Old Man of Stoer


Włócząc się po Sutherlandzie, nie mogliśmy nie wybrać się na Point of Stoer, na klify, obejrzeć sobie Old Mana. Ten 60-metrowy obelisk wystaje prosto z wody i jest popularnym celem wspinaczkowym.

Jak widać na mapie, dojechać da się do odległej o ok. 3 km latarni morskiej, a potem trzeba się przespacerować wzdłuż klifów (bez pośpiechu ok 40 min.).

Mieliśmy szczęście bo akurat jeden zespół się wspinał. Kiedy zobaczyliśmy ich po raz pierwszy, odpoczywali w dwóch trzecich wysokości obelisku, przed ostatnim wyciągiem. Mariusz udokumentował ich przygodę jak umiał najlepiej – może kiedyś natkną się na te zdjęcia?


A tu widać, że Old Man naprawdę ma twarz:

Kibicowanie wspinaczom, sceneria i sam spacer były tak fajne, że czuliśmy iż dzień z całą pewnością nie został zmarnowany, pomimo iż tego ranka nie wpuścił nas (z powodu fatalnej pogody) Ben Klibreck. Jednak Ben Klibreck nie ucieknie, a tak przynajmniej mieliśmy szansę popatrzeć sobie na fajną akcję.

To climbers on the pictures: if you want me to send you all the pics we’ve taken, just contact me on connspeach@gmail.com.

(Szansa, że tu trafią, jest minimalna, ale tak na wszelki…)

Zachodnia Kreta: Góry Białe i Psiloritis

Niedawno wróciliśmy z naszego pierwszego wyjazdu na Kretę. Okazało się, że są tam bardzo fajne góry. Co prawda nie byliśmy przygotowani ani nastawieni na łażenie ale to, co udało nam się jednak zobaczyć w ciągu tych siedmiu dni, zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie i chcę się nim podzielić.

Kreta jest duża a my mieliśmy tak mało czasu, że trzeba było dokonać wyboru, na czym się koncentrujemy. Kwaterowaliśmy w zachodniej części wyspy i postanowiliśmy że postaramy się właśnie ją poznać jak najlepiej, ponadto priorytetem były krajobrazy, cuda przyrody oraz nasze ulubione szwendanie się, nie zaś zabytki, które zresztą już zupełnie odechciało nam się oglądać kiedy pierwszego dnia pojechaliśmy zobaczyć antyczną Falasarnę i okazało się że w ruinach miejscowi rolnicy urządzili malowniczy skład plastikowych klatek na owoce oraz śmietnisko, klimat jak pod Grójcem tylko oliwki zamiast jabłek.

Kilka słów o górach. Najfajniejsze i najwyższe koncentrują się właśnie na zachodzie: grupa Gór Białych (Lefka Ori), z najwyższym szczytem Pachnes o wysokości 2453m n.p.m., i masyw Psiloritis tudzież Oros Idi, którego najwyższym punktem jest Timos Stawros – 2456m n.p.m.

Góry Białe wydają się podobne do Tatr Zachodnich ale mają jeden unikalny rys: bardzo głębokie, niesamowite wąwozy. Kilka z nich udało nam się zobaczyć i byliśmy pod wrażeniem.

Tak prezentują się Góry Białe z położonej na północnym wybrzeżu Chanii. Nie wiem czy nie mając świadomości jak są wysokie, zgadłabym że wznoszą się na prawie 2,5 k, ale że są spore się czuje. Wchodzenie z poziomu morza to raczej nie wycieczka na jeden dzień.

Image Hosted by ImageShack.us

Marzyła nam się co najmniej jedna wycieczka, ale zniechęcał śnieg, na który nie byliśmy przygotowani – nie mieliśmy zimowych butów, o czekanach nie wspominając. Postanowiliśmy poczekać parę dni. Kontakt z górami mieliśmy i tak, bowiem w Zachodniej Krecie płasko nie jest nigdzie.

Pierwszym pięknym wąwozem na jaki się natknęliśmy był wąwóz Imbros, ponad którym biegnie szosa przecinająca wyspę na osi północ – południe wschodnim skrajem Gór Białych.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wybieraliśmy się wtedy na południowe wybrzeże, na które zjeżdża się zwariowanymi drogami które składają się z samych zakrętów. Góry schodzą tu wprost do wody, inaczej niż na północy, gdzie pomiędzy nimi a morzem jest pas równiejszego (co nie znaczy że płaskiego) terenu.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na południowym wybrzeżu znów super krętą drogą musieliśmy wbić się do góry, by dostać się do miejscowości Aradena, leżącej na brzegu wspaniałego wąwozu tej samej nazwy. Zanim powstał widoczny poniżej most, do Aradeny nie dało się dojechać samochodem.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Góra w tle to Pachnes od południowej strony. Gdyby się na niego wybierać, to właśnie stamtąd – też byłby to kawał ale prostszej opcji chyba nie ma. Przede wszystkim jak zaobserwowaliśmy, po tych górach ciężko by było łazić na dzika. Zbocza są bardzo zerodowane a w dodatku pokrywa je jakieś kolczaste gówno. Przyjemniej i rozsądniej trzymać się dróg. Droga na Pachnes jest, i to taka że całkiem wysoko można wjechać samochodem 4×4.

Wąwóz Aradena:

Image Hosted by ImageShack.us

Po zwiedzeniu ruin opuszczonej wsi wracaliśmy z początku południowym wybrzeżem. Spore wrażenie zrobiły na nas charakterne, po części skaliste, najbardziej na wschód wysunięte wzniesienia pasma Gór Białych. Mimo iż niewysokie, miały – przynajmniej od strony z której je wiedzieliśmy – bardzo śmiałe linie. Przejeżdżaliśmy między innymi przez miejscowość Rodakino, która była niesamowicie położona na zboczach wąwozu, pod pionowymi ścianami skalnymi, nad konkretną lufą. Kiedy natomiast skręciliśmy na północ, wjechaliśmy w wąwóz Kotsifu, w porównaniu do poprzednich może mało spektakularny, ale z takim kościółkiem wyrastającym wprost ze skalnej ściany:

Image Hosted by ImageShack.us

Droga na północ znów była bardzo malownicza. Pojechaliśmy do Retymnonu, więc wrażeń górskich już tego dnia nie było, z wyjątkiem widoku w całej krasie na Psiloritis:

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejny raz pojechaliśmy w kierunku położonej wysoko w górach miejscowości Omalos. Tam rozpoczyna się najsłynniejszy wąwóz Krety, Samaria, oraz stamtąd odchodzi szlak nad którym się zastanawialiśmy – docelowo na Pachnes, ale nie dali byśmy rady zrobić takiego hektara, braliśmy jednak pod uwagę leżące po drodze, a znacznie bliżej Melindaou. Okolica wydawała się zatem warta rekonesansu. 

