Innaccessible Pinnacle

Nr 239, Innaccessible Pinnacle (Sgur Dearg)

Wymowa: ang/ skur dierek

Znaczenie nazwy: z ang., niedostępna turnia/ red rocky peak

Wysokość: 986 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 164.

Data wejścia: 2.7.2019

Sgurr Dearg, potężna acz nietrudna do zdobycia piramida, leży w grani głównej Czarnych Cuillinów na Skye. Z jego kopuły szczytowej wyrasta skalna konstrukcja wyglądająca z różnych stron jak obelisk albo płetwa – i to jest właśnie Innaccessible Pinnacle, dla przyjaciół Inn Pinn, zmora większości munrobaggerów, albowiem żeby zaliczyć sobie munrosa trzeba na nią wleźć.

Najłatwiejsza droga idzie wschodnią granią i jest nadzwyczaj eksponowana. Baggerzy bez umiejętności wspinaczkowych wynajmują sobie przewodnika który wchodzi pierwszy, zakłada punkty oraz asekuruje podczas zjazdu (koszt za dwie osoby to średnio ok. 350 funtów). My poprosiliśmy o pomoc mojego brata, zresztą mając nadzieję że on też będzie się dobrze bawił podczas swojej pierwszej wizyty na Skye.

Noc przed wycieczką spędziliśmy w hostelu w Glen Brittle i okazało się że można pouczyć się tam zjazdów:

O poranku warunki były nieszczególne, ale wiadomo było że idziemy i że wchodzimy. W tym punkcie plan był absolutnie nieelastyczny.

Sgurr Dearg i jego zachodnie ramię oraz Window Buttress – wchodziliśmy nim (ramieniem) dokładnie centralnie:

W drodze na ramię minęliśmy niesamowity wąwóz, zaskakujące pęknięcie w powierzchni ziemi, do którego opada wodospad Eas Mor (zdjęcie z wieczora stąd różnica w oświetleniu):

Zaraz za wąwozem ścieżka rozwidla się – jej prawa odnoga wprowadza na ramię Sgurr Dearg a lewa do kotła (mieliśmy nią wracać). Tu skończył się spacarek, a rozpoczęło wreszcie podchodzenie do góry, z początku po piarżystym zboczu a później po bardziej skalistym terenie z fragmentami prostego scramblingu:

To, co miejscami się odsłaniało, zapierało dech. Na zdjęciu Sgurr Mhic Choinnich, Sgurr Thearlaich, oddzielony od niego niesławnym Great Stone Shoot Sgurr Alasdair, oraz Sgurr Sgumain. Zza przełęczy pomiędzy Mhic Choinnichem a Thearlaichem wygląda wierzchołek Sgurr Dubh Mor:

Wreszcie dotarliśmy popod Inn Pinna, który wyglądał tak jak jak na zdjęciach, tylko że… To nie było zdjęcie, tylko 3D, panorama dookoła plus chłód, wiatr i świadomość że to nie przelewki, zaraz będziem tam leźć.

Kiedy zeszliśmy do samego podnóża Inn Pinna, Paweł z Zosią zaczęli się szpeić, Mariusz dokumentował (akurat wchodził jeden zespół, a po nim drugi) a ja przyglądałam się temu co mnie czeka z różnych odległości, próbując ustalić co właściwie czuję. W pierwszej chwili była to wręcz lekka panika, albowiem początek naszego wejścia przedstawiał się tak:

Wyżej natomiast, ekspozycja oszałamiała:

Postanowiłam jednak się uspokoić i popatrzeć jak radzą sobie inni. Analizując od tej strony, wyglądało to nieco lepiej:

Obserwacja babki w białym kasku, ewidentnie nie wielkiej wspinaczki (radziła sobie, ale w kilku miejscach trochę rzeźbiła) utwierdziła mnie w przekonaniu że jakoś sobie poradzę, przynajmniej technicznie – o ile nie będę myśleć o lufie.

Drogę poprowadził Paweł:

Jako druga wchodziła Zosia, a ja tuż za nią. Mariusz zamykał team. Pomimo iż znalazłam się pomiędzy dwoma członkami ekipy, miał0 to znaczenie jedynie psychologiczne. Żadne z nich nie byłoby w stanie mi fizycznie pomóc gdybym gdzieć utknęła. Wiedziałam, że w związku z tym utknąć mi nie wolno – muszę się piąć na sam wierzchołek bo inaczej… autentycznie, nie wiem co. Nie mam pojęcia co moglibyśmy zrobić.

Początek biegł rysą i był bardzo prosty, wkrótce jednak trzeba było się przewinąć na grań. Lufa zapierała tu dech- Inn Pinn to tylko kawalątek skały na bardzo wysokiej górze, i wspinając się mamy po prawej stronie kilkaset metrów spadu w dolinę, a po lewej – pionową ścianę, gdzieś w dole półkę startową i… również spad do kotła. Żeby to ogarnąć wyobraźnią, polecami filmiki na YouTube, robione z drona. Zdjęcia z trasy nie mają szansy oddać jaka tam jest ekspozycja.

(Foto by Paweł)

Wszyscy zgodziliśmy się co do tego iż jeden moment był trudniejszy niż reszta. Widać go na zdjęciu z poprzednim zespołem. W pewnej chwili ich niebieska lina znika za głazem, i kawałek powyżej to właśnie crux całej trasy: dość gładki fragment ściany, z dobrymi chwytami ale bez oczywistych stopni. Tam się nieco przestraszyłam, ale wiedząc, że MUSZĘ iść do góry, jakoś wlazłam, w dużej mierze siłą woli.

Oprócz tego fragmentu wejście było raczej proste technicznie, a największy problem stanowiła lufa. Wchodząc, ani przez moment nie patrzyłam przez ramię, ani też między swoje stopy, chyba że to ostatnie było absolutnie konieczne.

(Foto by Paweł)
(Foto by Zosia)

Na wierzchołku ulżyło mi w stopniu niewiarygodnym, nawet czekający mnie zjazd już nie przerażał. Świadomość że weszłam na Inn Pinna i mam go z głowy – a niepewność czy i jak to zrobimy było to coś co gnębiło mnie od dawna – spowodowała że endorfiny zalały mi mózg. Nie starczyło ich jednak na to bym weszła na głaz szczytowy, jeszcze bardziej eksponowany i wyglądający jakby zaraz miał polecieć. Zdaję sobie sprawę że w ścisłym sensie oznacza to że Inn Pinna nie zdobyliśmy, ale w kategoriach munrobaggingu wejście na szczyt popod głaz wystarczy do zaliczenia munrosa. Ja w każdym razie nie mam zamiaru z nikim dyskutować na ten temat: zrobiłam dokładnie tyle ile mogłam i to musi wystarczyć, amen.

