Sgurr nan Eag i Sgurr Dubh Mor

Nr 144, Sgurr nan Eag; nr 145, Sgurr Dubh Mor

Wymowa: skur nan ek; skur du mor

Znaczenie nazwy: rocky peak of the notches; big black rocky peak (za MunroMagic)

Wysokość: 924m n.p.m.; 944m n.p.m

Pozycja na liście munrosów: 265.; 228.

Data wejścia: 17.7.14

Na ostatnie dwa dni wróciliśmy na Skye. Plan był taki że pierwszego dnia wchodzimy na Sgurr nan Eag i Sgurr Dubh Mor, ostatnie munrosy Cuillinów od południa. Nie byłam pewna czego się spodziewać w kategoriach trudności, ale miałam przeczucie że będzie ciekawie.

Trasa prowadzi przez znany już nam z wycieczki na Sgurr Alasdaira Coire Ghrunnda. Ten tatrzański w charakterze kocioł wymaga skupienia przy wybieraniu drogi: przechodzi się przez kilka wielkich progów i jest tam sporo scramblingu, w części po mutonach, i ktoś mniej wprawny może się zapchać. 

Poniżej, ludzie pod ścianą dla uzmysłowienia skali:

Co jest fajne w tym kotle, to to że kiedy już pokona się ostatni próg i osiągnie staw, większość roboty jest odwalona. Zrobiliśmy prawie całą wysokość. Na okoliczne szczyty jest już bardzo blisko.

Po prawej początek grani Sgurr nan Eag. Na przełęcz wyprowadza ścieżka zygzakująca rumowiskiem. Znad jeziora moment.

Widok z przełęczy na Blavena:

Oraz na kolejny cel tego dnia. Cypek po lewej to Caisteal a Garbh, a wygląda zza niego Sgurr Dubh na Da Bheinn, przez którego szczyt mieliśmy przechodzić na Sgurr Dubh Mor. Sam munros we mgle po prawej. Wyglądało to raczej ok.

Sgurr Sgumain, Sgurr Alasdair i Sgurr Thearlaich. Byliśmy na pierwszych dwóch właśnie od tej strony. Tylko Alasdair jest munrosem – najwyższym w paśmie.

Podejście na Sgurr nan Eag nie wymaga wyciągania rąk z kieszeni, choć jeśli ktoś ma ochotę się pobawić to na ostrzu grani jest trochę konkretnego scramblingu, jednakowoż w całości omijalnego od prawej strony. Grań szczytowa jest dość długa, a kopiec duży i widoczny z daleka – i bardzo dobrze, bez kopca nie wiem czy byłabym w stanie precyzyjnie określić która skałka stanowi najwyższy punkt.

Z wierzchołka powala widok na ostatnie góry w paśmie, Sgurr a Choire Bhig i Gars-bheinn. Na pewno wspaniały i obowiązkowy cel, choć nie są munrosami!

Obowiązkowa fotka szczytowa:

O ile na Sgurr nan Eag orientacyjnie było bezproblemowo, o tyle po zejściu na przełęcz należało się już nieco zastanowić. Okazało się że z trawersowaniem Caisteal a Garbh nie ma najmniejszego problemu, teren był łatwy i wydeptana ścieżka. Trochę klucząc, wspięliśmy się na grań Sgurr Dubh na Da Bheinn i zaczęliśmy się wznosić, uważnie szukając drogi tak jak puszczało. 

Tak jak szliśmy nie było trudno. Konkretny, uczciwy scrambling w dobrej skale, który spokojnie pokonałabym też w drugą stronę. 

Przeszliśmy przez mały wierzchołek, i zaczęliśmy schodzić granią na przełęcz za którą był już munros. Znów, fajny scrambling, trochę ekspozycji, ręce konieczne, ale generalnie bez hardkorów.

Sgurr Dubh Mor wyglądał dość niewinnie, byliśmy pewni że nie będzie sprawiał żadnych kłopotów. 

Zaczęliśmy go trawersować od prawej strony, i okazało się że jest gorzej niż myśleliśmy. Przede wszystkim za Chiny nie mogliśmy znaleźć ewidentnej drogi w górę. Zbocze od tej strony składa się z sekcji skalnych poprzedzielanych trawiastymi półeczkami. Próbowaliśmy na różne sposoby, by za każdym razem się wycofać. Najpierw zapchaliśmy się w super kruchy żleb, potem w kominek który byłby spokojnie do wejścia gdyby nie to że płynęła nim woda i był pieruńsko śliski, a wymagał pójścia na tarcie. Nie mogliśmy sobie pozwolić na szarżowanie i przechodzenie trudności którą nie byłabym w stanie się wycofać. 

Wspomniany kominek:

Mariusz wyszukiwał drogę pod moim kątem, jak zwykle w trudniejszym terenie. Jakoś brnęliśmy przez półeczki do góry, nie mając pewności czy wyprowadzi nas na szczyt. Już bardzo wysoko były dwa wyjątkowo niefajne miejsca: gładkie płyty bez dobrych chwytów, do wejścia na tarcie. Jakoś wpełzłam, nie bez pomocy Mariusza. Wiedziałam, że jeżeli się wycofamy, i tak trzeba będzie tu wrócić, więc równie dobrze mogłam cisnąć!

I pomyśleć że Sgurr nan Eag był taki bezproblemowy:

Pomiędzy momentami scramblingu (nie mamy zdjęć z tych najtrudniejszych miejsc, ale jak znam życie i tak by nie oddały o co cho) była ścieżka, a w zasadzie ścieżki. Gdyby była jedna, mielibyśmy chociaż pewność że jesteśmy na dobrej drodze…

Gdyby to był szlak tatrzański, wszelkie problemy rozwiązałyby – oprócz rzecz jasna znakowania – po jednym łańcuchu i ewentualnie klamrze w tych cięższych miejscach. I wtedy byłaby to łatwizna. Ale w Szkocji obowiązuje inna filozofia.

W końcu jakoś dodrapaliśmy się na ten szczyt. Właściwy wierzchołek to ten pierwszy, z kopczykiem. Drugi wyglądał na minimalnie wyższy, więc weszliśmy i na niego, ale wg GPSa kopczykowy jest prawidłowy. 


Schodzenie zaczęliśmy po drodze wejściowej, bo nie bardzo było jak inaczej. Musiałam znowu pokonać te dwa wredne miejsca. Niżej przetrawersowaliśmy na drugą stronę grani, gdzie było łatwo acz masakrycznie krucho, i bez większych problemów wbiliśmy się na wierzchołek Sgurr Dubh na Da Bheinn. Stamtąd z początku skierowaliśmy się w kierunku Sgurr Alasdaira, szukając najdogodniejszego miejsca na zejście: 

Tu jeszcze dwa munrosy które powodują u mnie dreszczyk na plecach, to jest In Pin i Sgurr Mhic Choinnich. Wejdę na oba, co do tego nie ma wątpliwości. Nie ma też wątpliwości że mało się tam nie po***m.

Jakoś udało nam się zejść do Coire Ghrundda zachowując maksymalną ostrożność na rumowisku z głazów pomiędzy które mogłaby wpaść nie tylko noga, ale gdzieniegdzie cały człowiek. Starłam sobie opuszki na obu dłoniach a nogami ruszałam już na autopilocie… A jeszcze przed nami było schodzenie tym cholernym kotłem.

