientować się w kierunkach. W końcu natrafiliśmy ponadto na ścieżkę która wydawała się bardziej ewidentna.

Na pierwszego munrosa, Cairn of Claise idzie się terenem tak łagodnie nachylonym że w ogóle nie czujemy iż jesteśmy w górach. Na podejściu odsłaniało się nam już całkiem sporo na północnym wschodzie, niestety kolejny munros (Tom Buidhe) wciąż ginął w chmurzyskach i zanosiło się że będziemy go szukać na czuja.

Tego wyprztyka na drugim planie w ogóle nie wzięliśmy natomiast za oddzielną górę, dopóki mapa nie uświadomiła nam jednoznacznie iż jest to nasz trzeci w kolejce, Tolmount:

Image Hosted by ImageShack.us

Taki to już naleśnikowy urok płaskowyżu Mounth!

Ten z kolei Mount Pancake to nie co innego a Tom Buidhe. Nie można powiedzieć by wspinaczka stanowiła wyzwanie…

Image Hosted by ImageShack.us

Jednakowoż zanim ruszyliśmy zdobywać owe strzeliste turnie, trzeba było wbić się na szczyt Cairn of Claise. Pogodowo wciąż jeszcze było słabo co w połączeniu z tym akurat typem krajobrazu powodowało że nie chciało się za bardzo wyciągać aparatów. Niemniej fotka szczytowa obowiązkowa:

Image Hosted by ImageShack.us

Przynajmniej w międzyczasie chmury poszły sobie i zrobiło się całkiem przyjemnie oraz – dzięki niebieskiemu niebu – choć odrobinę bardziej dekoracyjnie, nawet Tom Buidhe zaczął się wydawać o promil czy dwa smuklejszy:

Image Hosted by ImageShack.us

Te Andy to natomiast kontynuacja w kierunku Lochnagaru, gdzie będzie można zrobić pętlę tym razem pięciomunrosową.

Image Hosted by ImageShack.us

Na Tom Buidhe, absolutnie nie czując że zdobyło się już dwa munrosy:

Image Hosted by ImageShack.us

Z Toma na Tolmounta jest moment. I właśnie Tolmount, ten jak go nazwałam wyprztyk, sprawił przyjemną niespodziankę: z niepozornego szczyciku odsłonił się zaskakująco uroczy widok na ukrytą Glen Callater z adekwatnie nazwanym Lochem, oraz cairngormskie olbrzymy Beinn a’Bhuird i Ben Avon, które dały nam popalić we wrześniu:

Image Hosted by ImageShack.us

Na czwartego munrosa, Carn an Tuirc, trochę się idzie, ale znów baaardzo łagodnie. Pogoda unormowała się już całkowicie, a ładne światło sprawiało że otoczenie nagle zaczęło wydawać się całkiem malownicze a brak charakteru stracił zupełnie na znaczeniu.

Image Hosted by ImageShack.us

… acz pozostawał niekwestionowalny.

Image Hosted by ImageShack.us

W tle Glas Maol, najwyższy munro w okolicy:

Image Hosted by ImageShack.us

Jakkolwiek nie powiem żebym czuła w nogach te cztery munrosy, finałowy szczyt powitałam z ulgą. Nie jest to trasa ekstremalna ale swoją długość ma.

Image Hosted by ImageShack.us

Poniżej odcinek jaki musieliśmy przejść szosą: od parkingu w Glen Clunie (po prawej) do centrum narciarskiego w Glen Shee.

Image Hosted by ImageShack.us

Zejście jest proste: rumowiskiem na rympał, i poniżej zaczyna się piękna, szeroka ściecha która wyprowadza na sam parking (na mapie jest coś nie tak, jestem na 100% pewna że zaznaczyłam trasę dobrze). Całkiem przyjemny odcinek w porównaniu z marszem szosą. Szosą idzie się bowiem pod lekką, ale wyczuwalną górkę, modląc się by żaden motocyklista o cię nie zahaczył oraz slalomując pomiędzy mniej lub bardziej zmasakrowanymi trupkami królików.

Wycieczkę zakończyliśmy w kafejce centrum narciarskiego, pałaszując burgery. W okolicy mamy jeszcze osiem munrosów, ale na razie będą musiały poczekać.

Trasa do nabicia wspomnianego licznika IDEALNA. Gdybym jednak nie dbała o licznik a jedynie o estetykę, spróbowała bym raczej Glen Callater – widać, że piękne miejsce i można się z niej wspiąć na co najmniej kilka górek.



Beinn Liath Mhor i Sgorr Ruadh

Nr 111, Beinn Liath Mhor; nr 112, Sgorr Ruadh

Wymowa: ben lija wor, skor rua

Znaczenie nazwy: big grey hill; red rocky peak (za MunroMagic)

Wysokość: 926m n.p.m.; 962m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 258.; 195.