My na wierzchołku – foto by Zosia
Paweł na samiutkim szczycie – foto by Zosia

Zjazd nie okazał się ani w jednej dziesiątej tak przerażający jak się obawiałam, w dużej mierze dzięki lekcji poprzedniego wieczoru. Na górze pomógł mi Paweł, w dole asekurowała Zosia:

(Foto by Paweł)

W międzyczasie warunki pogodowe poprawiły się i Paweł z Zosią mogli po raz pierwszy w życiu podziwiać piękno Czarnych Cuillinów i wyspy Skye.

Blaven
Bruach na Frithe, Basteir Tooth, Am Basteir i Sgurr nan Gillean
Sgurr na Banachdaich, Sgurr Thormaid, Sgurr a’Ghreadaidh
An Stac, Sgurr Dubh Mor, Sgur Mhic Choinnich, Sgurr Dubh na Da Bheinn, Sgurr Thearlaich, Sgurr Alasdair

Z kopuły szczytowej Sgurr Dearga zeszliśmy fragmentem grani głównej do Bealach Coire na Banachdich, a niżej – skalistymi, a później piarżystymi zboczami, dnem kotła aż do wodospadu Eas Mor gdzie nasza ścieżka łączyła się z wejściową. Cała pętla (pętelka?) to zaledwie 8 kilometrów.

(Foto by Paweł)

Mapka z Walkhighlands: https://www.walkhighlands.co.uk/maps/map3_10sk.shtml

Więcej zdjęć z Północy



Wrzucam fotki które nie zmieściły się w notkach górskich, bądź były robione podczas dni odpoczynku, a są tak ładne że szkoda by było ich nie upublicznić. Piękno Szkocji uwidacznia się nie tylko w górach, ale i w ich połączeniu z wodą, przestrzenią, klifami, pustkowiem…


Skye, gdzieś z zejścia ze Sgurr na Banachdich:


Red Hillsy na Skye z tegoż zejścia. Glamaig (uwielbiamy tę nazwę!), ten po lewej, jest najwyższy (stanowi połowę korbetów na wyspie ;P):

Cmentarzysko łódek w urokliwym Gairloch, klasycznym (choć większym) miasteczku północnego zachodu, czyli najlepszej części Szkocji:
Nasz hotel, Shieldaig Lodge. Raczej polecam choć trzeba lubić psy – jeden mieszka tam na prawach głównej maskotki, rozwala się zadem na kanapach na których siedzisz a przy śniadaniu gra oświęcimski zamorzony szkielet.
Beinn Alligin (te linie! Ta góra jest kobietą) z Gairloch:
Panorama poniekąd Torridonu (jest Beinn Alligin oraz Northern Pinnacles of Liathach), tyle że z Gairloch więc od dupy strony:
Fragment Fisherfield Six – chyba najkonkretniejsza, w sensie wysiłkowo i czasowo, wyrypa w Szkocji:
Not sure (okolice Gairloch):
Fionn-abhain, dopływ rzeki Carron:


Loch Torridon:


Sgurr Ruadh w zachodzącym słońcu:


Wyspa Soay ze szczytu Sgurr nan Eag na Skye (w pakiecie z niemieckimi nastolatkami):


Loch Coire Ghrunnda:



Szkocjo kocham cię :))

Sgurr na Banachdich

Nr 146, Sgurr na Banachdich

Wymowa: skur na banahdih

Znaczenie nazwy: rocky peak of the milkmaid (za MunroMagic)

Wysokość: 965m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 190.

Data wejścia: 18.7.14

Sgurr na Banachdich ma opinię najłatwiej dostępnego munro w Cuillinach. Naszym biednym nogom (i dłoniom u niektórych – opuszki!) to pasowało. Lampa była taka że nie zaliczyć czegoś byłoby grzechem, ale równie dobrze mogła być to lekka wycieczka.

Start spod hostelu w Glen Brittle. Z początku ładną ścieżką, potem opcjonalnie słabo widocznym odbiciem, kierujemy się na obniżenie pomiędzy boczną grańką An Diollaid (trójkąt po lewej stronie) a kopułą szczytową munrosa. Wydaje mi się że sam szczyt to to co wystaje na ostatnim planie. Niestety zdjęcie pod słońce: żar lał się z nieba.

Na przełęcz podchodzimy zygzakami po koszmarnie zerodowanym gruncie. Bardzo nieprzyjemny odcinek. Można trochę ułatwić sobie życie i wbijać na An Diollaid nie bokiem a od czoła, też jest trochę piargu ale jednak mniej. Tak też zrobiliśmy wracając.

Rejon szczytu (nie jestem pewna czy widać sam wierzchołek) oraz Sgurr Thormaid:

Druga z bocznych grani, wyższa i dłuższa niż An Diollaid, kulminująca w Sgurr nan Gobhar (630m n.p.m.). Na pewno ciekawa alternatywa do wejścia/zejścia, ale jak wspomniałam na początku, nam się już nie chciało, pardon, pieprzyć.

Od tej strony kopuła szczytowa jest zerodowana, skały jest niewiele… Dopiero na samym wierzchołku. Uderza kontrast ze stromizną pod drugiej stronie oraz – pomimo tak banalnego wejścia – powietrzność szczytu. Cuillins, bejbe 😉

Poniżej munro Sgurr a Ghreadaich oraz mały ale skowyrny Sgurr Thormaid. Sgurr a Ghreadaich cieszy się sławą dość wymagającego munrosa, zwłaszcza robiony z sąsiadem Sgurr a Mhadaidh, ale po przeżyciach na Sgurr Dubh Mor sądzę że będę w stanie je spokojnie ogarnąć.

Obowiązkowo, Vespa na piku:

Blaven oraz Loch Coruisk, które jest zatoką. Cuilliny dosłownie wyrastają z morza. Jak coś tu ma 900 metrów to te 900 metrów będziesz podchodził, nie ma przebacz.

