Stob Coire nam Beith i Bidean nam Bian

Tym razem po raz trzeci wybraliśmy się na Bideana nam Bian. Jego masyw jest tak gigantyczny i daje tyle możliwości, że będziemy tam wracać jeszcze wielokrotnie, choć opóźnia nam to zdobywanie munrosów. Nigdy nie było ono jednak naszym priorytetem, raczej czymś co trzeba w końcu odwalić ;D
Wczorajsza wycieczka miała być bez ciśnień, chcieliśmy żeby był fajny klimat i gwarantowany śnieg. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się na Glencoe.
Tym razem wchodzić mieliśmy przez Stob Coire nam Beith, zachodni przedwierzchołek Bideana (przedwierzchołek, bo choć jest fajnym szczytem, ma za małą wybitność na status samodzielnego munro). Tej zachodniej odnogi nigdy jeszcze nie penetrowaliśmy.
Poniżej Aonach Eagach posypane cukrem:

Z dolinki należało wbić się na grzbiet po prawej stronie. Sam wierzchołek Stob Coire nam Beith widać w tle. Z początku szliśmy kamienistą ścieżką przypominającą tę pomiędzy Siostrami. Weszliśmy nią dość głęboko w dolinkę. Nie wiem, czy gadając przegapiliśmy odpowiednie miejsce do rozpoczęcia podchodzenia, czy takiego miejsca po prostu tam nie było, w każdym razie kiedy ścieżka gwałtownie skręciła w lewo stało się oczywiste że najwyższy czas ją porzucić. Tymczasem zbocze na które mieliśmy wchodzić nie zachęcało: było bardzo strome, ale prawie bez skał, same mokre trawy i mchy.

W książeczce "Ben Nevis & Glencoe", która choć jest fajnym i inspirującym źródłem informacji, to jednak celuje zdecydowanie w mało zaawansowanych, zarekomendowane jest właśnie wchodzenie po tym zboczu, gdzieś w okolicy gdzie my je uskutecznialiśmy. Dlatego jestem przekonana że przegapiliśmy ten właściwy moment, bo to nasze wejście na grzbiet było najcięższym odcinkiem trasy i raczej by go nie zalecali. Było gorsze niż wrzosing w zboczach Meall na Teanga (>>LINK<<). Na szczęście ten przykry odcinek nie był długi i wkrótce osiągnęliśmy początek ramienia które miało nas wyprowadzić na Stob Coire nam Beith.

Ramieniem dalej już bez niejasności topograficznych, za to przy pogarszającej się widoczności. Lina, którą niesie kolega, była przeznaczona do celów szkoleniowych – Mariusz miał nam pokazać w śniegu parę technik których nauczył się na kursie. Jak w większości takich sytuacji, gdy przyszło co do czego nikomu się nie chciało a Mariuszowi najmniej (wiedziałam że tak będzie) 😛

Śnieg był niezwiązany, w stromszych miejscach musieliśmy się pilnować żeby z nim nie zjechać.

Po dotarciu na Stob Coire nam Beith otaczało nas takie mleko, że kierunek dalszego marszu trzeba było ustalać za pomocą GPSa. Byłam rozczarowana, bo zanosiło się na to że znowu nie będziemy mieć z Bideana żadnych widoków. Coś tam się momentami przecierało, ale generalnie widoczność była taka jak poniżej:

Podejście na szczyt:

Mimo mleka było naprawdę fajnie. Na wierzchołku zrobiliśmy postój z gotowaniem herbaty, wyluzowaliśmy się i dopiero kiedy już porządnie zmarzliśmy, zdecydowaliśmy się iść dalej. Planowaliśmy schodzić na przełęcz pomiędzy Bideanem a Stob Coire nan Lochan i z niej zejść w dolinkę którą przyszliśmy.

Na zejściu znów należało uważać ze względu na bardzo sypki śnieg. Po dotarciu na przełęcz obniżyliśmy się trochę, ale rekonesans wykazał że schodzenie tamtędy może być nieco ryzykowne. Nie chcąc pojechać z lawinką, zdecydowaliśmy się przejść przez Stob Coire nan Lochan i schodzić pomiędzy Siostrami, jako że z Aonach Dubh, siostry obramującej dolinkę naprzeciwko ramienia którym wchodziliśmy, zejść by się nie dało.

Po osiągnięciu Stob Coire nan Lochan wyszliśmy z chmury i wreszcie zaczęły się widoki. Poniżej widać ludzi na Dorsal Arete, jedynej drodze na północnych filarach tej góry którą będziemy w stanie przejść po uzupełnieniu braków sprzętowych (pozostałe to hardkory):

Widać gościa, który asekuruje od góry:

Panorama Aonach Eagach, the Mamores oraz Ben Nevisa choć częściowo wynagrodziła nam mleko na Bideanie.



Filary opadające ze Stob Coire nan Lochan:

Oraz zbocze i ramię, którymi wchodziliśmy:

Tu rewelacyjnie widać, jak wielki jest niższy od tatrzańskiej Gęsiej Szyi Ben Nevis. Pamiętajmy, że dla Tybetańczyka Tatry są zaledwie depresją 😉

Znów nasze ramię wejściowe:

Oraz jeszcze raz wspomniane filary:

… i w przybliżeniu, by można było wyraźnie dostrzec ludzi. Dorsal Arete jest w centrum.

Zeszliśmy tak jak pisałam, co prawdopodobnie zwiększyło zarówno nasze bezpieczeństwo jak i zakwasy, bo dodaliśmy sobie parę kilometrów asfaltem.