Wyspy Eigg, Rum i Soay:

Sgurr nan Eag z naszego zejścia:

Coire Ghrunnda poszedł dość sprawnie, udało się nim zejść w ok. 40 minut. 

Po powrocie z wyjazdu odpaliłam kompa i sprawdziłam co na temat tej trasy piszą portale górskie oraz sami baggerzy. Okazuje się że nasze doświadczenie ze Sgurr Dubh Mor jest absolutnie typowe! Przykład pierwszy z brzegu z Walkinghighlands:

The normal route is to head round to the right a little before finding a way up from ledge to ledge until the summit is reached. Either way, the ascent is a hard scramble and involves very tricky route finding (…).

Przyznam że trochę mnie poczesała ta wycieczka – zdecydowanie była to prawdziwa górska przygoda! Pomimo momentów kiedy miałam stracha podobało mi się bardzo. W gruncie rzeczy trudność techniczna nie była wcale duża a na pewno nie kluczowa, najgorszy by stres związany z szukaniem drogi, brakiem pewności czy dobrze idziemy, ciągłym martwieniem się czy uda się w razie czego wycofać. Ktoś kto chodzi tylko po szlakach tego nie zrozumie, offroadowcy rozumieją aż za dobrze 🙂

Maol Chean-dearg

Nr 143, Maol Chean-dearg

Wymowa: maul cin dzierek

Znaczenie nazwy: bald red head (za MunroMagic)

Wysokość: 933m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 247.

Data wejścia: 15.7.14

Ten munros pozostał nam jako ostatni w Torridon. Będziemy tam oczywiście wracać, obok Glencoe to nasza ulubiona dolina. Niemniej w znaczeniu baggingu kolejny rejon odhaczony.

Na MCd można dojść z Torridon albo z Glen Carron. Drugi wariant jest o 4 km krótszy ale wybraliśmy go raczej dlatego by zrobić zakupy w dużym Sparze w Lochcarron (spaliśmy w Torridon).

Start z parkingu przy drodze A890 tuż obok mostu w Coulags. Niestety zapowiadało się że czeka nas kolejna szara wycieczka.

Już po chwili marszu zorientowaliśmy się że popełniliśmy wielki błąd zakładając lekkie scramblingowe buty. Trzeba było wziąć treki. Po paru częściowo deszczowych dniach w dolinie zrobiło się bagno. Strumień tak wezbrał że wolałam przekroczyć go bez butów niż ryzykować że powinie mi się noga. I tak było wiadomo że je przemoczę ale chciałam jeszcze chwilę nacieszyć się w miarę suchymi nogami.

Główną rzekę na szczęście można przejść po mostku.

Dolina nie robi zbyt imponującego wrażenia. Od wschodu flankują ją Sgurr Ruadh i Fuar Tholl, piękne góry ale od drugiej strony, zwłaszcza Fuar Tholl z jej pionowymi filarami. MCd przez długi czas w ogóle nie widać.

Po trzech kilometrach z kawałkiem dochodzimy do bothy Coire Fionnaraich, utrzymywanego przez Mountain Bothy Association. W sezonie służy polującym na jelenie, a poza sezonem korzystać może każdy.

Kilometr za bothy dochodzimy do rozwidlenia dróg. Prawa odnoga prowadzi do Torridonu, a lewa na munrosa. Dopiero od rozwidlenia zaczynamy się wznosić. Celem jest przełęcz dość ciekawie umiejscowiona pomiędzy trzema górami: MCd, korbetem An Ruadh-Stac i podrzędną górką Meall nan Ceapairean. Podejście w większości jest łagodne.

Sgurr Ruadh w tle:

Dopiero na tym podejściu zaczyna być widać wierzchołek MCd (ten w środku). Wyglądał na wyciągnięcie ręki, w rzeczywistości od rozwidlenia ścieżek na szczyt są jeszcze ponad 3 kilometry.

Na przełęczy okazało się że z torridońskich munrosów niewiele widać, masyw MCd póki co wszystko zasłaniał. Za to An Ruadh-Stac prezentował się imponująco. Żałowałam że nie damy rady go obskoczyć ze względu na brak czasu.

Pogoda zgodnie z prognozami stopniowo się poprawiała, póki co było bez rewelacji, ale przynajmniej chmury znacznie się podniosły:

Z przełęczy na przedwierzchołek wznosimy się stromym i bardzo zerodowanym zboczem. Jedyne ostre podejście na trasie. Z przedwierzchołka na szczyt z kolei wchodzi się po rumowisku. Ogółem trochę męczący fragment, zwłaszcza rumowisko. Czasowo zajmuje więcej niż wynikało by z jego długości.

Szczyt to obszerna regularna kopuła a kopiec szczytowy jest, jak widać, konkretny:

Zoom na nasz hostel przycupnięty u podnóża Liathach. MCd doskonale widać z hostelowej panoramic lounge, więc fajnie było teraz znaleźć się w odwrotnej pozycji. 

Widoki niespodzianką nie były, jako że w zeszłym roku byliśmy na sąsiednich Sgurr Ruadh oraz Beinn Liath Mhor, ale na tak piękne góry jak w Torridon zawsze przyjemnie popatrzeć. Są tak inne od polskich gór: nie połączone ze sobą mini-łańcuchy górskie.

Niesamowity w kształcie Spidean Coire an Laoigh:

Oraz fragment Beinn Eighe. Kolejnym celem będzie trawers dwóch wierzchołków po prawej. Nie są munrosami ale niczego im nie brakuje.

Nasza zeszłoroczna trasa, przez Beinn Liath Mhor i Sgurr Ruadh. Cudowna wycieczka:

 

Mogłabym na tym szczycie przesiedzieć cały dzień, ale czas gonił.

Zerodowane zejście na przełęcz:

Zgodnie z prognozami pogoda zrobiła się bardzo ładna… Ale dla nas już było za późno, więc zdjęcia ze szczytu mamy jakie mamy. Przynajmniej bagno w dolinie trochę podeschło w promieniach słońca, choć dla butów było już za późno.

Ostatni rzut oka na bothy:

Gdy po zakupach w Lochcarron wracaliśmy do Torridon, było już pięknie. Chociaż uwiecznialiśmy te widoki milion razy, nie mogliśmy się powstrzymać żeby nie popstrykać kolejny raz.

Beinn Alligin:

Początek masywu Liathach:

Oraz na koniec, wierzchołek Maol Chean-dearg zdjęty z panoramic lounge. Nawet gołym okiem wyraźnie było widać kopiec szczytowy. Niesamowite uczucie, jeszcze parę godzin wcześniej stałam na nim i patrzyłam na hostel.

MCd to niespecjalnie wymagający a piękny cel. Trasa liczy ok. 14 km. Warto też rozważyć czy nie dołączyć do trasy An Ruadh-Stac, co dodało by 2,5 km ale góra wyglądała zachęcająco.


The Fannaichs 1.0

Nr 139, Beinn Liath Mhor Fannaich; nr 140, Sgurr Mor; nr 141, Meall Gorm; nr 142, An Coileachan

Wymowa: ben lia wor fanah; skur mor; mil gorm, an kiljahen

Znaczenie nazwy: big grey hill of Fannaich; big rocky peak; blue rounded hill; the little cock (za MunroMagic)

Wysokość: 954m n.p.m.; 1110m n.p.m.; 949m n.p.m.; 923m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 209.; 43.; 215.; 266.