Data wejścia: 8.06.13


Te dwa piękne munrosy leżą w Glen Carron, sąsiadującą z Glen Torridon od południa. Powyżej Inverness a zatem za daleko dla nas jak na jednodniowy wypad – trzeba było zabiwakować na dziko. Znaleźliśmy kawałek płaskiego terenu, co prawda kilkanaście metrów od szosy, ale ruch nawet za dnia jest tam niewielki.

Rano zalegała mgła, która miała jakoby zniknąć, ale na razie się na to nie zanosiło. Postanowiliśmy jednak dać jej szansę i nie śpieszyć się przesadnie. Zwinęliśmy namiot walcząc z midgesami i podjechaliśmy do odległego o kwadrans jazdy Lochcarron zjeść śniadanie na ławkach piknikowych nad jeziorem. Przez mgłę przeglądało gdzieniegdzie niebieskie, niemniej sytuacja nie wyglądała za dobrze. 

Samochód zostawiliśmy na parkingu pod stacją kolejową w Achnashellach. Po przekroczeniu torów i metalowej bramy należy skręcić w prawo. Droga z początku prowadzi malowniczą zalesioną doliną:

Image Hosted by ImageShack.us

Na rozejściu ponownie należy skręcić w lewo, i wypatrywać przy drodze małego kopczyka, który oznacza początek ścieżki wiodącej najpierw w lewo, a potem w głąb doliny. 

Po wyjściu z lasu teren wędrujemy łagodnie wznoszącym się szlakiem, pośród głazów i skał – nadal jest malowniczo. Jedyne co nas irytowało to mgła, która uparcie nie chciała się podnieść.

Image Hosted by ImageShack.us

Jak tylko osiągnęliśmy próg górnej części doliny, zaczęło się przecierać. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom – w idealnym momencie, w ciągu pięciu, może dziesięciu minut… Mgła zniknęła, rozwiała się zupełnie 😀 Momentalnie zrobiła się lampa.

Dolina do której weszliśmy jest łysa, wrzosowa i urokliwa w swej surowości. Otaczają ją (od lewej) monumentalne bryły Sgorr Ruadh i Beinn Liath Mhor:

Oraz chyba najbardziej spektakularna, piękna Fuar Tholl której do statusu munro zabrakło niestety 7 metrów:

Zwłaszcza środkowy filar (Mainreachan Buttress) robi wrażenie:

Od początku nie było jej w planach, ale nie z powodu niebycia munrosem, a napiętego planu: musieliśmy wrócić do domu tego samego dnia. Z chęcią ją jednak zaliczę w przyszłości.

Zaczęliśmy pętlę od Beinn Liath Mhor. Ścieżka jest wyraźna a nawigacja przy widoczności oczywista. Na wypadek mgły: są dwa rozejścia szlaków i na obu należy skręcić w prawo (pierwszy skręt w lewo wyprowadza na Fuar Tholl, drugi na przełęcz pomiędzy munrosami). BLM to długiiii garbaty grzbiet a wierzchołek mieści się na jego północnym krańcu. Kiedy już wbijemy się na grzbiet idzie sprawnie, pomimo dwóch dość głębokich przełęczy do pokonania.

Początek grzbietu: wierzchołek jest na samym końcu.

Jedna z przełęczy:

Widoki powalają. Najbardziej oczywiście na Torridon. Beinn Alligin chowa się co prawda za Liathach ale samego Szaraka oraz Beinn Eighe mamy jak podane na tacy.

Beinn Eighe:

Liathach:

Image Hosted by ImageShack.us

Sgorr Ruadh także wygląda nie najgorzej. Prezentuje się niebywale potężnie choć jest tylko trzydzieści metrów z hakiem wyższy od BLM. Inna rzecz że przewyższenia są tu faktycznie spore, jako że punkt startowy leży na wysokości ok. 70m n.p.m.

Pod koniec grzbiet się zwęża i robi bardziej "graniowy":


Do przełęczy pomiędzy munrosami musimy zejść poprzez kilka garbów. Z początku można iść dowolnie, acz schodząc z przedostatniego garbu, zwłaszcza we mgle, polecałabym jednak zlokalizować ścieżkę (początek oznaczony kopczykiem) – zbocza są tu niewysokie, ale bardzo gęsto poprzerastane słabo urzeźbionymi skałkami. Poniżej widać jak biegnie ścieżka:

Pierwszych ludzi tego dnia spotkaliśmy dopiero pod samą przełęczą – podchodzili na Sgorr Ruadh ścieżką biegnącą dnem doliny. Potem jeszcze dwie niewielkie grupy. I to wszystko, poza tym tylko jelenie: 

Z przełęczy na szczyt wcale nie było tak długo i mozolnie jak sugerował widok z BLM. Przeciwnie, miałam wrażenie że weszliśmy momentalnie! Finałowe podejście jest dość strome, dzięki czemu szybko zyskuje się wysokość, ale niezbyt długie.