Wycieczka była świetna i znakomicie udało się spełnić jej założenia o braku spinania się i relaksacyjności. Częściowo też dlatego że nie padał żaden nowy cel, wiedzieliśmy więc że w razie czego wycofamy się bez złości. W tym wyjściu chodziło wyłącznie o obcowanie z górami w fajnej kompanii. Lubię takie klimaty.

Bidean nam Bian


Bidean był naszym trzecim munro. Po raz pierwszy zaliczyliśmy go parę lat temu w czerwcu, razem z jedynym w masywie satelitą o tym samym statusie, Stob Coire Sgreamhach. Jest to jedna z tych gór, gdzie chętnie wraca się wielokrotnie. Raz, lokalizacja w Glencoe zapewnia znakomite widoki i niedługie podchodzenie od razu z parkingu. Dwa, ogromny masyw Bideana pozwala na atakowanie go z różnych stron i trasami o różnym stopniu trudności, od ścieżkowego tuptania po wspinaczkę. Masyw ten pokrywa ok. jednej trzeciej całego Glencoe, o czym łatwo zapomnieć, jako że sam wierzchołek nie jest widoczny z doliny. A przecież grupę, której Bidean jest zwieńczeniem, tworzą wszystkie trzy Siostry (Beinn Fhada, Gearr Aonach i Aonach Dubh) oraz "czwarta siostra", Stob Coire nam Beith.
Trasa taka jak tym razem zrobiliśmy, między siostrami do Coire nan Lochan i dalej graniami, jest chyba najkrótszą opcją.

Najmniej sympatyczną częścią drogi okazał się zalodzony chodniczek między Siostrami. Przy pokonywaniu skalnego prożku ponad potokiem musieliśmy się trochę nakombinować, choć gdy nie ma lodu, miejsce to nie przedstawia najmniejszej trudności, w ogóle się go nie zauważa.
W górnej części ścieżki marsz stał się tak nieprzyjemny, że założyliśmy raki, choć mieliśmy to zrobić dopiero w kotle.

Po dojściu do kotła Coire nan Lochan osiągnęliśmy granicę śniegu i marsz stał się o wiele milszy. Po niedługim podchodzeniu wbiliśmy się na wypłaszczenie pod Stob Coire nan Lochan – samoistny cel naszej pierwszej w ogóle wycieczki do Highlandu. Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na wtedy mnie niteczka szosy A82 oglądana z takiej wysokości. Teraz było jeszcze ładniej, tym bardziej że białego Glencoe nigdy jeszcze nie oglądałam.

Teraz należało wybrać najlepszą drogę na Stob Coire nan Lochan. Grań zachodnia, widoczna na zdjęciu powyżej, raczej odpadała – wchodzenie po skałach wymagałoby sprzętu i kwalifikacji wspinaczkowych, a dwa śnieżne żleby były zbyt strome. Co do wchodzenia środkową grzędą wyprowadzającą na wierzchołek, mieliśmy wątpliwości ze względu na kilka bardzo stromych pól śnieżnych. Pozostała grań wschodnia, najłatwiejsza ale i najbardziej widowiskowa. Przetrawersowaliśmy tak, żeby trochę ją ściąć.

Z grani roztacza się piękny widok na Glencoe, a samo podejście jest łatwe, choć nieco stromsze niż wygląda na zdjęciach. Opadające z grani zbocza, zwłaszcza te od strony kotła, także były bardziej spadziste. Aparat zawsze trochę przekłamuje.

Na Stob Coire nan Lochan wchodzi się szybko.

Na drugim planie widać kolejno granie Beinn Fhady, Buachaille Etive Beag oraz Buachaille Etive Mor, zza którego wystaje masyw Creise:



Na zdjęciach robionych w dół charakter grani jest lepiej widoczny – przepaści ani urwisk tam nie ma, ale to zdecydowanie grań, nie łagodne zbocze. Nietrudny, ale bardzo piękny kawałek trasy.

Na wierzchołku spotkaliśmy łojantów, którzy wchodzili jakimś "zachodnim" wariantem.

Dopiero teraz Bidean odsłania się w całej okazałości. Różnica wysokości pomiędzy nim a Stob Coire nan Lochan to zaledwie 35m, ale przełęcz pomiędzy nimi nie ma 500ft głębokości, zatem SCnL nie cieszy się statusem munro. Za to dzięki temu nawet pomimo iż początkowo trzeba stracić trochę wysokości, podchodzenia nie ma za wiele.

Pierwszy odcinek jest stromy i trochę daje w kość, wyżej to już spacer.

Ze szczytu niestety nic nie było widać, nie zdążyliśmy przed chmurą. Podczas schodzenia ładnie było za to widać Loch Leven i rejon i miejscowości Glencoe i Ballahulisch. Z gór na ostatnim planie rozpoznałam Garbh Bheinna.



Schodziliśmy tą samą drogą, niestety chodnik między siostrami pokonywaliśmy już w ciemnościach i jakkolwiek lód po części stopniał, nie było to najprzyjemniejsze przeżycie. Na szczęście zeszliśmy bez niemiłych przygód.
Do masywu Bideana wracać będziemy wielokrotnie, z początku trudniejsze trasy zostawiając na okres letni. Na zimowy ta którą zrobiliśmy jest genialna. Pomimo braku trudności dzięki scenerii dało się odczuć autentyczną górską atmosferę, co myślę całkiem nieźle oddają zdjęcia 🙂

Sgor na h-Ulaidh. Glencoe padło.


Nr 50,
Sgor na h-Ulaidh

Wymowa: skor na hulej

Znaczenie nazwy: rocky peak of treasure

Wysokość: 994m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 149.