Data wejścia: 13.7.14

Nazwa "the Fannaichs" odnosi się do grupy górskiej nad Loch Fannich położonego w North-West Highlands, trochę na południe od Ullapool. Munrosów jest tam dziewięć i można je zaliczać w różnych kombinacjach. Mariusz pokombinował z mapą i przewodnikiem i wymyślił że zrobimy cztery, co pozwoliło by nie tylko dotrzeć do półmetka ale nawet rozpocząć drugą połowę. Z Gairloch nie mieliśmy daleko.

Start z parkingu na końcu Loch Glascarnoch przy drodze na Ullapool (A835). Należy stamtąd przejść kawałek szosą w kierunku przeciwnym do owego miasta seksu i biznesu, by osiągnąć początek szerokiej drogi (do pokonania przez terenowy samochód) i nią kontynuować, z początku przez rachityczny lasek. 

Dawno nie zaczynałam trasy w podobnie zniechęcających warunkach: szaro, mokro, g**** widać a tu w perspektywie 24 km i cztery munrosy, a jeszcze Mariusz chciał cisnąć żeby zdążyć na wiadomy finał. No masakrycznie mi się nie chciało.

W końcu (po dobrych paru kilometrach) doszliśmy do rozejścia. Połamany drogowskaz potwierdzał że w prawo na Beinn Liath Mhor Fannaich. Niestety za chwilę luksusy się skończyły, weszliśmy bowiem w torfowe półbagno i zniknęła nam ścieżka. Gdyby nie GPS chyba trzeba by było zawrócić. Brnęliśmy tym półbagnem jeszcze trochę aż teren zaczął się wypiętrzać. Wzniesienie przed nami wg GPSa miało poprzedzać pierwszego munrosa, acz na sam szczyt był jeszcze kawał. Przynajmniej wraz ze stromieniem terenu podłoże zrobiło się nieco bardziej suche.

Oblicze entuzjazmu:

Na pierwszym munrosie mieliśmy zjeść hit mojego górskiego menu czyli mielonkę, a że mnie ssało nie mogłam się doczekać i jakoś parłam do przodu.

Na tym pierwszym wzniesieniu okazało się że kolejne, które wydawało się jedynie niewiele wyższym garbem, to już munros. Wizja mielonki wręcz mnie uskrzydliła, i z entuzjazmem rozpoczęłam wspinanie po zboczu.

Jak to zwykle bywa, okazało się że tak dobrze to nie ma. To co widzieliśmy z mniejszej górki było jedynie początkiem zboczy munrosa. W praktyce nie dość ze niemożebnie się one ciągnęły to jeszcze doszły pola kamulców śliskich od jakichś glonów czy cholera wie czego. Niby taki niepozorny pagór, ale napracowaliśmy się na nim.

Wredne kamulce:

No ok były i pozytywy – chmury sporo się uniosły i widokowo zrobiło się całkiem ciekawie:

Że powitałam szczyt Beinn Liath Mhor Fannaich z ulgą to mało powiedziane. Obydwa główne powody zaczynały się na m.

Bardzo chciałam zobaczyć z daleka An Teallacha >>LINK<<, i to marzenie się spełniło, choć pinakle Corrag Bhuidhe stały w chmurze. Ale było widać że w tym masywie drzemie moc. Poniżej An Teallach po lewej, Loch Broom (ullapoolska zatoka) po prawej:

I na zoomie:

Kolejny munros, Sgurr Mor, wydawał się z dystansu znacznie kształtniejszy. Istotnie okazał się być jedyną samą w sobie ciekawą górą z całej czwórki, oraz jedynym który zajmuje przyzwoitą lokatę na munro-liście. Zresztą wyższy także od reszty Fannaichs.

Podejście jest – mierząc standardami tej konkretnej wycieczki – dość ostre, ale niedługie. Niewielki (nie Świnica ale i nie plateau) szczyt musi być genialnym punktem widokowym, nam niestety trafił się mało widokowy dzień.

Jak widać na kopcach szczytowych zaliczałam kolejne zgony:

Poniżej Beinn Liath Mhor Fannaich. Chociaż kopa, tu całkiem wdzięcznie wyszedł.

Widok na pozostałą część trasy:

Na trzeciego munrosa, Meall Gorm, jest już łatwizna. Niewygodnie schodzi się ze szczytowych partii Sgurr Mora, gdzie teren jest ukształtowany w multum mini tarasów, ale dalej jest już przyjemnie plaskato. Narastała w nas summit fever – za chwilę mieliśmy osiągnąć wymarzony półmetek.

Już za moment… Smakuj tę chwilę, smakuj…

JEST! Teraz to już z górki, drugą połowę trzepniemy w parę sezonów, ojej, trzeba się przygotować psychicznie na pustkę jaka zostanie po osiągnięciu ostatniego munrosa… 😉 

Niby się nabijam, a jednak takie właśnie myśli przeleciały mi przez głowę kiedy stałam na wierzchołku Meall Gorm. To o górce to oczywiście wynik euforii, ale z tą pustką… Coś jest na rzeczy. 

Kolejne dwa zdjęcia nie pochodzą z mojego nekrologu: postanowiłam jedynie zaeksperymentować z czarną winietką ponieważ bardzo mnie denerwuje kiedy białe tło zdjęcia zlewa się z identycznym tłem bloga.

Z Meall Gorm na An Coileachan – the little cock – jest obiektywnie blisko i lekko, subiektywnie już miałam po prostu dość. W dodatku widoczność spadła znacząco. No ale trzeba było rozpocząć tę drugą połowę.

Zgon 4.0:

Jeśli do tej pory narzekałam, to powrót i tak przebił wszystko. W dole zaczęło się znów pół, a gdzieniegdzie całe bagno, plus błotne dziury i migdesy. Tu już i Mariusz zaczął tracić cierpliwość. Buty oczywiście przemoczone. Marsz do samochodu odczuwany jak w filmie The Way Back.

Wycieczkę munrobaggerom paradoksalnie polecam. Lepiej zaliczyć w tej grupie większą ilość munrosów od jednego machu niż pieprzyć się z tym bagnem więcej razy niż to absolutnie. Nie baggerom polecam Sgurr Mora w ładny dzień – jestem pewna ze cudne wrażenia gwarantowane.

Blaven


Nr 136, Blaven (Bla Bheinn)

Wymowa: blawen

Znaczenie nazwy: niejasne, prawdopodobnie blue hill (za MunroMagic)

Wysokość: 928m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 252.

Data wejścia: 10.7.14

Wakacje zaczęliśmy od Blavena nieprzypadkowo… Trasa turystyczna liczy sobie w obie strony zaledwie 7 km, toteż wyjechaliśmy o takiej porze jak zwykle, na Skye dotarliśmy po 13 i zdążyliśmy go bez problemu zaliczyć. Byliśmy zdeterminowani ponieważ pogoda była za dobra żeby ten dzień zmarnować wyłącznie na podróż. 

Z Blavena i jego sąsiada Clach Glasa z którym tworzą masyw są niesamowite kozaki, a trawers obu uchodzi za klasykę (zaawansowanego) scramblingu. Jest tam też wiele innych dróg scramblingowych i wspinaczkowych. Trasa turystyczna natomiast to dreptanina, do wejścia dla każdego. Nie jest jednak nudna!

