Beinn Chabhair


Nr 124, Beinn Chabhair

Wymowa: ben ka-war

Znaczenie nazwy: hill of the hawk (za MunroMagic)

Wysokość: 933m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 244.

Data wejścia: 11.1.14

Beinn Chabhair to kolejny z
najbliższych nam geograficznie munrosów. Znajduje się w Glen Falloch
przez którą przebiega A82. W kierunku południowym rzut kartoflem od
Loch Lomond, w kierunku północnym też kartofel tylko większy do Crianlarich.
Którędy by nie jechać z Livi wychodzi ok. półtorej godziny.

Beinn Chabhair da się połączyć z dwoma
sąsiadami: już przez nas odwiedzonym An Caisteal (>>LINK<<)
oraz Beinn a’Chroin. Nam pasowało deptać go samodzielnie – 14 km
na wciąż krótki dzień jest ok.

Start z parkingu w Inveraran, kolo
Drovers Inn. Należy się stamtąd ruszyć (miałam napisać cofnąć, ale to
tylko dla tych co jadą od strony Crianlarich) poboczem w stronę
niedalekiego kempingu. Przekraczamy mostek, przechodzimy przez teren
kempingu, wpadamy na dead end, zatem skręcamy w prawo. Trasa właściwa
rozpoczyna się wąską dość stromą ścieżką biegnącą po lewej stronie
wyżłobionego przez strumień wąwozu (przy oblodzeniu gdzieniegdzie
uważać!). Jest stromo, ponieważ musimy wbić się na początkowy górski
wał po osiągnięciu którego teren znowu się wypłaszczy. Ten kawałek
jest całkiem ładny, tak ze względu na wąwóz i rwący potok (jest nawet
niewielki wodospad) jak i to że bardzo szybko zyskujemy wysokość i po
drugiej stronie doliny zaczynają się wyłaniać kolejne wierzchołki.

Kiedy osiągamy górną część walu teren
się kładzie. Znajdujemy się w poniekąd dolince obramowanej z jednej
(lewej) strony przez długi grzbiet Beinn Chabhair, po drugiej przez
szatańską kopę (666m n.p.m.) Parlan Hill.  

Teraz macie wybór. Można
ścieżkami dnem dolinki, z
grubsza wzdłuż Beinn Glas Burn. Teren jest tam jednak niemożebnie
bagnisty. Wiosną czy jesienią, podejrzewam można się wyświnić po
pachwiny. Gdybym miała iść na tego munrosa jeszcze raz myślę że zaraz
po osiągnięciu wypłaszczenia starała bym się odbić w lewo, na
początek grzbietu – wariant zapewne sporo żmudniejszy ale mniej
syfiasty. Tym razem jednak poszliśmy “podręcznikowo”, tj. dolinką aż do Lochan Beinn Chabhair. 

To jeszcze nie wierzchołek, a jedna z licznych kop po drodze:

W stronę stawu opadał szeroki żleb z
charakterystyczną formacją skalną po lewej stronie:

Tamtędy idzie
ścieżka. Ponieważ przylazła śniegowa chmura i piękne światło oraz
widoczność szlag trafił staraliśmy się jej w miarę trzymać na tyle na
ile nie była zasypana. Ta wędrówka na grzbiet a potem grzbietem to
bardzo fajny odcinek z ciekawą rzeźbą terenu charakterystyczną dla
wzgórz w tym rejonie: raz w górę, raz w dół, pomiędzy urozmaiconymi
formacjami skalnymi, taki trochę labirynt. Mimo zerowej widoczności i śniegowych "showersów" nie mieliśmy problemu z trafieniem na wierzchołek. Na dwóch ciut stromszych fragmentach gdzie śnieg był zmrożony na kamień trochę się zasapałam, jako że raków wyciągać nikomu się nie chciało. Gdzie indziej zapadałam się po kolana. Tęskniłam za zimą 🙂 Trochę nam tylko było szkoda widoków na Loch Katrine i jego dzikie otoczenie.

Na wierzchołku nie zatrzymaliśmy się
nawet na pięć minut, tak było zimno. Powrót z początku po własnych
śladach, potem chmura zaczęła się przesuwać ukazując ponownie piękne
niebieskie niebo. Szczyt odsłonił się w pełni przed 15, kiedy
zaczynaliśmy schodzenie z walu. 