Cudowny, pełen grozy, tatrzański widok na Sgurr Mhic Choinnich, Sgurr Thearlaich oraz Sgurr Alasdair. Pomiędzy dwoma ostatnimi niesławny Great Stone Shoot, żleb który przebija nawet Lodową Przełęcz przed modernizacją szlaku. Schodziłam tamtędy raz i starczy ;P

A tu bohater poprzedniej notki, w towarzystwie Sgurr Dubh na Da Bheinn.

Schodziliśmy jak wspomniałam nieco inaczej, granią An Diollaid do końca. Różnica nie dramatyczna ale odczuwalna.

Mariusz nie mógł sobie podarować i popływał sobie w strumieniu… Uwielbia to i co roku liczy na to że trafi się odpowiednio gorący dzień.

Wycieczkę oceniam jako wyjątkowo mało wymagającą, tym bardziej na standardy Cuillinów. Idealny cel dla kogoś kto chciałby je popodziwiać z bliska ale nie ma ochoty na żadne scramblingi. Dla nas było to doskonałe zamknięcie nadzwyczaj udanego urlopu.

Podczas tego dziewięciodniowego wyjazdu zaliczyliśmy jedenaście munrosów w sześciu wycieczkach, mieliśmy tylko trzy dni odpoczynku (w dwu wypadkach i tak pogoda nie pozwoliłaby pójść w góry) – uważam że to znakomity bilans. No i przekroczenie połowy też daje pozytywnego kopa. Cel na przyszły letni urlop: pozostałe cztery munrosy Cuillinów. Będzie wesoło 😀


Sgurr nan Eag i Sgurr Dubh Mor

Nr 144, Sgurr nan Eag; nr 145, Sgurr Dubh Mor

Wymowa: skur nan ek; skur du mor

Znaczenie nazwy: rocky peak of the notches; big black rocky peak (za MunroMagic)

Wysokość: 924m n.p.m.; 944m n.p.m

Pozycja na liście munrosów: 265.; 228.

Data wejścia: 17.7.14

Na ostatnie dwa dni wróciliśmy na Skye. Plan był taki że pierwszego dnia wchodzimy na Sgurr nan Eag i Sgurr Dubh Mor, ostatnie munrosy Cuillinów od południa. Nie byłam pewna czego się spodziewać w kategoriach trudności, ale miałam przeczucie że będzie ciekawie.

Trasa prowadzi przez znany już nam z wycieczki na Sgurr Alasdaira Coire Ghrunnda. Ten tatrzański w charakterze kocioł wymaga skupienia przy wybieraniu drogi: przechodzi się przez kilka wielkich progów i jest tam sporo scramblingu, w części po mutonach, i ktoś mniej wprawny może się zapchać. 

Poniżej, ludzie pod ścianą dla uzmysłowienia skali:

Co jest fajne w tym kotle, to to że kiedy już pokona się ostatni próg i osiągnie staw, większość roboty jest odwalona. Zrobiliśmy prawie całą wysokość. Na okoliczne szczyty jest już bardzo blisko.

Po prawej początek grani Sgurr nan Eag. Na przełęcz wyprowadza ścieżka zygzakująca rumowiskiem. Znad jeziora moment.

Widok z przełęczy na Blavena:

Oraz na kolejny cel tego dnia. Cypek po lewej to Caisteal a Garbh, a wygląda zza niego Sgurr Dubh na Da Bheinn, przez którego szczyt mieliśmy przechodzić na Sgurr Dubh Mor. Sam munros we mgle po prawej. Wyglądało to raczej ok.

Sgurr Sgumain, Sgurr Alasdair i Sgurr Thearlaich. Byliśmy na pierwszych dwóch właśnie od tej strony. Tylko Alasdair jest munrosem – najwyższym w paśmie.

Podejście na Sgurr nan Eag nie wymaga wyciągania rąk z kieszeni, choć jeśli ktoś ma ochotę się pobawić to na ostrzu grani jest trochę konkretnego scramblingu, jednakowoż w całości omijalnego od prawej strony. Grań szczytowa jest dość długa, a kopiec duży i widoczny z daleka – i bardzo dobrze, bez kopca nie wiem czy byłabym w stanie precyzyjnie określić która skałka stanowi najwyższy punkt.

Z wierzchołka powala widok na ostatnie góry w paśmie, Sgurr a Choire Bhig i Gars-bheinn. Na pewno wspaniały i obowiązkowy cel, choć nie są munrosami!

Obowiązkowa fotka szczytowa:

O ile na Sgurr nan Eag orientacyjnie było bezproblemowo, o tyle po zejściu na przełęcz należało się już nieco zastanowić. Okazało się że z trawersowaniem Caisteal a Garbh nie ma najmniejszego problemu, teren był łatwy i wydeptana ścieżka. Trochę klucząc, wspięliśmy się na grań Sgurr Dubh na Da Bheinn i zaczęliśmy się wznosić, uważnie szukając drogi tak jak puszczało. 

Tak jak szliśmy nie było trudno. Konkretny, uczciwy scrambling w dobrej skale, który spokojnie pokonałabym też w drugą stronę. 

Przeszliśmy przez mały wierzchołek, i zaczęliśmy schodzić granią na przełęcz za którą był już munros. Znów, fajny scrambling, trochę ekspozycji, ręce konieczne, ale generalnie bez hardkorów.

Sgurr Dubh Mor wyglądał dość niewinnie, byliśmy pewni że nie będzie sprawiał żadnych kłopotów. 

Zaczęliśmy go trawersować od prawej strony, i okazało się że jest gorzej niż myśleliśmy. Przede wszystkim za Chiny nie mogliśmy znaleźć ewidentnej drogi w górę. Zbocze od tej strony składa się z sekcji skalnych poprzedzielanych trawiastymi półeczkami. Próbowaliśmy na różne sposoby, by za każdym razem się wycofać. Najpierw zapchaliśmy się w super kruchy żleb, potem w kominek który byłby spokojnie do wejścia gdyby nie to że płynęła nim woda i był pieruńsko śliski, a wymagał pójścia na tarcie. Nie mogliśmy sobie pozwolić na szarżowanie i przechodzenie trudności którą nie byłabym w stanie się wycofać. 

Wspomniany kominek:

Mariusz wyszukiwał drogę pod moim kątem, jak zwykle w trudniejszym terenie. Jakoś brnęliśmy przez półeczki do góry, nie mając pewności czy wyprowadzi nas na szczyt. Już bardzo wysoko były dwa wyjątkowo niefajne miejsca: gładkie płyty bez dobrych chwytów, do wejścia na tarcie. Jakoś wpełzłam, nie bez pomocy Mariusza. Wiedziałam, że jeżeli się wycofamy, i tak trzeba będzie tu wrócić, więc równie dobrze mogłam cisnąć!