Za Broadford należy skręcić na miejscowość Torrin (droga B8083). Start z parkingu nad Loch Slapin.

Clach Glas, czasami nazywany "Matterhornem Skye" (być może z emfazą ale polecam wyggoglać jego zdjęcia pod różnymi kątami, ma charakter), to oczywiście ten po prawej, oddzielony przełączką Putting Green.

Poniżej zaznaczyłam jak biegnie ścieżka turystyczna:

W terenie nie było do końca oczywiste, w którym momencie skręcić żeby zacząć się piąć w górę, wydeptanych dróżek jest tam więcej. Generalnie książkowa wchodzi w zbocze tuż za wielkim boulderem poniżej i dalej biegnie jego prawym ograniczeniem – warto się jej trzymać żeby wyżej mieć widoki na Clach Glasa znad samej krawędzi.

Wspinaczka mocno zerodowanym zboczem szłaby szybciej, gdyby nie oglądać się na okrągło za siebie, na wciąż rozszerzającą się panoramę West Highlands i wysp.

Poniżej widok na Loch Slapin, które jest zatoką, oraz półwysep Sleat (to wciąż Skye, mainland dopiero na ostatnim planie).

Putting Green i Clach Glas wreszcie z bliska. Zdążyłam się odzwyczaić od takich widoków. Trudno uwierzyć że to przecież wcale nie Cuilliny, a Red Hillsy. Chociaż ogólna opinia jest taka że te dwa szczyty to Cuilliny honoris causa. Popieram, dla mnie też Blaven jest Cuilinem. 

Kolejny w masywie, korbet Garbh Bheinn, też jest piękną górą, ale na razie mamy inne priorytety.

Odrobina scramblingu jest jedynie pod szczytem, można trudniej (kominkiem) albo bez trudności.

W centrum zdjęcia wyspa Raasay:

Efekt szoku przy wchodzeniu tą trasą jest porównywalny do tego który odczuwa się po raz pierwszy wchodząc na Krzyżne z Doliny Gąsienicowej. Widok miażdży system.

Najspektakularniej prezentuje się oczywiście Sgurr nan Gillean, ale to akurat było wiadomo jak dwa plus dwa jest cztery 😉

Nas interesował też dość intensywnie Am Basteir, nasz cel na kolejny dzień (ten z zębem). Potem miało się okazać, że i nieplanowany z początku Bruach na Frithe, ta ścięta piramida po lewej, się załapał.

Red Hillsy, z najwyższym Glamaig, która to nazwa zawsze jednakowo nas bawi:

Trasę pokonaliśmy (w obie strony) w cztery godziny, acz spokojnie da się sporo szybciej. Nam niby się śpieszyło (żeby zdążyć znaleźć nocleg / rozbić namiot), ale w taki dzień nie dało się nie pokładać i nie podziwiać widoków. W rezultacie i popodziwialiśmy, i z namiotem nie było problemów (pole w Sligachan), a nawet zdążyliśmy zjeść obiadokolację w barze Sligachan Hotel.

Był to najlepszy z możliwych start urlopu, a i później miało się dziać…

Mapka z Walkinghighlands >>LINK<<


Beinn nan Aighenan i Glas Bheinn Mhor

Nr 134, Beinn nan Aighenan; nr  135, Glas Bheinn Mhor

Wymowa: bin nan ajan; glasz win wor

Znaczenie nazwy: hill of the hinds; big green hill (za MunroMagic)

Wysokość: 960m n.p.m.; 997m n.p.m.;

Pozycja na liście munrosów: 196.; 145.

Data wejścia: 21.6.14

W ostatni weekend wybraliśmy się do Glen Etive. Najładniejszą i najciekawszą górą jest tam Ben Starav, który był naszym trzynastym munrosem >>LINK<<. Tym razem postanowiliśmy zdeptać jego sąsiada, na którego poprzednim razem nie starczyło nam energii, oraz jeszcze jednego munro: razem około 20 km. Trochę mnie bolało, że akurat do Glen Etive wybieramy się kiedy rododendrony przekwitają… Ta dolina to jedno z największych znanych mi dronowisk w Highlandzie. 

Na początek należało się wbić na przełęcz między Ben Staravem a naszym munro Glas Bheinn Mhor (nasza przełęcz to ta niższa, Starav jest po prawej, a po lewej widnieje korbet Meall nan Tri Tighearnan). 

Nawet przy nie najlepszej pogodzie Glen Etive sprawia bardzo przyjemne wrażenie. Nie dziwi, czemu zawsze tutaj tyle namiotów i ognisk. Pomijając midgesy, fantastyczne miejsce na kemping.

Glas Bheinn Mhor oraz Starav z początku stały w chmurach, ale BBC zapowiadało na popołudnie pełne słońce, więc się nie przejmowaliśmy. 

Za plecami cały czas mieliśmy widok na tyły Glencoe: moją ukochaną górę Bidean nam Bian (niestety przez większość czasu pod chmurową pierzynką) oraz "the lost munro of Glencoe", trochę niedoceniany Sgor na h-Ulaidh.

Masyw Starava miał zdecydowanie najwięcej charakteru ze względu na podszczytowe poszarpańce – pozostałe góry w polu widzenia miały zdecydowanie łagodniejsze linie.

Tu dla odmiany Bidean odsłonięty. Byliśmy na nim trzy razy (w samym masywie dodatkowe dwa) i wiem że będziemy jeszcze nie raz. Jest bardzo wiele munrosów na które po zaliczeniu nie wrócimy, są i takie które będziemy wałkować do oporu. Bidean gwarantuje świetny górski dzień.

Po osiągnięciu przełęczy nie poszliśmy jednak w lewo na Glas Bheinn Mhor, a prosto. Ukryty za granią Glas-Starav, nieco zapomniany (podejrzewam że odwiedzany jedynie przez baggerów) leży sobie munro Beinn nan Aighenan. Można do niego dojść także z Victoria Bridge nad Loch Tulla, co na mapie wydaje się całkiem ciekawą (przechodzimy przez totalne zadupie) opcją, tyle że wyklucza zaliczenie większej ilości munrosów.

Wśród głazów i skałek wchodziło się dość szybko, ale przyznam że przerażała mnie myśl o konieczności włażenia jeszcze na Glas Bheinn Mhor (widoczny poniżej). Jestem przepracowana, niedospana i zmuszanie się do wyruszania na kolejne munrosy udaje mi się tylko dlatego, że po każdej takiej wycieczce przez parę dni czuję się lepiej niż po najskuteczniejszych antydepresantach.

Tu dobrze widać zejście na przełęcz i dalszą drogę przez niestety nieomijalnego korbeta.

Widoki ze szczytu byłyby oszałamiające, ale przy innej pogodzie… Niedaleki Cruachan stał w chmurach, a choć cały pierdolnik od Rannoch Moor po Trossachs był dobrze widoczny, wszystko szare i bez blasku. BBC tym razem trochę dało ciała. Wiem że nie powinnam narzekać, bo pogoda była absolutnie wystarczająca na wyjście, tylko trochę szkoda że rejon z takim potencjałem a tak szaroburo…

Na wierzchołku nie zabawiliśmy długo: wycieczkę zaczęliśmy wyjątkowo późno, czas nam się kurczył – niby najdłuższy dzień roku, ale nie chcieliśmy być w domu przed północą. Na przełęczy przekąsiliśmy coś na biegu, i trzeba było cisnąć na drugiego munrosa.