Droga przez Góry Białe nie zawiodła. Tym razem swoim położeniem na stromych zboczach urzekła mnie miejscowość Lakki (niestety nie było jak stanąć i sfocić).

Płaskowyż Omalos okazał się idealnie płaską niecką otoczoną wianuszkiem szczytów – czegoś takiego jeszcze w żadnych górach nie widziałam. Być może był to kiedyś krater wulkanu. Kiedy na niego wjechaliśmy, nagle wyrosła w oddali niesamowita ściana która w miarę jak się zbliżaliśmy wydawała się coraz bardziej charakterna. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, zaparło nam dech: ściana była dwa razy wyższa niż przypuszczaliśmy, ponieważ oddzielał nas od niej niewidoczny wcześniej wąwóz. Takiego jeszcze tutaj nie widzieliśmy. Stało się jasne, czemu wąwóz Samaria jest uznawany za taką atrakcję – a przecież widzieliśmy zaledwie początek. Całość liczy sobie 13 km, tu widać jak to wygląda >>LINK<<. Ściana, która wywarła na nas takie wrażenie opada w czeluść wąwozu z Gigilosa (2080m n.p.m.) i Wolakiasa (2117m n.p.m.).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Mariusz wpadł na pomysł, że gdyby śnieg się utrzymał i zdecydowalibyśmy nie wchodzić na liczące ponad 2100m n.p.m. Melindaou, możemy spróbować wbić się na leżące tuż nad nami znacznie niższe Psilafi:

Image Hosted by ImageShack.us

 … a z niego może nawet na Gigilosa przez przełęcz:

Image Hosted by ImageShack.us

Na decyzję mieliśmy jeszcze parę dni. 

Tego popołudnia zwiedziliśmy jeszcze kawał wyspy, w tym przepiękną plażę Elafonisi, ale znów tym co wywarło na mnie największe wrażenie były górskie drogi. Momentami miałam lekkiego stracha, jak przy zjeździe za miejscowością Prodromi, gdzie szosa bez barierek ani pobocza biegła niemożliwymi zakrętasami nad stromizną.




Powrót wypadł przez taki wąwóz:

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejny dzień – kolejne szwendanie. Tym razem postanowiliśmy zobaczyć jak ten cały Psiloritis się prezentuje. Mieliśmy pecha z pogodą – co prawda było ciepło i sucho, ale po opadach poprzedniego wieczoru wszystko parowało i widoczność była fatalna. Praktycznie nie mamy zdjęć z pięknych masywów Stroumboulos i Kouloukonas na wschód od Psiloritis, ponieważ wszystko wyglądało jak za mgłą. 

Droga prowadzi na położony na 1500m n.p.m. płaskowyż Nida, który był identyczny jak Omalos. Stąd na Timos Stawros jest jeszcze prawie 1000m przewyższenia, ale już widać jak to wygląda. Góra prezentuje się raczej mało spektakularnie. Połogie zbocza bardziej się kojarzą z munrosami niż z Tatrami. W ogóle krajobraz raczej szkocki niż grecki.

Image Hosted by ImageShack.us

Wrażenie pogłębiał jeszcze śnieg, którego zimą musi tu być naprawdę dużo, skoro jeszcze w kwietniu zostają takie konkrety:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wracając (inną drogą) znów nie robiliśmy zdjęć, choć krajobrazy były piękne – ale fatalna widoczność nie zmieniła się. Sprawdzone wieczorem prognozy pogody ujawniły za to, że kolejnego dnia ma się poprawić, a jeszcze kolejnego (ostatniego) dnia być znakomita. Na ostatni zaplanowaliśmy więc naszą górską wycieczkę, a nazajutrz postanowiliśmy obadać półwysep Wamos, u zarania którego kwaterowaliśmy.

Z półwyspu pięknie prezentują się Góry Białe:

Image Hosted by ImageShack.us

Chociaż dzień spędziliśmy w nadzwyczaj fajny sposób, z górami nie miało to już nic wspólnego, poza widokami na horyzoncie. Poniżej widać jaki to byłby mozół zdobywanie ich z poziomu morza:

Image Hosted by ImageShack.us

W poniedziałek, dzień wycieczki, pogoda faktycznie nie zawiodła. Od rana była jak brzytwa. W słońcu droga do Omalos wydawała się jeszcze bardziej malownicza niż ostatnio.

Image Hosted by ImageShack.us

Góry wyglądały przepięknie. Gigilos w słońcu prezentował się, o ile to możliwe, jeszcze dumniej.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Zaczęliśmy się wbijać na Psilafi, brzegiem wąwozu Samaria. Niestety nie udało się ominąć śniegu – wprawdzie był miękki i przy minimalnej ostrożności zjazd nie groził, za to momentalnie przemokły nam buty.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Widok na płaskowyż Omalos:

Image Hosted by ImageShack.us

Pod koniec szliśmy blisko krawędzi wąwozu, fajnie to wyglądało.

Image Hosted by ImageShack.us

Na Gigilosa nie zdecydowaliśmy się iść. Przeważył brak kondycji. Z naszym tempem włazilibyśmy chyba przez cały dzień. Poprzestaliśmy na wbiciu się na wierzchołek, czy też przedwierzchołek, Psilafi. Najwyższy punkt chyba był nieco dalej, ale prowadziła na niego obła krowia grań, a my nie chcieliśmy tracić z oczu wąwozu Samaria, poza tym Psilafi nie jest żadnym celem do zaliczenia, jedyny fajny kawałek to ten opadający do wąwozu.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wracając, widzieliśmy pięć krążących sępów.

