Orla Perć (odcinek Zawrat – Kozi Wierch)

W tym roku wreszcie odważyłam się dokończyć OP (zeszłego lata przeszliśmy odcinek Granaty – Krzyżne, >>LINK<<). Pogoda nie mogła trafić się lepsza, więc wszelkie wymówki odpadały. Z Murowańca wyszliśmy około siódmej, dzięki czemu podczas całej trasy spotkaliśmy zaledwie kilkanaście osób. Piękne słońce, sucha skała, brak zatorów – nawet nie marzyłam o takich warunkach, ale jak widać, zdarzają się.

Poszłam za radą Mariusza i starałam się używać łańcuchów tylko tam, gdzie było to naprawdę konieczne. W rezultacie na Zawrat, a potem Mały Kozi Wierch, udało mi się wejść bez korzystania z nich (ok, może raz czy dwa). Zawrat tylko po skale jest łatwiejszy! Jeśli nie ma ślizgawicy, zdecydowanie polecam samodzielne wyszukiwanie chwytów, łańcuchy w paru miejscach tylko komplikują nietrudną przecież drogę.

Z Zawratu na Mały Kozi szlak wiedzie po grani – wbrew pozorom, na Orlej wielu takich miejsc nie ma, głównie się trawersuje. Odcinki graniowe są najbardziej widokowe:

Wierzchołek Małego Koziego:

Jak na razie, trudności są niewielkie, za to efektowność pierwsza klasa.

Pierwszym cięższym miejscem jest Żydowski Żleb, czyli Honoratka. Mnie sytuację ułatwił fakt, iż choć jest tam gdzie się sturlać, nie ma lufy jako takiej. Honoratką niestety się schodzi, ale nie ma dużego problemu z wyszukaniem dobrych stopni.

Dalej bez większych trudności, acz ubezpieczenia są porozpinane na gęsto. Znów mamy trochę grani, ściana Zamarłej robi spore wrażenie. Na szerokiej Zmarzłej Przełęczy można wygodnie odpocząć. Wyznam szczerze, że bardzo chciałam żeby ten odcinek się jak najszybciej skończył, wiedząc, że jego zwieńczeniem jest słynna drabinka do Koziej Przełęczy. Nie byłam pewna, jak zareaguję na lufę, i wolałam mieć już to za sobą.

Drabinka jest efektowna, i owszem. Kiedy na nią weszłam (co wbrew pozorom nie stanowi najmniejszego problemu, jeśli nie myśleć o ekspozycji, a o szerokiej półce na którą zejdziemy), trochę latały mi łydki na pierwszych szczeblach, ale poszło normalnie. Póła zejściowa jest rozmiaru stolika do kawy, trzeba być na konkretnej bani żeby w nią nie trafić.



Drabinka nie sprowadza na samą przełęcz, trzeba jeszcze kawałek zejść. Zaraz za przełęczą miejsce, które pamiętałam z przeprawy przez KP sześć lat temu (na tym krótkim odcinku żółty szlak z Gąsienicowej do Piątki biegnie bowiem równolegle do Orlej) – wyślizgana p
ółka, gdzie łańcuchy się bardzo przydają. Nie mam zamiaru żadnych miejsc demonizować, żeby ktoś się tak jak ja potem nie naczytał i nie szedł zestrachany – po prostu, trzeba trochę bardziej uważać i już. Fakt, nie wiem jak przy mokrym, ale jakby co zawsze można względnie łatwo zejść na Halę.

Wejście na Kozie Czuby trochę męczy, jest to chyba najdłuższy odcinek podejściowy na OP.



Drabinka z dystansu. O dziwo, tego przechylenia się nie czuje:

Grań Kozich Czub jest jednym z tych fragmentów, o których naczytałam się niestworzonych rzeczy. Tymczasem nie pamiętam, żeby to miejsce było jakieś wybitnie trudne czy przerażające. Szlak jest wytrasowany tak, że w bardzo niewielu miejscach biegnie tuż obok przepaści. Znów, przy suchym powinno być ok.

Podejście na Kozi z Czub przedstawia się nieco hardkorowo, ale wiedziałam, że jeśli przejdę Kozią Przełęcz Wyżnią, to już nie mam czego się bać. Kozia Wyżnia budziła mój największy respekt, jest zresztą na ogół wymieniana jako najtrudniejszy fragment OP.

Istotnie, dla mnie też okazała się najcięższa. Skojarzyła mi się z kominkiem pod Orlą Basztą, w którym rok temu miałam problem – pionowe zejście, gdzie stopnie są malutkie i szuka się ich, macając na oślep. Poszło sprawnie, ponieważ Mariusz (on nie miał tam żadnych kłopotów, ale szedł z wyraźnie większą uwagą i było to jedno z nielicznych miejsc gdzie pomagał sobie łańcuchami) podpowiadał mi, gdzie stawiać nogi. Nie demonizuję, przejść się da, tyle że przy bardziej wytężonej koncentracji.

Na podejściu na Kozi stres ze mnie zszedł, wiedziałam już że najgorsze mam za sobą. Komin, którym wchodzimy, jest tak genialnie urzeźbiony, że w górnych partiach nawet nie zamontowano ułatwień, nie są potrzebne. Tej pionowości też się za bardzo nie czuje. Trudności bardzo podobne jak w wejściu na Kozie Czuby, tyle że sam odcinek nieco krótszy.

Widoków z Koziego nie będę dawać, bo to przesunięta i wzbogacona panorama z Krzyżnego. Warto zrobić tu dłuższy postój. Dzięki temu, że wciąż jeszcze było relatywnie wcześnie, szczyt dzieliliśmy zaledwie z dwiema osobami 😀

Odcinek od Koziego do Przełączki nad Dolinką Buczynową przechodziłam już parokrotnie, więc miałam luz. Trudności na tym etapie nie ma żadnych, niestety widokowo bez rewelacji, bo trawersujemy grań. Widziałam wchodzącą na Kozi od Piątki nietypową parę – ona szła z pełną asekuracją, on pomagał. Nie mam absolutnie zamiaru kpić, zwłaszcza że ze mnie samej żaden wymiatacz, ale ten widok mnie zaskoczył. No i szacun dla babki, że przy takim strachu jest na tyle zdeterminowana, żeby w góry jednak chodzić. Skądś to znam;)

Ze względu na narastające zmęczenie zdecydowaliśmy się schodzić pierwszą dostępną możliwością, czyli Żlebem Kulczyńskiego. Jak dotąd tylko nim wchodziłam, kupę czasu temu, i byłam ciekawa, czy okaże się tak trudny jak zapamiętałam. Bać się już nie bałam, wiedząc że skoro przeszłam Orlą, to i z Kulczynem sobie poradzę.

Dość upierdliwa jest górna część Żlebu, stroma i krucha. Można ją pokonywać pionowo, ale ja wolałam jednak siadać tyłkiem na skale. Część ubezpieczona, sporo krótsza, wymaga większej koncentracji ale jest przyjemniejsza. Przynajmniej idziemy po solidnej skale, a dzięki żelastwu trudności nie odbiegają od tych z Honoratki na przykład. W jednym miejscu szlak jest ciut mylny, mało brakowało a Mariusz wpakował by się tam w dupę – podobno jest tam gdzieś nawet narysowana czacha, ale nie zauważyłam. Generalnie wystarczy uważać, którędy biegną łańcuchy, nawet jeśli z nich nie korzystamy.

Od wyjścia ze żlebu do Murowańca jeszcze spory kawałek, ale to już spacer.
Moje wnioski po Orlej są takie:
– szlak jest bardzo męczący, niemniej głównym problemem nie jest jakość trudności (które tylko w kilku miejscach są znaczniejsze), ale ich nagromadzenie;
– mity o straszności drabinki należy wykasować sobie z głowy, przejść ją jest w stanie każdy bez fobicznego lęku wysokości;
– dwa subiektywnie najtrudniejsze miejsca to zejście do Koziej Wyżniej i p
ółka za Kozią Przełęczą, acz w dobrych warunkach wystarczy tam wzmożona koncentracja;
– szlak jest o wiele mniej lufiasty niż się spodziewałam;
– Orla jest absolutnie przepiękna 🙂
Jeśli ktoś tak jak ja i chce, i boi się, niech najpierw wypr
óbuje dojściówki: przeprawi się przez Kozią Przełęcz i wejdzie Kulczynem. Dają o wiele pełniejszy obraz trudności na tym szlaku niż polecane zazwyczaj Granaty.

Całość, od razu z Kościelcem: >>LINK<<

Kościelec


Na Kościelcu byłam wcześniej dwa razy, i powiem szczerze że wielką fanką tego szczytu nie jestem (dlaczego, napiszę dalej). Nie sposób jednakowoż odmówić mu pewnych zalet. Przede wszystkim szlak turystyczny z Murowańca jest bardzo krótki, idealny na rozruszanie. Poza tym, w schronisku byliśmy koło 15, a dało się i obiad zjeść, i bez pośpiechu go ogarnąć.
Spod Muro kierujemy się nad Czarny Staw Gąsienicowy, skąd odbija ścieżka na grań Małego Kościelca. Granią (ładnie widać z niej całą Halę Gąsienicową) drepczemy na przełęcz Karb i z Karbu rozpoczyna się już podchodzenie właściwe północnym zboczem.
Kościelec od północy najostrzej wygląda z rejonu schroniska:



Im dalej, tym bardziej jednak łagodnieje:

Droga to głównie chodnik, plus kilka miejsc łatwego dwójkowego scramblingu, a także trochę gładkich płyt, które jak się domyślam są paskudne przy oblodzeniu.

Wchodzenie nie trwa długo, wysokość zyskuje się bardzo szybko. Poniżej grań Małego Kościelca i Czarny Staw Gąsienicowy, w lesie majaczy dach Murowańca:

Wierzchołek nie jest taki ostry, jak wydawało się z dołu. Przed samym szczytem najtrudniejsze miejsce – najtrudniejsze jak na warunki tego szlaku, bo samo w sobie łatwe.

Widoki… No właśnie z Kościelca nie są powalające. Ponieważ jest niższy od większości szczytów w otoczeniu – ma 2155m n.p.m. – można z niego podziwiać właściwie tylko otaczającą go grań od Żółtej Turni po Kasprowy. Jej częścią idzie Orla Perć, jesteśmy tak blisko że na fragmentach biegnących faktycznie po grani nie ma problemu z wypatrzeniem ludzi, więc jakiś walor poznawczy to ma, ale nie jest to widok o epickim oddechu.