I pomyśleć że Sgurr nan Eag był taki bezproblemowy:

Pomiędzy momentami scramblingu (nie mamy zdjęć z tych najtrudniejszych miejsc, ale jak znam życie i tak by nie oddały o co cho) była ścieżka, a w zasadzie ścieżki. Gdyby była jedna, mielibyśmy chociaż pewność że jesteśmy na dobrej drodze…

Gdyby to był szlak tatrzański, wszelkie problemy rozwiązałyby – oprócz rzecz jasna znakowania – po jednym łańcuchu i ewentualnie klamrze w tych cięższych miejscach. I wtedy byłaby to łatwizna. Ale w Szkocji obowiązuje inna filozofia.

W końcu jakoś dodrapaliśmy się na ten szczyt. Właściwy wierzchołek to ten pierwszy, z kopczykiem. Drugi wyglądał na minimalnie wyższy, więc weszliśmy i na niego, ale wg GPSa kopczykowy jest prawidłowy. 


Schodzenie zaczęliśmy po drodze wejściowej, bo nie bardzo było jak inaczej. Musiałam znowu pokonać te dwa wredne miejsca. Niżej przetrawersowaliśmy na drugą stronę grani, gdzie było łatwo acz masakrycznie krucho, i bez większych problemów wbiliśmy się na wierzchołek Sgurr Dubh na Da Bheinn. Stamtąd z początku skierowaliśmy się w kierunku Sgurr Alasdaira, szukając najdogodniejszego miejsca na zejście: 

Tu jeszcze dwa munrosy które powodują u mnie dreszczyk na plecach, to jest In Pin i Sgurr Mhic Choinnich. Wejdę na oba, co do tego nie ma wątpliwości. Nie ma też wątpliwości że mało się tam nie po***m.

Jakoś udało nam się zejść do Coire Ghrundda zachowując maksymalną ostrożność na rumowisku z głazów pomiędzy które mogłaby wpaść nie tylko noga, ale gdzieniegdzie cały człowiek. Starłam sobie opuszki na obu dłoniach a nogami ruszałam już na autopilocie… A jeszcze przed nami było schodzenie tym cholernym kotłem.

Wyspy Eigg, Rum i Soay:

Sgurr nan Eag z naszego zejścia:

Coire Ghrunnda poszedł dość sprawnie, udało się nim zejść w ok. 40 minut. 

Po powrocie z wyjazdu odpaliłam kompa i sprawdziłam co na temat tej trasy piszą portale górskie oraz sami baggerzy. Okazuje się że nasze doświadczenie ze Sgurr Dubh Mor jest absolutnie typowe! Przykład pierwszy z brzegu z Walkinghighlands:

The normal route is to head round to the right a little before finding a way up from ledge to ledge until the summit is reached. Either way, the ascent is a hard scramble and involves very tricky route finding (…).

Przyznam że trochę mnie poczesała ta wycieczka – zdecydowanie była to prawdziwa górska przygoda! Pomimo momentów kiedy miałam stracha podobało mi się bardzo. W gruncie rzeczy trudność techniczna nie była wcale duża a na pewno nie kluczowa, najgorszy by stres związany z szukaniem drogi, brakiem pewności czy dobrze idziemy, ciągłym martwieniem się czy uda się w razie czego wycofać. Ktoś kto chodzi tylko po szlakach tego nie zrozumie, offroadowcy rozumieją aż za dobrze 🙂

Am Basteir i Bruach na Frithe


Nr 136, Am Basteir; nr 137, Bruach na Frithe

Wymowa: am bastier; bruah na fri

Znaczenie nazwy: the executioner; slope of the deer forest (za MunroMagic)

Wysokość: 934m n.p.m.; 958m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 242.; 200.

Data wejścia: 11.7.14

Poniżej klasyczny, znany z pocztówek i kalendarzy, widoczek ze Sligachan. Trzej muszkieterowie Sgurr nan Gillean, Am Basteir, i… a tu się okazało że jednak nie Bruach. Bruacha zaczyna być widać jak podjedzie się bardziej na wschód. To poniżej to Sgurr a’Basteir, boczna odnoga grani. Ale trzeba przyznać ze we trójkę wyglądają wdzięcznie i symetrycznie. Tylko Gillean traci na drapieżności ponieważ poszarpańce Pinnacle Ridge zlewają się ze ścianą.

Droga spod Sligachan Hotel była nam już znana z wycieczki na Sgurr nan Gillean przez West Ridge. Jakieś trzy czwarte po połogim terenie, wyraźną ścieżką, i jedna czwarta skalisto-piarżystym kotłem.
Pinnacle Ridge. Może kiedyś ją tu opiszę:
A tu West Ridge, której (a właściwie wariantu której) opis się tu znajduje: >>LINK<<. Rany jak mi wtedy łydki latały. Ech, wspomnienia.
Nie Gillean jest bohaterem tej notki, ale jest taki śliczny że nie mogę się powstrzymać. Tu jakieś lepsze zawodniki schodzą z ostatniego przed szczytem pinakla, Knight’s Peak.
Z przełęczy pomiędzy Gilleanem a Basteirem grań tego ostatniego (w sensie to co widać) prezentuje się bezproblemowo, ale myśmy planowali, jak większość, trawersować niesławnego Bad Stepa. Opis naszego wariantu wg przewodnika Walkinghighlands wygląda następująco (piszę po części z pamięci, po części ze strony internetowej Walkinghighlands):
zacznij ostrzem, ale przed pierwszym znaczącym spiętrzeniem grani zacznij trawersować ją od lewej strony, do charakterystycznej pomarańczowo znaczonej płyty. Wespnij się tą płytą po czym kontynuuj trawersowanie ściany aż do skalistej znaczonej fioletowo rampy. Nią z powrotem na grań powyżej Bad Stepa i dalej już na luzie do szczytu.
…(podczas gdy publika wstrzymuje oddech przerywnik w postaci Sgurr na h-Uamha)…
No więc co się okazało. Z pomarańczową płytą nie było problemów (patrz niżej). Gorzej że kiedy po niej weszliśmy po krótkim czasie okazało się że wyszliśmy tuż na Bad Stepa.
Bad Step (będzie parę zdjęć niżej) może i jest do wejścia, ale do zejścia się średnio nadaje, więc trzeba było się obniżyć i szukać alternatywnego przejścia. To zbocze to nie jest jakaś ściana, ale wystarczająco strome i kruche żeby się sturlać, więc staraliśmy się iść z głową.
Początek trawersu:
Jeszcze raz pomarańczowa płyta:
Fioletowej rampy czymkolwiek ona jest niestety nie zlokalizowano.