Image Hosted by ImageShack.us

Pomimo, że nic szczególnego nie zrobiliśmy, wycieczka ogromnie nam się podobała. Żal było wyjeżdżać, zaledwie liznąwszy Góry Białe. Z pewnością są warte żeby poznać je lepiej. 
Na razie na konkretne plany za wcześnie, ale marzy nam się dłuższy wyjazd w przyszłym roku, tak żeby pełny tydzień można było poświęcić na sam trekking. Oczywiście trzeba bardzo rozważnie przemyśleć na jaki miesiąc najkorzystniej taką wyprawę zaplanować, zebrać informacje o szlakach, zaopatrzyć się w szczegółowe mapy – generalnie, konkretnie się przygotować. Nie jest to zwykłe powyjazdowe obiecywanie sobie, że wrócimy, żeby polepszyć sobie samopoczucie. Naprawdę marzy nam się powrót w Góry Białe. Na razie bierzemy pod uwagę raczej maj niż sierpień (w obydwu tych miesiącach mam dużo wolnego), ale na decyzje jest jeszcze czas.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Quiraing

Najbardziej wysunięty z półwyspów Skye jest Trotternish. Wertykalnie przebiega przezeń pasmo Trotternish Hills o długości ponad 30 km. Jest to druga po Cuillinach atrakcja wyspy – wzgórza są niskie, ale kryją na swoim obszarze, na przeciwległych końcach, dwie niespodzianki, The Storr oraz Quiraing.

Quiraing to niesamowity park skalny w zboczach Meall na Suiramach. Nazwa prawdopodobnie oznacza otoczone kolumnami zamknięte / ukryte miejsce. Nasz przewodnik (Isle of Skye wyd. Collins) przytacza opinię autorki książki o legendach związanych ze Skye. Otóż pani ta jest zdania, że bardzo dziwne jest iż choć z większością co bardziej charakterystycznych miejsc wyspy wiążą się jakieś legendy, czasem kilka, to o tak niesamowitym miejscu jak Quiraing nie ma żadnych. Stawia ona tezę że w miejscu tym musiało się w zamierzchłych czasach wydarzyć coś tak strasznego, że stało się ono tabu. Prawda to czy nie, urzekła mnie ta hipoteza.

My najpierw obeszliśmy Quiraing górą, po krawędzi klifu, a potem przeszliśmy się środkiem i polecam zrobić to samo (podkreślam to bo część osób szła dołem, gdzie w ogóle nie ma zabawy, a część obie strony pokonywała środkiem i traciła widok na całe to zamieszanie z góry). Poniżej początek całego systemu, a formacja po prawej to The Prison.

Widok na Trotternish Hills z The Storr częściowo w chmurach:

Tu zaś widok z góry na The Table, formację, której zdjęcie tak mnie kiedyś zafascynowało że byłam zdeterminowana pojechać na Quiraing podczas naszej pierwszej wizyty na Skye – Storr, choć jego też musimy zaliczyć, aż tak mną nie zakręcił.

Tu też Stół. Zachwyca mnie ta trawa, która wygląda jakby ktoś ją systematycznie pielęgnował.

Przez środek Quiraing prowadzi wiele wydeptanych ścieżek, my staraliśmy się wleźć wszędzie i zajrzeć w każdą dziurę, żeby niczego ciekawego nie przegapić.

Poniżej natomiast harce na Stole – pozwalają uzmysłowić sobie skalę. Trawa z bliska wyglądała niewiele gorzej niż z dalszej perspektywy.

Po przejściu Stołu powłaziliśmy na okoliczne dostępne ścieżkami pinakle. Wszędzie ta niesamowita trawa, i, uwaga – midgesy. To miejsce ma to do siebie że jest zaciszne i mało tam wieje. Środek na te cholery powinien obowiązkowo zostać zabrany!



Skała jest tam bardzo krucha, i podobno wyjątkowo niesprzyjająca wspinaczkom.

Ta wspaniała 36-metrowa formacja, The Needle, została wprawdzie zdobyta (nie mogę jakoś  znaleźć szczegółowych informacji na ten temat), jednak zdecydowanie odradza się jej łojenia właśnie ze względu na paskudną jakość skały.

Oprócz Stołu i Igły trzecią najbardziej znaną formacją jest The Prison. Trawers Więzienia nie do końca jest taki łatwy na jaki wygląda. Na główny wierzchołek Mariusz wszedł, ale mi (stałam trochę poniżej) odradził bo miałabym problem z zejściem. Więzienie to fajna sprawa dla amatorów scramblingu. Największe wrażenie robi pionowe, a w jednym miejscu lekko przewieszone zachodnie urwisko.

Na Quiraing zdecydowanie warto się wybrać nawet kosztem jednej wycieczki w Cuillinach (w sumie nie musi to być żadne wyrzeczenie, wystarczy wybrać dzień ze zbyt kiepską na konkretniejsze góry pogodą – rewelacyjna do zwiedzania tego akurat miejsca nie jest niezbędna). To również dobra opcja na dzień odpoczynku – trasa tak jak my ją przeszliśmy liczy ok. 7 km.

Zaznaczyłam tylko drogę wzdłuż klifu, teren na dole można (co zalecam) penetrować na bardzo liczne sposoby:


Porażka na Ben Nevisie


Mieliśmy dużą zagwozdkę co zaplanować na wczoraj, jako że w całej Szkocji ostro sypnęło śniegiem i prognozy gwałtownie poleciały w dół. Byliśmy jednak zdeterminowani żeby gdzieś się wybrać z nowymi znajomymi. W końcu zdecydowaliśmy się na Ben Nevisa, przez Ledge Route oraz – gdyby żleb nr 5 był zbyt lawiniasty – przez CMD Arete. Nic nowego ale uwielbiam tę g
órę i mogę na nią wracać jeszcze setki razy, nawet kosztem zaliczania nowych munrosów. Cieszyłam się więc bardzo na tę wycieczkę.
Kiedy za Callander wjechaliśmy w góry, im głębiej się w nie zanurzaliśmy tym bardziej pomysł wchodzenia na Benka od północy wydawał się mniej realny. Wszystko białe. Beinn Dorain, dwa tygodnie temu przyprószony na czubku, teraz pokryty śniegiem od podstaw. W rejonie Rannoch Moor gdzieniegdzie śniegi nawiane do połowy szosy. Glencoe – masakra. I to wszystko świeże, niezwiązane, czyli potencjalnie super lawiniaste. Jeszcze przed Fort William ustaliliśmy że zaczniemy podchodzenie z Glen Nevis, Pony Trackiem, i przy Half-way Lochan zdecydujemy adekwatnie do warunków czy pchamy się w północne ściany czy kończymy ceprostradą.
Początek raczej napawał optymizmem, co prawda ilość i stan śniegu sugerowały że mądrzej będzie podchodzić najłatwiejszą drogą, ale co do samego faktu iż wejdziemy nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości.