Granaty – Kozi Wierch

Kozi – Mały Kozi

Granaty

Na mnie Kościelec jakiegoś specjalnego wrażenia nie wywiera. Ani jego kształt, że niby taki "tatrzański Matterhorn", który mnie się kojarzy od północy z kupą z zawijaskiem – oddają to dwie pierwsze fotki od góry, zwłaszcza druga. Ani widokowo, co uzasadniłam. Dla nas był to cel jak znalazł, bo krótki i mało forsowny, akurat na popołudnie.
Najfajniej jest na szczycie, nie ze względu na widoki, ale lufę od strony Czarnego Stawu. Główny wierzchołek jest wydłużony, warto przejść się po nim, poobczajać wschodnie ściany i resztę grani, od której oddziela nas głęboka przełęcz.
Wycieczka dobra na rozruch, albo na lżejszy dzień.

Nasze Tatry 2009 – bilans


1. Plan. Został zrealizowany prawie w 100%.
Dzień pierwszy: prosto z pociągu, na Kościelec. Nocleg w Murowańcu.
Dzień 2: część Orlej od Zawratu, zejście Kulczynem. Znów Muro.
Dzień 3: jazda na Słowację, wspin do Terinki w burzy i z wielkimi plecakami (aaa!!!). Jeśli wybieracie się tam na dłużej, koniecznie weźcie zapas papieru toaletowego i chusteczki nawilżane, bo warunki sanitarne są _nieco_ spartańskie.
Dzień 4: próba zdobycia Lodowego Szczytu, odwrót z Lodowej Przechyby. Nocleg w Terince.
Dzień 5: Baranie Rogi podczas ulewy i pod lekkim wpływem w asyście znajomych z forum. Dzięki chłopaki :* Konsumpcja płynów i ogórków w towarzystwie koleżanki Świni. Nocleg (już nieco śmierdzący) w Terince.
Dzień 6: Rozstanie ze Świnią, po czym Czerwona Ławka – Dolina Staroleśna – zaiwanienie papieru z Chaty Zamkovskiego – Terinka. Widzieliśmy pobieranie z Pośredniej Grani zwłok Andrzeja Marciniaka, myśląc że to żywemu pomagają. Niestety. Nocleg – Mariusz nie wytrzymał i wykąpał się w stawie – w Terince.
Dzień 7: poranny bieg do Zamkovskiego z dużymi plecakami. Spotkanie z chłopakami, powrót na górę. Łomnica drogą Jordana. Dla Mariusza czysta radocha, dla mnie hardkor, ale cieszę się, że się zdecydowałam. Dzięki, chłopaki :*
Wieczorem: prysznic!!!!!!!!!!!!!!!!!, wspólne chlanie w Małym Cichym, nocleg tamże (dzięki, Stan :*)
Dzień 8: Grań Krupówek, nocleg w Małym Cichym.
Dzień 9: ewakuacja nad Moko, Mariusz z chłopakami wchodzi na Mnicha. Nocleg w starym schronisku.
Dzień 10: z powodów pogodowych, doopa. Nocleg w ss.
Dzień 11: Wrota Chałubińskiego – Szpiglas – Miedziane – Szpiglasowa Przełęcz – Świstówka – Moko.
Dzień 12: plany były, ale że pogoda, powrót.

2. Moje rekordy (Mariusz pewnie będzie typował po swojemu):
Największy sukces: sprawne przejście Orlej
Największa porażka: odwrót spod Lodowego
Największy hardkor: Łomnica, tak trasa jak i cały dzień. Nie mogę też nie wspomnieć o warunkach w Terince.
Najpiękniejszy szlak: jordanka
Ilość spotkanych forumowiczów: 7
Najlepsze żarcie: gulasz z knedlami w Terince
Najgłupsza akcja: głowa jako punkt podparcia na jordance. W ogóle parę momentów z tego szlaku
Największe zaskoczenie: totalna nieobecność kaca

Wycieczki szczegółowo zacznę opisywać już ze Szkocji, w przyszłym tygodniu. Generalnie, było super :))))))))))))

Orla Perć (odcinek Czarne Ściany – Krzyżne)


Po Chłopku został nam tylko jeden dzień i należało zdecydować: próbujemy przejść całą Orlą czy tylko fragment, i który. Ponieważ byliśmy już zmęczeni (łaziliśmy codziennie, jak nie na wycieczki, to pomiędzy schroniskami), a ja optowałam za stopniowaniem trudności, postanowiliśmy zacząć od odcinka za Kozim Wierchem, czyli z pominięciem najtrudniejszego fragmentu. Pisałam, że jestem cykorem. Z drugiej strony, skoro i tak nie dali byśmy rady zrobić całej Orlej od jednego machu, z czegoś trzeba było zrezygnować.

W tej notce wyjątkowo podaję linki do zdjęć. Fotki mamy fajne, ale po zmniejszeniu do rozmiaru akceptowalnego na blogu stają się nieczytelne. Wykadrowywanie nie rozwiązuje problemu. To kwestia specyfiki trasy. Jeżeli na fotce widać jakieś skały, to ni wuja nie wiadomo, czy one są duże czy małe, czy tamtędy w ogóle biegnie szlak i którędy dokładnie, ani czy jest trudno – musi być człowiek, musi być widać proporcje turysty do otoczenia. Mam nadzieję, że będzie się wam chciało zajrzeć pod linki, bo IMVHO warto. Aha – słowa z linkiem oznaczyłam >>tak<<.

Na Orlą wbijaliśmy się chyba najłatwiejszą dojściówką, tj. czarnym szlakiem z Pięciu Stawów. Jest to zwykły chodnik, dość mozolny i upierdliwy. Trasa łączy się z Orlą już niedaleko szczytu Koziego, ale my poszliśmy oczywiście w prawo, przez Czarne Ściany. Do Przełączki nad Doliną Buczynową idziemy >>zwykłą ścieżką<< po południowej stronie grani. Tuż przed Przełączką przewijamy się na stronę północną i po raz pierwszy ukazuje się >>Dolina Gąsienicowa<<. Z Przełączki opada >>Żleb Kulczyńskiego<<, którym znacznie się obniżamy. Żlebem tym wchodziłam parę lat temu i było to przeżycie traumatyczne. O ile na łańcuchach (są w dolnej części, idąc Orlą aż tam się nie obniżamy) było w miarę ok, to górna część – ta właśnie, którą musimy teraz pokonać – w mżawce, w jakiej wtedy wchodziłam, dobrze dała mi popalić. Stromizna jest duża, skały generalnie dobrze wyrzeźbione ale przy śliskim istotnie mogą być niemiłe. Tym razem skała była sucha, więc Kulczyn większych problemów nie sprawił, ale nie przepadam za tym miejscem.

Za Kulczynem zaczynamy się wznosić i tu czeka nas jedno z najefektowniejszych miejsc trasy: >>Komin przy Czarnym Mniszku<<. W pierwszej chwili (perspektywa, perspektywa) wygląda strasznie. Dopiero kiedy zaczniemy się wspinać, okazuje się, że trudność jest żadna. Mnóstwo stopni, chwytów, klamry i łańcuchy. Idzie się jak po drabinie albo łatwiej.
Pokonywanie komina:
>>1<<
>>2<<
>>3<<
>>4<<
>>5<<
>>Komin od góry<<
Za kominem aż do Granatów jest ścieżkowo i bardzo łatwo. Granaty są ambitniejsze, acz również nie nastręczają większych trudności. Jest tam >>trochę miejsc<<, gdzie trzeba użyć czterech kończyn, i niestety głównie >>schodzenia<<, za którym nie przepadam, ale po bardzo fajnej skale, nawet łańcuchów nie zamontowano. Słynną >>szczelinę<< można obejść dołem.
Zabawa zaczyna się dopiero za Skrajnym Granatem. Acha – mam niestety pewien problem, nazwijmy to topograficzny. Mylą mi się mianowicie te wszystkie przełączki i turnie na tym odcinku. Niby szłam z mapą, ale i tak nie jestem pewna, co jest co. Tak że jakkolwiek postaram się rzetelnie opisać wszystkie trudniejsze miejsca, nie każde umiem przypisać do konkretnej nazwy.
W każdym razie ze Skrajnego Granatu obniżamy się na Granacką Przełęcz. Ten odcinek jest >>ubezpieczony<< i >>dość łatwy<<. Jedyne co może wkurzać to kruszyzna terenu, podobno charakterystyczna dla tej części Orlej.
Za Przełęczą mamy jeszcze trochę >>łańcuchów<< – >>bez ekstremów<< – i >>drabinkę<<. Jak na razie, pomijając kruchość terenu, dla mnie osobiście będącą dużą niedogodnością, >>szlak<< nie jest szczególnie problematyczny. >>Drabinka<< nie przypomina tej na Kozią Przełęcz, przede wszystkim nie jest tak eksponowana.
Po kolejnym >>ubezpieczonym<< odcinku przychodzi kolej na fragment, który jako jedyny sprawił mi prawdziwą trudność, mianowicie >>kominek<< przy Orlej Baszcie. Zeszłam do połowy (dwie bardzo przydatne w tym miejscu klamry) i zupełnie nie wiedziałam co dalej zrobić. >>Kominek<< jest ukształtowany w taki sposób że stopni – przynajmniej schodząc – szuka się na macanego, ale się ich nie widzi. Trzeba znaleźć dobre chwyty albo trzymać się łańcucha i szukać po omacku. Miałam z tym problem i koniec końców Mariusz musiał ustawić mi nogi. Podejrzewam, że to miejsce pokonywane w drugą stronę jest o wiele łatwiejsze. Mój kłopot też był chyba raczej psychiczny (trzeba zaufać niewidzialnym stopniom). W każdym razie było to jedyne miejsce trasy gdzie potrzebowałam konkretnej pomocy. Na >>zdjęciu<< pani w białych spodniach zmaga się z tym odcinkiem.
Kolejnym spektakularnym miejscem jest >>trawers Buczynowych<<. I znów jest tak, jak z kominem w Czarnych Ścianach: wygląda groźnie, a jest banalny. Niemal >>pionowe urwisko<<, po którym będziemy się wspinać by po raz kolejny zmienić stronę grani, robi duże wrażenie. Jedyny problem z tym odcinkiem >>nie jest jednak bynajmniej techniczny<<: tu, jakkolwiek jest łatwo, nie można pozwolić sobie na błąd, potknięcie itp., można bowiem pięknie polecieć.
Przewijamy się po raz kolejny na stronę południową, gdzie czekają nas dalsze atrakcje. To jest właśnie ta część trasy, z którą mam największy problem nazewniczy. Miejsca, które utkwiły mi w pamięci na tym odcinku to:
– koszmarnie kruche >>zejście<< na którąś z przełączek, ścieżkowe ale strome i całe we wrednym piargu;
>>kominek<< gdzie – >>o, tu jeszcze jedna fotka<< musiałam się chwilę zastanowić, co dalej, przy czym nie umywał się do tego przy Orlej Baszcie;
– końcowe bardzo długie >>podejście z łańcuchami<<, już ostatnimi na szlaku, bez trudności tylko znów ta cholerna >>kruszyzna<<;
– krótki >>odcinek<< bezpośrednio po grani, już blisko Krzyżnego. Na samo Krzyżne wyprowadza zwykła >>ścieżka<<.
Reasumując, dałam radę. Szlak jest trudny, ale nie mam poczucia że jakieś miejsce pokonałam dzięki szczęściu. Wszystkie trudniejsze miejsca da radę przejść, co najwyżej trzeba chwilę pomyśleć. Prawdziwy kłopot sprawił mi jedynie kominek pod Orlą Basztą – następnym razem postaram się go ogarnąć bez pomocy.
Trasę oceniam na ***** z plusem, czyli najwyżej jak dotąd. Trudności nie są ekstremalne, ale ich nagromadzenie sprawia, że droga jest żmudna, a ja np. mam tak, że kiedy jestem bardzo zmęczona, tracę pewność ruchów.
Pomiędzy odcinkami ubezpieczonymi jest dużo ścieżkowego podchodzenia do góry, co też męczy ( inna rzecz, że ja dodatkowo szłam na sporym kacu po wesołej nocy w schronisku i pod koniec już naprawdę podpierałam się nosem). No i jak wspomniałam jest bardzo krucho, co znacznie zwiększa prawdopodobieństwo utraty równowagi.
Za rok bardzo chętnie zapoznam się z odcinkiem Zawrat – Kozi Wierch. Trochę mi się ta Orla odmitologizowała – jest to niewątpliwie szlak wymagający, ale jednak do przejścia, a przy tym bardzo widokowy, zwłaszcza na stronę Pięciu Stawów. Rękawiczki i dobre buty bardzo pożądane.