Munro Maol Chean-dearg:

Wierzchołek BLM:

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz reszta grzbietu – to jednak jest konkret:


Na wierzchołku:

Image Hosted by ImageShack.us

Panorama wzbogaciła się o Loch Carron i leżące na nim miasteczko. Było widać munrosy Skye (niestety za daleko by je ładnie oddać). W Glen Torridon jak na dłoni lansował się hostel. Z hostelowej panoramic lounge widać wszak właśnie Sgurr Ruadh (po lewej) i Maol Chean-dearg.

Loch Carron:

Schodziliśmy w kierunku Fuar Tholl, znacznie łagodniejszymi zboczami. Trasa na jej wierzchołek jest naprawdę krótka, ale już nawet nie chodziło o czas – zwyczajnie nie mieliśmy siły w tym upale. Zanim droga połączy się w dolinie z dojściówką, musimy przekroczyć rzekę Lair. Z przyjemnością wykąpaliśmy się w niej (tzn. ja w zasadzie zamoczyłam nogi). Taka pogoda nie trafia się tu za często, więc jeśli już, trzeba korzystać na maksa.

Ostatni kawałek lasem w słońcu był jeszcze ładniejszy niż z rana. Flora w rozkwicie, fioletowych rododendronów na masę. Cuda, panie…

Wycieczka była fantastyczna, w wielkiej mierze dzięki pogodzie acz ten rejon jest tak atrakcyjny, że musi robić wrażenie także w mniej sprzyjających okolicznościach. Trasa nie nastręcza żadnych trudności (choć jak wspomniałam na zejściu z BLM warto trzymać się ścieżki). Już nie mogę się doczekać powrotu w te okolice – mam wielką ochotę zaliczyć Maol Chean-dearg jako następny 🙂

Trasa liczy ok. 15 km.

Image Hosted by ImageShack.us

Blencathra (Lake District)

Lakeland odwiedzamy okazjonalnie i raczej musimy mieć ku temu szczególny powód, np. tak jak ostatnio bardzo słabe prognozy dla Highlandu (nie do końca się sprawdziły ale to inna sprawa). Niby odległość w linii prostej niewiele większa niż do Glencoe, ale zupełnie inny klimat: zamiast dzikich wrzosowisk pola i malownicze miasteczka, na szlakach mnóstwo ludzi, niemal tyle co w Tatrach. Nieliczne góry powyżej 3000 ft nie zaliczają się do munros bo ta nazwa przysługuje tylko szkockim szczytom. Dlatego bywamy tam rzadko, co nie znaczy że kiedy już się na to decydujemy, nie jest fajnie.
Tym razem postanowiliśmy odwiedzić położoną na północnym skraju Lakelandu Blencathrę, wchodząc scramblingową grańką Sharp Edge która jest jakoby najfajniejszą opcją wejścia.

Blencathra (w tłumaczeniu "łysa góra w kształcie krzesła/siedzenia") to rozległy masyw o wielu graniach i kilku szczytach, z których najwyższym jest Hallsfell Top, 868m n.p.m.