Im wyżej, tym wiatr się wzmagał – gogle i maski poszły w ruch. Przynajmniej w miarę jak temperatura się obniżała śnieg robił się mniej mokry, choć i tak zapadaliśmy się straszliwie.

Kiedy rozpoczęliśmy bezpośredni trawers wyprowadzający na wypłaszczenie koło stawu wiatr oszalał. Szliśmy w śnieżycy, wciąż wierząc że wszystko jest pod kontrolą i wejdziemy na szczyt. Niestety przed osiągnięciem wypłaszczenia zrobiło się po prostu tragicznie. Widoczność przed nami spadła do zera, śnieg zlewał się z niebem, nie było wiadomo w którym kierunku iść. Za nami momentalnie pozawiewało ślady. Świeżego śniegu dowaliło tyle, że miejscami zagrzebywaliśmy się po biodra. Najgorsze, że na tej trasie zupełnie nie ma się gdzie schować, biegnie ona połogimi odsłoniętymi zboczami, nie ma tam żadnych załomów skalnych, o drzewach nie wspominając. Nasze ciuchy wierzchnie były już przemoczone, a czekało nas jeszcze prawie dwa razy tyle drogi plus schodzenie. Po grupowej dyskusji stwierdziliśmy że, choć z żalem, odpuszczamy. Wbijanie się na siłę poważnie groziło ponownym dostarczeniem niepotrzebnej roboty Mountain Rescue.

Wracając byliśmy zdumieni, jak wiele śniegu przybyło: m.in. głazy na których przysiedliśmy podczas wchodzenia były teraz całkowicie zasypane. Wpadaliśmy po pas, co generowało mnóstwo śmiesznych sytuacji i generalnie powrót, mimo porażki, przebiegał w atmosferze radosnej głupawki. Były nawet dupozjazdy, co prawda średnio efektywne w kopnym śniegu.

Ben Nevis tym razem nas nie wpuścił ale i tak było fajnie. Poza tym dobrze czasem dostać od natury w dupę, żeby przypomnieć sobie że góry mogą być groźne niezależnie od stopnia trudności trasy, i należy im się jednak ta odrobina respektu.

Stob Coire nam Beith i Bidean nam Bian

Tym razem po raz trzeci wybraliśmy się na Bideana nam Bian. Jego masyw jest tak gigantyczny i daje tyle możliwości, że będziemy tam wracać jeszcze wielokrotnie, choć opóźnia nam to zdobywanie munrosów. Nigdy nie było ono jednak naszym priorytetem, raczej czymś co trzeba w końcu odwalić ;D
Wczorajsza wycieczka miała być bez ciśnień, chcieliśmy żeby był fajny klimat i gwarantowany śnieg. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się na Glencoe.
Tym razem wchodzić mieliśmy przez Stob Coire nam Beith, zachodni przedwierzchołek Bideana (przedwierzchołek, bo choć jest fajnym szczytem, ma za małą wybitność na status samodzielnego munro). Tej zachodniej odnogi nigdy jeszcze nie penetrowaliśmy.
Poniżej Aonach Eagach posypane cukrem:

Z dolinki należało wbić się na grzbiet po prawej stronie. Sam wierzchołek Stob Coire nam Beith widać w tle. Z początku szliśmy kamienistą ścieżką przypominającą tę pomiędzy Siostrami. Weszliśmy nią dość głęboko w dolinkę. Nie wiem, czy gadając przegapiliśmy odpowiednie miejsce do rozpoczęcia podchodzenia, czy takiego miejsca po prostu tam nie było, w każdym razie kiedy ścieżka gwałtownie skręciła w lewo stało się oczywiste że najwyższy czas ją porzucić. Tymczasem zbocze na które mieliśmy wchodzić nie zachęcało: było bardzo strome, ale prawie bez skał, same mokre trawy i mchy.

W książeczce "Ben Nevis & Glencoe", która choć jest fajnym i inspirującym źródłem informacji, to jednak celuje zdecydowanie w mało zaawansowanych, zarekomendowane jest właśnie wchodzenie po tym zboczu, gdzieś w okolicy gdzie my je uskutecznialiśmy. Dlatego jestem przekonana że przegapiliśmy ten właściwy moment, bo to nasze wejście na grzbiet było najcięższym odcinkiem trasy i raczej by go nie zalecali. Było gorsze niż wrzosing w zboczach Meall na Teanga (>>LINK<<). Na szczęście ten przykry odcinek nie był długi i wkrótce osiągnęliśmy początek ramienia które miało nas wyprowadzić na Stob Coire nam Beith.

Ramieniem dalej już bez niejasności topograficznych, za to przy pogarszającej się widoczności. Lina, którą niesie kolega, była przeznaczona do celów szkoleniowych – Mariusz miał nam pokazać w śniegu parę technik których nauczył się na kursie. Jak w większości takich sytuacji, gdy przyszło co do czego nikomu się nie chciało a Mariuszowi najmniej (wiedziałam że tak będzie) 😛

Śnieg był niezwiązany, w stromszych miejscach musieliśmy się pilnować żeby z nim nie zjechać.

Po dotarciu na Stob Coire nam Beith otaczało nas takie mleko, że kierunek dalszego marszu trzeba było ustalać za pomocą GPSa. Byłam rozczarowana, bo zanosiło się na to że znowu nie będziemy mieć z Bideana żadnych widoków. Coś tam się momentami przecierało, ale generalnie widoczność była taka jak poniżej:

Podejście na szczyt:

Mimo mleka było naprawdę fajnie. Na wierzchołku zrobiliśmy postój z gotowaniem herbaty, wyluzowaliśmy się i dopiero kiedy już porządnie zmarzliśmy, zdecydowaliśmy się iść dalej. Planowaliśmy schodzić na przełęcz pomiędzy Bideanem a Stob Coire nan Lochan i z niej zejść w dolinkę którą przyszliśmy.

Na zejściu znów należało uważać ze względu na bardzo sypki śnieg. Po dotarciu na przełęcz obniżyliśmy się trochę, ale rekonesans wykazał że schodzenie tamtędy może być nieco ryzykowne. Nie chcąc pojechać z lawinką, zdecydowaliśmy się przejść przez Stob Coire nan Lochan i schodzić pomiędzy Siostrami, jako że z Aonach Dubh, siostry obramującej dolinkę naprzeciwko ramienia którym wchodziliśmy, zejść by się nie dało.