Znów piękne światło:

W prawym górnym rogu Beinn a’Chleibh, Ben Lui i Ben Oss:

Trasa jak wspomniałam liczy sobie 14 km ale wytrzepało nas nieźle. Ogólnie wycieczka oraz miejscówka okazały się bardzo przyjemne, a widoki pooglądałam sobie w relacjach na Walkinhighhlands. Fajnie bo jakoś nigdy wcześniej Glen Falloch nie zdołała sobie zaskarbić mojego serca. Cieszę się że jeszcze jeden munros nam tu został.

Nawiasem, ilość osób spotkanych na trasie: 1 😀


Meall Buidhe

Nr 123, Meall Buidhe

Wymowa: myl bui

Znaczenie nazwy: yellow hill (za MunroMagic)

Wysokość: 932m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 248.

Data wejścia: 30.11.13


Meall Buidhe mieliśmy już deptać razem z sąsiadem: >>LINK<<, ale że nie wyszło, zachowaliśmy go na jakąś krótką wycieczkę-rozgrzewkę. Na wczoraj (ciemno po 16, my nierozchodzeni) jak znalazł. Zaparkowaliśmy tuż przed dziewiątą, z powrotem przy wozie dwunasta z minutami 😀 A munros jest ;P

Start z Glen Lyon, którą bardzo lubię. Leży w niesamowitym rejonie. Ten teren – z grubsza pomiędzy Crieff na południu i Rannoch Moor na północy – to miejscami prawdziwe highlandzkie zadupie, unikalne w tej części Szkocji, w sąsiedztwie Pasa Centralnego. Kiedy jedziemy przez Glen Lyon na odcinku za Meall nan Tarmachanem przez chwilę można się poczuć jak na najdalszej północy. Gdzieś w tej okolicy podziwialiśmy wschód słońca. W ogóle niebo wyczyniało wczoraj cuda.

Image Hosted by ImageShack.us

A to robione już nieopodal punktu startowego:

Image Hosted by ImageShack.us

Znajome z poprzedniej wycieczki Loch an Daimh to jeden z wielu w Szkocji sztucznych zbiorników. Startujemy z maleńkiego parkingu koło zapory. Z początku idziemy drogą wzdłuż jeziora, by zacząć wbijać się na zbocza jedną z licznych ścieżek. Warto trzymać się takiej która biegnie po wypukłych formacjach bo teren jest tam mocno bagnisty i można wpaść w błotną dziurę.

Image Hosted by ImageShack.us

Wchodzi się mocno połogim zboczem, momentami niemal poziomym, jedyną "atrakcją" są bagna. Zdecydowanie jeden z lżejszych munrosów.

Image Hosted by ImageShack.us

Widoki bez szału, bo znajome – vis a vis Stuchd an Lochain, dalej potężny trójkąt Meall Ghaordaidh, grupa Lawersa, w oddali niepowtarzalne sylwetki Ben Vorlicha i Stuc a’Chroina. Poczucie odludności, dzikości jednak jest.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy pokazują się dwa "wierzchołki" kierujemy się na lewy. Dopiero po jego osiągnięciu okazuje się że do prawdziwego szczytu jeszcze spory kawałek, ale już relaks po niemal płaskim terenie. Taki spacer że dzisiaj miałam tylko minimalne zakwasy, po pracy miewam większe.

Niebo jak wspomniałam wariowało.

Image Hosted by ImageShack.us

Wierzchołek jest po lewej stronie:

Image Hosted by ImageShack.us

Niestety pogoda zaczęła się psuć i widoków na drugą stronę, na Loch Rannoch, za bardzo nie popodziwialiśmy. Wymroziło nas i wywiało też nieźle. Najlepszy sposób na spędzanie sobotniego poranka ;D

To nie loch Rannoch tylko znowu Loch an Daimh, ze Stuchd an Lochain po lewej:

Image Hosted by ImageShack.us

Summit fever!!! 😉

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz klasyka szczytowa (zaczęło tak wiać że ciężko było wstać… nie czuję jak rymuję…):

Image Hosted by ImageShack.us

Powrót tą samą drogą. Razem – niecałe 9 km. No hardkor to to zdecydowanie nie był! I pomyśleć że taki Sgurr nan Gillean jest tylko o 32 metry wyższy…

Image Hosted by ImageShack.us

Meall Buidhe to typowy cel dla baggerów, miłośnicy przygód nie mają tu czego szukać. Ja jednak lubię czasem spokojny spacer, a jeśli do tego w atmosferze cudownego wygwizdowa i z możliwością dopisania munrosa do listy, to więcej niż chętnie.

Image Hosted by ImageShack.us

A’Chralaig i Mullach Fraoch-choire

Nr 121, A’Chralaig i nr 122, Mullach Fraoch-choire

Wymowa: a kralah; mulah fruah kori

Znaczenie nazwy: the basket;  summit of the heathery corrie (za MunroMagic)

Wysokość: 1120m n.p.m.; 1102m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 33.; 49.