[Edytowane we wrześniu 2009] Tu wrażenia z pozostałej części: >>LINK<<

Przełęcz pod Chłopkiem

Szlak na Przełęcz pod Chłopkiem marzył mi się już od dawna. Jest on pewnego rodzaju fenomenem – biegnie tuż obok ekstremalnie zatłoczonej trasy na Rysy, jest od niej nie mniej malowniczy (choć w inny sposób), krótszy, mniej mozolny i jakkolwiek jego trudności uważam za większe, są skumulowane na o wiele mniejszym odcinku. I pomimo wszystkich tych walorów jest on stosunkowo rzadko uczęszczany, co również stanowi walor, chyba największy. Tzn. odludny to za dużo powiedziane, ale gdzie mu tam już nawet nie do Rysów (wiadomo, najwyższy szczyt kraju) ale choćby do Zawratu czy Świnicy. W pogodne dni nad Czarnym Stawem koczują setki ludzi – a już parędziesiąt metrów wyżej, na zielono znakowanej drodze na Chłopka, jest inny świat.

Podejście pierwsze zrobiliśmy w dzień po Rysach. Pogoda była dziwna, jeszcze przed Czarnym Stawem zlał nas deszcz i miałam raczej niedobre przeczucia, wiedząc mniej więcej jaki jest przebieg tej trasy. Ruszyliśmy jednak do góry mając nadzieję, że jeszcze się wypogodzi. Szlak biegnie z początku chodnikiem, wkrótce (wysokość zyskujemy w niesamowitym tempie) osiągamy (znów Pan Nyka wspomaga nomenklaturą) rówienkę, na której znajduje się skalna koleba – idealne miejsce żeby coś skonsumować. W tej okolicy, a był to dopiero początek, zaczęło stawać się oczywiste że pogoda się NIE polepszy:

Ale nicto, szliśmy dalej. Powyżej rówienki wchodzi się do Mięguszowieckiego Kotła aka Bańdziocha – dalej jest jeszcze kawałek chodnikiem, m.in po wielkim złomisku, potem po skałkach przekraczamy potok. To jest partia ścieżkowa szlaku, teraz zacznie się samo gęste. Jakieś dziesięć minut drogi od potoku zaczynamy wspinaczkę na Kazalnicę, po stromych, ale znakomicie wyrzeźbionych skałach. Coś takiego jak szlak na Rysy, ale pozbawiony sztucznych ułatwień – i słusznie, są zbędne.

Zaczęło grzmieć i chmury zgęstniały do zupełnego mleka. Nigdy o tym nie wspominałam, ale nienawidzę iść w chmurze. Nie wiem, czy to jest jakaś dziwna odmiana lęku przestrzeni, w każdym razie odczuwam bardzo trudny do opanowania strach przed tą białą pustką. Nie przeraża mnie ekspozycja (tzn. boję się, ale na ogół umiem sobie z tym poradzić), nie przeraża wysokość, a w chmurze mam ochotę kucnąć, zakryć rękami oczy i poczekać, aż białe sobie pójdzie. I jeżeli potrafię tak mieć na bezpiecznym szlaku przez Kopę Kondracką, to wyobraźcie sobie, co przeżywam, kiedy wiem że czekają mnie dodatkowo trudności obiektywne. W dodatku takie, których jeszcze nie pokonywałam i nie mam skąd wiedzieć czy mnie nie przerosną.

Kiedy wspinałam się na Kazalnicę wszystko we mnie krzyczało, żeby zawrócić. Mariusz zaproponował, żebyśmy przynajmniej doszli do trudności i zobaczyli, jak to wygląda. Na to się zgodziłam, acz zastrzegłam sobie, że jeśli będą hardkory to nie idę dalej – te grzmoty, chmura i MGłA (MGŁAAA!!!!) to było dla mnie za dużo, a na dodatek dołączył się deszcz i zrobiło się ślisko. Jak to później Mariusz trafnie podsumował, stopniowo rozedrgałam się jak kamerton.

Wreszcie osiągnęliśmy trudności, tj. jedyny ubezpieczony odcinek trasy. Zaczyna się łatwym, ale bardzo eksponowanym trawersem. Tam znajduje się pierwsza klamra, której na zdjęciu poniżej się trzymam.

Tam polecieć można, i to z hukiem, jeśli człowiek się pośliźnie. Właśnie po to jest ta klamra, bez niej nie bardzo byłoby czego się złapać.
Zaraz za trawersem mamy ubezpieczony kolejną klamrą odcinek:

Wygląda banalnie i istotnie byłby banalny gdyby nie to, że po lewej stronie znajduje się niewidoczna na zdjęciu przepaść (dalej będzie fotka, która pokaże to lepiej, póki co musicie mi uwierzyć na słowo). Można się spierdzielić i to lotem swobodnym.
Doszłam do wysokości klamry (skały były śliskie tak jak się tego obawiałam, a deszcz narastał) i… puściły mi nerwy. Oświadczyłam, że dalej nie idę, bo wejść wejdę, ale boję się schodzić w tych warunkach, boję się że zlecę. Mariusz próbował mnie przekonać, ale zaparłam się jak osioł. Dobre porównanie z tym kamertonem – niby stojąc przy tej klamrze stwierdziłam w miarę trzeźwo (pamiętam to), że dałabym radę spokojnie wejść, a pewnie i zejść, ale byłam już tak skotłowana, że perspektywa pokonania tego odcinka od góry w ślizgawicy była dla mnie takim obciążeniem psychicznym (a przypominam, nie wiedziałam, co jest wyżej), że poddałam się na całej linii.
Mariusz w ramach eksperymentu wszedł wyżej, doszedł prawie do wierzchołka Kazalnicy, potem bezpiecznie zszedł. Ja tymczasem złaziłam na dół, wymyślając sobie od najgorszych. Speniałam się na szlaku, który bynajmniej nie uchodzi za ekstremalny, ja, która chcę jeszcze na tym samym wyjeździe iść na Orlą (z czym do ludzi, dziewczyno?) tylko z powodu mgły i deszczu, które w górach są normą i dla wytrawnego turysty powinny w najgorszym wypadku stanowić dyskomfort widokowy.
Paradoksalnie morale trochę mi się poprawiło kiedy już poniżej Kazalnicy wywinęłam kozła, i to konkretnego, z obrotem, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że w tych warunkach pogodowych lepiej było się na Chłopka nie pchać. Ale po chwili znowu miałam ochotę siąść i ryczeć.
Jednego byłam pewna: dopóki nie przejdę tego szlaku, nie odzyskam szacunku do siebie. Musiałam się przekonać, czy prawdą jest to, na co miałam nadzieję: że spędziły mnie z niego faktycznie moje głupie lęki, a nie że jest dla mnie za trudny.
Na Chłopka po raz drugi wybraliśmy się w dzień po Rohaczach, na których bardzo mi sie podobało i gdzie trochę odbudowałam wiarę w siebie. Pogoda była jak drut. Wiedziałam, że lepszych warunków nie będę miała, więc tym razem żadne strachy nie wchodziły w grę.
Poniżej Niżne Rysy i Rysy z perspektywy wspomnianej koleby:

Wspinaczka na Kazalnicę nawet po mokrej skale nie była trudna, przy suchej zaś okazała się prawdziwą przyjemnością:

Kiedy dotarłam do miejsca swojej hańby, prezentowało się o wiele przyjaźniej, jakkolwiek przepaść nie była ukryta za mgłą. Na zdjęciu poniżej ten spad widać. Zielona roślinność ścieżki to ostatnie miejsce, gdzie można bezpiecznie postawić nogę. Po lewej jest ściana. Dlatego to miejsce jest dużo trudniejsze w zejściu, bo wtedy widać głębię pod nogami. Ludzie, których obserwowałam, radzili sobie na dwa sposoby: ci, na których przepaść nie robiła wrażenia, schodzili sobie na relaksie łatwiejszym wariantem od lewej. Ci, którzy tak jak ja czuli się tą opcją zdeprymowani, trawersowali do prawej i tam próbowali sobie radzić na różne sposoby. Ja przy schodzeniu wzięłam przykład z Mariusza: kominek po prawej – szpagat w pionie, tj. nogi oparte na ścianach kominka – krok w dół. W sumie nic trudnego, trzeba jedynie uważać.