Po osiągnięciu Stob Coire nan Lochan wyszliśmy z chmury i wreszcie zaczęły się widoki. Poniżej widać ludzi na Dorsal Arete, jedynej drodze na północnych filarach tej góry którą będziemy w stanie przejść po uzupełnieniu braków sprzętowych (pozostałe to hardkory):

Widać gościa, który asekuruje od góry:

Panorama Aonach Eagach, the Mamores oraz Ben Nevisa choć częściowo wynagrodziła nam mleko na Bideanie.



Filary opadające ze Stob Coire nan Lochan:

Oraz zbocze i ramię, którymi wchodziliśmy:

Tu rewelacyjnie widać, jak wielki jest niższy od tatrzańskiej Gęsiej Szyi Ben Nevis. Pamiętajmy, że dla Tybetańczyka Tatry są zaledwie depresją 😉

Znów nasze ramię wejściowe:

Oraz jeszcze raz wspomniane filary:

… i w przybliżeniu, by można było wyraźnie dostrzec ludzi. Dorsal Arete jest w centrum.

Zeszliśmy tak jak pisałam, co prawdopodobnie zwiększyło zarówno nasze bezpieczeństwo jak i zakwasy, bo dodaliśmy sobie parę kilometrów asfaltem.

Wycieczka była świetna i znakomicie udało się spełnić jej założenia o braku spinania się i relaksacyjności. Częściowo też dlatego że nie padał żaden nowy cel, wiedzieliśmy więc że w razie czego wycofamy się bez złości. W tym wyjściu chodziło wyłącznie o obcowanie z górami w fajnej kompanii. Lubię takie klimaty.

Sgurr Ghiubhsachain

Tak tylko dla porządku chciałam poinformować, iż fakt że tak rzadko teraz łazimy nie wynika z lenistwa czy braku ochoty, a wyjątkowo niekorzystnych okoliczności niezależnych. Stan ten niestety utrzyma się przez jakiś czas. Na szczęście w sierpniu będziemy w Tatrach więc może przynajmniej urlop uda się wykorzystać do maksimum.

Sgurr Ghiubhsachain (też bym chciała wiedzieć jak to wymówić) leży w Ardgour, tej samej części Lochaber co Garbh Bheinn. Ardgour, historyczna kraina Jakobitów, to odludny, surowy i niesamowicie malowniczy kąt Szkocji. Pagórów z charakterem nie brakuje, ale żaden nie osiąga statusu munro, dzięki czemu rejon ten jest omijany przez munro-baggerów.
Poniżej nasza góra z Glenfinnan, z wybrzeża Loch Shiel:

Oraz lokalna atrakcja turystyczna, Glenfinnan Monument. Gdyby nie był tak spektakularnie położony pies z kulawą nogą by go nie odwiedzał.

Sgurr Ghiubhsachain ma tylko 849m npm, z czego podejścia jest 614. Nie jest to forsowna wycieczka.

Trochę opcjonalnej zabawy jest na ramieniu góry, i jest to jedyna droga którą warto wchodzić. Jest wiele ścianek i bulderków o różnym stopniu trudności, niektóre bardzo konkretne. Pod koniec jest porządna ściana, której bok próbowaliśmy liznąć ale udało się tylko Mariuszowi. I tam już była prawdziwa lufa. Pod tym względem Sgurr Ghiubhsachain jest bardzo typowy dla rejonu Ardgour – góry są niskie i żadna nie jest hardkorem sama w sobie, ale kryją skarby. A że przy tym jest pusto i widokowo, warto poznać tę krainę bliżej, choć z pozoru nie jest celem oczywistym.

Szczyt właściwy odsłania się dopiero z najwyższego punktu garbu.

Podszczytowe ścianki, na prawo od tej prawdziwej ściany, są bardzo fajne i można znaleźć warianty o bardzo różnych stopniach trudności.

Poniżej widok na Ben Nevisa i przyległości – w weekend, w taką pogodę musiały się tam tratować nieprzeliczone tłumy. Skoro nawet przy mgle i szarówie lud tam lezie – magia najwyższej góry działa – to w taki dzień tam musi być skrzyżowanie Giewontu z Gubałówką. Dwa z moich czterech wejść na Benka miałam przyjemność odbywać przy podobnej pogodzie, ale na szczęście miały miejsce w lutym i kwietniu, a konieczność korzystania z raków trochę przerzedza wycieczkowiczów.

Na widocznych poniżej wzniesieniach (widok nie na Ardgour, więc jakieś munrosy na pewno są w kadrze) musieli być ludzie. Może nie takie tłumy jak na Bennym, ale też sporo. Dla nas jednak wrażenie pustki było zupełne. Jakbyśmy byli sami na świecie. No cóż, na Sgurr Ghiubhsachain prawie byliśmy, dopiero pod szczytem spotkaliśmy grupę wchodzącą od przeciwnej strony.

Charakterystyczny szczyt na przedostatnim planie to dwukrotnie odwiedzony przez nas Garbh Bheinn, a w oddali widać nie do pomylenia sylwetkę Ben Cruachana.

Na ostatnim planie rejon od Nevis Range po Glencoe, w kadrze załapało się nawet jakieś niewielkie UFO:

Zejście z początku jest strome, ale szybko dochodzimy do bardziej płaskiego terenu, do wygodnej ścieżki. Stamtąd to już piękny, relaksacyjny spacer w malowniczej scenerii.

Jeśli ktoś dopiero zaczął romans z górami Szkocji, nie polecam na początek. Są ciekawsze cele. Ale dla koneserów, co już mają zdobytą większość must-have’ów i nie czują aż takiego ciśnienia na spektakularne wyrypy, warto. Sama mam ochotę lepiej poznać ten rejon, bo bardzo pociągają mnie pustkowia i na pewno jeszcze tam wrócę.

Mapka będzie.

Helvellyn


Po raz drugi wybraliśmy się do Lake District, na trzecie najwyższe wzgórze Anglii, Helvellyna. Prowadzi na nie wiele ścieżek, ja wybrałam najciekawszy wariant tak do wejścia, jak i zejścia. Niestety, Lake District tym się różni od Highlandu, że na popularniejszych drogach są tłumy nie mniejsze niż na tatrzańskich szlakach.