Data wejścia: 9.10.09

Sgor na h-Ulaidh ze względu na swoją specyfikę nie jest tak popularny jak pozostałe szczyty Glencoe. Jako jedyny leży w znacznym oddaleniu od A82, z szosy nie widać go w ogóle, a w dodatku ma pecha mieć za sąsiada imponujący Wielki Tron Glencoe, czyli masyw Bideana nam Bian. My również zostawiliśmy go sobie na sam koniec.

Samochód zostawiamy na parkingu za zjazdem na Clachaig Inn (jeśli zaś jedziemy od strony miejscowości Glencoe, będzie to pierwszy parking w dolinie). Szosą tuptamy kilkaset metrów aż osiągamy wylot dolinki którą biegnie szeroka droga jezdna (nie sposób przeoczyć, początek drogi znajduje się dokładnie za łuku zakrętu szosy).

Kiedy wbijamy w dolinkę, munrosa wciąż nie widać. Po lewej za to wznosi się grzbiet, który na niego wyprowadza, Aonach Dubh a Ghlinne. Zgodnie z zaleceniami książki skierowaliśmy się od razu na niego, wygodną drogę zostawiając sobie na zejście. Wchodziliśmy zupełnie po swojemu, nie starając się wbijać pionowo do góry, a bardziej trawersować upierdliwe zbocze. Upierdliwość jego polegała raz na długości, dwa na stromości wystarczającej, żeby szybko zmęczyć, trzy – na fakcie iż po osiąganiu kolejnych, wydawałoby się, finałowych jego partii, ukazywało się kolejne spiętrzenie.

Poniżej wyraźnie widać początek trasy, po prawej lansuje się Pap of Glencoe:



Cały czas możemy podziwiać śmiały profil Aonach Eagach, najciekawszej miejscówki w polu widzenia:

Za plecami mamy dwumunrosowy masyw Beinn a’Bheithir, który prezentuje się z tej perspektywy raczej niepozornie – a to taka fajna trasa w rzeczywistości jest:

Wreszcie osiągamy grzbiet i ukazuje się Sgor na h-Ulaidh – to to wzniesienie po prawej. Od momentu wyjścia na grań (znowu mnie Mariusz opieprzy, że szafuję tym słowem, ale jak nazwać coś, co, choć szerokie i obłe, ma po obu stronach spady) to już spacer. Musimy tylko podejść na najwyższe spiętrzenie, niezakwalifikowanego do munros ze względu na zbyt małą wybitność Stob an Fhuarain. Wbijka z niego na naszego munro to już moment.

Z Aonach Dubh a Ghlinne wreszcie odsłania się reszta Glencoe, a dokładnie to wszystko, czego nie zasłania Bidean i jego satelity.



Bidean i Stob Coire nam Beith (to ten wierzchołek po lewej):

Wiatr był taki, że rzucało nami, mną oczywiście najgorzej. Kilka razy wiatr dosłownie mnie posadził i nie mogłam wstać. Na trasie takiej jak ta mogło to być zabawne, ale w terenie eksponowanym… Nawet nie chcę sobie wyobrażać.

Co ciekawe, nasz raczej opływowy w kształtach munros w okolicach szczytu ujawnił całkiem konkretną lufę, niestety tylko na odcinku kilku metrów i tylko po jednej stronie. Wierzchołek jest skalisty, żeby się nań wspiąć trzeba użyć rączek. Nie chcę być źle zrozumiana – trudności są żadne, akcentuję tę "lufiastość" i "skalistość" – owszem, obie na króciutkich odcinkach i nie wpływające na trudność szlaku – jedynie po to, by zaznaczyć, że nie jest to totalna kopa typu Schiehalliona, a takiej się spodziewałam.

Obniżyliśmy się najpierw kawałek na zachód granią szczytową, by w dogodnym naszym zdaniem miejscu zacząć schodzić na rympał do doliny. Zejście to, o którym wiedzieliśmy tylko tyle, że jest strome, trochę dało nam popalić. Trawy są tam poprzerastane pasami skał, których nie da się ominąć. Przy suchym – lajtowy scrambling, urozmaicający monotonię zejścia. Niestety czy to powodu mżawki, czy typu skał, czy tego, że porośnięte były jakimś śluzowatym mchem – a najpewniej wszystkiego na raz – było totalne lodowisko i w kilku miejscach musieliśmy trochę kombinować. Na naprawdę łatwej drodze, gdzie w dodatku nie było mowy o żadnej lufie, bo schodziliśmy zboczem, a z tych skałek nie zleciałoby się więcej niż kilka metrów. Ów fragment, dzięki tym konkretnym warunkom, dodał trochę pieprzu spacerowej trasie.

Samą dolinę pokonuje się ekspresowo, należy jedynie pamiętać, iż przez usytuowane tam prywatne ogrody nie wolno przechodzić – właściciele zapewnili jednak ścieżkę na okrągło. Nie byłam w stanie jej zaznaczyć na mapce, ale w terenie da się ją zauważyć.

Sgor na h-Ulaidh na pewno nie jest jednym z najbardziej ekscytujących celów w Glencoe, ale nawet jeśli ktoś nie kolekcjonuje munrosów, warto się na niego wybrać. Przede wszystkim jak i cała okolica jest bardzo widokowy (pogoda nie pozwoliła tego dobrze oddać na zdjęciach). Ponadto jest to znakomity cel na spacer kondycyjny, kiedy nie chcemy się przemęczać, ale gdzieś by się jednak poszło co by nie zgnuśnieć.

Do Glencoe będziemy wracać regularnie, ponieważ zostało tam jeszcze mnóstwo ciekawych tras, a niektóre już przebyte warto powtórzyć. Munrosy zostały zaliczone, ale absolutnie niczego to nie zmienia. Glencoe jest miejscem niepowtarzalnym i nie są one bynajmniej jego główną atrakcją.