Wejście okazało się banalne:

Zaraz powyżej tego miejsca znajduje się druga i ostatnia trudność. Jest to ścianka o bardzo niefajnie ukształtowanych stopniach: są pochylone w stronę wchodzącego, przez co nie stanowią dobrego oparcia dla nóg. Wyżej znajdują się dwie klamry więc jest łatwiej, ale przydałaby się jeszcze z jedna na dole. Dodatkowo to północna zacieniona ściana więc gdzieniegdzie jest, niezależnie od pogody, mokro i ślisko. Co ciekawe, ten fragment był dla mnie dużo łatwiejszy i przyjemniejszy w zejściu.

Po pokonaniu ścianki jeszcze mały kominek i do grani Kazalnicy już tylko kawałek:

Widokowo Kazalnica jest boska. A nam jeszcze trafiła się taka pogoda, że tylko siąść i płakać (ze szczęścia)…

Rysy i Wysoka

Rysy nareszcie prezentują się prawdziwie królewsko, nieprzytłoczone swoim niższym sąsiadem. Po drugiej stronie kopuły Mięguszy wydają się być na wyciągnięcie ręki. Tłumy nad oboma stawami wywołują pełen satysfakcji uśmiech – a kiśta się tam jak sardynki w puszce. Moc jest tu.

Krótki odcinek granią Kazalnicy, i wbijamy się na galeryjkę.

Słynna galeryjka jest stanowczo zdemonizowana. Zwykła ścieżka, nie bardziej eksponowana niż dróżkowe partie Orlej Perci. Przy oblodzeniu na pewno może być niebezpieczna, ale to można powiedzieć o większości tatrzańskich szlaków. Generalnie nie wiem o co ten zgiełk.
Aha – ta część trasy jest doskonale widoczna znad Moka, widać dwie poziome linie przecinające na ukos urwisko Mięgusza Czarnego. Galeryjka to ta niżej położona.

Wreszcie osiągamy Przełęcz pod Chłopkiem. Głębia Doliny Rybiego Potoku robi wielkie wrażenie. Mięgusze wydają się być do zrobienia w 10 minut (na Czarny podobno faktycznie jest łatwo, zresztą mamy tę część przewodnika Paryskiego i ogarnęliśmy, jak ta trasa idzie, ale włazić tym razem nie było czasu), widoki na stronę słowacką są piękne i dzikie:

Powrót tą samą drogą. Poniżej jedyne miejsce, gdzie galeryjka jest taka, jak to sobie wyobrażałam:

Kazalnica

Teraz mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony szlak na Chłopka mnie nie przerósł, nie jestem aż tak beznadziejna. Z drugiej, coś z tymi swoimi lękami muszę zrobić. Nie mogę za każdym razem, kiedy ogarnia mnie chmura, odwalać takiego cyrku.
Chyba czeka mnie jeszcze długa praca nad własną psychiką.
Szlak oceniam na *** z plusem. Trudniej niż na Rysy i więcej ekspozycji. I jednak po namyśle zgadzam się, że włażenie tam w deszczu nie byłoby rozsądne – wstydzę się swojej gwałtownej reakcji, ale jakkolwiek przesadna, zaowocowała mądrą decyzją.

Fotki z pierwszego podejścia: >>LINK<<
I z drugiego: >>LINK<<

Rohacze

Myli się ten, kto sądzi, że na hardkory można liczyć tylko w Tatrach Wysokich. Zachodnie też mają trochę do zaoferowania, z tym że wyłącznie po słowackiej stronie granicy. Najciekawszym szlakiem jest graniówka ciągnąca się od Rohaczy przez Trzy Kopy, Hrubą Kopę, Banówkę, Pacholę i Salatyn po Brestową – podobna charakterem do Orej Perci a dłuższa, na wielu odcinkach eksponowana i z zamontowanymi sztucznymi ułatwieniami. W tym roku testowaliśmy odcinek przez Rohacze i wrażenia jak najbardziej pozytywne. Szlak na pewno dokończymy za rok.

Wchodziliśmy od polskiej strony i była to opcja trochę desperacka. Napierw 8km Chochołowskiej (byliśmy tam o piątej rano), potem za schroniskiem zielonym szlakiem przez Chochołowską Wyżnią na przełęcz pomiędzy Wołowcem a Rakoniem, wreszcie przez Wołowiec na Jamnicką Przełęcz oddzielającą go od Rohacza Ostrego i dopiero trasa właściwa. A po przejściu rohackiej grani trzeba jeszcze wrócić (przełęcz Zabrat – Rakoń – wspomniany szlak zielony). Tak że naszego wariantu raczej nie polecam, lepiej iść na ten szlak od strony słowackiej (z Zuberca albo lepiej Chaty na Zwierówce, ale mówię na podstawie map, nie własnego doświadczenia), albo przynajmniej raz nocować w Schronisku Chochołowskim, bo Chochołowska dwa razy w ciągu jednego dnia to jest trochę dużo, zwłaszcza że w godzinach kiedy mamy nią wędrować rowery nie są dostępne – już albo jeszcze.

Drobna rada – jeśli byliście już na Wołowcu darujcie sobie wbijanie się na wierzchołek, a skorzystajcie z wydeptanego trawersu, który pozwala zaoszczędzić trochę czasu i energii. Niewiele, ale zawsze coś, zwłaszcza że ten szlak jest tak długi.

Rohacze po raz pierwszy odsłaniają się z przełęczy pomiędzy Woło a Rakoniem:

Rohacz Ostry (2084m n.p.m.) i Rohacz Płaczliwy (2126m n.p.m.)

W centrum Trzy Kopy z Hrubą Kopą



Smutna Przełęcz, z której opada szlak zejściowy do Doliny Smutnej



Jamnicka Przełęcz i Rohacz Ostry z końcowych partii ścieżki z Wołowca

Wspinanie zaczynamy od Jamnickiej Przełęczy. Z początku szlak jest dość niewinny, ale szybko stromieje, a teren staje się skalisty. Już niedaleko od pierwszego wierzchołka zaczynają się łańcuchy.

Idzie się dość łatwo. Jeden moment zrobił na mnie wrażenie: bardzo eksponowany trawers, który pokonywało się po niewielkiej półeczce. Nie było to trudne, ale wiadomo – pierwsze eksponowane miejsce na szlaku (zawsze tak mam, a potem w miarę pokonywania kolejnych trudności mi się to wytraca). No i tam chętnie skorzystałam z łańcucha. Nawiasem łańcuchy – inne niż polskie, dłuższe i cieńsze – momentami rozpięte są trochę bezmyślnie, na szczęście bez nich da się spokojnie wejść (z wyjątkiem tego jednego trawersu, ale to IMHO).
No i wreszcie – słynny rohacki koń. Stroma i eksponowana skalna płyta i odcinek grani tak ostry, że można się jej trzymać, co zresztą jest bardzo rozsądną opcją, bo ja przynajmniej nie mam koncepcji, co tam mogłabym zrobić z łańcuchami (a są). Idzie się po wyrzeźbionych w skale stopniach, trzymając się skały – jak mawia mój kumpel, pyk, cyk i fik, i jesteś w bezpiecznym miejscu. To tylko parę kroków i to nietrudnych, ale rozumiem czemu rohacki koń jest tak znany. Na mnie też zrobił wrażenie, przy czym efektowność nijak ma się tu do trudności technicznej, przynajmniej przy suchym.

Powyżej nie widać przepaści, więc można skupić się na faktycznej trudności odcinka – z takiej perspektywy strasznie to nie wygląda.
Poniżej już bardziej wiadomo, na czym polega cały wic:

A to kawałek dalej. Zdjęcie, zwłaszcza amatorskie, nigdy do końca nie odda ekspozycji, ale myślę że da się zauważyć, iż jest gdzie polecieć.

Za koniem szlak obniża się do Rohackiej Szczerbiny…

… a potem musimy pokonać ubezpieczony kominek, który wyprowadzi nas na drugi z wierzchołków Rohacza Ostrego. Bez hardkorów.



Widoki ze szczytu sobie daruję, z Płaczliwego są lepsze, bo jest wyższy, a ponadto najpiękniej w panoramie prezentuje się właśnie Ostry.
Schodząc w kierunku Rohackiej Przełęczy, jeszcze w rejonie wierzchołka, pokonujemy kolejny komin, bliźniaczo podobny do poprzedniego. Mnie wydał się trudniejszy (nie lubię schodzenia), ale zeszłam podobno bardzo sprawnie, stopni jest tam akurat tyle, ile potrzeba.

Powyżej komin od góry, poniżej od dołu. Jak zwykle od góry wygląda dużo słabiej.



Ten kominek to ostatni odcinek szlaku wymagający zamontowania łańcuchów. Na Rohacz Płaczliwy wbijamy się na lewo od grani, to po skałach to ścieżką. Za plecami mamy coraz bardziej wariacki w kształtach Rohacz Ostry. Na wierzchołku warto zatrzymać się na dłużej, bo jest wybitnie widokowy:

Kontynuacja graniówki przez Trzy Kopy, po prawej Smutna Przełęcz i zygzaki szlaku zejściowego

Wołowiec i Rohacz Ostry

Rohacz Ostry, w tle Kominiarski, Ciemniak i czubek Giewontu

Szlak ze Smutnej Przełęczy

Z Płaczliwego mamy jeszcze do przejścia spory kawałek skalistą granią. Można iść tak jak prowadzi szlak, jej ostrzem (nie jest trudno, za to ciekawiej) albo ścieżką po lewej stronie. Znaki są moim zdaniem za rzadko rozmieszczone, ten odcinek może być mylny we mgle.

Już niedaleko Smutnej Przełęczy napotykamy coś, co nazwałam Cmentarzyskiem Świstaków. Masa kopczyków, i to nie jakichś tam prymitywnych, tylko prawdziwie koronkowych konstrukcji. Co do niektórych aż ciężko uwierzyć, że to się nie przewraca:



Ze Smutnej Przełęczy można kontynuować marsz granią, albo zejść do Doliny Smutnej. Fakt, że za wesoło to ona się nie prezentuje, cała pokryta zielonkawymi piargami, o tym samym charakterystycznym odcieniu co podejście na Jarząbczy.