Parking startowy nie jest zaznaczony na mapie ale znajduje się on przy szosie mniej więcej na wysokości Scales. Uwaga – trudno o wolne miejsce!
Tu jeszcze pierwszy widok Blencathry z drogi:
Image Hosted by ImageShack.us
Podchodzenia jest zaskakująco niewiele! Najpierw należy się przebić przez wał grani Scales Fell:
Image Hosted by ImageShack.us
A kiedy już się na niego wespniemy, Sharp Edge z jej zwieńczeniem Foule Crag ukazuje się praktycznie od razu:
Image Hosted by ImageShack.us
Od tego miejsca jeszcze kawałek po płaskim, i ostatnie podejście do Scales Tarn i stamtąd popod grań: idzie ekspresowo.
Z dołu:
Image Hosted by ImageShack.us
Sama Sharp Edge jest… króciutka. Odcinek od początku scrambligu do szczytu Foule Crag może mieć góra 300m. Niemniej faktycznie jest to bardzo ładny kawałek trasy.
Image Hosted by ImageShack.us
Trudności jako takich tu nie ma, atrakcją jest sama ostrość grani, która może być deprymująca dla nieprzyzwyczajonych. Ja też nie przepadam za obustronną ekspozycją więc pewnie w jednym czy dwóch momentach serce biło mi nieco szybciej niż Mariuszowi. 
Image Hosted by ImageShack.us
Większość ostrza można strawersować – na zdjęciu widać omijankę – ale to opcja na nagłe pogorszenie pogody, kiedy jest sucho nie ma sensu.
Image Hosted by ImageShack.us
Wygląda na to iż niezależnie od stopnia trudności każda scramblingowa trasa na Wyspach musi mieć swój Bad Step 😀 Na Sharp Edge to miano zostało przypisane płytkiej przerwie w grani za charakterystycznym pinaklem Pillar Box. Tego niewielkiego fragmentu nie da się strawersować i jeśli ktoś do tej pory szedł omijanką, tu na odcinku paru metrów musi się zmierzyć z ekspozycją. Miejsce faktycznie może być niebezpieczne, ale tylko przy mokrej bądź zalodzonej skale.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Podczas podejścia na Foule Crag prawie udało mi się zabić ponieważ poszłam w lewo zamiast środkiem i mało nie wpieprzyłam się w niefajne miejsce, na szczęście Mariusz zorientował się co robię i kazał mi wracać. Scrambling jest tam łatwy, grade 2 czyli najlepszym wypadku 0+, tylko lepiej nie zapędzać za bardzo na boki.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Ostatni widok na Sharp Edge:
Image Hosted by ImageShack.us
Kiedy dotarliśmy na szczyt było jeszcze bardzo wcześnie, więc podreptaliśmy na kolejny wierzchołek, oddalony o kilkanaście minut:
Image Hosted by ImageShack.us
Widok w kierunku Keswick i Derwent Water:
Image Hosted by ImageShack.us
Zdecydowaliśmy się na schodzenie opadającą z samego wierzchołka granią Hallsfell i była to bardzo słuszna decyzja!
Image Hosted by ImageShack.us
Ta widokowa grań przypominała mi bardzo niektóre szlaki Tatr Zachodnich. Było również dużo opcjonalnego i całkiem fajnego scramblingu:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Na dole poputaliśmy drogę i skończyło się przełażeniem przez czyjeś pole, i trzymetrowy murek co w Anglii, gdzie nie obowiązuje prawo przejścia, może mieć czasem niefajne konsekwencje. W końcu udało nam się trafić na drogę nieniepokojoną przez tubylczych farmerów. Stamtąd pomaszerowaliśmy wzdłuż szosy prosto na parking.
Image Hosted by ImageShack.us
Po fakcie byliśmy oboje bardzo zadowoleni, Blecathra jest fajną górą, charakterniejszą niż wiele munrosów oraz oferującą bardzo wiele wariantów wejścia o różnym stopniu trudności.
Randka z Lake District jak zwykle okazała się udana, tym niemniej kolejna dopiero za jakiś czas, a my wiernie wracamy w nasz ukochany Highland 🙂

Creag Meagaidh


Nr 110, Creag Meagaidh

Wymowa: kreig megi

Znaczenie nazwy: bogland crag (za MunroMagic)

Wysokość: 1128m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 30.

Data wejścia: 18.05.13


Tym razem pogoda miała być w najlepszym wypadku średnia, jednak byliśmy zdecydowani zrealizować ambitny plan: trzy munrosy, w tym najlepiej znane Creag Meagaidh. Góra ta popularność zawdzięcza pięknym klifom opadającym do Coire Ardair. Tu zdjęcia w pełni ukazujące o co chodzi: >>LINK<< . Pozostałe dwa munrosy sąsiadują z nią od wschodu a przewyższenia między nimi nie są jakieś straszliwe, więc były realne szanse na ogarnięcie tej trasy.

Parkujemy na północnym brzegu Loch Laggan (trasa A86) – parking jest bardzo duży i nie do przegapienia.

Poniżej turystyczna droga przez przełęcz zwaną the Window (na Creag Meagaidh odbija się z niej w lewo):

Image Hosted by ImageShack.us

My z początku zakładaliśmy możliwość wbijania najłatwiejszą z tras kotła, Easy Gully, ale ilość śniegu nas powstrzymała (nie wzięliśmy raków). Na pewno jest to fajny pomysł na przyszły sezon.

Image Hosted by ImageShack.us

Zatrzymaliśmy się na popas nad Lochan a’Choire, jeziorem położonym na dnie Coire Ardair, z którego przy lepszej pogodnie pięknie byłoby widać klify (patrz link powyżej), w złudnej nadziei że może chmury się trochę podniosą. Niestety stały tak nisko że widzieliśmy zaledwie podstawę ścian i wyloty żlebów.

Biorąc poprawkę nie tylko na śnieg, ale i ogólnie pogarszającą się pogodę, postanowiliśmy wchodzić przez the Window. Ścieżka prowadząca nań jest z początku bardzo wyraźna – wije się po stromym zboczu, przekracza strumień, wbija ostro do góry by w końcu rozmyć się i zatracić w rumowiskach. Przy widoczności żaden problem, przełęcz widać jak na dłoni, my jednakowoż mieliśmy drobne problemy nawigacyjne. 