Fotki: >>LINK<<

Ben Starav


Nr 13, Ben Starav

Wymowa: tak jak się pisze ale z akcentem na drugą sylabę

Znaczenie nazwy: hill of rustling, wzgórze szelestu. Wersji jak zwykle jest legion, więc podaję najpopularniejszą

Wysokość: 1078m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 62.

Data wejścia: 31.05.2008

Ben Starav wystrzela 1078m nad powierzchnię Loch Etive. Loch Etive jest fiordem, zatem jego lustro stanowi poziom morza. Te tysiąc z hakiem metrów do góry plus zdjęcie w przewodniku Ben Nevis & Glen Coe kusiły nas już od dawna.

Glen Etive sąsiaduje z Glencoe. Na krótkim dystansie doliny biegną względnie równolegle, rozdzielone grzbietem Buachaille Etive Mor, a potem rozchodzą się w kierunach z grubsza zachodnim (Glencoe) i z grubsza południowym (Glen Etive). Charakter obu dolin różni się dość znacznie. Glen Etive jest prawie dwa razy dłuższa i o wiele szersza. Jest też znacznie spokojniejsza, ponieważ jedyna droga, która tamtędy biegnie jest wąska z licznymi mijankami i urywa się nad Loch Etive. Krótko mówiąc, służy jedynie celom turystycznym. Przez Glencoe przebiega natomiast słynna A82, na której ruch nie ustaje nawet nocą.

Rozległa Glen Etive jest bardzo zielona, zamieszkuje ją mnóstwo fauny (widzieliśmy jelenie), teraz na wiosnę wszędzie kwitną rododendrony. Znacznie ciaśniejsza Glencoe jest surowsza, za to zapiera dech spektakularnością szczytów po obu stronach. Jak dotąd nic w Highlandach nie wbiło mnie w fotel bardziej, niż widok na wyłaniające się zza zakrętu Three Sisters.

Bez wątpienia cała okolica to jeden z najefektowniejszych rejonów Szkocji.

Początek trasy był nieco problematyczny, dróżkę odchodzącą od szosy łatwo przegapić, brak jakichś charakterystycznych punktów. Zamiast tłumaczyć, podaję mapkę zgodną z tą z przewodnika (na mapce widać, że można zaparkować wcześniej i ściąć część trasy, nie wiem czemu przewodnik nie podał takiej wersji):



Po przejściu drugiego mostka należy zwiększyć uwagę, żeby nie przegapić rozwidlenia dróg. Wspinamy się szlakiem, który zaznaczyłam na zielono. Czerwonym będziemy schodzić. Można oczywiście odwrotnie, tym bardziej że obie opcje są równie żmudne, ale idąc zielonym (oczywiście kolory to moja licentia poetica) szybciej osiągniemy szczyt.

Na ostatnim planie Stob Dubh kończący Buachaille Etive Beag, po jego prawej stronie widoczna końcówka Buachaille Etive Mor, między nimi przełęcz przez którą można się przedostać do Lairig Eilde i Glencoe

Zdjęcie poniżej pozwala prześledzić sporą część trasy. Nasz szlak pnie się potężnym ramieniem na niewidoczny na razie szczyt. Potem mamy krótki kawałek płaskiej grani (to tam, gdzie śnieg), która następnie lekko się obniża by – na tym odcinku zębata i poszarpana, co będzie widoczne dopiero na zdjęciach z mniejszej odległości – osiągnąć niższy wierzchołek masywu, Stob Coire Dheirg. Dalej szlak oniża się, wciąż po grani, w kierunku przełęczy, której zdjęcie już nie objęło. Od tej przełęczy można udać się na kolejnego munro, Glas Bheinn Mor, lub schodzić drogą którą na mapce zaznaczyłam na czerwono:

Poniżej odcinek od Stob Coire Dheirg po Glas Bheinn Mor, wspomniana przełęcz stanowi największe obniżenie grani:

Szczytu nie zobaczymy jeszcze długo, ale rekompensują to coraz rozleglejsze widoki za plecami, zwłaszcza w kierunku Glencoe, gdzie dominuje masyw Bideana nam Bian.

Kiedy wreszcie ukazuje się szczyt, jesteśmy już naprawdę wysoko. Szlak na krótkim odcinku się wypłaszcza, po czym wzbija w górę, na kamienisty wierzchołek. Na poniższym zdjęciu (zresztą w realu odczucie jest identyczne) wygląda to tak, jakby na górę było już blizutko, hyc-hyc i delektujemy się widokami ze szczytu. Oczywiście nie jest tak. Większą część wejścia istotnie mamy za sobą, ale i przed nami jeszcze ładny kawałek.

Nareszcie widać całą grań szczytową, od wierzchołka głównego po Stob Coire Dheirg. Najbardziej cieszyliśmy się na końcowy odcinek grani, fajnie pozębiony i wyglądający na eksponowany.



Od miejsca z którego ukazuje się szczyt wędrujemy po względnie płaskim, wzdłuż przepięknych krzesanic obrywających się na lewą stronę. Z drugiej za to powoli zaczynają się otwierać widoki na Loch Etive i południe.

Im wyżej, tym więcej kamieni. Sama piramida szczytowa to ogromny kamienny kopiec.

W głębi Bidean nam Bian, Stob Coire Sgreamhach i Buachaille Etive Beag

Atak szczytowy zajmuje około kwadransa. Idzie się miło, bo kamienistość terenu wymusza korzystanie także z rąk, więc nogi mogą trochę odpocząć. Coś na kształt ścieżki momentami się przewija, ale nie warto się nią przejmować. Logiczny kierunek jest tylko jeden.