Poniżej Beinn nan Aighenan oraz Beinn Eunaich i Beinn a’Chochuill, czyli Eunuch i Chochla sprzed kilku notek. Chmury za nimi zakrywają masyw Cruachana.

Wśród tego morza szarości dostrzegam Beinn Mora, Stob Binneina, Cruach Ardraina z Beinn Tulaicheanem, a takżę Ben Lui z kumplami oraz fragment Alp Arrocharskich.

Do korbeta szło się dobrze, bo jedynie lekko pod górę. Za szczytem jest niestety głęboka przełęcz której zawdzięcza on swój status, i podchodzenie na munrosa z tej przełęczy było gwoździem do trumny. Ratowały głupie żarty i historyjki plus majestatyczny Starav w tle.

Szczytowego nie ma bo "memory card error". Jest za to Buachaille Etive Mor, który bezczelnie lansował się w słońcu. Byliśmy na tej górze ja trzy razy, Mariusz cztery, i ani razu wierzchołek Stob Dearg nie był odsłonięty mimo relatywnie dobrej pogody. ANI RAZU. A tutaj proszę: szaro i ponuro, a Bukal się lansi. Zwariować można…

Jeszcze rzut oka na Starava oraz korbecika, który wygląda przy nim jak krasnoludek:

Z Glas Bheinn Mhora schodzi się na przełęcz nieco wyżej położoną niż poranna, ale ogółem długość drogi oraz jej charakter są bardzo zbliżone. Zbliżała się ósma, więc praktycznie zbiegaliśmy, nie mając czasu nacieszyć się pięknem doliny. Ja szłam już na autopilocie, tzn. mogłam nawet biegać: stan który osiągam kiedy przewalczę największe zmęczenie ponieważ nie mam wyjścia. Tryb autopilota oznacza masakryczne zakwasy na drugi dzień, ale koleżanki z pracy oraz praktyk już przywykły że w niedziele chodzę zazwyczaj jak kaleka.

Pomimo pogody wycieczka był tak udana że zachęciła mnie do ponownego uderzenia na Starava, tym razem w sezonie zimowym. Munro-bagging priorytetem, ale będę forsować ten pomysł!


Carn a’Mhaim


Nr 133, Carn a’Mhaim

Wymowa: karn a waim

Znaczenie nazwy: cairn like peak of the large rounded hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1037 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 95.

Data wejścia: 7.6.14

Cairngormsy po ostatniej morderczej wyrypie czekały na nas ponad półtora roku. Teraz po wycieczce mogę powiedzieć, że brakowało mi ich!

Start z dobrze znanego nam parkingu w położonym paręnaście km od Braemar Linn of Dee (mapki z poślizgiem, ale robię, więc ta też prędzej czy później się pojawi :P), skąd wędrujemy szeroką, piękną i bardzo "północną" (arktyczna fauna i flora) Glen Lui. Ludzi – pieszych i cyklistów – sporo, ale poczucie dzikości terenu, odległości od cywilizacji mam tam zawsze. Odcinek do Derry Lodge idzie prawie cały czas po płaskim więc jest mnóstwo czasu na rozgrzanie się. 

Lui Water, a w oddali wyłania się jeszcze przez nas niezdeptany Derry Cairngorm:

Carn a’Mhaim pokazuje się stosunkowo szybko. To góra po prawej. Nie wygląda zbyt imponująco. Na tym etapie wydawało nam się, iż to będzie jeden z tych munrosów typowo do zaliczenia z bonusem w postaci dania sobie w dupę, jak to w Cairngormsach. 

Widać ściechę. Najwyższy widoczny punkt jest przedwierzchołkiem, od szczytu właściwego oddziela go płytkie siodło. Widać, że z tą akurat górą dużo roboty nie będzie…

Wschodni kocioł masywu Ben Macdui prezentował się natomiast już całkiem spektakularnie – i jest to chyba najlepszy rys tej góry, poza tym imponującej tylko wysokością. Nie trzeba koniecznie dochodzić do Luibeg Bridge, zależnie od stanu wody można przeprawić się przez rzeczkę wcześniej i ściąć kawałek trasy.

Na Carn a’Mhaim faktycznie wchodziło się jak złoto: dość połogie zbocze, niezbyt długie podejście… Technicznie jeden z najłatwiejszych munrosów.

Widok na Glen Lui z dominującym horyzont masywem Lochnagaru. Klasyczny cairngorm spirit: przestrzeń, powietrze, odległość. Spędziliśmy z kwadrans leżąc na zboczu, grzejąc się w słońcu i pijąc ten klimat.

Czyli reasumując, Carn a’Mhaim nie prezentuje się bynajmniej spektakularnie… Jest bardzo prosty do wejścia, nie powala wysokością… A jednak kiedy osiągnęliśmy rejon szczytu okazało się że ten munros z całą pewnością jest wart odwiedzenia dla samego siebie, nie wyłącznie odhaczenia pozycji na liście. A konkretnie, dla niepowtarzalnego (bo byliśmy na sąsiednim Macduiu i to nie to samo), wspaniałego widoku na Lairig Ghru i flankujące ją szczyty.

Najbliżej znajduje się niewiele niższy Devil’s Point, górka która teoretycznie powinna być totalnie przytłoczona ogromnym sąsiadem Cairn Toulem, a dzęki swojemu charakterowi rwie oczy najbardziej ze wszystkich widocznych szczytów. Cairn Toul, trzeba oddać sprawiedliwość, wydaje się naprawdę olbrzymi, podobnie wyłaniający się zza niego Braeriach. To są najwyższe góry Szkocji i choć brak im śmiałych linii Czarnych Cuillinów czy gór Torridonu, czuć tę wielkość.

Widokowi smaczku dodawał fakt iż na większości szczytów już byliśmy.

Obowiązkowe (nie wszystkie publikuję, bo zdarzają się nieudane, ale wszystkie szczytowe foty oprócz jednej posiadam) ;P:

Fascynująca mnie już od dawna Glen Geusachan oraz dwa munrosy na których jeszcze nie byliśmy, Beinn Bhrothain i Monadh Mor:

Macdui… Oprócz zaprezentowanego wcześniej kotła nie wygląda spektakularnie. Owszem, jest wielki, ale to taki kloc. Nie wytrzymuje konkurencji z Ben Nevisem. Wejść warto, dla widoków, ale nie jest to moja ulubiona góra.

Z Carn a’Mhaim na Macduia można przejść początkowo obniżając się do przełęczy pomiędzy nimi granią Ceann Crionn ("cienki koniec"). Zeszliśmy nią na przełęcz – przyjemny i dość nietypowy spacer, bo faktycznie jest to grań (nie super wąska, ale grań), czyli rzecz w Cairngormsach niemal niespotykana.

Z przełęczy zeszliśmy na dzika bezimienną dolinką. Ścieżki nie stwierdzono, ale ktoś tam na pewno bywa (był ślad buta). Baliśmy się że trafimy na bagno, tymczasem było (jak na szkockie warunki) całkiem znośnie, nawet nie przemoczyłam butów. Spod nóg pryskały żaby, ptactwo i jaszczurki, a nawet zdarzyło nam się upolować fotograficznie… węża 🙂

Niżej dobiliśmy do ścieżki biegnącej doliną pomiędzy Macduiem a Derry Cairngorm (dolina na zdjęciu), i kontynuowaliśmy nią aż do Derry Lodge, przez większość czasu równolegle do wariantu którym podchodziliśmy.