Startujemy z miasteczka Glenridding. Leży ono u samych podnóży masywu Helvellyna, więc obywa się bez długich podchodzeń. Do góry zaczynamy się wbijać praktycznie od razu. Długość całej pętli to jedynie 12 km – zdecydowanie nie są to cairngormskie dystanse.
Poniżej widok na urocze Ullswater. Do Glenridding dojeżdżamy drogą prowadzącą wzdłuż krętego brzegu jeziora i stanowczo nie jest to fragment dla osób z chorobą lokomocyjną.

Z początku wędrujemy zboczami, z widokami tylko po lewej ręce, w bardzo szybkim tempie zyskując wysokość.

Kiedy w końcu osiągamy początek grani Striding Edge, póki co jeszcze łagodny i szeroki, ukazuje się sam Helvellyn. Nie wygląda zbyt spektakularnie, linie ma raczej klockowate, ale nie o sam szczyt tu chodzi, a o prowadzące nań i z niego granie: wspomnianą Striding Edge i Swirral Edge.

Poniżej właściwa Striding Edge, wąski i skalisty odcinek grani. Taką masę ludzi, jaka nim wędruje, w Highlandzie widziałam tylko na Ben Lomondzie i oczywiście Nevisie.

Wreszcie osiągamy samo gęste – staram się cały czas iść ostrzem grani. Nie jest trudno, w większości miejsc ręce nie są potrzebne, choć przyznaję że silny wiatr zmusza mnie do korzystania z nich w wielu miejscach, które normalnie po prostu bym przeszła. Cholerny wiatr odbiera nam sporo przyjemności z pokonywania tego odcinka – bo jakkolwiek jest łatwo, w miejscach gdzie grań najbardziej się zwęża nie uśmiecha mi się stracić równowagi.

Można iść po ostrzu grani, można też trawersować ją od strony stawu, ale że naprawdę nie jest trudno, za to widokowo, nie bardzo widzę sens.

Jedyne trudniejsze – i całkowicie nieomijalne – miejsce, to zejście na przełęcz z której rozpoczyna się atak szczytowy – dwójkowy scrambling w jednym z kilku, przypominających tatrzańskie, kominków.

Zaraz potem mamy fragment podejścia po świetnej skale, kojarzący mi się z łatwiejszymi partiami Czerwonej Ławki – jego również można ominąć, ale nie ma do tego żadnych powodów, wspinaczka jest banalna a daje dużo więcej radości niż marsz ścieżką.

Na szczytowym plateau nie zabawiamy długo – zbyt mocno wieje. Widoki na drugą stronę masywu są sympatyczne, niestety nic nam jeszcze nie mówią – nie umiemy zlokalizować nawet Scafell Pike’a, to dopiero nasza druga wizyta w Lake District.

Początek Swirral Edge wyznacza kamienny kopiec. I bardzo dobrze, inaczej byłaby trudna do znalezienia – opada z plateau tak gwałtownie, iż trzeba podejść do samej krawędzi żeby zobaczyć gdzie się zaczyna. W pierwszej chwili efekt jest mocny, bo wydaje się, że będziemy schodzić po Bóg wie jakiej stromiźnie, ale wrażenie mija w miarę jak się obniżamy. Swirral Edge jest podobna w charakterze do Striding Edge, ale o ile tamta była z grubsza pozioma, ta opada dość mocno w dół. Ponieważ jest położona na większej wysokości, zalegało tam jeszcze sporo lodu i śniegu. Jako że nie mieliśmy raków (a nawet gdybyśmy mieli, raczej nie opłacało by się ich zakładać na tak krótki fragment) szliśmy bardzo ostrożnie. Odcinek gęstego szybko się kończy, i można iść dalej granią na Catstye Cam albo od razu obniżać się do Czerwonego Stawu – wybraliśmy ten drugi wariant.

Powrót, jak widać na mapce, już bez mocnych wrażeń, za to jest co podziwiać po drodze – ładne lasy, tak rzadko spotykane w Highlandzie, i urocze domki z kamienia, jakich w tej miejscowości (a pewnie i w całym regionie) pełno, idealnie komponujące się z otoczeniem.
Trasa jest niezbyt forsowna i bardzo ładna. Dobra dla początkujących scramblerów, bo bez wielkich trudności pozwala trochę się obyć ze skałą. Na Helvellyna nie radziłabym wchodzić inną drogą. Te dwie granie jedyne w całym masywie mają charakter.

>>LINK DO ZDJĘĆ<<

Bidean nam Bian


Bidean był naszym trzecim munro. Po raz pierwszy zaliczyliśmy go parę lat temu w czerwcu, razem z jedynym w masywie satelitą o tym samym statusie, Stob Coire Sgreamhach. Jest to jedna z tych gór, gdzie chętnie wraca się wielokrotnie. Raz, lokalizacja w Glencoe zapewnia znakomite widoki i niedługie podchodzenie od razu z parkingu. Dwa, ogromny masyw Bideana pozwala na atakowanie go z różnych stron i trasami o różnym stopniu trudności, od ścieżkowego tuptania po wspinaczkę. Masyw ten pokrywa ok. jednej trzeciej całego Glencoe, o czym łatwo zapomnieć, jako że sam wierzchołek nie jest widoczny z doliny. A przecież grupę, której Bidean jest zwieńczeniem, tworzą wszystkie trzy Siostry (Beinn Fhada, Gearr Aonach i Aonach Dubh) oraz "czwarta siostra", Stob Coire nam Beith.
Trasa taka jak tym razem zrobiliśmy, między siostrami do Coire nan Lochan i dalej graniami, jest chyba najkrótszą opcją.

Najmniej sympatyczną częścią drogi okazał się zalodzony chodniczek między Siostrami. Przy pokonywaniu skalnego prożku ponad potokiem musieliśmy się trochę nakombinować, choć gdy nie ma lodu, miejsce to nie przedstawia najmniejszej trudności, w ogóle się go nie zauważa.
W górnej części ścieżki marsz stał się tak nieprzyjemny, że założyliśmy raki, choć mieliśmy to zrobić dopiero w kotle.

Po dojściu do kotła Coire nan Lochan osiągnęliśmy granicę śniegu i marsz stał się o wiele milszy. Po niedługim podchodzeniu wbiliśmy się na wypłaszczenie pod Stob Coire nan Lochan – samoistny cel naszej pierwszej w ogóle wycieczki do Highlandu. Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na wtedy mnie niteczka szosy A82 oglądana z takiej wysokości. Teraz było jeszcze ładniej, tym bardziej że białego Glencoe nigdy jeszcze nie oglądałam.