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Pogoda pogarszała się cały czas. Na przełęczy pierońsko wiało – nie było to jeszcze ostateczne highlandzkie ekstremum, ale wystarczyło żeby mnie przesunąć czy wywrócić. Chłopaki zdecydowali się wchodzić na rympał, bezpośrednio z przełęczy na zachód. Stromizna była tam duża, trochę scramblingu więc że wiatr robił ze mną co chciał wolałam pójść ścieżką – prowadzi dalej w poprzek siodła przełęczy i skręca w lewo dopiero przy jego końcu. 

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wkrótce spotkaliśmy się u zarania plateau – był to pierwszy i ostatni moment kiedy udało się zobaczyć wierzchołek, to nie ten z kopcem tylko wybrzuszenie po prawej:

Image Hosted by ImageShack.us

Wydawało się, że będzie to krótki spacer. Nic bardziej błędnego. Widoczność pogarszała się przez cały czas. Z początku mogliśmy chociaż popodziwiać nawisy ponad kotłem:

Image Hosted by ImageShack.us

… ale kiedy weszliśmy głębiej w płaskowyż, do podziwiania była tylko jednolita biel i zupełnie straciliśmy orientację.

Image Hosted by ImageShack.us

Na szczęście Maciek miał GPS a ponadto udało się znaleźć stary, ledwo ale widoczny ślad. Mimo to wielokrotnie musieliśmy przystawać i ustalać, czy dobrze idziemy. Te krótkie ale częste postoje wydłużyły to, co wydawało się być spacerkiem, co najmniej dwukrotnie.

Przy kopcu GPS potwierdził – udało się znaleźć szczyt 🙂

Image Hosted by ImageShack.us

Wracając mieliśmy identyczne kłopoty z nawigacją i kiedy dotelepaliśmy się do the Window było po czwartej. Raz, że za mało czasu na kontynuowanie na pozostałe munrosy, dwa byliśmy przemoczeni i przewiani, postanowiliśmy więc schodzić, acz bez specjalnego żalu. Jeden cel padł, przyroda dobrze nas wygrzmociła, naprawdę nie było na co narzekać.

Image Hosted by ImageShack.us

Gdy wracaliśmy chmury stały odrobinę wyżej i pozwalały podziwiać nieco większe partie Coire Ardair:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Powrót dłużył się jak nie wiem, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu że podjęliśmy słuszną decyzję. Do samochodów dotarliśmy dobrze stytłani oraz mokrzy, stwierdziliśmy jednak zgodnie że wycieczka była super. Bardzo dobrze że zostawiliśmy te dwa munrosy na później – będzie można tam wrócić w ładniejszy dzień, kiedy kocioł będzie odsłonięty, i wejść na plateau przez Easy Gully, czyli trzy grzyby w barszcz 🙂

Zrobiliśmy ok. 18 km:


Stob Coire Sgriodain i Chno Dearg


Nr 108, Stob Coire Sgriodain; nr 109, Chno Dearg

Wymowa: stob kori skrityn; kno dzierek

Znaczenie nazwy: peak of the scree corrie; red hill (za MunroMagic)

Wysokość: 979m n.p.m.; 1046m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 174.; 86.

Data wejścia: 17.05.13


Tym razem wybraliśmy się dokompletować munrosy znad Loch Treig. Bardziej spektakularnych i wyższych zachodnich sąsiadów (Stob a’Choire Mheadhoin i Stob Coire Easain – >>LINK<<) mieliśmy już zdeptanych, więc przyszła kolej na Stob Coire Sgriodain i Chno Dearg. Start z parkingu w Fersit, nie wiem czemu nie zaznaczonego na mapie.

Z dołu oba munrosy (wierzchołków nie widać) prezentują się raczej mało obiecująco:

Zaczęliśmy od położonego nad samym jeziorem Stob Coire Sgriodain. Zgodnie z przewodnikiem za zabudowaniami farmy (wrażenia zapachowe gwarantowane) należy skręcić w kierunku małej czerwonej szopy, minąć wonne pastwisko i… tu zgłupieliśmy, bo nie było widać ani śladu ścieżki. Niby droga nawigacyjnie oczywista, ale teren za pastwiskiem był tak paskudnie miękki i podmokły że naprawdę fajnie by było gdyby jakaś utwardzana dróżka jednak biegła na munrosa. Ponieważ jednak nie daliśmy rady jej znaleźć poszliśmy tak jak było nam wygodnie, co mniej więcej udało mi się oddać na mapce.