Rohacze z okolic Smutnej Przełęczy

Od Bufetu Rohackiego, gdzie Dolina Smutna przechodzi w Dolinę Rohacką (mają taniego Złotego Bażanta z kija) wbijaliśmy się krótkim i bardzo malowniczym szlakiem na przełęcz Zabrat, z której pół godziny wchodzi się na Rakonia.
Z tego szlaku Rohacze znów zaczynają się przezentować należycie efektownie, bo patrząc ze Smutnej Doliny, czyli od ich bezpośrednich podnóży, trudno uwierzyć że to te same dumne piramidy:

Rohacz Ostry (!)

Z Rakonia to już wiadomo: przełęcz, Chochołowska Wyżnia, schronisko.

Szlak jest po prostu cudowny. Widoki w Tatrach Zachodnich mają monumentalny charakter, doliny są tu głębsze, odległości większe, więcej przestrzeni i powietrza, a przy tym krajobraz nie jest tak drapieżny jak w Tatrach Wysokich, bardziej sielsko-pocztówkowy. Trudności oceniam na ****/*****. Teraz, kiedy siedzę przed kompem wydaje mi się, że to wszystko było proste ale taką ocenę sformułowałam na gorąco tuż po pokonaniu szlaku, więc niech będzie. Trasa zdecydowanie nie dla nieprzepadających za ekspozycją. Ludzi sporo, głównie Słowaków, momentami trzeba było poczekać na swoją kolej. Zadziwiły nas dwa kajtki tak na oko z siedem – osiem lat, wędrujące żwawo bez plecaków, i najwyraźniej same (!!!). Gdyby ich rodzice wiedzieli, że pociechy sobie na luzaku kicają po Rohaczach…
Przefajnie było. Już się nie mogę doczekać kontynuacji.

Zdjęcia tu: >>LINK<<

Rysy


Chociaż po Tatrach chodzę już ładnych parę lat, na najwyższym szczycie Polski stanęłam dopiero w tym roku. W dodatku drugiego dnia po przyjeździe, bez żadnej aklimatyzacji – pewnie dlatego wlokłam się z wywalonym jęzorem. Acz były z tego i profity: nierokujące nadziei chmury ustąpiły ze szczytu tuż przedtem, nim tam dopełzłam. Ci, którzy startowali równo ze mną, nie mieli szansy na widoki.

W relacji skupię się na samym gęstym. Notki tatrzańskie, zwłaszcza z trudniejszych szlaków, mogą potencjalnie interesować dwa typy czytelników: takich, którzy szukają info o trudnościach (że jest ich wielu, wskazuje mnogość zapytań typu „szpiglasowa łańcuchy” w moich statystykach) oraz tych, co byli i chcą skonfrontować z kimś wrażenia. Tak że tym razem bez widoczków, miłośnicy mogą znaleźć setki lepszych stron.

Przebieg szlaku można prześledzić znad Czarnego Stawu pod Rysami:

Na żółto zaznaczyłam partie chodnikowe, na czerwono teren pokryty sztucznymi ułatwieniami.

Odcinek „żółty” jest dość żmudny, zwłaszcza w końcowej partii. Jest stromo i widoki tylko z tyłu – na Czarny Staw z przerażającą ścianą Kazalnicy, Morskie Oko i mur Miedzianego, zza którego stopniowo zaczną się wyłaniać wzniesienia Orlej Perci. Nas otacza z obu stron przepiękna Żabia Grań, której zarysy wyostrzają się w miarę jak brniemy do góry – najbardziej zaskakujący jest Żabi Koń (na zdjęciu – po prawej od najniższej przełączki), który z raczej obłej w kształtach turni zmienia się w niemal igłę.

Połowa szlaku wypada mniej więcej na Buli pod Rysami. Od Buli zaczyna się coś, co pan Nyka nazywa skalną grzędą, a ja określiłabym na chłopski rozum jako umiarkowanie strome, w całości skaliste zbocze. Tu zaczynają się łańcuchy.



Łańcuchów jest dużo. Bardzo dużo. Ktoś zaszalał. Nie zgrywam dzika, widać zresztą, że na wielu zdjęciach się ich trzymam. Ano, nie zawsze mam siłę i ochotę żeby kombinować, kiedy tak prosto jest schwycić łańcuch. Ale ponad połowę trasy przeszłam nie korzystając z nich, bo zwyczajnie było mi łatwiej wybrać inną opcję; Mariusz nie dotknął żelastwa ani razu i to w obie strony.

Stromizna raz jest słabsza, raz wzrasta, jednakowoż pionów tam raczej nie ma. Droga grzędą nie jest w ogóle eksponowana. Sturlać się na pewno można, ale polecieć już nie. Idziemy schowani pomiędzy zasłaniającymi widoki graniami, przepaści w polu widzenia brak – ten szlak raczej nie czesze psychiki.

Pod względem trudności odcinek grzędą porównałabym do Szpiglasowej, może w jednym czy dwóch miejscach do Świnicy (ale na Świnicy jednak ekspozycja jest). Tyle tylko że podejście na Rysy jest cholernie długie, a ilość łańcuchów nieporównywalna.



Zresztą, zdjęcia mówią same za siebie.

Wreszcie – hurra! – wychodzimy na grań. Widok na Słowację wymiata, ale jeszcze lepsza jest świadomość, że już praktycznie weszliśmy. Odcinek granią to dosłownie parę kroków. Jest to jedyne na całym szlaku eksponowane miejsce, co nie znaczy że trudne, zresztą jest łańcuch.

Powyżej pan w czerwonym kapturku przymierza się do trawersowania na lewą stronę grani…

… a sam trawers powyżej, i to jest właśnie to jedyne eksponowane miejsce. Skały po lewej to już wierzchołek.

Poniżej z kolei wyraźnie widać, że hardkorów na tym szlaku nie ma:

Z zatłoczonego wierzchołka polskiego przeszliśmy na o 4m wyższy słowacki. Widać stamtąd dobrze podejście od drugiej strony – zwykła ścieżka, przynajmniej w rejonie ogarnialnym wzrokiem.

Na polskim wierzchołku znajduje się tablica informująca że znajduje się tu przejście graniczne. Rozczula informacja, że przejście jest dozwolone również rowerzystom. Ja się nie skuszę, chociaż zjazd z Rysów byłby na pewno interesującym doznaniem.

W zejściu stopień trudności jest porównywalny.

Szlakowi daję ***, jeśli chodzi o trudność może wejść prawie każdy (co nie znaczy że ostrożność nie jest wskazana! To mimo wszystko nie jest Droga pod Reglami), natomiast słabszym przewyższenie może nieźle dać w kość (lepiej zanocować w schronisku, wyjść o szóstej i potem mieć luz z czasem. Tak też my zrobiliśmy). Trochę powietrza pod nogami tylko na króciutkim odcinku. Piękne widoki ze szczytu, w sumie wrzuciłabym fotkę czy dwie ale wyszły słabo ze względu na pogodę. Zresztą panoramę z Rysów można bez problemu wygooglać.

I jeszcze jedno – nie zapomnijcie rękawiczek, gdzie jak gdzie ale tu się przydadzą.

Komplet zdjęć tu: >>LINK<<

Zawrat i Świnica

Po wycieczkach pod hasłem "Zapoznajemy się z topografią Tatr" w Tatry Zachodnie i Wysokie, przyszła kolej na coś trudniejszego. I tu idealny wydał mi się Zawrat ze Świnicą, które testowałam już kilkakrotnie i wiedziałam, że nie będę tam mieć problemów – kwestia ambicjonalna, nie odważyłabym się pełnić roli przewodnika na szlaku, co do którego nie jestem pewna, czy sobie poradzę. Teraz, kiedy już M. złapał bakcyla, możemy razem porywać się na największe hardkory, ponieważ startujemy z tej samej pozycji. Ale na tym pierwszym wyjeździe imponowanie pewnością siebie i znajomością terenu było dla mnie bardzo istotne;)

Na Zawrat można wejść na dwa sposoby: długim ale łatwym, "chodnikowym" szlakiem od Pięciu Stawów bądź znacznie krótszym, ze sztucznymi ułatwieniami, stromym podejściem z Doliny Gąsienicowej.

Do Gąsienicowej można dostać się na kilka sposobów, z których każdy jest żmudny. Stosunkowo najmniej męczący, choć nieprzyjemny (wystające kamienie), nudny (9 km lasami) i długi (jw.) jest szlak przez Dolinę Suchej Wody, zaczynający się nieopodal leśniczówki Brzeziny, niedaleko wjazdu z drogi Oswalda Balzera na Murzasichle. Dla nas miał on jednakowoż pewien walor: nie trzeba było jechać do Zakopanego i stamtąd podchodzić przez regle, wystarczyło złapać stopa na Balcerku – prędzej czy później zawsze ktoś sympatyczny się zatrzyma.

Dolina Suchej Wody (znaki czarne) wyprowadza, po dwóch dłużących się w nieskończoność godzinach, do Doliny Gąsienicowej. Kolejne słynne miejsce, kolejne panoramy, ściany Orlej Grani naokoło, widzieliśmy akcję śmigłowca itp. – ja jednakowoż postanowiłam skupić się na samym gęstym, czyli na podejściu pod Zawrat i, w dalszej kolejności, na Świnicę.

Przez dolinę prowadzi wygodny chodnik, którym wspinamy się najpierw na wysokość Czarnego Stawu Gąsienicowego, a następnie Zmarzłego Stawu, od którego zaczyna się już bezpośrednie podchodzenie na przełęcz. Od schroniska Murowaniec (polecam żurek, odradzam pierogi – porcja jak dla dziecka) cały czas idziemy szlakiem niebieskim, na którym panuje ruch jak na nie przymierzając szosie na Morskie. Staje się jasne, dlaczego to właśnie Zawrat ma swoim koncie rekordową w rejonie Orlej ilość ofiar śmiertelnych, to jest 17 (wg przewodnika Orla Perć Dariusza Dyląga, wydanego w 2006), pomimo iż pobliskie szlaki przez Kozią Przełęcz czy Żleb Kulczyńskiego są bardziej karkołomne. Zawrat jest znany i popularny, toteż generuje naprawdę potężny ruch, a skutki są łatwe do przewidzenia.

Tak przedstawia się przełęcz ze ścieżki trochę powyżej Zmarzłego Stawu. Szlak jest zarysowany w kształcie odwróconego S. Stosunkowo łatwo wypatrzeć ludzi:

Zanim wejdziemy w teren skalny, wędrujemy typowym tatrzańskim chodnikiem. Odcinek w skałach jest stosunkowo krótki, odcinek z ułatwieniami jeszcze krótszy. "Samo gęste" to zaledwie kilkadziesiąt metrów.