Teraz należało wybrać najlepszą drogę na Stob Coire nan Lochan. Grań zachodnia, widoczna na zdjęciu powyżej, raczej odpadała – wchodzenie po skałach wymagałoby sprzętu i kwalifikacji wspinaczkowych, a dwa śnieżne żleby były zbyt strome. Co do wchodzenia środkową grzędą wyprowadzającą na wierzchołek, mieliśmy wątpliwości ze względu na kilka bardzo stromych pól śnieżnych. Pozostała grań wschodnia, najłatwiejsza ale i najbardziej widowiskowa. Przetrawersowaliśmy tak, żeby trochę ją ściąć.

Z grani roztacza się piękny widok na Glencoe, a samo podejście jest łatwe, choć nieco stromsze niż wygląda na zdjęciach. Opadające z grani zbocza, zwłaszcza te od strony kotła, także były bardziej spadziste. Aparat zawsze trochę przekłamuje.

Na Stob Coire nan Lochan wchodzi się szybko.

Na drugim planie widać kolejno granie Beinn Fhady, Buachaille Etive Beag oraz Buachaille Etive Mor, zza którego wystaje masyw Creise:



Na zdjęciach robionych w dół charakter grani jest lepiej widoczny – przepaści ani urwisk tam nie ma, ale to zdecydowanie grań, nie łagodne zbocze. Nietrudny, ale bardzo piękny kawałek trasy.

Na wierzchołku spotkaliśmy łojantów, którzy wchodzili jakimś "zachodnim" wariantem.

Dopiero teraz Bidean odsłania się w całej okazałości. Różnica wysokości pomiędzy nim a Stob Coire nan Lochan to zaledwie 35m, ale przełęcz pomiędzy nimi nie ma 500ft głębokości, zatem SCnL nie cieszy się statusem munro. Za to dzięki temu nawet pomimo iż początkowo trzeba stracić trochę wysokości, podchodzenia nie ma za wiele.

Pierwszy odcinek jest stromy i trochę daje w kość, wyżej to już spacer.

Ze szczytu niestety nic nie było widać, nie zdążyliśmy przed chmurą. Podczas schodzenia ładnie było za to widać Loch Leven i rejon i miejscowości Glencoe i Ballahulisch. Z gór na ostatnim planie rozpoznałam Garbh Bheinna.



Schodziliśmy tą samą drogą, niestety chodnik między siostrami pokonywaliśmy już w ciemnościach i jakkolwiek lód po części stopniał, nie było to najprzyjemniejsze przeżycie. Na szczęście zeszliśmy bez niemiłych przygód.
Do masywu Bideana wracać będziemy wielokrotnie, z początku trudniejsze trasy zostawiając na okres letni. Na zimowy ta którą zrobiliśmy jest genialna. Pomimo braku trudności dzięki scenerii dało się odczuć autentyczną górską atmosferę, co myślę całkiem nieźle oddają zdjęcia 🙂

Garbh Bheinn of Ardgour

Garbh Bheinn (zaznaczyłam, że ten z Ardgour, bo koło niedalekiego Kinlochleven jest drugi) mierzy zaledwie 885m n.p.m. zatem zalicza się do korbetów. Plan zakładał obadanie scramblingowej Pinnacle Ridge, ale coś się nam pomieszało z mapą, w sumie do tej pory nie wiem, jak to się stało, ale koniec końców przeszliśmy się granią główną. Z tym że i tak było bardzo fajnie – góra jest zdecydowanie godna polecenia.

Garbh Bheinn leży nad Loch Linnhe, bardzo blisko przeprawy promowej w miasteczku Corran. Startujemy z parkingu przy drodze A861 położonego tuż za miejscowością (hmmm, 3 domy) Inversanda. Jakaś ścieżka jest, ale najlepiej wbijać się po swojemu. Góra oferuje zarówno prawdziwe ściany, jak i banalne trawiaste zbocza, a także – i to nas interesowało – scrambling o różnym stopniu trudności.

Tym razem cel jako taki nie liczył się, ważna była zabawa i trening przed przyszło-weekendową eskapadą.



Wierzchołek, ścianki w centrum są naprawdę konkretne:

Kropka poniżej łoi. W sumie były dwa dwuosobowe zespoły.

My natomiast scramblingowaliśmy sobie radośnie, wybierając warianty adekwatne do indywidualnych możliwości.

Jeden z zespołów:

Mariusz i Wojtek, cytując tego ostatniego, mierzą się na ch***. Obydwoje udowodnili co mieli udowodnić. My z Batem zdecydowaliśmy się jednakowoż na lajtowszą drogę.



Pogoda trafiła nam się taka bardziej śródziemnomorska:

Resztki śniegu ostały się tylko gdzieniegdzie, najwięcej oczywiście na szczycie Ben Nevisa:

Widokowo Garbh Bheinn jest niesłaby, ponieważ podziwiać z niego można rejony od Glen Shiel aż po Ben Cruachana, ze szczególnym uwzględnieniem mojego ukochanego Lochaber.

W dolinę schodziliśmy nieprzyjemnym żlebem w którym wszystko się ruszało. Pozostałe warianty (wśród nich także Pinnacle Ridge, którą zlokalizowałam o wiele za późno) były bardzo strome i lepiej nadawały by się do wchodzenia. Poza tym żleb jest upierdliwy, ale że opada z najniższego fragmentu grani, dolinę osiąga się ekspresowo.

Garbh Bheinn w całej okazałości:

I na deser widok na masyw Bideana nam Bian z baru w Onich. Prawdopodobieństwo takiej sielanki pogodowej, kiedy akurat człowiek wybiera się w szkockie góry, oceniam na zbliżone do trafienia co najmniej czwórki w totka.

Bardzo nam się podobało, pomimo nieznalezienia drogi przez Pinnacle Ridge zdołaliśmy zapewnić sobie trochę atrakcji. Skała jest świetna, bardzo szorstka i przyczepna – warto zabrać rękawiczki, nam się zapomniało i trochę wiązanek poszło na okoliczność. Góra dla każdego, bo trudności można sobie wybrać i stopniować samemu.
Tu reszta zdjęć >>LINK<<. Polecam, cudności wyszły.

Zmałpiej!


… czyli jak zakosztować emocji związanych z wysokością bez wybierania się w góry.