Data wejścia: 14.09.13

Te dwa munrosy zdobywa się z Glen Shiel, choć Mullach leży już właściwie w Glen Affric. Parkujemy trochę przed Cluanie Inn. Góry są wysokie ale przynajmniej nie startujemy z poziomu morza, a z ok. 250m n.p.m. 

To zachodnie wybrzeże – góry mają tu znacznie więcej charakteru niż ich naleśnikowate rodzeństwo z centrum kraju, może nie ma tu wiele skały ale wierzchołki są kształtne i strzeliste, granie gdzieniegdzie wąskie, płaskowyżów brak. Ponadto szczyty Glen Shiel są łatwo dostępne gdyż doliną biegnie A87. Z Glen Affric jest pod tym względem ciężej.

Na A’Chralaig Walkinhighlands zaleca wchodzić ramieniem opadającym na parking. My weszliśmy kawałek w dolinę licząc że po zboczach będzie biegła na szczyt jakaś ścieżka, ale że żadnej nie znaleźliśmy, zaczęliśmy wchodzić tak jak było nam najwygodniej z uwagi na rzeźbę terenu. Podchodzenie było średnio przyjemne: mokra wysoka trawa oraz zbocze które nie chciało się skończyć.

Wszystkim nam ulżyło kiedy w końcu osiągnęliśmy grań. Z miejsca na które wyszliśmy na szczyt było jedynie krótkie podejście. Mogliśmy też po raz pierwszy obejrzeć sobie nasz cel nr. 2, Mullacha Fraoch-choire:
Wreszcie mieliśmy widoki na drugą stronę, na Gleann na Ciche oraz Glen Affric z jej jeziorem. Praktycznie ostatnia tegoroczna szansa żeby obejrzeć sobie ten krajobraz w zieleni. Trawy zaczynają już rudzieć.
Jako że miałam jeszcze sporo energii, musiałam zdobyć szczyt pierwsza 😀
A także wejść na najwyższy punkt ;D
Jak widać na Mullacha nie jest daleko, choć po drodze będziemy przechodzić przez jeszcze jedną górę, Stob Coire na Craileig (to ten szczycik w słońcu). Choć ma 1008m n.p.m. nie jest munrosem ze względu na zbyt małą wybitność.
Z A’Chralaig schodzimy miejscami kamienistą granią – przyjemny odcinek, idzie ekspresowo, a widoki powalają. Najciekawiej wyglądał fragment przed szczytem Mullacha, wąska grańka z licznymi turniczkami:
Pogoda była w kratkę, chmury przychodziły i odchodziły, pokapywał deszcz. W niczym nie odbierało to jednak uroku krajobrazowi, powiedziałabym wręcz że wprost przeciwnie:
Schodzić mieliśmy ścieżką opadającą z przełęczy pomiędzy Stob Coire na Craileig a Mullachem, co oznaczało że grańkę będziemy przechodzić dwukrotnie. Zaczęła się niewinnie:

Niestety jak to bywa przyszedł moment który mi się nie spodobał. Chodzi o powyższego pinakla. Na górze trzeba wykonać jeden średnio trudny eksponowany manewr i cofnęłam się, pokonana obustronną ekspozycją. Trochę jak krótszy Rohacki Koń. W jakimś stopniu usprawiedliwia mnie fakt że moje wysłużone braschery mocno się na tej skale ślizgały. Ale w gruncie rzeczy nie przeszłam tego bo nie musiałam, taka prawda 😦 Chłopaki nie mieli problemów.
Tak to miejsce wyglądało – zdjęcie robione w dół – niby tylko kilka ruchów, ale…
Dalej podobno było już bezproblemowo:
Ja natomiast po cofnięciu się wpadłam na genialny pomysł schodzenia z grani prosto na omijankę, po bardzo stromych mokrych trawach. Po kilku metrach kiedy tylko złapanie się kamienia uratowało mnie przed pojechaniem na dupie pacnęłam się w głowę i (nie bez pewnych akrobacji) zdjęłam spodnie przeciwdeszczowe, które działały jak folia albo jabłuszko pod tyłkiem. Gdybym faktycznie na nich pojechała, zatrzymałabym się pewnie dopiero w Gleann na Ciche. Już bez większych problemów zsunęłam się na ścieżkę – poniżej widać jak wracam nią na grań:
Po drodze był jeszcze jeden grzebień skalny. Mariusz wspiął się na niego po czym kazał nam go ominąć ze względu na eksponowany i wymagający podciągnięcia się kawałek na górze.
Za grzebieniem pozostał już tylko króciutki odcinek na szczyt.
Para która szła za nami na zdjęciu przymierza się do przejścia feralnego pinakla. Oni jednak także się wycofali.
Pogoda z biegiem dnia robiła się coraz lepsza i kiedy wyszliśmy na szczyt zdążyła się już ustalić. Pięknie było. Cudny, dziki, tajemniczy rejon, jeden z ciekawszych w Szkocji. Fajnie że mamy tu jeszcze tyle munrosów do zdeptania.
Na ten kopiec nie weszłam, bo był luźny 😛 Ale dotknęłam, więc się liczy ;P
Zejście z przełęczy było… mokre. Trzeba było się trochę nagimnastykować żeby nie przemoczyć butów (mnie się to nie do końca udało). Na dole to samo: klasyczne highlandzkie całoroczne pół-bagno. Nie mogliśmy się doczekać kiedy wątła ścieżka przejdzie w utwardzaną drogę i nie będzie trzeba skakać z kępy na kępę żeby ocalić buty.
Trasa liczy ok. 14 km i nie jest bardzo męcząca z wyjątkiem tego pierwszego podejścia. Ponieważ scrambling jest w pełni opcjonalny wycieczka nadaje się polecenia każdemu. Bardzo mi się podobało i mam nadzieję na w miarę szybki powrót w ten rejon. Korci mnie też żeby coś tu zdeptać zimą – cóż to musi być za widok, te wszystkie piękne góry w śniegu.
 
No i w porównaniu z Walią jaki niesamowity spokój: spotkaliśmy tylko dwie osoby, z daleka widzieliśmy kolejne dwie. Rozumiem że te akurat dwa munrosy nie są aż tak oczywistym celem jak Ben Nevis, ale pamiętam wycieczkę sprzed lat na najsłynniejsze w tym rejonie The Saddle: również dwie czy trzy osoby. Rok temu na Pięciu Siostrach nieco więcej (lampa!) ale nadal żaden tłum. Można odetchnąć od ludzi, co zwłaszcza w takiej scenerii jest bezcenne.

Beinn Dearg (koło Ullapool)

Nr 120, Beinn Dearg

Wymowa: bin dierek

Znaczenie nazwy: red hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1084m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 57.

Data wejścia: 27.08.13

Munrosy o imieniu Beinn Dearg są dwa. Tym razem postanowiliśmy zdobyć ten koło Ullapool. W planach była trasa na niego oraz dwóch sąsiadów o statusie munro ale okoliczności je zweryfikowały.

Góry w okolicy Ullapool mieliśmy jak dotąd mało ruszone, ponieważ to jednak jest wyprawa. Bardzo się cieszyłam na ten wypad będąc ciekawa zwłaszcza widoków na Daleką Północ. Prognozy były z gatunku na dwoje babka wróżyła, więc mieliśmy prawo mieć nadzieję że nie będzie totalnej kaszany. Wieczór przed wycieczką tylko zaostrzył nasze apetyty: 

Beinn Dearg to ten kopulasty szczyt w słońcu, drugi z planowanych munrosów jest po jego lewej stronie a trzeciego nie widać.

Rano nad górami stały ciemne chmurzyska, ale że było w miarę ciepło i bezwietrznie postanowiliśmy że zaryzykujemy. Start z parkingu w Inverlael położonego przy drodze A836, jakieś piętnaście minut samochodem na południe od Ullapool. Parking jest charakterystyczny ponieważ stoi na nim budka telefoniczna.

Początek trasy prowadzi lasem a ścieżek jest tam cała plątanina, więc należy zdecydowanie wspomóc się mapą. Generalnie cały czas wędrujemy wzdłuż River Lael, raz przekraczając ją po mostku. Szliśmy tamtędy wciąż pełni optymizmu, licząc że pogoda się poprawi i ciesząc malowniczym otoczeniem– zaczął się sezon na wrzosy 🙂 

Image Hosted by ImageShack.us

Po wyjściu z lasu ścieżka kontynuuje wzdłuż rzeki. Dolina robi się coraz głębsza więc nie idziemy już jej dnem, a trawersujemy zbocze. Ścieżka wznosi się nadzwyczaj łagodnie (to lubię!), ale tak powolne nabieranie wysokości przekłada się na długość trasy – ponad 10 km w jedną stronę.