Jeśliby zdarzyła się komuś identyczna sytuacja z Bad Stepem najlepsza rada jaką mogę dać jest taka by z góry wypatrzeć szeroką półę która trawersuje popod BS, a potem schodzić na nią jak puszcza, i na póle już dać się poprowadzić terenowi. Jeśli Mazio ma jakieś uwagi zapraszam do wpisania w komentarzach :p

Poniżej półeczki, przez które prowadzi to co uznaliśmy za prawidłową drogę:
A tu Bad Step. Wysokości dwóch dorosłych mężczyzn, najgorsza jest nie lufa a niewiele chwytów i, kiedy się schodzi, pochowane, niewidoczne stopieńki. Część przechodzi to na żywca, część się asekuruje, a największa część omija tak jak i my.
Kiedy dochodzimy do miejsca u podnóża Bad Stepa do szczytu jest tylko niewielki spacerek granią. Niestety chmury które przylazły znad środkowych Cuillinów przesłoniły całe pasmo, tak że podziwiać mogliśmy tylko stronę północną.
Ząb ginie w chmurze, Bruach też, widać jedynie ludzi na przełęczy:
Zejście po własnych śladach nie nastręczało już problemów orientacyjnych, więc wydało się dużo łatwiejsze. Postanowiliśmy pocisnąć na Bruacha. Z początku nie był uwzględniony ponieważ tym co nas interesowało był Am Basteir i zwyczajnie nie pamiętaliśmy że tuż obok znajduje się sąsiad-munros. W przeddzień wycieczki oświeciło nas przy ponownej lekturze przewodnika.

W celu dojścia na przełęcz skąd już blisko na Bruacha należy przetrawersować piargi pod północną ścianą Am Basteira, skąd przerażające wrażenie robi podwójnie przewieszony Ząb: 
Na wierzchołek z przełęczy wyprowadza łatwa i krótka grań – gdybyśmy nie zrobili tego munrosa razem z Am Basteirem bylibyśmy cieciami. Idzie się moment. Niewątpliwie jak na standardy Cuilinów łatwy munro, ale i tak bardziej charakterny niż 99% całej listy. Niestety nie mogę oddać Bruachowi pełnej sprawiedliwości: chmury zakryły nas już tak, że widoków nie było żadnych. 
Spontanicznie, nie chcąc się wracać przez piargi, zdecydowaliśmy się schodzić wysuniętą na północny wschód granią. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę: grań okazała się malownicza, skalista acz bez jakichkolwiek trudności, a odcinek którym już w dole musieliśmy nadrobić przesunięcie na wschód okazał się wręcz sielankowy; ścieżka biegła wzdłuż rzeki z licznymi wodospadami i wąwozikami. Było tak ładnie że zdjęcia z tego fragmentu planuję zamieścić w oddzielnej notce, gdzie będą fotki z urlopu które nie zmieściły mi się w notkach wycieczkowych a są zbyt ładne by je pominąć.
Podsumowując: jeśli omija się Bad Stepa, na Am Basteira trzeba wchodzić przytomnie a nie napierać jak dzik. Sensowna droga jest do znalezienia acz niekoniecznie musi być ewidentna. Jest to jednak tak krótki odcinek że można sobie pozwolić na chwilę zastanowienia. 

Po tej nadzwyczaj udanej turze wynieśliśmy się ze Skye do Gairloch. Był zamiar powrotu, ale najpierw mieliśmy w planach trochę hardkoru innego rodzaju niż rozorywanie palców na cuillińskim granicie…

(Mapka będzie jak będzie ;p)

Blaven


Nr 136, Blaven (Bla Bheinn)

Wymowa: blawen

Znaczenie nazwy: niejasne, prawdopodobnie blue hill (za MunroMagic)

Wysokość: 928m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 252.

Data wejścia: 10.7.14

Wakacje zaczęliśmy od Blavena nieprzypadkowo… Trasa turystyczna liczy sobie w obie strony zaledwie 7 km, toteż wyjechaliśmy o takiej porze jak zwykle, na Skye dotarliśmy po 13 i zdążyliśmy go bez problemu zaliczyć. Byliśmy zdeterminowani ponieważ pogoda była za dobra żeby ten dzień zmarnować wyłącznie na podróż. 

Z Blavena i jego sąsiada Clach Glasa z którym tworzą masyw są niesamowite kozaki, a trawers obu uchodzi za klasykę (zaawansowanego) scramblingu. Jest tam też wiele innych dróg scramblingowych i wspinaczkowych. Trasa turystyczna natomiast to dreptanina, do wejścia dla każdego. Nie jest jednak nudna!

Za Broadford należy skręcić na miejscowość Torrin (droga B8083). Start z parkingu nad Loch Slapin.

Clach Glas, czasami nazywany "Matterhornem Skye" (być może z emfazą ale polecam wyggoglać jego zdjęcia pod różnymi kątami, ma charakter), to oczywiście ten po prawej, oddzielony przełączką Putting Green.

Poniżej zaznaczyłam jak biegnie ścieżka turystyczna:

W terenie nie było do końca oczywiste, w którym momencie skręcić żeby zacząć się piąć w górę, wydeptanych dróżek jest tam więcej. Generalnie książkowa wchodzi w zbocze tuż za wielkim boulderem poniżej i dalej biegnie jego prawym ograniczeniem – warto się jej trzymać żeby wyżej mieć widoki na Clach Glasa znad samej krawędzi.

Wspinaczka mocno zerodowanym zboczem szłaby szybciej, gdyby nie oglądać się na okrągło za siebie, na wciąż rozszerzającą się panoramę West Highlands i wysp.

Poniżej widok na Loch Slapin, które jest zatoką, oraz półwysep Sleat (to wciąż Skye, mainland dopiero na ostatnim planie).