Szlak wreszcie wchodzi w skały, ale na ułatwienia jeszcze za wcześnie, póki co idzie się jak po schodach:

Wreszcie zaczynamy wspinaczkę. Dzięki łańcuchom i klamrom jest stosunkowo prosta – owszem, trzeba się tu i ówdzie podciągnąć czy chwilę zastanowić, gdzie postawić nogę, ale nie jest to przejście na którym można by utknąć na skutek samych trudności technicznych, jeśli ktoś poza tym się nie boi i jest przeciętnie sprawny fizycznie. Pech może się oczywiście przytrafić zawsze i każdemu, i nie chcę powiedzieć, że Zawrat jest banalny. Ale hardkorowy też nie.

Ekspozycja momentami jest spora, ale łańcuch w dłoniach dodaje pewności siebie. Prawdziwym problemem mogą się okazać ludzie. Jedni napierają z tyłu, inni złażą, trzeba robić nie zawsze bezpieczne mijanki. Co prawda zwykle wszyscy są uprzejmi i nie popędzają się wzajemnie, ale jest jednak presja, żeby nie odpoczywać za długo w jednym miejscu.

To już odcinek końcowy, niewielki a fotogeniczny kominek, po pokonaniu którego kończą się ułatwienia i ostatni fragment ścieżki wyprowadza na przełęcz:

Ostatnie kroki w kominku:

Przełęcz wznosi się na wysokości 2159m n.p.m. Widok oczywiście jest piękny, ale nie umywa się do panoramy z Krzyżnego. Sława Zawratu ma najwyraźniej związek z trudnościami wejścia. Na zdjęciu poniżej widać między innymi Szpiglasowy Wierch i Przełęcz, tę ostatnią centralnie pod płatem śniegu pod Cubryną:

Od Zawratu nominalnie zaczyna się Orla Perć. Tu widok na jej początkowe partie, jeszcze przed trudnościami:

Czerwony szlak na Świnicę początkowo zbiega w dół żwirową ścieżką. Będziemy iść wzdłuż jej potężnego ramienia, stopniowo się wznosząc. Aż do wierzchołka idziemy trawersem, dlatego przez cały czas (lekko upraszczając) po prawej ręce będzie ściana, po lewej przepaść, co niekoniecznie jest widoczne na wszystkich zdjęciach. Ekspozycja jest tam jednak naprawdę spora, przy czym szlak nie jest trudny technicznie, na pewno łatwiejszy od Zawratu. Część łańcuchów w dobrych warunkach pogodowych ma znaczenie czysto psychologiczne.

Najbardziej eksponowany odcinek, bezpośrednio nad przepaścią. Bez trudności, ale nie daj Bóg się tu potknąć czy pośliznąć:

Jedyne trudniejsze miejsce, 20-metrowa ścianka z drabinką z klamer w górnej części:

W momentach trudniejszych, kiedy już zaczynamy się bać, należy się zastanowić: co czułbym, gdyby ten fragment ścieżki znajdował się kilka metrów nad ziemią? Czy też uznałbym go za tak ciężki? Czy tym, co mnie przeraża, jest skała przede mną czy 300 metrów za moimi plecami? W większości przypadków po prostu paraliżuje nas ekspozycja, a po uczciwym zastanowieniu faktyczne trudności techniczne okazują się znacznie mniejsze, niż się wydawało. Grunt to zapomnieć o tych kilkuset metrach w dole. Szlak na Świnicę należy do tych, co do których odpowiedź na to wewnętrzne pytanie brzmi: można wejść z palcem w…

Na znacznej części trasy ułatwień nie potrzeba, idziemy zwykłą ścieżką, tyle że wąską i eksponowaną:

Pierwszy widok na wierzchołek Świnicy:

A to już fragment panoramy ze szczytu, położonego 2301m n.p.m. Szczyt jest średnio obszerny, ale kilkanaścioro ludzi spokojnie się zmieści. Słyszałam o osobach, które (z łatwym do przewidzenia rezultatem) próbowały stamtąd schodzić do Gąsienicowej, bo podobno wydaje się to proste. No nie wiem, jak dla mnie to tam naokoło jest na masę przepaściście.

Na pierwszym planie Kaspro, dalej Czerwone Wierchy, po prawej Giewont

Widok na Dolinę Gąsienicową z Murowańcem, Zakopane, Podhale i Beskidy

Zejście w kierunku Kasprowego jest proste, łańcuchy tylko na fragmencie. Tym razem nie trawersujemy, a idziemy prosto w dół, więc ten odcinek pokonuje się szybciej niż wejściowy. Schodzimy na Świnicką Przełęcz, skąd można bądź bezpośrednio zejść do Doliny Gąsienicowej, bądź udać się granią na Kaspro czy nawet dalej, na Czerwone Wierchy. Na całej długości drogi kilka szlaków zejściowych.

Trasa dostaje ode mnie mocne ***, Zawrat nawet ***/****. Nie polecam jedynie osobom wrażliwym na ekspozycję. Co do sprawności, nadnaturalna nie jest bynajmniej wymagana, co nie znaczy że nie należy być ostrożnym. Jest skąd zlecieć i to w bardzo łatwy sposób. Przy czym w dobrych warunkach pogodowych, bez niepotrzebnego brawurowania, tylko prawdziwy pech może zagrozić naszemu bezpieczeństwu. Polecam tym, którzy boją się uderzać na Orlą i chcieli by wcześniej mieć przedsmak, jak tam jest. Szlak nie jest porażająco trudny, ale w klimat niewątpliwie wprowadza.

Przez Szpiglasową Przełęcz

Po Tatrach Zachodnich przyszła kolej na Wysokie. Nie chciałam na początek wybierać jakichś hardkorów, bardziej zależało mi żeby pokazać M., jak to wszystko w ogóle wygląda. Trasa przez Szpiglasową jest idealna: po drodze podwójna klasyka, czyli doliny Pięciu Stawów i Rybiego Potoku; szlak w górnej części z ułatwieniami, czy niezbędnymi, trudno powiedzieć, ale pozwala zobaczyć, jak to jest na tych straszliwych łańcuchach. Słowem, niebywałe walory edukacyjne:D

Tym razem nie trzeba było brać busa. Bezpośrednio z Małego Cichego pomaszerowaliśmy do celu, pokonując 2km drogi leśnej i kolejne dwa szosy, żeby w ogóle dostać się do parku. Doliną Filipką (mój masta pan Nyka podaje, że poprawna jest właśnie taka forma, a nie doliną Filipka, a ja panu Nyce wierzę we wszystko, z wyjątkiem jego ocen trudności szlaków, bo zdarza mu się IMO przesadzać w obie strony… Ale o tym kiedy indziej, w każdym razie niech będzie, że Filipką), szlakiem niebieskim, pomaszerowaliśmy w kierunku Rusinowej Polany. Szlak jest sympatyczny, nachylenie akurat takie, żeby się bezboleśnie rozchodzić, można sobie przysiąść na licznych ławeczkach ustawionych dla ludności zmierzającej do kościółka na Wiktorówkach. Gdzieniegdzie do drzew poprzybijane krzyże, Matki Boskie; ludzi zawsze się trochę spotka, bardzo często mocno starsze osoby – no nie jest to jednym słowem typowy tatrzański szlak. No więc tą Filipką a później Złotą idzie się jakieś pół godziny, by po drewnianych, strasznie długich stopniach które niby ułatwiają wchodzenie, ale ja ich nienawidzę, wbić się na wysokość kościółka.

Tu o samym kościele, są też zdjęcia. Najciekawsze jest jednak to, co obok: na kamiennym murku kilkanaście tabliczek upamiętniających osoby, które zginęły w górach. Obok Everestów, Eigerów i niewymawialnych skandynawskich lodowców znajome nazwy: Kozia Przełęcz, Kozi Wierch, Lodowy.

Do Rusinowej Polany jest stąd już bardzo blisko, a widok stamtąd tradycyjnie wlecze, wymiata, wbija z głową w murawę oraz uzależnia.

M.in. Gerlach (po lewej), Batyżowiecki, Ganek, Młynarz, Wysoka oraz Rysy (po prawej, w chmurce)

Z Rusinowej, która ze względu na pejzaż jest moim drugim obok Krzyżnego ulubionym miejscem w Tatrach, poszliśmy mało uczęszczanym czarnym, a w dalszej kolejności czerwonym szlakiem. Jak zwykle się tu bałam, ponieważ trasa trawersuje zbocze Wołoszyna, jedno z najbardziej niedźwiedziowatych miejsc w Tatrach (misie mają tu swoje stałe gawry). Droga jest kręta i na wielu odcinkach nie widać, co znajduje się za zakrętem: właśnie w takiej scenerii znajoma znajomej dosłownie wjechała kiedyś niedźwiedziowi w dupsko. Nic jej nie zrobił, bo niedźwiadki bez uprzednich złych doświadczeń z ludźmi nie są agresywne, ale sama myśl, że mogę się w podobnej sytuacji znaleźć, niezależnie od konsekwencji, nie jest mi miła, zwłaszcza jak sobie coś wcześniej nawkręcam.

Od Rusinowej do kolejnego punktu zwrotnego, tj. szosy na Morskie, idzie się (niespiesznie) niecałą godzinę. Szlak biegnie lasem, jest malowniczy i tłumów raczej się na nim nie spotyka. Na fotce poniżej widać, że tegoroczne lato musiało być wyjątkowo suche: potoki, przez które w co bardziej mokrych sezonach przeprawiało się w akrobacjach, w tym roku… zniknęły.

Rozstaj dróg znajduje się za maleńką Polaną pod Wołoszynem, miejscu o tyle interesującym, że tu kończyła się Orla Perć w czasach, kiedy jeszcze prowadziła przez Wołoszyn.

Na "czerwonej" połowie szlaku prześwity pozwalają podziwiać lekko przesuniętą panoramę z Rusinowej (fotka niżej). Idziemy zboczem ponad szosą na Morskie, na tym fragmencie słychać już daleki stukot kopyt i turkot bryczek, co mnie zawsze w moich niedźwiedziowych lękach pocieszało.