Poniżej wspomniane skrzesane urwiska, szlak jest wyraźny:

Stob Coire Dheirg i najbardziej obiecujący fragment grani (przy uważnym przypatrzeniu się można dostrzec, że znajdują się na niej dwie osoby):

Na wierzchołku Ben Starava po prostu trzeba rozsiąść się na dłużej. Takie widoki – zwłaszcza przy pogodzie, jaka nam się trafiła – nie są czymś, co przydarza się często. Dla mnie był to mój osobisty – jak w pratchettowskim Złodzieju Czasu – moment absolutnej perfekcji.

Loch Etive, po prawej fragment wyspy Mull

The Cruachan Horseshoe z Ben Cruachanem

Beinn Trilleachan

Po prawej Stob Coir’an Albannaich. Za szczytami Glencoe widać The Mamores

Ze szczytu najpierw lekko w dół, zupełnie płaskim odcinkiem grani:

Zza Bideana nam Bian wyłania się wierzchołek Ben Nevisa, po jego prawej stronie The Mamores

Po tym pierwszym podszczytowym odcinku przyszła kolej na najbardziej interesujący kawałek trasy, czyli poszarpańce wyprowadzające na wierzchołek Stob Coire Dheirg. Istotnie, ekspozycja jest tam spora, ale idzie się bardzo łatwo. Trochę taka Carn Mor Dearg Arete w miniaturce, tyle że CMDA jest o wiele dłuższa i bardziej spektakularna. Powtarzam, trudności brak, ale jeśli ktoś mimo wszystko wolałby bezpieczniejszą opcję, po prawej strony poniżej ostrza grani biegnie ścieżka.

Stob Coire Dheirg

Ze Stob Coire Dheirg schodzimy na głęboką przełęcz, z której albo w dół, by połączyć się ze szlakiem dojściowym, albo na Glas Bheinn Mor. Ta druga opcja jest zastrzeżona dla osób z dobrą kondycją, ponieważ na szczyt kolejnego munrosa jest niezły kawał, a trzeba jeszcze zejść. Jeżeli ktoś planuje tę trasę a nie jest dzikiem, powinien zacząć wchodzenie naprawdę wcześnie.

My schodziliśmy przytulną kotlinką ograniczoną od prawej przez malutki Glas Bheinn Chaol, grzbiecik dzielący na pół olbrzymi kocioł poniżej Ben Starava i Glas Bheinn Mora. Dnem kotlinki biegnie głęboki widowiskowy wąwóz którym płynie Allt nam Meirleach. Zejście jest dość przyjemne, jedynie z początku trochę żwirku. Kiedy pokażą się pierwsze górskie sosny to znak, że wkrótce połączymy się ze szlakiem "zielonym", a stamtąd już tak samo jak w drugą stronę, przez mostki i las.

Piękna wycieczka, piękna góra, a Glen Etive to jedno z cudniejszych miejsc w ogóle, jakie widziałam do tej pory. Szlak oceniam na **, i przypominam, iż w paru miejscach należy zachować znaczną ostrożność pomimo ich łatwości technicznej. Długość drogi jest raczej tatrzańska niż highlandzka (jakby nie było, dajemy ponad tysiąc metrów do góry), i to pomimo iż atakujemy bezpośrednio, bez żmudnych podejść dolinami. Polecam i życzę podobnie pięknej pogody, jak podczas naszej wycieczki. Czyli przy ostrożnych szacunkach macie średnio dziesięć szans w roku, żeby się spełniło;)

Zielony – droga dojściowa, czerwony – zejściowa, żółty – grań pomiędzy szczytem a ostatnią przełęczą

Stob Coire Sgreamhach i Bidean nam Bian

Nr 2, Stob Coire Sgreamhach

Wymowa: stob kori skrijah

Znaczenie nazwy: peak of the fearful corrie , szczyt przerażającego kotła

Wysokość: 1072m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 65.

Data wejścia: 17.06.07

Nr 3, Bidean nam Bian

Wymowa: bitien nam bią

Znaczenie nazwy: pinnacle of the mountains, szczyt szczytów

Wysokość: 1150m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 23.

Data wejścia: 17.06.07

Potężny, o ciężkiej sylwetce Bidean nam Bian razem ze swymi trzema satelitami (Stob Coire Sgreamhach, Stob Coire nan Lochan i Stob Coire nam Beith) rozsiada się majestatycznie pomiędzy Glencoe a Glen Etive. Zaliczany do Glencoe hills, z głównej doliny jest jednak praktycznie niewidoczny (trzeba wiedzieć, gdzie i kiedy patrzeć). Z trzech położonych opodal szczytów tylko SCS uznany został za dostatecznie wyodrębniony, by zaliczono go do munros, pomimo iż gabarytowo na listę łapią się wszystkie sąsiadujące wierzchołki. Osobiście uważam że Stob Coire nan Lochan, zresztą wyższy od SCS, jak najbardziej powinien być munro. No ale jak lista, to lista, trudno.

Wędrówkę rozpoczęliśmy przy czwartym parkingu w Glencoe (patrząc od strony Bridge of Orchy). Wybiega stamtąd wyraźna ścieżka, która początkowo wspina się lekko, wyprowadzając do doliny. Szlak biegnie po płaskim, wzdłuż potoku Allt Lairig Eilde, po prawej stronie mając poszarpaną grań Beinn Fhady, po lewej zaś ścianę Buachaille Etive Beag z piramidą Stob Dubh (958m n.p.m.).