Cała tura to ok. 26km i muszę przyznać że w drodze powrotnej Glen Lui już mi się nie wydawała taka ponętna… Odcinek od mostu do parkingu mnie wręcz dobił. I pomyśleć, że zrobiliśmy tylko jednego munrosa…

Powtarzam, żeby było jasne: Carn a’Mhaim warto odwiedzić. Nie jest to super popularny czy bardzo znany munros, nie pokonuje się epickich trudności, ale jest tam po prostu pięknie i przy dobrej pogodzie niesamowite wrażenia gwarantowane.

(Zakwasy też…)


The Glenfinnan Horseshoe

Nr 131, Sgurr Thuilm; nr 132, Sgurr nan Coireachan

Wymowa: skur hulum; skur nan korahan

Znaczenie nazwy: rocky peak of the hillock; rocky peak of the corries (za MunroMagic)

Wysokość: 963 m n.p.m.; 956 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 193.; 206.

Data wejścia: 31.5.14

Na te dwa munrosy stanowiące podkowę idzie się przez Glen Finnan – to tam, gdzie znajdują się Glenfinnan Monument oraz wiadukt który pojawia się w którejś części Harrego Pottera. Wiadukt w rzeczy samej jest bardzo ładny!

Plus to na co liczyłam najbardziej, czyli rododendrony (mają całą sesję zdjęciową):

Na punkcie dronów mam obsesję i cieszyłam się na ich obfitość nawet bardziej niż na góry 😛

W dolinie nie trzeba patrzeć pod nogi, ponieważ prawie do końca idziemy asfaltówką. Poniżej widok na część trasy jaką będziemy pokonywać. Pogrążona w cieniu, tylko nieznacznie widoczna kopuła na najostatniejszym planie, to wierzchołek Sgurr Thuilm. 

Tu już szczyt się schował, widać za to ramię którego prawą stroną idzie ścieżka. Widoczny odcinek oszacowałabym na trochę mniej niż dwie trzecie całego podejścia.

Widok na Glen Finnan i Loch Eil jest fantastyczny. Nad jeziorem lansuje się charakterystyczna piramidka Sgurr Ghiubhsachain, który jest zaledwie korbetem a jest bardziej wart odwiedzenia niż większość munrosów.

Po lewej szczyt. Kulminację zbocza po prawej polecam strawersować, zapas energii będzie na tej trasie bardzo potrzebny…

Fota szczytowa. Kopulasty wierzchołek sam w sobie nie powala, za to widoki… Z ciekawostek historycznych, podczas powstania Jakobitów Karol Stuart aka Bonnie Prince Charlie, ten sam co stoi sobie na Glenfinniańskim Monumencie, spędził na nim noc (nie wiem czego tam szukał, podaję za McNeishem).

Tak prezentuje się Sgurr nan Coireachan (widać po co nam będzie wspomniany zapas energii):

The Ben. One and only:

Morze szczytów półwyspu Knoydart:

Loch Arkaig:

Loch Morar i wyspa Rum na ostatnim planie:

Po lewej The Mamores, po prawej Bidean nam Bian:

Przyjemność oglądania widoków psuła nam świadomość że jeszcze kawał przed nami, a oboje byliśmy w średniej formie, choć z różnych powodów.

Na drugiego munro trzeba pokonać trzy kopki, nazwy sobie daruję:

W pewnym momencie widoczny się staje wiadukt w Glen Finnan.

W oddali Czarne Cuilliny. Od kiedy dowiedziałam się jakie skojarzenia może budzić nazwa Cuilliny, nie umiem patrzeć na nie tak jak dotąd (nie pytajcie) 😛

Sgurr Thuilm z trasy. Na wschodnich płaskowyżach by się wyróżniał, tu na zachodzie szału nie robi.

Sgurr nan Coireachan ma nieco więcej charakteru:

Widok na kopki i Sgurr Thuilm spopod szczytu Sgurr nan Coireachan: 

Osiągnięcie drugiego munro nie oznaczało bynajmniej końca ciężkiej pracy. Czekały nas jeszcze dwa ostre zejścia zerodowaną ścieżką, jedno podejście, i na koniec śliczny trawers trawiastych zboczy ponad doliną. Oraz oczywiście marsz samą doliną, gdzie z radością powitaliśmy asfalt. Choć pokonaliśmy tylko 22 km czułam się bardziej zjechana niż po ostatniej trójmunrosowej wycieczce. 

W tym rejonie, co warte odnotowania, znaduje się mnóstwo ciekawych widokowo oraz gdzieniegdzie scramblingowo gór nie posiadających statusu munro (na dwu z nich byliśmy). Chociażby sąsiedni korbet Streap wyglądał całkiem zachęcająco. Na pewno będziemy tam wracać częściej niż wynikałoby z samej kwestii munrobaggingu – miód na serce po wschodnich naleśnikach.


Beinn a’Ghlo

Nr 128, Carn Liath; nr 129, Braigh Coire Chruinn-bhalgain; nr 130, Carn nan Gabhar

Wymowa: karn lija; brei kori krun walagan; karn nan guur

Znaczenie nazwy: grey hill; height of the corrie of the round lumps; peak of the goats (za MunroMagic)

Wysokość: 975m n.p.m.; 1070m n.p.m.; 1121n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 181.; 66.; 32.

Data wejścia: 3.5.14

Beinn a’Ghlo (wym. bin a glou) to potężny, wieloszczytowy i rozgałęziony masyw, który wg przytoczonej przez McNeisha legendy posiada 19 kotłów, a kiedy w dowolnym z nich odpalić strzelbę wystrzał będzie słyszalny we wszystkich pozostałych (nie żeby ta informacja coś wnosiła ale stanowi dobry speech opener ;P). Za Blair Atholl skręcamy na Old Bridge of Tilt, a za maleńkim Middlebridge single trackiem w prawo, do parkingu nad Loch Moraig (mapka jutro). Pierwszy ze szczytów masywu, munros Carn Liath ze swą zerodowaną ściechą jest nawiasem doskonale widoczny z A9 i mijaliśmy go już ze sto razy, a pierwszą połowę tego na totalnym nieświadomcu iż jest to część tej znanej nam z przewodników i popularnej trasy. Tu Carn Liath z początku tury:

Za plecami na kolejnych planach towarzyszyły nam m. in. wciąż mocno ośnieżony Lawers oraz Schiehallion, zaś po lewej ręce zdeptany przed rokiem Carn a’Chlamain >>LINK<<. Klimaty typowo wschodnio-cairngormskie, przestrzeń i chillout.
To pierwsze podejście jest najdłuższe. Powyżej kopiec na wierzchołku:
Oraz Vespa na kopcu:
Tu zaś reszta trasy. Powiem szczerze że wyglądało to dosyć serio: dwie całkiem konkretne góry do pokonania, dwie całkiem niskie przełęcze, a trzeba jeszcze wrócić. W praktyce okazało się że nie było absolutnie problemu. Tak jak czasem ulegam w górach złudzeniu optycznemu że do celu jeszcze tylko kawałek a okazuje się że kawał, tak tu wystąpiło zjawisko odwrotne.
Zwłaszcza Braigh Coire Chruinn-bhalgain prezentował się imponująco, kubatura niczym z Tatr Zachodnich.
Trasa z początku prowadzi łagodnym grzbietem Beinn Mhaol: bardzo malowniczy odcinek.
Tu jeszcze oba munrosy w kadrze z doliną: dzieląca je przełęcz leży na wysokości 847m. Nie wiem czemu wydała mi się sporo głębsza.
Na drugiego munrosa, tego o strasznej nazwie wchodzi się bardzo łagodnie.
Carn Liath okazał się wcale fotogeniczną małą górką…
Zbliżenie na finałowego munro Carn nan Gabhar: widać iż posiada trzy wierzchołki oznaczone kopcami. Drugi i trzeci są praktycznie tej samej wysokości, mylące jest też to że na drugim znajduje się trianguł. Właściwy wierzchołek to jednak ten trzeci. 
Kolejny dowód na fotogeniczność Carn Liath:
Nasz zeszłoroczny munro Carn a’Chlamain wyglądał z góry jak naleśnik. Acz wycieczka na niego nas poczesała, co prawda jedynie przez swoją długość oraz przez to że cały dystans, w tym maskarycznie długą Glen Tilt, przeszłam w scarpach które na płaskiej drodze masakrują stopy (przynajmniej ja tak mam).
Na drugim szczycie dotarło do mnie, że jednak dobijemy dziś do 130!
Na ostatni również poszło sprawnie: ekspresowe zejście na przełęcz, kawałek ciut stromszego zbocza, łagodny grzbiet. Na środkowy wierzchołek też weszłam i mam zdjęcia (a, tak na wszelki… One naprawdę sprawiają wrażenie położonych na tej samej wysokości ;P). 
Widoki obejmowały płaskowyż Mounth, Cairngormsy oraz Drumochtery. Łagodnie rolujący się krajobraz, liczne w tym rejonie spektakularnie kotły pochowane dla oka, z braku charakterystycznych kształtów ciężko dopatrzeć się nawet odwiedzonych szczytów, ogólnie Naleśnikowa Kraina. Zdecydowanie nie West Highland. Ale ten klimat też lubię.
Zeszliśmy do przełęczy pomiędzy drugim i trzecim munrosem. Zbiega stamtąd ścieżka. Nie powtórzcie naszego błędu i niżej obierzcie jej wariant po PRAWEJ stronie strumienia. Ponieważ poszliśmy lewą nadłożyliśmy sporo po wrzosach i bagnach. Postaram się to w miarę precyzyjnie zaznaczyć na mapce. 
Powrót to ponad 10km, a cała trasa ma 21. Na Scottish Hills zalecają żeby pokonywać ją w przeciwnym kierunku, bo ten marsz przez wrzosy mniej dokucza kiedy człowiek jest jeszcze świeży. Muszę przyznać że nie jest to idea głupia. Tym niemniej, niezależnie od kierunku, Beinn a’Ghlo jest malowniczym i ciekawym celem. Te wszystkie podejścia dały mi w kość o wiele mniej niż się spodziewałam. Wydaje mi się że na poprzedniej wycieczce umordowałam się znacznie bardziej, pomimo lepszego samopoczucia wyjściowego. Całkiem lekka opcja ogarnięcia trzech munrosów.


Sron a’Choire Ghairbh

Nr 127, Sron a’Choire Ghairbh

Wymowa: sron a kori garw

Znaczenie nazwy: peak of the rough corrie (za MunroMagic)

Wysokość: 937m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 239.

Data wejścia: 29.3.14

Na zeszły weekend prognozy były zupełnie na odwrót niż zwykle, bo brzydko na wschodzie i południu, północny zachód w miarę. Istna anomalia! Wobec powyższego Mariusz wybrał munrosa nad Loch Lochy, obok sąsiada na którym uskutecznialiśmy naszą niezapomnianą drogę idiotów: >>LINK<<. Loch Lochy jest piękne no i fajnie było w końcu wybrać się gdzieś dalej na Północ.

Samochód zostawiliśmy w zatoczce koło mostu na Kilfinnan Burn po czym zaczęliśmy się zastanawiać (Stirlitz zamyślił się… Tak mu się spodobało że zamyślił się jeszcze raz). Mianowicie głowiliśmy się nad wyborem drogi. Na munrosa generalnie idzie się najpierw lasem wzdłuż jeziora, potem doliną na przełęcz pomiędzy nim a Meall na Teanga. Bardzo dobry wariant kiedy chce się zdeptać oba, ale my mieliśmy w planach tylko Sron a Choire Ghairbh więc mogliśmy sobie pozwolić na forsowniejszą i ciekawszą opcję, w sensie od razu do góry na grzbiet i dalej przez kolejno trzy wzniesienia na szczyt munrosa. Zaoszczędziło by nam to dwukrotnego marszu doliną. Niby same plusy, ale niespecjalnie mieliśmy ochotę rozpocząć podchodzenie praktycznie spod samochodu. No ale zdrowy rozsądek zwyciężył i zaczęliśmy się tyleż ślimaczo co walecznie wbijać do góry.

Wzniesienie poniżej ma 689m n.p.m. i dopiero za nim znajduje się korbet a za nim munros… Jak w kawale o turyście który pytał bacy czy ta górka to już Giewont.

Szło się dobrze, wielkich stromizn nie było, nie padało. Rozczarowywała słaba widoczność – byłam już nieopodal i wiem jak tam potrafi być pięknie.

Chmur jako takich było niewiele, ale kompletnie nieprzejrzyste powietrze. Jezioro ledwo było widać, gór praktycznie wcale, oprócz potężnego masywu Meall na Teanga. Najlepsze że Teanga ma zaledwie 918m n.p.m. a Sron tylko o 19 m więcej, robią jednak wrażenie olbrzymów. To dlatego że startujemy z kilkudziesięciu metrów nad poziomem morza.

Przebyta droga aka górka z pierwszego zdjęcia z podchodzenia na korbet Sean Mheall:

Oraz Loch Lochy, milion razy piękniejsza sceneria od niedalekiego o tyle słynniejszego Loch Ness:

Dopiero z Sean Mheall (888m n.p.m.) odsłonił się nasz cel. Zaczęło się też wypogadzać i wyglądało iż definitywnie nie będziemy zdobywać szczytu w chmurze. BBC Weather znowu miało rację co do godziny (znaczy zdarzały im się już wtopy, jednak skuteczność mają imponującą)! Wierzchołek po lewej nie jest munrosem (za mała deniwelacja) a jedynie munro top.

Grań prowadząca na przedwierzchołek była najpiękniejszym odcinkiem trasy: 

Niektórym aż wyłączyło się panowanie nad mimiką i zaczęli się szczerzyć:

Właściwy wierzchołek jest, jak widać, z tych obszerniejszych:

Javi próbował strącić nawis kamieniami. Ponieważ mu się nie udało w ramach pocieszenia przygarnął jednego kamulca, ochrzcił Peterem oraz konsekwentnie przyhołubił w plecaku. Otrzymałam raport iż Peter bezpiecznie dojechał do Edynburga i powoli aklimatyzuje się w nowym domu.