Szlak sprowadza prosto na szosę. Z leśnej, jak na ten rejon odludnej ścieżki wychodzimy na Krupówki. Lud miast i wsi maszeruje do najsłynniejszego jeziora Tatr. Lans, słynne japonki i torebeczki przez ramię faktycznie się zdarzają. Nie powinnam być złośliwa, bo to w końcu szosa i można dojść bezpiecznie (choć masochistycznie) nawet w szpilkach. Z drugiej strony TOPR regularnie ściąga ze ścian osoby nieodpowiednio ubrane i obute – i jak patrzę na te panienki z drogi na Moko, ogarnia mnie zgroza na myśl, co by było gdyby przyszła im ochota na pójście gdzieś indziej. Nie chce mi się wierzyć, że mają w bagażu górski obuw.

Odcinek szosą jest na szczęście krótki. Tuż za wodogrzmotami Mickiewicza (efektowne, ale moim zdaniem nieco przereklamowane) odbija zielony szlak przez Dolinę Roztoki. Z początku stromy, szybko łagodnieje i systemem lekka górka – lekki dołek – płasko idziemy lasami, kilkakrotnie przekraczając Potok Roztokę. Widoki zaczynają się dopiero, gdy wychodzimy z lasu i zaczynamy podchodzić pod ścianę stawiarską (próg, którym obrywa się do Roztoki Pięć Stawów). Potężny masyw Wołoszyna i wyraźnie widoczny, dłuuuugiiii i z tej perspektywy szalenie karkołomny (co jest nieprawdą, ale perspektywa zmienia wiele), pełen ludzi szlak na Krzyżne robią wrażenie.

Przy kolejnym rozstaju decyzja: czarnym, krótszym, ale bardziej stromym szlakiem, pełnym zakosów, prosto w górę – wychodzi się przy schronisku – czy zielonym, nieco łagodniejszym ale dłuższym, koło jednej z atrakcji Tatr, Wielkiej Siklawy, spadającej ok. 70m wysokości ze ściany stawiarskiej. Ja polecam czarny, bo zielony wychodzi na Pięciu jakiś kwadrans drogi za schroniskiem, a za dobry dają tam żurek i szarlotkę żeby dać sobie spokój. Po drugie, samą siklawą też się nie zachwycam:

Typ wbił się nam w kadr, ale zostawiłam jego łeb celowo, bo pomaga uzmysłowić sobie skalę. Wodospad faktycznie jest wysoki, ale… no jak zachwyca, jak nie zachwyca. Znaczy oczywiście bardzo ładne miejsce, ale nie wiem czemu uważane jest za jedną z głównych atrakcji Tatr Polskich. Stawy Piątki w pogodny dzień robią dużo większe wrażenie:

Na pierwszym planie Wielki, dalej Przedni Staw. Schronisko jest schowane, widać za to szlak przez Świstówkę Roztocką do Doliny Rybiego Potoku (bardzo po lewej)

W tle Szpiglasowy Wierch i Liptowskie Mury

Dolina Pięciu Stawów to jedno z najbardziej ruchliwych miejsc w Tatrach – odchodzą stąd liczne szlaki w rejon Orlej bądź, z drugiej strony, w kierunku Morskiego Oka. Jednak wysokogórskie położenie doliny sprawia, że atmosfera w moim ulubionym schronisku jest inna niż na Moku czy nawet na Kondratowej: tu już panien w klapkach i młodzieńców, którzy trafili tu tylko po to żeby się uraczyć browarem, raczej nie uświadczysz. Nie chciało by im się podchodzić.

Ze schroniska idziemy za znakami niebieskimi, później wyprowadzającymi na Zawrat – my skręcamy wkrótce na szlak żółty, biegnący już bezpośrednio na Szpiglasową Przełęcz.

Miedziane, Szpiglasowa Przełęcz, Szpiglasowy Wierch, Niżni Kostur

Początkowo podchodzimy klasycznym chodniczkiem. Szlak nie jest szczególnie męczący, idzie trawersami, większa stromizna pojawia się dopiero na końcowym odcinku, tuż przed ułatwieniami, gdzie na domiar złego dochodzi żwirek. Na szczęście męka nie trwa długo, wkrótce wchodzimy w skały.

Samo wejście na przełęcz jest bardzo łatwe. Łańcuchy w kilku miejscach, zwłaszcza na końcowym odcinku, są z pozoru zupełnie zbędne i rozwieszone siłą rozpędu – acz domyślam się, że inaczej to wygląda np. przy oblodzeniu. We fragmencie początkowym faktycznie ułatwiają, ale nie jako coś nieodzownego, raczej jako rozsądny reduktor niepotrzebnego ryzyka – tu z kolei w złych warunkach pogodowych mogłyby się pewnie okazać niezbędne. Jak dotąd przechodziłam przez Szpiglasową dwukrotnie, oba razy przy pięknej pogodzie, i w takich idealnych warunkach wejście nie nastręcza żadnych trudności, a żelastwa wydaje się być za dużo.

Widok ze Szpiglasowej Przełęczy w kierunku Doliny Pięciu Stawów – nad otoczeniem dominuje Świnica. Widać (od prawej do lewej) fragment Wielkiego, Czarny i Zadni Staw, ten ostatni pod samą Świnicą

Z przełęczy (2114m n.p.m.) na szczyt Szpiglasowego Wierchu (2172m n.p.m.) jest dosłownie moment, a widok zupełnie się zmienia: panorama wzbogaca się o kierunek zachodni. Najbardziej spektakularnie prezentuje się monumentalna bryła Hrubego Wierchu, opadającego obłędną ścianą do Doliny Hlińskiej. Zza grani wystaje czubek Krywania, w dole, w Dolinie Piarżystej połyskuje Niżni Staw Ciemnosmreczyński, wyglądający jak kałuża płynnego metalu:

Widok ze Szpiglasowego Wierchu na południowy wschód: Niżne Rysy, Rysy, Wysoka, Mięguszowieckie Szczyty i Cubryna

Tatry Zachodnie

Z przełęczy zbiega Ceprostrada, którą to wdzięczną nazwą ochrzczono kosmicznie długi chodnik prowadzący do samego schroniska nad Morskim Okiem. Widoki ze szlaku na najpiękniejszą dolinę polskiej części Tatr (a może i całych Tatr) oczywiście wloką, ale… On też się strasznie wlecze:) Poważnie, zejście jest tak długie dlatego że Dolina Rybiego Potoku jest dosyć nisko położona (schronisko bądź tafla Moka, w tej chwili nie pamiętam, znajduje się na wysokości 1395m n.p.m., dla porównania Piątka to o 300 więcej), za to otoczona przez najwyższe po naszej stronie Tatr ściany.

Widok z górnych partii Ceprostrady na Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami

Mnich jest maleńki, ale to prawdziwy kozak:

Samo Morskie to czysta poezja i ono zdecydowanie przereklamowane nie jest. Kontrast pogodnego otoczenia jeziora, które leży sporo poniżej górnej granicy lasu, z poszarpanymi ogromnymi ścianami, sama wielkość akwenu, budzący respekt Mięguszowiecki, którego szczyt znajduje się ponad kilometr nad jego powierzchnią – to sprawia, że Morskie Oko jest tak piękne i, niestety, tak popularne. W pogodny letni dzień koczują tam dosłownie tłumy. Nie mam nic przeciwko normalnym turystom, do których sama się zaliczam, ale niestety jest tam też pełno zachlajmordów, śmiecących małolatów i wrzeszczących dzieciaków – generalnie wyobraźcie sobie typowy festyn. Sceneria nieklasyczna, ale klimat ten sam.

Tutaj można dostrzec te dzikie hordy, nieco już przerzedzone, jako że pora była późnawa:

Potem jeszcze tylko 8 km na Polanę Palenicę, skąd odjeżdżają busy, i finito. Jeśli ktoś naprawdę złapie kryzys może skorzystać z bryczki – postój bryczek znajduje się na Polanie Włosienicy, może z kilometr od schroniska. Kiedyś bardzo współczułam biednym koniom, ale w ostatniej edycji swojego przewodnika pan Nyka zapewnia, że po licznych protestach ta sama para koni obecnie może pokonywać tę trasę tylko dwa razy dziennie, a co do nakazu zabierania nie więcej niż 15 dorosłych osób naraz, to sama widziałam, że jest przestrzegany. Także dla bryczki realnych przeciwwskazań nie ma, chociaż mnie osobiście jest jakoś głupio.

Szlak jest długi, ale można go wydatnie skrócić jeśli dysponuje się samochodem: zaparkować na Palenicy, stamtąd szosą, potem Wodogrzmoty, Roztoka i wiadomo. Przy tym wariancie rezygnuje się jednak z Rusinowej, więc jeśli ktoś go wybierze, niech koniecznie odwiedzi ją kiedy indziej. Widok z Rusinowej po prostu TRZEBA zobaczyć.

Trasa nie jest trudna. Wejście na przełęcz, pomimo paraliżującego wielu słowa "łańcuchy", w dobrych warunkach pogodowych – kiedy nie ma oblodzeń, śniegu ani deszczu – jest bardzo proste, jakie w gorszych spekulować nie będę, bo nie chcę tworzyć bajek. Po drodze dwie cudowne doliny i dwa schroniska, na większości szlaku jest woda.

Polecam i gwarantuję pełną satysfakcję.

Granicznym grzbietem Tatr Zachodnich

Szlak przez Grzesia – Wołowiec – Łopatę – Jarząbczy Wierch – Kończystą nad Jarząbczą – Trzydniowiański Wierch

Ponieważ mój M. nigdy wcześniej nie był w Tatrach (a przynajmniej nie na poważnie, sylwestry na Gubałówce czy kolejka na Kaspro się nie liczą), tegoroczne wycieczki starałam się dobrać tak, żeby w krótkim czasie mógł wyrobić sobie najszersze i najpełniejsze jak to możliwe pojęcie o tych górach. Coś z Tatr Zachodnich, coś z Wysokich, na finał jakiś trudniejszy szlak. W Zachodnich padło na grań główną ze względu na długość i widowiskowość drogi.

Będąc w Tatrach kwateruję w Małym Cichym, kilkanaście km na wschód od Zakopanego. Jest to niezły punkt wypadowy w Tatry Wysokie (1h pieszo do Rusinowej Polany, 3h do Morskiego Oka, z szosy biegnącej przez wieś pięknie widać Gerlach), za to żeby dostać się w część zachodnią trzeba jechać najpierw do Zakopanego, a tam pod barem FIS łapać busa, w tym wypadku do doliny Chochołowskiej. Nie jest to jakiś wielki problem, bo jak już się do tego Zakopca dotelepie, to busy odjeżdżają praktycznie non stop, ale jednak trochę czasu się traci. A że zaraz potem czeka nas długa i nudna droga przez dolinę Chochołowską, cierpliwość człowieka rwącego się do wspinaczki i widoków zostaje wystawiona na pewną próbę. Inna rzecz, że warto.