Putting Green i Clach Glas wreszcie z bliska. Zdążyłam się odzwyczaić od takich widoków. Trudno uwierzyć że to przecież wcale nie Cuilliny, a Red Hillsy. Chociaż ogólna opinia jest taka że te dwa szczyty to Cuilliny honoris causa. Popieram, dla mnie też Blaven jest Cuilinem. 

Kolejny w masywie, korbet Garbh Bheinn, też jest piękną górą, ale na razie mamy inne priorytety.

Odrobina scramblingu jest jedynie pod szczytem, można trudniej (kominkiem) albo bez trudności.

W centrum zdjęcia wyspa Raasay:

Efekt szoku przy wchodzeniu tą trasą jest porównywalny do tego który odczuwa się po raz pierwszy wchodząc na Krzyżne z Doliny Gąsienicowej. Widok miażdży system.

Najspektakularniej prezentuje się oczywiście Sgurr nan Gillean, ale to akurat było wiadomo jak dwa plus dwa jest cztery 😉

Nas interesował też dość intensywnie Am Basteir, nasz cel na kolejny dzień (ten z zębem). Potem miało się okazać, że i nieplanowany z początku Bruach na Frithe, ta ścięta piramida po lewej, się załapał.

Red Hillsy, z najwyższym Glamaig, która to nazwa zawsze jednakowo nas bawi:

Trasę pokonaliśmy (w obie strony) w cztery godziny, acz spokojnie da się sporo szybciej. Nam niby się śpieszyło (żeby zdążyć znaleźć nocleg / rozbić namiot), ale w taki dzień nie dało się nie pokładać i nie podziwiać widoków. W rezultacie i popodziwialiśmy, i z namiotem nie było problemów (pole w Sligachan), a nawet zdążyliśmy zjeść obiadokolację w barze Sligachan Hotel.

Był to najlepszy z możliwych start urlopu, a i później miało się dziać…

Mapka z Walkinghighlands >>LINK<<


Weekend w Highlandzie



W góry zupełnie nie udaje nam się ostatnio wyskoczyć, ale w ostatni weekend zrobiliśmy sobie objazdówkę po Skye i zachodnim Highlandzie. Złota jesień plus okno pogodowe zaowocowały fantastycznymi wrażeniami. Szkoda że nie jestem w stanie wrzucić wszystkich zdjęć.


W sobotę na Skye jeszcze nie było rewelacyjnie, trochę co chwila popadywało, ale dało się coś zobaczyć. 

Storr stał w chmurach, za to Qiraing nie rozczarował:
Image Hosted by ImageShack.us
Hebrydy Zewnętrzne wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Za krową widać góry na Harris.

Image Hosted by ImageShack.us



Czarne Cuilliny odsłoniły się dopiero wieczorem, ale jak już to już. Sgurr nan Gillian wygląda od tej strony tak, że słowackie Tatry Wysokie by się nie powstydziły:

Image Hosted by ImageShack.us
Zachód słońca był spektakularny.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us


W niedzielę – masakra. Od rana pogoda taka że trudno było uwierzyć. Śniadanie z widokiem na przyśnieżone, skąpane w słońcu Cuilliny, bezcenne.

Image Hosted by ImageShack.us


Nie chciało nam się tak od razu wracać więc najpierw pojechaliśmy na półwysep Sleat, gdzie nas jeszcze nie było. Roztaczają się stamtąd widoki na dziki półwysep Knoydart z piękną górą Ladhar Bheinn (najwyższa na zdjęciu) na którą od dawna się szykujemy (wycieczka niestety dość skomplikowana logistycznie).

Image Hosted by ImageShack.us



Image Hosted by ImageShack.us

Loch Alsh:

Image Hosted by ImageShack.us

To natomiast niewątpliwie dwie najwyższe z Five Sisters of Kintail >>LINK<<.

Image Hosted by ImageShack.us

Na cmentarzu u wylotu Glen Affric było tak pięknie, że zrobiliśmy tam dłuższy postój.

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejne dwa wypadły nad Loch Garry, pierwszy na znanym punkcie widokowym:

Image Hosted by ImageShack.us

I drugi, bo nie dało się przejechać mimo wobec tych kolorów.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Jako że wypadał Remembrance Day, pod Commando Memorial koło Spean Bridge był niezły tłum. Było na co popatrzeć.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Postanowiliśmy podskoczyć jeszcze do Glenfinnam i po drodze ustrzeliliśmy Benka który był jak zwykle bezbłędny.

Image Hosted by ImageShack.us

Glenfinnan Monument i wiadukt załapały się na zdjęcia w ostatnich chwilach przed zachodem słońca:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Glencoe i reszty już się uwiecznić nie dało. Ale co ogarnęliśmy to nasze. Niezapomniany dzień.

Śniegu jest już całkiem sporo i nie mogę się doczekać kiedy w końcu pójdziemy w góry!!!

Sgurr Alasdair

Nr 78, Sgurr Alasdair

Wymowa: skur alasdier

Znaczenie nazwy: Alexander’s rocky peak

Wysokość: 992m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 154.

Data wejścia: 9.08.11

Sgurr Alasdair jest najwyższy w paśmie Black Cuillins. Nie leży w grani głównej a lekko na uboczu. Był doskonale widoczny z kempingu w Glen Brittle, wyglądał pięknie, i chyba to zdecydowało że wybraliśmy go na kolejny cel. Droga najłatwiejsza wiedzie przez kamienisty żleb Great Stone Shoot – my postanowiliśmy nią schodzić, na wejście zaś wybraliśmy grań południowo-zachodnią o wycenie scramblingowej 3 aka tatrzańskie 0+ (wybór umożliwiła książeczka Skye scrambles pod patronatem SMC, wspaniałe i wyczerpujące źródło informacji).

Startujemy z kempingu, za domkiem łazienkowym jest furtka, wiedzie stamtąd droga którą wbijamy na dzielący nas od Cuillinów niski wał. Otoczenie Coire Lagan ukazuje się nareszcie odsłonięte w całości – od lewej kolejno Sgurr Mhic Choinnich, Sgurr Alasdair, Sgurr Sgumain oraz Sron na Ciche.

Na rozwidleniu skręcamy w prawo – lewe prowadzi do Coire Lagan i będziemy nim wracać. My musimy jednak zajść Sron na Ciche od żopy strony, aby osiągnąć Alasdaira od pleców, z Coire a’Ghrunnda.