Nie bardzo mieliśmy pomysł, jak iść – wiedzieliśmy tylko, że przed nami powinien się znajdować SCS, no i skoro jest szlak, to pewnie nas GDZIEŚ wyprowadzi. Nasza droga, jak się okazało, miło i spacerowo łączy Glencoe z Glen Etive, co tłumaczyłoby, że spotkaliśmy na niej trochę ludzi i psów (potem, do samego końca wycieczki, tylko raz w ogóle widzieliśmy człowieka). Istotnie wyprowadziła nas bez pudła, bo pod samą grań SCSa.   

Grań Stob Coire Sgreamhach zamyka dolinę. Jest to sam początek, zasłonięty zboczami Beinn Fhady szczyt znajduje się o wiele wyżej

Postanowiliśmy wbić się na przełęcz i kontynuować marsz po grani. Innych bezpiecznych możliwości zresztą nie było.

Przełęcz (741m n.p.m.)

Wspinaczka ma przełęcz była niedługa, ale strasznie mozolna z powodu znacznego nachylenia. Na szczęście przewyższenie w tym miejscu wynosi zaledwie circa 300 metrów.

Grań Buachaille Etive Beag, najbardziej po prawej Stob Dubh

Widoki z przełęczy na dolinę, choć piękne, nie mogły równać się z tym, co zobaczyliśmy po drugiej stronie: lśniącym w słońcu Loch Etive i jego wspaniałym otoczeniem. Dla czegoś takiego warto żmudnie brnąć pod górę, przeklinając wczorajsze używkowe ekscesy:

Ku wierzchołkowi SCS pięliśmy się bardzo szeroką granią, z jednej strony płynnie przechodzącą w łagodne zbocze, z drugiej opadającą urwiskami. Ten odcinek jest mniej męczący, denerwuje tylko, że przez dłuższy czas nie widać szczytu, przed nami tylko trawa i kamienie. Za to widoki z boków i tyłu z każdym krokiem zyskują na bogactwie – na północnym zachodzie błyszczy Loch Linnhe, po przeciwnej stronie Blackwater, naokoło morze wzniesień:

Nareszcie widać szczyt

W kierunku szczytu

Na wierzchołku Stob Coire Sgreamhach stanęliśmy po mniej więcej godzinie od ruszenia z przełęczy (ale można ten odcinek przejść szybciej, nie robiąc długich postojów na pikniki i robienie zdjęć:>). Widoki wzbogacają się o kierunek północny, ale z panoramy da się dostrzec tylko fragment (za to z grzbietem Ben Nevisa) – plan pierwszy zasłaniają masywne sylwety Bideana i Stob Coire nan Lochan, rozdzielone głębokim siodłem.

Przełęcz między BnB a SCnL

Zwłaszcza Bidean robi wrażenie.

Bidean nam Bian – widok z przełęczy łączącej go z SCS

Żeby dostać się na Bideana, musieliśmy zejść na mocno wciętą przełęcz i uwaga! W razie niedyspozycji, załamania pogody czy innych niesprzyjających okoliczności tu można zacząć schodzić – z przełęczy opada stromy, ale bezpieczny szlak do Lost Valley i dalej do Glencoe.

Na szczyt wiedzie wyraźna i wygodna ścieżka. Do końca prowadzi granią, miejscami wąską i nieco eksponowaną, jednak bez żadnych trudności technicznych. Po pół godzinie marszu w towarzystwie biegnącej kilkadziesiąt metrów niżej owcy indywidualistki, osiągnęliśmy niższy wierzchołek Bideana. Warto się tam zatrzymać na kilka chwil – już tu mamy przedsmak tego, co czeka nas na górze – dookolna panorama szczytów uległa cudownemu rozmnożeniu, a za Loch Linnhe widać otwarte morze.

W tle właściwy wierzchołek BnB

Na szczyt już tylko chwilka.

Stob Coire nan Lochan i Stob Coire nam Beith wydają się być na wyciągnięcie ręki.

Stob Coire nam Beith, 1107m n.p.m.

Za to zejście na przełęcz jest średnio przyjemne. Idzie się po stromym kamiennym usypisku, które przejawia spore tendencje do mobilności – dziewięć na dziesięć kamulców trzyma się ściśle siebie nawzajem, a ostatni wyjeżdża ci spod nóg. Zdecydowanie ostrożność jest tu wskazana. Bokiem usypiska biegnie co prawda ścieżka, ale wypatrzyliśmy ją nad samą przełęczą, tak że nie wiem w którym punkcie się zaczyna.

Na przełęczy po raz pierwszy w życiu widziałam widmo Brockenu.

Zejście z Bideana

Na SCnL wchodzi się szybko, w wejściu atrakcji brak, jest nawet słabo widoczna dróżka. Szczyt jest rozległy, za to ku Glencoe opada stromymi ścianami, u podnoża których widnieje rogalik utworzony przez dwie z Three Sisters, Aonach Dubh i Gearr Aonach.

Po lewej Aonach Dubh, po prawej Gearr Aonach. Środkiem biegnie ten szlak

Na grani SCnL

SCS, przełęcz i zbocze Bideana wznoszące się nad Lost Valley

Zdecydowaliśmy się schodzić w kierunku Gearr Aonach i szukać miejsca, gdzie będzie można zejść na dzika do Zagubionej Doliny. Próbę zejścia podjęliśmy w dolnych partiach grani SCnL – zbocze, choć bardzo strome, spełniało nasze kryteria bezpieczeństwa (nachylenie mniejsze niż 90 stopni, przyczepne podłoże: trawa). Choć się powiodło, uważam, że zrobić głupiej się po prostu nie dało. Przyjemne trawiaste zbocze okazało się cholernie długie i usiane kamulcami, kamieniami, kamykami, kamyczkami oraz żwirkiem. Przy potężnej stromiznie oznaczało to dupozjazdy, uwagę natężoną dziesięć razy powyżej normy i nadwerężenie mięśni pleców podczas prób utrzymania równowagi. Do Zagubionej Doliny zeszliśmy zmordowani, źli i ze sztywnymi łydkami. Od tego momentu każdy zaczął czuć w nogach zrobione kilometry – dobrze, że chociaż można było się napić: dnem płynie, tworząc malownicze wodospadziki, Allt Coire Gabhail.