Chochołowską uważam za miejsce mało ciekawe. W Kościeliskiej, którą też się szczególnie nie zachwycam, są przynajmniej surprajsy typu Wąwóz Kraków czy Smreczyński Staw. Chochołowska jest w większości monotonna jak dupa węża. I o ile skorzystanie z konnej "kolejki" uważam, jeśli nie jest się emerytem / rencistą / dzieckiem / kobietą w ciąży za pewien przypał, o tyle już rower wypożyczyć warto. Kosztuje to tylko parę złotych, a pozwala zaoszczędzić czas. Na końcowym odcinku droga robi się dość niesympatyczna dla mniej wprawnego cyklisty (asfalt przechodzi w kamienie), ale tuż przed tym momentem jest możliwość oddania roweru, więc przez trzy czwarte trasy można sobie ułatwić życie.

Dopiero od Polany Chochołowskiej zaczynają się widoki:

Wołowiec, Rakoń i grzbiet Długiego Upłazu 

Schronisko Chochołowskie jest sympatyczne i podają tam rewelacyjną kawę z lodami i bitą śmietaną. I wreszcie – za schroniskiem zaczyna się nasza właściwa trasa. Można zacząć wchodzić.

Żółty szlak na Grzesia wznosi się z początku prosto w górę, by w połowie drogi na szczyt (po jakichś 30-40 min.) zacząć łagodnie trawersować stok. Idziemy lasem, prześwity w górnej części dają przedsmak widoków, które zobaczymy na górze. Po kolejnych 20 min. wychodzimy na łagodny, szeroki grzbiet porośnięty kosówką. Z tyłu mamy bryłę Bobrowca, po lewej piękny widok na grań, którą będzie biegła nasza trasa, po prawej Beskidy z Babią Górą. Kiedy wreszcie stajemy na Grzesiu (w sumie tak po 1 – 1.20h od schroniska, ale jestem pewna że można zrobić to szybciej – my byliśmy po baaardzo ciężkim weekendzie i szło się nam na tym pierwszym odcinku średniawo) i ukazują się słowackie Tatry Zachodnie, staje się jasne dlaczego ten niewybitny (1653m n.p.m.) szczycik jest tak licznie odwiedzany i rekomendowany w przewodnikach. Panorama z Grzesia jest naprawdę piękna. 

Widok na grań, którą biegnie nasz szlak: grzbiet Długiego Upłazu, Rakoń, Wołowiec oraz Łopata. W tle wystają szczyty Rohacza Ostrego i Płaczliwego

Słowackie Tatry Zachodnie: Trzy Kopy, Hruba Kopa, Banówka, Pachola, Spalona, Salatyński Wierch, Brestowa (wszystkie nazwy w wersji polskiej, słowacka często się różni, czasem znacznie)

Od Grzesia trasa (do Wołowca znaki niebieskie) już do końca wiedzie granią. Z początku idziemy względnie płaskim grzbietem Długiego Upłazu, by osiągnąć najbardziej wyodrębniony punkt na grani, Rakoń (1879m n.p.m.). Stąd jest już bardzo blisko na szczyt Wołowca, drugi w kolejności najwyższy punkt na trasie (2063m n.p.m. Punktem pierwszym jest wyższy o 174m Jarząbczy Wierch). Z przełęczy pomiędzy Rakoniem a Wołowcem schodzi zielony szlak do Chochołowskiej.

Wołowiec, Łopata i Jarząbczy z Rakonia

Tatry Wysokie z Rakonia

Podejście na Wołowiec jest trochę męczące, ale krótkie (40 min.?). Z wierzchołka najefektowniej przedstawiają się szczyty Rohaczy:

Rohacz Ostry i Rohacz Płaczliwy

Rohacz Ostry to prawdziwy wariat:))) Nie imponuje wysokością (2072m n.p.m.), ale ma jedyną w swoim rodzaju sylwetkę. Przykład góry z charakterem. Szlak, podobno trudny, co zresztą widać gołym okiem, będziemy testować w przyszłym roku. Na zdjęciu poniżej można dostrzec ludzi rozsianych od przełęczy aż po szczyt – przemieszczali się bardzo wolno, widać było że w wielu miejscach tworzą się zatory:

Rohackie Stawy

Szlak biegnie przez Łopatę, Jarząbczy i Kończystą. Za Jarząbczym widoczna Raczkowa Czuba, po lewej od niego Bystra (na dalszym planie) i Starorobociański

Grań pomiędzy Wołowcem a Niską Przełęczą (która oddziela Łopatę od Jarząbczego Wierchu; znaki od Woło aż do Kończystej czerwone) to najciekawszy odcinek trasy. Wąska, poszarpana, momentami przepaścista, a jednak nie nastręczająca żadnych trudności – piękne górskie widoki i pełny relaks:) Sam mało efektowny wierzchołek Łopaty szlak omija, dzięki czemu tworzy się spory skrót. W tej okolicy udało nam się zobaczyć żerującego świstaka, a nawet strzelić mu dwie fotki. Niestety, przy rozmiarach zdjęć takich jak te prawie nic nie widać.

Z tej perspektywy Rohacz Ostry wygląda chyba najpiękniej i widać, jaki to świr:)

W dole błyszczą Jamnickie Stawy przypominające jeziorka benzyny.

Podejście na Jarząbczy jest średnio miłe. Podchodzimy niby tylko ok. 300m, ale szlak prawie nie trawersuje, tylko daje prosto w górę, a jest to moment, kiedy ma się już w nogach sporo kilometrów.

Wołowiec i Rohacze z podejścia na Jarząbczy

Szlak nie wchodzi na sam wierzchołek Jarząbczego, ale to nie problem, na szczyt jest dosłownie pięć minut. Widoki są ciekawe – wszystko to już dzisiaj oglądaliśmy i to praktycznie podczas całej trasy, ale góra ta jest najwyższym (2137m n.p.m.) punktem szlaku i to widać. To dobry moment, żeby podjąć decyzję: czy idziemy dalej na Starorobociański i – wersja dla hardkorowców – Bystrą, czy schodzimy przez Kończystą. My od początku mieliśmy w planach ten ostatni wariant, ale jeśli ktoś chodzi naprawdę szybko, to na Starorobociański, najwyższy szczyt polskich Tatr Zachodnich, jest już w miarę blisko:

Po prawej Starorobociański Wierch, 2176m n.p.m.

Bardzo blisko jest natomiast na Raczkową Czubę po słowackiej stronie granicy. Ona i Jarząbczy to właściwie dwa wierzchołki tej samej góry, z tym że Raczkowa jest o jakieś 60m wyższa. Niby drobiazg, ale jakbym miała się jeszcze tam pakować, chyba by mnie trafił szlag:) To jednak naprawdę nie jest krótka trasa.

Z Jarząbczego żwirowa ścieżka sprowadza na grzbiet przypominający Długi Upłaz, widoczny nawiasem po przeciwnej stronie doliny Chochołowskiej, którą nasz szlak opasuje wielką podkową – a sama Kończysta nad Jarząbczą (bądź Kończysty Wierch), 2003m n.p.m., to trochę taki Rakoń. Stąd wreszcie widać, czemu Łopata ma taką a nie inną nazwę: jej potężne zbocze opadające do Chochołowskiej wygląda jak ogromna szufla do śniegu. Można też dostrzec, jaki mikry jest Grześ.

Trzydniowiański Wierch z Kończystej, na dalszym planie Grześ, Bobrowiecka Przełęcz i Bobrowiec

Szlak (na odcinku Kończysta – Trzyd. znaki zielone) obniża się na Trzydniowiański (1758m n.p.m.), sympatyczny szczycik wart, jeśli ktoś nie lubi długich tras, samodzielnej wycieczki, skąd mamy dwie opcje zejścia: czerwonym szlakiem przez Dolinę Jarząbczą bądź również czerwonym dalej obniżającą się granią. Pierwszy wariant jest dłuższy, ale dużo przyjemniejszy. Idzie się wygodnym chodnikiem, nachylenie jest łagodne, niżej, jeśli kogoś kręcą te sprawy, czerwony szlak łączy się z biało-żółtym papieskim (Jan Paweł II przeszedł się tamtędy AFAIR w 1983r.) Opcja druga jest jedną z bardziej wkurzających w Tatrach. Droga najpierw biegnie przez ciągnący się w nieskończoność kosodrzewinowy grzbiet, by po osiągnięciu lasu zacząć opadać bardzo stromo w dół, w dużej części po wysokich, niewygodnych drewnianych stopniach. Te stopnie i znaczne nachylenie powdują, że odcinek ten bardzo daje w kość, obojętnie w którą stronę się idzie. Pamiętam, jak klęłam na nim rok temu, wspinając się na Trzydniowiański. Poniżej, kiedy stopnie się kończą i znajdujemy się już w głębokim lesie, wcale nie jest lepiej: wchodzimy do stromego żlebu pełnego żwiru, który też nie chce się skończyć. Ten wariant ma tylko jeden plus – pozwala ściąć kawałek Doliny Chochołowskiej. W wariancie pierwszym wychodzimy prosto na schronisko, tu około kilometra dalej.

Jeszcze tylko trzeba przejść Chochołowską, i to koniec.

Szlak nie jest trudny technicznie (*, odcinek Wołowiec – Niska Przełęcz **), ale długi. Zejście awaryjne na polską stronę tylko jedno i to na początku trasy, pomiędzy Wołowcem a Rakoniem. Nie polecam tej wycieczki jako rozruchowej, jeśli ktoś przez dłuższy czas nie był aktywny fizycznie. Przejść zapewne da radę, ale kosztem unieruchomienia na kolejnych parę dni. Jeśli natomiast komuś mało, można przedłużyć sobie trasę idąc na Starorobociański, a stamtąd zejść do Chochołowskiej (dwie drogi) bądź Kościeliskiej. W takim wypadku oba zejścia z Trzydniowiańskiego byłyby wariantem awaryjnym.

Trasa jest przepiękna, przy dobrej pogodzie w pełni bezpieczna, polecam z pełnym przekonaniem:)