Kiedy zaczynamy wbijać się w górę, w kierunku kotła, coraz głębiej pomiędzy skalne zbocza i ściany, teren niesamowicie zaczyna przypominać Tatry Wysokie. Rzeźba, rodzaj skały, formacje, wszystko jest zadziwiająco podobne. Złudzenie pryska kiedy się odwrócimy – ten quasi tatrzański krajobraz dotyka do morza. Poniżej wyspa Soay:

Do Coire a’Ghrunnda trochę włażenia jest, mamy na tym odcinku sporo scramblingu, także trójkowego. Pamiętajmy jednak, że po osiągnięciu kotła zostanie nam jedynie symboliczna wysokość do celu – to jest praktycznie całe nasze podejście. Na zdjęciu dolny kocioł, by wbić się do tego właściwego trzeba wspiąć się na wysoki próg:

A tu Sgurr Sgumain i Sgurr Alasdair z Coire a’Ghrunnda – stąd już tylko krótki marsz na grań.

Skała nie wszędzie jest identyczna jak w Tatrach Wysokich, niemniej ogólne podobieństwo krajobrazu jest uderzające. W Szkocji nie ma drugiego takiego pasma jak Cuilliny. Są góry równie ciekawe pod różnymi względami, ale drugich takich Tatr w miniaturze nie ma. A przecież Cuilliny na liście munrosów wcale nie okupują wysokich lokat!

Tak prezentuje się Sgurr Alasdair ze Sgurr Sgumaina. Na przełęcz pomiędzy nimi można schodzić ostrzem grani, ale pod koniec może to być opcja nieco problematyczna, dlatego strawersowaliśmy ten fragment po stronie Coire Lagan.

Poniżej Sgurr Dearg a turnia na jego wierzchołku to Inaccessible Pinnacle. Bez wejścia na Inn Pinna nie można sobie zaliczyć tego munrosa.

Inn Pinn zzoomowany. Wchodzi się tak jak pan w pomarańczowym, po grańce o gdzieniegdzie 30 cm szerokości, acz podobno technicznie raczej łatwej. Schodzi – zjazdem z drugiej strony. Inn Pinn jest szczególnie ciężki dla osób nielubiących obustronnej ekspozycji i wiem że mnie poczesze w swoim czasie.

Poniżej południowy kraniec grani Cuillinów – Sgurr a’Choire Bhig i Gars-Bheinn.

Poniżej clou naszej trasy. Ten kominek jest najłatwiejszą opcją u zarania podejścia na wierzchołek Sgurr Alasdaira. Miał to być wprawdzie trójkowy scrambling, ale na zdjęciu w książce wyglądał nieszczególnie. Musieliśmy wziąć pod uwagę, że mogę tam potrzebować ubezpieczenia.

Kiedy podeń podeszliśmy, okazało się że wygląda inaczej niż w książce. Uważna analiza ujawniła, że w środku oberwał się blok skalny, dodając kilku stopni i chwytów w najtrudniejszym miejscu. Lina okazała się niepotrzebna.

Dalsza droga na Alasdaira była już prosta, znów można było iść ostrzem grani albo nieco z boku, w zależności od preferencji. Z tyłu Sgurr Sgumain a za nim Sron na Ciche:

Poniżej Sgurr Dubh na Da Bheinn i Sgurr nan Eag. Te wszystkie straszliwe nazwy w rzeczywistości mają absolutnie banalne znaczenie. Zresztą, ich fonetyczna zgroza także jest subiektywna – dla Brytyjczyka Jarząbczy Wierch czy Szeroka Jaworzyńska będą wyglądały i brzmiały równie bełkotliwie.

Sąsiedni munro Sgur Mhic Choinnich i wspinacze włażący King’s Chimney:

A to nieustraszony zdobywca na wierzchołku Sgurr Alasdaira. Faktycznie czuć, że jest najwyższy w paśmie.



Z Alasdaira łatwym scramblingiem schodzimy na przełęcz pomiędzy nim a Sgurr Thearlaich. Z przełęczy opada the Great Stone Shoot. Czułam, że będzie przewalony, ale jako weterankę która niejedno plugawe słowo rzuciła na drodze na Lodową Przełęcz przed zmodernizowaniem tamtego podejścia, nie był w stanie niczym mnie zaskoczyć. Powiem tyle, że tam naprawdę przydają się kaski oraz, że bardzo mnie cieszyło, że nikt za nami nie schodzi.

Naprawdę fajnie (i bezpieczniej) było znaleźć się na dole, w Coire Lagan. Kocioł budzi niebywale silne skojarzenia z Doliną Pięciu Stawów Spiskich – jezioro, skalne ściany dookoła, no i przede wszystkim piękne mutony. Niestety brak ekwiwalentu dla Terinki ale zawsze miło pomarzyć o słowackim piwie i parkach.

Ścieżka sprowadzająca z Coire Lagan łączy się wkrótce z tą dojściową – i szast prast jesteśmy z powrotem na kempingu.
Naszą trasę na Alasdaira bardzo polecam. Wszak dwukrotne pokonywanie Great Stone Shoot to byłby jakiś wyrafinowany masochizm. Jedynym trudniejszym – co nie znaczy że faktycznie trudnym – miejscem jest kominek, na pozostałych odcinkach scramblingowych wariantów jest wiele o różnych stopniach trudności. Nasz przewodnik opisuje jeszcze jedną trasę, przez grań południowo-wschodnią o gradacji zaledwie 2. Jakiejkolwiek opcji byście nie wybrali, na litość boską nie róbcie sobie tego i nie wchodźcie tym zakazanym żlebem. Męczenie się z nim w jedną stronę jest wystarczającą pokutą.

Mapka w przygotowaniu.

Sgurr nan Gillean


Nr 75
, Sgurr nan Gillean

Wymowa: skur nan giljan

Znaczenie nazwy: rocky peak of the young man (za MunroMagic)

Wysokość: 964m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 191.

Data wejścia: 31.07.11


Naszą przygodę z Black Cuillins na wyspie Skye postanowiliśmy rozpocząć właśnie tym przepięknym i charakternym munrosem. Prowadzą na niego trzy granie o różnym stopniu trudności. Najcięższa, Pinnacle Ridge, to piątkowy scrambling (tatrzańskie 3) i wymaga umiejętności zjeżdżania, którego ja wciąż muszę się nauczyć. Droga turystyczna to miejscami eksponowany, trójkowy solidny scrambling (tatrzańskie 0+) i nią mieliśmy schodzić. My wybraliśmy opcję trzecią, przez West Ridge. Ma ona również kilka wariantów do których jeszcze wrócę, nasz był najłatwiejszy (technicznie co nie znaczy że psychicznie), jedynkowy.