Lost Valley naprawdę mnie zachwyciła. Jest to dolina wisząca, obrywająca się do Glencoe stromym progiem, z którego z hukiem spada potok. Węższa od swojej sąsiadki którą zaczynaliśmy trasę, w cieniu Bideana nam Bian i Stob Coire nan Lochan, jest też mniej surowa dzięki ilości flory: rosną tu drzewa i krzewy. W ogóle COŚ tu rośnie:) Szlak puszczony został w górnych partiach dnem doliny, w niższych sporo powyżej. Można podziwiać potok daleko w dole.

Tuż przed skalnym progiem otoczenie wygląda sielsko i niewinnie, śliczny lasek po prostu zaprasza… Tymczasem ten ostatni odcinek dopiero dał nam popalić!:D W lasku zaczyna się szaleństwo, scenografia do filmu fantasy: plątanina wiatrołomów, skałek, wodospadów, ogromnych głazów, wykrotów; szlak co chwila się gubi albo naprawdę znika, trzeba przeciskać się pod pniami, szukać zejścia ze ścianek, przekraczać po śliskich kamieniach rwący potok. Coś cudownego, a zarazem strasznie irytującego człowieka, któremu po ciężkim zejściu dygocą łydki i który zrobił po górach potężny dystans. Na ten szlak wybierzemy się kiedy indziej, tylko dla podelektowania się wszystkimi pułapkami i zakątkami, ale wypoczęci i z naładowanymi bateriami w aparatach – będzie oddzielna sesja i oddzielna notka. 

Glencoe pożegnało nas cudownym zachodem słońca, w którego ostatnich promieniach toczyliśmy się złachani do parkingu. Podczas dyskusji podsumowującej już w samochodzie wyprawę uznano zgodnie za absolutnie fantastyczną.

Trasę po wyciągnięciu średniej oceniam na **. Spora część jest banalna, ale kilka odcinków (droga ze szczytu Bideana na przełęcz, grań Stob Coire nan Lochan, wreszcie nasze dzikie zejście oraz końcowy lasek) zasługuje na ***. Droga jest długa i męcząca, przy czym chyba więcej schodzenia niż wchodzenia. Jako szlak zejściowy z SCnL zdecydowanie rekomenduję trasę przez Gearr Aonach i niżej Coire nan Lochan, pomiędzy Siostrami. Przy czym prawdziwych trudności technicznych – tzn. takich, do których potrzeba więcej niż przeciętnej sprawności fizycznej – brak, wystarczy iść ostrożnie.

Bardzo polecam 🙂

PS (03. 01. 2008): dopiero po którymś z kolei kontrolnym czytaniu połapałam się, że to nie wynika jasno z tekstu – na odcinku pomiędzy pierwszą przełęczą a przełęczą między Stob Coire Sgreamhach i Bideanem ścieżki NIE MA. W przewodnikach / na mapach jako rekomendowane wejście i zejście z Bideana zaznaczona jest trasa Glencoe – Zagubiona Dolina – SCS – BnB – SCnL – Coire nan Lochan – Glencoe. Na całej jej długości biegnie szlak, oczywiście w rozumieniu szkockim, bo nie jest w żaden sposób oznaczony, za to wyraźny.

Naszą "autorską" opcję ogromnie polecam, jest fajna, nie chcę po prostu wprowadzać nikogo w błąd. 

Aonach Dubh

Na początku kwietnia wybraliśmy się do Glencoe z zamiarem ponapawania się widokami i ewentualnie zrobienia jakiejś łatwej trasy (w wyższych partiach leżał na masę śnieg). Nie mieliśmy mapy ani koncepcji, za to dużo zapału. Okazało się, że to wystarczy, żeby było wesoło.

Glencoe (bądź Glen Coe), Dolina Łez, jedno ze słynniejszych miejsc w Szkocji (rzecz jasna po pierwszej lidze, którą stanowią Edynburg, Glasgow, Loch Ness i Rosslyn:>), jest miejscem bezdyskusyjnie przepięknym. Położona w West Higland, razem z sąsiednią Glen Etive stanowi konkretne skupisko munrosów oraz wzniesień mniejszych, ale równie dekoracyjnych. Wylotem wschodnim obie doliny opierają się o pustkowie Rannoch Moor. Do zachodniego sięga morze, a powstała zatoka (Loch Linnhe), wżynająca się w ląd głęboko jak fiord, wysuwa w stronę doliny swoje wąskie odgałęzienie, Loch Leven. Patrząc na LL z góry w życiu by się człowiek sam nie domyślił, że to nie jezioro.

Co do naszej trasy, wybraliśmy ją zupełnie przypadkowo. Zatrzymaliśmy się po prostu na jednym z dwóch parkingów i zaczęliśmy kombinować, jakie szlaki odchodzą w polu widzenia. Wybór był dość oczywisty, za niskie by pokrywał je śnieg Three Sisters, niższe piętro z nieznanych mi przyczyn nie będącego munrosem imponującego Stob Coire nan Lochan, wznosiły się tuż nad nami i widać było, że prowadzi tam droga:

Dwie z Three Sisters, Gearr Aonach i Aonach Dubh

Szlak z początku zbiega w dół, do faktycznego dna doliny (szosa puszczona jest nieco wyżej), przekracza potok River Coe i zaczyna piąć się w górę, trawersując zbocze Gearr Aonach. Ścieżka jest dobrze widoczna, raczej wygodna, w znacznej części ułożona z kamieni, choć sporo jest i wkurwiającego żwirku.