Strawersowaliśmy "nos" góry i zaczęliśmy wbijać się dość stromym zboczem, mając jezioro za plecami. Był to najbardziej męczący, acz krótki, odcinek całej trasy – reszta podejść jest nadzwyczaj łagodna. Kiedy osiągnęliśmy szeroką grań okazało się że do wierzchołka jeszcze spory kawałek ale już po prawie płaskim. Cel naszej poprzedniej wycieczki w ten rejon, dwa munrosy z naprzeciwka, prezentowały się bardzo malowniczo i potężnie:

Widoki – jak to w Lochaber – zamiatały konkurencję pod dywan:


Okazało się też że to pierwsze wrażenie niepozorności było błędne. Od strony jeziora góra posiada piękny kocioł:



Za to Chno Dearg prezentował się ze swego sąsiada jak totalny naleśnik, co oznaczało iż przynajmniej nie zmęczymy się nadmiernie 😀

Ciekawie było odbyć tę akurat wycieczkę jako kolejną po Beinn Sgulairdzie, ponieważ w obu wypadkach znaleźliśmy się w skrajnych punktach Lochaber (poprzednio południowo-zachodnim, tym razem północno-wschodnim) co pozwoliło na obejrzenie sobie tych samych gór z odmiennej perspektywy.

Bidean nam Bian prezentował się super spektakularnie. Ciemniejsza trójkątna formacja z przodu to Stob Coire nan Lochan, którego obie granie wyglądają tu na ostre jak żylety, co jest oczywiście złudzeniem optycznym. Wierzchołek najbardziej po prawej to Stob Coire nam Beith, przez który wiedzie bardzo ładna i chyba najmniej popularna z trzech głównych tras wejścia.



Poniżej Buachaille Etive Mor – jak widać w żlebie którym biegnie ścieżka popularna leży jeszcze śnieg. Pod szczytem da się wypatrzeć zarys Crowberry Tower: 

Dalsza droga na Chno Dearg wiedzie przez kilka niewielkich garbów. Południową odnogę masywu, Meall Garbh, baggerzy mogą spokojnie pominąć: pomimo odpowiedniej wysokości nie posiada statusu munro (ze względu na zbyt małe przewyższenie sklasyfikowana jest jako munro top).

Ostatnie podejście jest bardzo łagodne. Wierzchołek Chno Dearg jest rozległy i położony o 67 m. wyżej niż sąsiedniego munro, dzięki czemu po raz pierwszy ukazuje się czubek Ben Nevisa, dotąd zasłonięty przez swych sąsiadów. 

Poniżej Meall Greigh, An Stuc i Ben Lawers:

Shiechallion, który z tej jednej jedynej strony wygląda jak Góra, a nie wywrócone koryto:

Ben Lui – wygląda to na ostatni moment na zimowe wspinanie w kotle:

Oraz Aonach Eagach. Uderza, jak niebywale jest symetryczna – z obu stron ma niemal identyczny kształt:

Wygląda na to iż najwięcej śniegu (poza co oczywiste Nevis Range) uchowało się w Mamoresach. Poniżej ich najwyższy (i moim zdaniem najpiękniejszy) szczyt, Binnein Mor:

Oraz zapowiadany czubek Ben Nevisa. Garb poniżej wierzchołka to Great Tower:

Z braku ścieżki ponownie schodziliśmy po swojemu, lawirując pomiędzy łachami mokrego śniegu. Pachnące pastwisko i farmę widać było jak na dłoni więc tym razem tak wycyrklowaliśmy żeby je obejść. Niestety nie udało się nie przemoczyć butów, jako że im niżej tym teren robił się bardziej bagnisty. 

Trasa liczy sobie ok. 13 km. Góry nie są jak widać spektakularne, ale dla widoków zdecydowanie warto je odwiedzić. Na pewno fajna trasa na śnieżną zimę, kiedy całe to bagno jest zamarznięte. Nam obojgu ta wycieczka sprawiła mnóstwo radochy 🙂


Beinn Sgulaird


Nr 107, Beinn Sgulaird

Wymowa: ben sku-lard 

Znaczenie nazwy: hat shaped hill (za MunroMagic)

Wysokość: 937m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 237.

Data wejścia: 27.04.13


Na tę górę nie powiodło nam się poprzednim razem: >>LINK<< więc po przeszło roku postanowiliśmy spróbować w niezimowych warunkach i przy dłuższym dniu. 

Na początku niestety popełniliśmy falstart – zaparkowaliśmy za wcześnie, a to co zdawało się być początkiem trasy na munrosa okazało się ślepą uliczką, wobec czego zrobiliśmy dodatkowe cztery kilometry (w obie strony). Przynajmniej zdjęcia Loch Creran z tego odcinka wyszły bardzo ładnie:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Zaparkować powinniśmy kawałek ZA Druimavuic House, po prawej (jeśli jedziemy od Loch Creran) stronie szosy jest niewielki parking. Potem należy cofnąć się kawałek do drogi, z początku prowadzącej wzdłuż Druimavuic Gardens, gdzie ustrzeliliśmy pierwsze w sezonie kwitnące rododendrony:

Image Hosted by ImageShack.us

Droga przecina niewielki las po czym biegnie dnem doliny. Po kilkuset metrach opuszczamy ją – na ramię góry odbija niewielka, lecz wyraźna ścieżka, która wyprowadza na pierwsze, niespełna 500-metrowe wzniesienie masywu. Już tu robi się bardzo widokowo a dalej będzie tylko lepiej.