Zatrzymaliśmy się u przeciwległego, południowego krańca Cuillins, na kempingu w Glen Brittle (o kempingach napiszę oddzielnie). Jest to fantastyczny punt wypadowy w pasmo.


Droga rozpoczyna się z parkingu opodal Sligachan Hotel. Cel widnieje prosto przed nami, monumentalna bryła trzech szczytów: Sgurr nan Gillean, Am Basteir z jego słynnym zębem oraz już mniej śmiały Bruach na Frithe.


Póki co naszym celem jest przełęcz pomiędzy Sgurrem nan Gillian a Am Basteirem. Droga idzie prosto jak strzelił. Z początku wędrujemy wrzosowiskiem, wkrótce – na wysokości Basteir Gorge – grunt robi się stromszy i skalisty, natomiast pod samą przełęcz podchodzimy stromym piargiem.

Tak z podejścia prezentuje się Pinnacle Ridge:


A tak West Ridge (samego wierzchołka nie widać):


Z przełęczy możliwe są cztery warianty: dwa dwójkowe i dwa jedynkowe. Trudniejsze Nicholson’s Chimney oraz Tooth Chimney wyprowadzają na grań powyżej jej kluczowego miejsca, czyli Arete. Łatwy komin Tooth Groove wyprowadza wprost na Arete, a Lota Ledge idzie w ogóle od drugiej strony. My wybraliśmy wariant przez Tooth Groove. Oznaczało to dla mnie konieczność zmierzenia się z moimi lękami. Arete to krótki, ale bardzo i obustronnie eksponowany odcinek grani. Mimo jego niewielkiej technicznej trudności oboje wiedzieliśmy, że muszę tam iść na linie. Nie chcieliśmy powtórki z Lodowego Konia, a tu grań miała być węższa.

Tooth Groove to komin na wysokości pana w czerwonym polarze:

Ekipa przed nami w kominie:

Faktycznie okazał się prosty i równie dobrze mogliśmy użyć liny dopiero na górze.

Arete okazało się dokładnie tak przerażające jak sobie wyobrażałam. Grań na tym naprawdę krótkim odcinku tworzy kilka bloków skalnych, trochę podobnie jak na Koniu ale są mniejsze i nie da rady się po nich suwać. Ekspozycja jest ogromna. Potem mamy czterometrową ściankę, wciąż w ekspozycji, i… to koniec trudności. Dosłownie kilka metrów, nie wyglądających źle, ale z taką lufą, że nie można sobie pozwolić na najmniejszy błąd.

Mariusz przeszedł ten kawałek na pełnym luzie, na żywca, w ogóle nie zdeprymowany. Idąc tłumaczył mi gdzie będę mieć dobre stopnie i chwyty. Ciężko mi było na to patrzeć i odetchnęłam z ulgą kiedy skończył z przelotami i usiadł w już bezpiecznym miejscu.

Na Arete jak wspomniałam absolutnie nie dało by rady się suwać, należało tu wykonać kilka manewrów. Dla osoby z lękiem ekspozycji prawdziwe wyzwanie, nawet na linie (na żywca po prostu bym tam nie poszła). Chwyty i stopnie były, nie wszędzie rewelacyjne ale wystarczające. Przeszłam sprawnie, pozdejmowałam przeloty. Lufa wywarła na mnie ogromne wrażenie ale dzięki asekuracji mogłam się skupić na trudnościach technicznych, a te nie były duże. 

Reszta grani to dwójkowy – trójkowy scrambling, miejscami bardzo stromy ale z doskonałym tarciem. Bezpośredniej lufy już wiele nie ma, a jeśli już to tylko na jedną stronę.

Poniżej widok na Am Basteir, na którego również podchodzi się z tej przełęczy:

Tuż pod szczytem przechodzimy przez okno skalne:

O wierzchołku Sgurr nan Gillean przewodniki rozpisują się, jaki to on nie jest "powietrzny". Tu w Szkocji górskie szczyty poza Cuillinami są znacznie szersze i nie tak eksponowane, a przynajmniej nie z każdej strony, stąd wierzchołek porównywalny ze świnickim pod względem rozległości i lufiastości jest czymś na tyle niecodziennym, by robić z niego coś w rodzaju Żabiego Konia…

Żeby dostać się na południowo-wschodnią grań należy przejść przez długie i faktycznie nieźle podcięte, ale absolutnie bezproblemowe bloki skalne, po czym – z początku bardzo stromo – scramblingować w dół. Ta droga "turystyczna" nie cieszy się zbyt dobrą sławą, jako że (w lokalnych warunkach) swoim stopniem trudności przewyższa najcięższe warianty na większość gór. Mamy tu do czynienia z konkretnym scramblingiem, dla osoby chodzącej po Tatrach, nawet tylko po polskiej stronie i po szlakach, nie przedstawiającym niczego nowego. Faktem jednak jest że dla tych munro-baggerów, którzy nie mają aspiracji wspinaczkowych i na co dzień są przyzwyczajeni do podejść ścieżkami, może to być zupełnie nowa jakość.  

Na początku scramblingujemy bezpośrednio granią, po pewnym czasie jest możliwość przeniesienia się na łatwiejszy teren po prawej stronie. Droga wcale nie jest do końca oczywista i trzeba wybierać ją rozważnie, zwłaszcza kiedy idzie się w chmurach. Nam jak widać pogoda dopisała.

Jeden z fragmentów czysto scramblingowych:

W teorii powinno się zejść do przełęczy, ale kiedy grunt na zboczach trochę się położył, ścięliśmy kawałek. Droga powrotna do Sligachan jest niestety dużo dłuższa od podejścia i z początku wiedzie męczącym rumowiskiem. 

Wycieczka była po prostu wspaniała i większej zachęty do dalszej eksploracji Czarnych Cuillinów nie mogłam sobie wymarzyć. Z moim lękiem ekspozycji poradziliśmy sobie liną i polecam to wyjście wszystkim z analogicznym problemem, jako że technicznie naprawdę trudno nie jest. Przypominam też o pozostałych trzech wariantach. Ponadto West Ridge jest dużo krótsza od grani turystycznej, więc choć w jedną stronę ułatwiamy sobie życie.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<