Ten pierwszy odcinek jest mało nachylony, wysokość zyskujemy powoli. Daleko w górze widnieje coraz wyraźniejszy szczyt Stob Coire nan Lochan, który z tej odległości wydaje się strasznie daleki, wysoki i ogólnie nie do zdobycia:]

Kiedy osiągamy środek podkowy i zaczynamy się piąć równolegle do potoku, robi się stromiej – już nie trawersujemy ściany, ale walimy centralnie, obrzeżami wielkiego żlebu. Sceneria raczej bez zmian – szczyt bliżej i bliżej, ale wciąż budzący respekt; za plecami coraz głębsza dolina i coraz cieńsza nitka szosy A82.

Im wyżej, tym stromiej, więcej żwiru i słabiej widoczna ścieżka. Pod koniec idzie się już bez zwracania uwagi, jest droga czy nie, skoro jedyny logiczny kierunek prowadzi tak czy inaczej prosto w górę.

Ostatnie podrygi wyraźnego szlaku, zaraz będzie stromo a ścieżka się rozmyje

Kiedy w końcu osiągamy najwyższy punkt zbocza, znajdujemy się na – mniej więcej – równi, lekko tylko pofałdowanej. To szczyt podkowy, czy też półksiężyca, budowanego przez Gearr Aonach i Aonach Dubh. Jeśli te dwie kolumny są nogami krzesła, to równia jest siedziskiem, a urwiska SCnL oparciem. Porównanie tylko z pozoru wydumane, bo dokładnie tak to wygląda:

Na Gearr Aonach, w tle Stob Coire nan Lochan

http://leisure.ordnancesurvey.co.uk/leisure

Widoki oczywiście wymiatają.

Stob Coire Sgreamhach

Grań Aonach Eagach po przeciwnej stronie doliny

Z pogodą wyjątkowo się nam poszczęściło, ale o tym, że to jednak wczesny początek wiosny, nie dawały zapomnieć płaty śniegu:

Na szczyt SCnL nie próbowaliśmy wchodzić. Panowie chcieli, ale zaprotestowałam stanowczo. Było za dużo śniegu. Może to przesadna ostrożność, ale moje doświadczenia ze śniegiem w górach ograniczają się do seryjnych zjazdów na dupie w Tatrach w czerwcu 2006, kiedy warunki (czego się spodziewałam, ale nie miałam możliwości pojechać w innym terminie) były klasycznie zimowe już w wyżej położonych dolinach. Było średnio, czuję się na coś takiego nieprzygotowana i wolę nie ryzykować, tym bardziej że cóż za problem zaliczyć tę samą trasę latem.

Pomimo zmiany planu na mniej ambitny, otoczenie wprawiło ekipę w taką euforię, że zwiedziliśmy całą (a konkretna owszem jest) podkowę, od krańca do krańca. Przepaście po obu stronach były imponujące, ale tym, dla czego naprawdę warto było się tą trasą wybrać, okazały się widoki z Aonach Dubh, siostry wyższej, zachodniej, liczącej 892m npm.

Idziemy na Aonach Dubh

Droga A82

Wyraźnie widać, że szosa jest puszczona powyżej dna doliny

Miejscowość Glencoe nad brzegami Loch Leven

W końcu trzeba było przerwać tę sielankę i zacząć złazić, ale nikt nie miał ochoty wracać żlebem wzdłuż potoku. Postanowiliśmy zejść na dzika bezpośrednio z AD, ścinając hektar starej trasy i zaoszczędzając czas (jeden z kolegów śpieszył się do Edynburda w sprawach mocno prywatnych:P). Szlak w dole było pięknie widać, a zbocze, choć bardzo strome, nie wyglądało jakoś strasznie hardkorowo. Zaczęliśmy schodzić.

Ten odcinek okazał się – oprócz oczywiście widoków – najfajniejszym punktem całej wycieczki. Złaziliśmy prawie pionowym trawiasto – skalistym stokiem, gdzie nachylenie powodowało, że w wielu miejscach trzeba było przysiadać na dupie i trzymać się trawy, kamulców czy co tam jeszcze się znalazło do trzymania. Groźnie nie było AFAIR w żadnym momencie (chociaż przy pewnym pechu jak najbardziej było gdzie połamać nogi), ale w kilku miejscach (skały plus żwirek my love:]) trzeba było jednak następny krok przemyśleć.

Teren naszego zejścia z przyległościami

Łatwy moment

Szlaku tą metodą faktycznie ścięliśmy sporo, w dodatku w malowniczy sposób. Kolega zdążył na swoją randkę;)

Wycieczkę na Aonach Dubh polecam wszystkim, którzy mają ochotę na wysokogórskie widoki, ale niekoniecznie lubią ryzyko. Pierwszoligowe wrażenia estetyczne zapewnione. Trudności technicznych w trasie żlebem brak, w naszej dzikiej właściwie też – choć tu trzeba zachować minimum ostrożności. Droga może być dość męcząca dla osób o słabszej kondycji, ale nie jest na tyle długa, by nie można było sobie pozwolić na częste postoje. Trudności orientacyjnych brak, po prostu należy się wspinać / schodzić zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Niewolnicze trzymanie się ścieżki na tej akurat trasie nie jest konieczne.

Odcinek żlebem oceniam na *, nasze zejście z AD na mocne **.