W Dniu Dziecka zrobiliśmy sobie prezent szalejąc na Go Ape. Go Ape, cytuję za ulotką an award-winning high wire forest adventure course, mieści się w David Marshall Lodge Visitor Centre, obok miejscowości Aberfoyle w Trossachs. Dojazd z Glasgow drogą A81, ze Stirling kolejno A84, A873 i A81, ale najbardziej polecam opcję przejechania najpierw przez Callander, a potem w sąsiednim Kilmahog odbicie na A821, aby doświadczyć fantastycznej drogi przez wysoko położoną Dukes Pass. Widoki na Trossachs i Loch Venachar wymiatają.

Jako że bilety trzeba rezerwować wcześniej, będąc u celu udaliśmy się najpierw do kasy, gdzie potwierdziliśmy rezerwację, zostawiliśmy co cenniejszą zawartość kieszeni, oraz otrzymaliśmy karty z zasadami bezpieczeństwa do podpisania. Karty zawierały m.in. informację, że już dwie osoby zleciały na Go Ape, ponieważ nie zabezpieczyły się prawidłowo. Trochę nas zaniepokoił brak uzupełnienia, co się z nimi stało.

Po formalnościach trzeba było jeszcze chwilę poczekać, aż skończy się szkolić poprzednia grupa, i przyszła kolej na nasz trening. Każdy dostał od instruktora uprząż z dwoma karabinkami oraz został dopilnowany, by założyć ją prawidłowo (jak mnie pan instruktor docisnął, miałam wrażenie, że mi odpadnie górna połowa ciała). Zostaliśmy jeszcze raz pouczeni o zasadach bezpieczeństwa, po czym najpierw pokazano nam, jak i w jakiej kolejności należy się wpinać w zabezpieczenia, a potem każdy demonstrował, czy załapał.

Kiedy instruktor uznał, że jesteśmy gotowi, można było zacząć zabawę. Zacząć od razu, bowiem na teren Go Ape dostaje się półkilometrowym zjazdem nad doliną (poniżej stanowisko zjazdowe):

Początek zjazdu:

Widoki podczas zjazdu są fantastyczne, ale zrobienie zdjęć ze względów oczywistych jest dość trudne.



Kiedy się czekało na swoją kolej, wrażenie było naprawdę niesamowite: malejące figurki znikały kolejno w pokrytym mgłą lesie… Było, nie ma. Następny… A jeśli to wszystko podpucha, i coś tam na nas czyha?;D

Ten pierwszy zjazd dostarcza adrenaliny do tego stopnia, że kiedy w lesie człowiek otrzepuje się z trocin i przestaje się już śmiać, od razu ma ochotę na więcej i pędzi szukać wrażeń.

Go Ape jest podzielone na pięć sekcji, tak zorganizowanych, że automatycznie trafia się z jednej do drugiej, a każda kolejna jest tworzona przez wyższe platformy, co pozwala się oswoić z wysokością, a ta pod koniec jest naprawdę konkretna. Każda sekcja to kilka różnego rodzaju mostków rozpiętych pomiędzy platformami i zakończonych zjazdem. Żeby wejść na teren danej sekcji, trzeba wstukać kod, podany wcześniej przez instruktora. Kod zmienia się codziennie, więc mój sprytny plan, żeby znaleźć naziemną drogę na Go Ape i przyjeżdżać sobie tak często jak tylko się chce na darmową rozrywkę (bo wkrótce mamy sobie kupić własne zestawy do via ferrat) nie ma niestety szans realizacji 😉

Wpinanie się jest bardzo łatwe, zresztą pod drzewami kręcą się instruktorzy, których można poprosić o pomoc. Ponadto na platformie mogą być jednocześnie obecne trzy osoby, więc w razie czego kolega może potwierdzić, czy zabezpieczyliśmy się prawidłowo.



Mostki są bardzo różne, oprócz tych sfotografowanych pamiętam jeszcze podłużną ażurową beczkę, do której wchodziło się na czworakach.

Najlepsze są i tak zjazdy pod koniec, każdy kolejny z większej wysokości. Ostatni naprawdę odrobinę zmiękcza kolana.

Najtrudniejszym przejściem okazał się mostek (określenie mocno na wyrost) utworzony z luźno zwisających strzemion. Był też jedynym, obok którego prowadziło przejście alternatywne, ze zwisających poziomo palików. Przyznaję że zdecydowałam się na to drugie, widząc jakie akrobacje wyprawia Mariusz na strzemionach (albo raczej, co strzemiona wyprawiają z Mariuszem). Aczkolwiek szacunek, bo poradził sobie pięknie.

Najważniejsze to pokonać odruch chwytania wszystkiego rękami. W uprzęży jesteśmy bezpieczni czy się trzymamy, czy nie, więc rozpaczliwe łapanie się czego popadnie naraża nas jedynie na późniejsze zakwasy.

Ostatnia sekcja trochę nam dała popalić. Znajduje się tam najbardziej hardkorowy element, wysoki tarzan swing, gdzie cały wic polega na tym, że lina jest luźna – więc najpierw się spada, a dopiero potem leci, by jak wór kartofli pieprznąć w siatkę. Tu nie wystarczy się dyskretnie zsunąć z platformy, tu już trzeba skoczyć. Czy z pozycji pionowej czy kucznej, skok w dół jest nie do uniknięcia, wbrew protestującemu instynktowi przetrwania. Większość z nas poradziła sobie w miarę bezboleśnie, ale jeden kumpel przestał na platformie prawie 10 minut zanim się pod wpływem intensywnego dopingu zdecydował.

Po przejściu wszystkich sekcji wracamy tak jak przybyliśmy, zjazdem nad doliną. Mały ekran umieszczony na platformie pozwala zobaczyć, czy poprzednia osoba już wylądowała.

I na tym zabawa się kończy. Podobało się nam bardzo i na Go Ape na pewno jeszcze przyjedziemy.

Info praktyczne na stronie www: goape.co.uk
Tam też należy rezerwować bilety (alternatywą jest telefon ale wtedy płacimy funta więcej). Koszt biletu to 25 funtów dla dorosłych i 20 dla dzieci powyżej 10. roku życia.
Na stronie jest spis wszystkich 16 Go Ape’ów na terenie UK (w Szkocji znajduje się tylko ten jeden). Są też filmiki.


Kurcze, gdyby mnie było stać jeździłabym tam co weekend 😀