Z bezimiennego wzniesienia schodzimy dość stromo na przełęcz, by z niej zacząć się wbijać – z początku ostrzej, potem znacznie łagodniej, na grań szczytową Beinn Sgulairda. Za plecami cały czas towarzyszy nam niesamowity widok na Loch Creran:

Image Hosted by ImageShack.us

Szeroką grań tworzą trzy główne wzniesienia o podobnej (863, 848 oraz 937m n.p.m.) wysokości. Jest usiana głazami i rumowiskami skalnymi i momentami przypomina nieco Horns of Alligin, tyle że bez ekspozycji. Środkowe wzniesienie strawersowaliśmy żeby zaoszczędzić trochę energii. 

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Beinn Sgulaird jest jedną z najbardziej widokowych gór Szkocji na jakich do tej pory byłam. Zawdzięcza to swojemu unikalnemu położeniu na krańcu Lochaber, pomiędzy Glen Etive, Glencoe i morzem, niedaleko Nevis Range i the Mamores. Widoki obejmują także góry Glen Lochy z Ben Lui i Glen Dochart z Ben Morem i Stob Binneinem. 

Ben Nevis, Aonachs i the Mamores:

Image Hosted by ImageShack.us

Sgurr a’Mhaim i prowadząca na niego Devil’s Ridge, fragment wspaniałej trasy Ring of Steall w Mamoresach:

Image Hosted by ImageShack.us

Ben Nevis, Carn Mor Dearg Arete oraz Stob Ban, mój ulubiony szczyt w the Mamores:

Image Hosted by ImageShack.us

Bardziej na zachód lansuje się piękny masyw Beinn a’Bheithir, najbliższy z munrosów Glencoe. Do leżącego po jego drugiej stronie Ballachulish można dojść dolinami: jest droga i to chyba przejezdna dla terenówek.

Image Hosted by ImageShack.us

Poniżej dwa Bukale, mały i duży:

Image Hosted by ImageShack.us

Ostatnie podejście wyglądało trochę męcząco (przełęcz jest dość głęboka), ale poszło piorunem. 

Image Hosted by ImageShack.us

Tu jeszcze epicki, tatrzański w charakterze widok na Ben Cruachana z satelitami:


Oraz może mniej tatrzański ale epicki również, na masyw Bideana nam Bian:

Image Hosted by ImageShack.us

Ostatnie metry przed wierzchołkiem to łatwy scrambling usianym głazami zboczem. Na szczycie nie zabawiliśmy długo ponieważ zaczęło mocno wiać, a widoki i tak towarzyszyły nam przez całą długość grani. 

Image Hosted by ImageShack.us

Postanowiliśmy nie wracać tą samą drogą – żadne z nas nie miało już ochoty na podejścia – tylko zejść na rympał do Elleric, poniekąd powtarzając naszą trasę z poprzedniej nieudanej próby. 

Ostatni widok, na ponure czarne ściany Aonach Eagach:

Image Hosted by ImageShack.us

Zejście dało nam popalić. Na tych zboczach trasę należy wybierać ostrożnie. Są strome, miejscami bardzo, gdzieniegdzie popodcinane ściankami skalnymi oraz zerodowane. Zabójstwo dla kolan, a jednocześnie najbardziej ekscytujący odcinek całej drogi.


Po osiągnięciu doliny byliśmy już nieźle wytrzepani a czekało nas jeszcze ok. 7 km po płaskim. Przynajmniej Glen Creran jest tak urocza i tyle jest w niej do oglądania, że trochę odwracało to uwagę od zmęczenia.

River Creran:

Image Hosted by ImageShack.us

Lokalna fauna:

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz flora – rododendrony w hotelowym ogrodzie (dzikie jeszcze nie kwitły):

Image Hosted by ImageShack.us

A także roślina której w Highlandzie na dziko się raczej nie spodziewaliśmy, czyli bambus:

Image Hosted by ImageShack.us

Jak widać, powrót obfitował w niespodzianki co uczyniło go odrobinę łatwiejszym do zniesienia. 