Poniżej Meall na Teanga, z którym wiąże się tyle wspomnień (patrz link z początku notki). Była i walka z dżunglą amazońską, i używanie czterech kończyn na wrzosach… A w maliny wpuścił nas pan Andrew Dempster i jego dzieło "Classic mountain scrambles in Scotland".

Z wierzchołka zeszliśmy na przełęcz (niektórzy nawet wesoło zjechali po trawkach na dupie i co ciekawe nie byłam to ja, ale nie będę kablować ;P). Z przełęczy schodziliśmy dolinką, tak jak przewidywały nasze przewodniki. Bardzo malownicze miejsce, zwłaszcza na odcinku leśnym ale ciągnęło się jak, że zacytuję jednego z moich ulubionych autorów, smark po ścianie. Bardzo, bardzo dobrze że podjęliśmy decyzję o wchodzeniu po swojemu.

Pętla liczy sobie pomiędzy 13 a 14 km (nie jestem pewna na ile precyzyjnie zaznaczyłam trasę) ale trzepie jak dużo dłuższa tura (przewyższenie!). Cudowna wycieczka i jeden z tych munrosów które choć zdobywane pojedynczo okupione zostały ciężką fizyczną pracą 🙂

Beinn a’ Chochuill i Beinn Eunaich

Nr 125, Beinn a’ Chochuill; nr 126, Beinn Eunaich

Wymowa: ben a czok-hul; ben ańjah

Znaczenie nazwy: hill of the shell;  fowling hill (za MunroMagic)

Wysokość: 980m n.p.m.; 989m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 172.; 156

Data wejścia: 1.3.14


Beinn a’ Chochuill i Beinn Eunaich mają pecha leżeć w sąsiedztwie masywu Ben Cruachana, który ze względu na kształt i charakter jest jednym z najsłynniejszych w Highlandzie. Główny szczyt to faktycznie wyjątkowo ładna góra, zaryzykowałabym twierdzenie że najładniejsza poza Skye. Dlatego sąsiedzi, choć niczego sobie, zawsze będą jedynie tymi pagórkami obok Cruachana. A niesłusznie. 

Ponieważ nazwy tradycyjnie były dla Mariusza niewymawialne jednego munrosa ochrzcił Eunuchem, a drugiego tym czego eunuchowi brakuje. Żeby nie epatować słownictwem, przyjmijmy alternatywnie że Chochlą.

Zaparkowaliśmy za bramą wjazdową do Castles Farm. Parkingu jako takiego tam nie ma, ale jest dużo miejsca a napotkany farmer potwierdził że nie ma problemu. Od razu z terenu farmy wychodzi droga. 

Przebijanie się przez stado krów było trochę adrenalinowe. Tak jak normalnie nie zwracają na człowieka uwagi, tym razem wyglądały na niezbyt przyjaźnie nastawione, zapewne ze względu na obecność cielaków. Jedna nafukała na nas i naryczała. Wrażenia olfaktoryczne daruję, nadmienię tylko iż to w czym one stoją to tylko w niewielkiej części błoto.

Idziemy dość wysoko ponad dnem Glen Noe, z początku trawersując zbocze Eunucha. Bardzo stroma ścieżka wspinająca się na ramię góry której początek jest oznaczony kopczykiem, będzie drogą zejściową – chyba że ktoś woli pokonywanie tej trasy w przeciwnym niż my kierunku.

Kileburn Castle na jeziorze Awe:

Kiedy mijamy przełęcz pomiędzy munrosami zbocze które trawersujemy należy już do Chochli. Kiedy należy rozpocząć pięcie się do góry? Polecam przeanalizowanie mapy, widać wyraźnie że góra wysyła na południowy wschód coś w rodzaju ramienia, które wyprowadza na grań szczytową. 

Poniżej klasyczny highlandzki brązowo-zielony, zimowy widoczek: 

Pogoda była mocno zmienna, chmury cały czas, ale momentami były w nich spore dziury. Tu wschodnia flanka podkowy Cruachana czyli jej drugi munro Stob Diamh:

Grań szczytowa Chochli jest rozciągnięta a że momentami w zadymce nic nie było widać, dwa razy fałszywie sądziliśmy iż dobijamy do wierzchołka. Tu pierwszy raz:

Glen Etive z Ben Staravem (w styczniu zginął na nim pan Tiso, właściciel sieci sklepów outdoorowych tej samej nazwy):

Kolejny fałszywy wierzchołek (prawdziwy w chmurze). Jak widać po raz pierwszy w tym sezonie posmakowaliśmy normalnej zimy.

A tu wreszcie prawdziwy. Nie powiem, ulżyło nam.

Wierzchołek jest na tyle nieobszerny (znaczy, nie żaden Sgurr nan Gillean, ale i nie cairngormskie plateau) że mogłam przebiec go wzdłuż i wszerz i albo kopca tam nie ma, albo był pod śniegiem. Myślę jednak że nie ma bo musiałby to być wyjątkowo mały kopczunio. Fota szczytowa:

Z Chochli zeszliśmy na przełęcz i rozpoczęliśmy ciśnięcie na częściowo skrytego w chmurze Eunucha. Warunki znacznie się pogorszyły. Wiatr dął – nie był to prawdziwy highlandzki orkan, dało się iść, ale masakrycznie zacinało śniegiem i lodem po twarzy. Widoczność po chwili zero. Dlatego nie ma zdjęć.

Z przełęczy na Eunucha jest krócej, ale i stromiej niż na Chochlę. Wszyscy szli / schodzili w rakach, nam nie chciało się zakładać, na szczęście lodu prawie nie było. To podejście, w tych warunkach dało nam obojgu popalić. Kiedy teren zaczął się nieco wypłaszczać wiedzieliśmy że znajdujemy się w rejonie szczytu ale nie było nic widać. Niebo i śnieg miały ten sam brudnoszary kolor. W pewnym momencie Mariusz stanął i krzyknął żeby się zatrzymać: okazało się że beztrosko maszerowaliśmy prosto na urwisko. Przez to że ciężko było odróżnić gdzie zaczyna się niebo zorientował się jakieś dwa metry od nawisu na krawędzi. Mapa pokazuje że choć pionów tam nie ma, jest skąd polecieć. I to właśnie był szczyt (znów wniosek na podstawie analizy mapy), choć zorientowaliśmy się dopiero po chwili (kopiec, który tam akurat na 100% jest, był zasypany). Od tamtego miejsca teren zaczął się już tylko obniżać, ale kiedy ogarnęliśmy sytuację nie było już mowy żeby wracać. W ten sposób zdjęcie szczytowe szlag trafił.

Zejść popod chmurę udało nam się bez obstrukcji ponieważ para przed nami zostawiła piękny ślad. Niżej dobiliśmy do ścieżki wspomnianej na początku, i nią stromo – do drogi nad Glen Noe.

Pomijając rozczarowanie faktem iż przegapiliśmy szczyt Eunucha (acz nie mam wątpliwości że na nim byliśmy, wystarczy zresztą spojrzeć na ukształtowanie terenu), wycieczka była znacznie lepsza niż się spodziewałam. Było i wydymanie przez naturę, i niewielki ale zawsze element przygodowy, niedużo ale trochę widoków oraz last but not least kolejne dwa munrosy zaliczone. Acz uczciwie przyznaję, post factum czułam się nie jak po 13 km, a po dwa razy tyle.