Trasa liczy sobie ok. 17 km i jakkolwiek o trudności ciężko tu mówić (choć podkreślam, zejście dało nam popalić) jest tak efektowna, iż w ciemno wrzucam ją do pierwszej dziesiątki najbardziej widokowych highlandzkich wycieczek. Absolutnie nie jest to góra do deptania we mgle czy przy kiepskiej widoczności. NIE I JESZCZE RAZ NIE. Na Beinn Sguilarda należy wchodzić w ładny dzień, przy przejrzystym powietrzu, bo tylko wtedy można przekonać się jak bardzo epicka jest to trasa. To nie jest munro-rzemieślnictwo jak na niektóre wschodnie płaskowyże, tylko klasa sama w sobie. No chyba że ktoś zbiera munrosy wyłącznie sportowo, czego nie zrozumiem nigdy.

Wcale ale to wcale nie polecam 😉

Trasa liczy ok. 16 km:


Carn a’Chlamain


Nr 106, Carn a’Chlamain

Wymowa: karn a klaman

Znaczenie nazwy: cairn like peak of the buzzard (za MunroMagic)

Wysokość: 963m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 192.

Data wejścia: 20.04.13


Na Carn a’Chlamain startuje się z Old Bridge of Tilt. To urocze miasteczko sąsiadujące z Blair Atholl położone jest u wylotu Glen Tilt, którą to doliną będziemy wędrować 12km zanim w ogóle zaczniemy wbijać się do góry.

Trasa doliną nie jest monotonna, ponieważ najpierw idziemy wzdłuż malowniczego wąwozu, którym płynie rzeka Tilt, potem zaś sama rzeka i formacje skalne u jej brzegów sprawiają, że jest na co popatrzeć.

Image Hosted by ImageShack.us

Dolina zaczyna się sielską łączką:

Image Hosted by ImageShack.us

Rzeka Tilt:

Image Hosted by ImageShack.us

Miejscowy, którego zaczepiliśmy, zdradził nam dwa skróty na naszej trasie, o których za chwilę. Powiedział, że na okolicznych wzgórzach bywa w każdy weekend i zaliczył je już z 50-60 razy (sic!). Trochę nie wiedziałam, jak to skomentować, bo jeśli mówił prawdę to naprawdę musiał mieć zajawkę na ten konkretny teren… Obawiam się, że gdyby ktoś zmusił mnie do jeżdżenia co tydzień w tę samą dolinę, znienawidziłabym ją po krótkim czasie doszczętnie.

W sumie pokonujemy cztery mosty (drugi, Gilbert’s Bridge, nie tyle pokonujemy co przechodzimy obok). Za czwartym, niewielkim stalowym, zaczynamy się wbijać na ramię góry wątłą ścieżką. To jest pierwszy ze wspomnianych skrótów – normalna trasa wiedzie dalej drogą i dopiero po dobrej chwili szeroką ściechą na plateau. Wspomniany skrót pozwala kawałek ściąć.

Podejście na płaskowyż jest najostrzejszym fragmentem trasy, na górze teren się wypłaszcza. Stąd do wierzchołka (poniżej) jeszcze cztery kilometry.

Image Hosted by ImageShack.us

Drugi skrót zaczyna się przy niewielkim kopczyku kamieni. Ponownie, ścieżka jest wątła, ale nie musimy się jej trzymać, chodzi o to żeby wiedzieć w którym miejscu warto zacząć ścinać łuk szlaku.

Teraz jest taki słaby moment, że śniegi zeszły, a zieleń się jeszcze nie pojawiła… Niezbyt malownicze okoliczności, choć uważam że ta surowość jakiś urok ma.

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy osiągamy plateau zaczyna się robić coraz bardziej widokowo.

Image Hosted by ImageShack.us

Po przeciwnej stronie doliny lansuje się potężny trzymunrosowy masyw, Beinn a’Ghlo. Konkretna wyrypa, do której przymierzymy się dopiero za jakiś czas, kiedy znowu nam się zatęskni za Glen Tilt.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wierzchołek jest ewidentny, co na wschodnich płaskowyżach nie jest regułą:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Widoki ze szczytu obejmują grupę Lawersa i munrosy Rannoch Moor na południowym zachodzie, wzgórza Glen Shee wyłaniające się zza Beinn a’Ghlo, oraz Cairngormsy na północy. Niesamowity krajobraz wypełniony łagodnie rolującymi się pagórami, zero strzelistych wierzchołków i śmiałych linii, tylko falujące płaskowyże.

Image Hosted by ImageShack.us

Masyw Ben Avona i Beinn a’Bhuird:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Cairngormsy:

Image Hosted by ImageShack.us

Powrót tą samą drogą. W sumie 32km ale nie czuje się tego ponieważ większość jest po płaskim. Bardzo przyjemna wycieczka, nie tyle ze względu na cel co uroczą Glen Tilt i naprawdę ładne widoki. Dla amatorów spokojnych spacerów, nie gustujących w scramblingu i lufie, jak znalazł 🙂