O tym nieco ponad 5-kilometrowym trawersie nie jestem niestety w stanie za wiele powiedzieć. Tuż po wyjściu z lasu ogarnęła nas chmura. W tych warunkach nasza widoczność ograniczała się do rzeki w dole oraz przeciwległego zbocza. Nawet i tego udokumentować się nie dało, gdyż zaczęło padać. Parliśmy do góry pomimo iż nie miałam spodni przeciwdeszczowych, zdeterminowani jednak COŚ zaliczyć – ale uczciwie przyznam że miny wydłużały się nam z każdym kolejnym mililitrem wody chlupiącym w butach.

Kiedy po prawej pojawia się staw, to znak że szlak zaraz nieco wystromieje, by zygzakami wyprowadzić na równię pomiędzy trzema docelowymi munrosami (długość odcinka staw – równia to ok. półtora kilosa). Stamtąd właśnie się je atakuje, za każdym razem schodząc w to samo miejsce. Zadanie tylko z pozoru karkołomne, równia leży na wysokości ok. 800m n.p.m. 

Do tego momentu zdążyliśmy już podjąć decyzję iż zdobywamy tylko jednego munrosa, tak ze względu na przemoczenie jak i na fakt że szkoda nam było potencjalnie widowiskowej trasy na tak paskudny dzień. Wydawało się iż najlepszym pomysłem byłby atak na Meall nan Ceapraichean – najkrótsze podejście, szybko zgubiliśmy jednak ścieżkę a na czuja się w tej mgle nie dało. Zdecydowaliśmy że ciśniemy na Beinn Dearga – dość znany munros, najwyższy w okolicy, ściecha na niego musiała by być ewidentna. No i faktycznie, okazała się znacznie trudniejsza do stracenia z oczu. Ponadto zboczem biegnie kamienny murek wzdłuż którego można się w razie braku widoczności posuwać. 

Kiedy teren się położył wiedzieliśmy że znajdujemy się już w rejonie szczytu. Ponieważ jest on rozległy istniało ryzyko że będziemy się po nim nie wiadomo ile błąkać zanim zlokalizujemy wierzchołek, a ścieżka była tu słabo widoczna. Pomógł pojedynczy kopczyk, drugi zaś ułożyliśmy sami. Beinn Dearg został zatem zdobyty, choć równie dobrze mogłam się tam znaleźć o północy, a pewnie wtedy widziałabym przynajmniej oświetlone Ullapool.

Image Hosted by ImageShack.us

Wracaliśmy tą samą drogą czyli w sumie zrobiliśmy trochę ponad 21 km. Deszcz lał bez przerwy więc dokumentowanie trasy nie tylko nie miało sensu, ale było niemożliwe ze względu na aparat. Przemoczyło nas oboje po całości, łącznie z bielizną. Kolejny dowód na to że nie ma czegoś takiego jak nieprzemakalna membrana. Spodnie i skarpety mogłam post factum wręcz wyżymać. 

Na szczęście na odcinku leśnym lać przestało to i parę zdjęć można było zrobić florze, która o tej porze roku (wrzosy!!!) przybiera nieziemskie kolory:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Trasę poniekąd powtórzymy zdobywając dwa munrosy które tym razem opuściliśmy, i jestem zdeterminowana zrobić to tym razem przy pewnej pogodzie, tak że wszystko przed nami. Nawiasem był to ciekawy kontrast po poprzedniej wycieczce na Sliocha, gdzie żar lał się z nieba. Mogłabym spuentować że jak nie urok to wiadomo co, ale w gruncie rzeczy oba wyjścia mi się podobały – jak mawiali starożytni, no pain no gain 😀


Slioch

Nr 119, Slioch

Wymowa: szlijoh

Znaczenie nazwy: the spear (za MunroMagic)

Wysokość: 981m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 170.

Data wejścia: 20.07.13


Po dwu ostatnich mniej spektakularnych wycieczkach fajnie było wybrać się znowu na północny zachód. Slioch jest jednym z ciekawszych munrosów. Typowo dla gór na zachodzie, choć nie jest wysoki charakteryzuje się imponującym przewyższeniem – ponad 900m, a przy tym jest po prostu i zwyczajnie ładną górą. Od strony Loch Maree nad którym biwakowaliśmy, ma kształt warownej wieży albo fortecy. Nie wiem skąd skojarzenie z włócznią, może przez to iż Slioch od strony przeciwnej faktycznie ma symetrycznie trójkątną, zaostrzoną bryłę mogącą się kojarzyć z grotem – mówię jedynie na podstawie zdjęcia u McNeisha.

Image Hosted by ImageShack.us

Wieczór był cudny, ale po zrobieniu kilku zdjęć trzeba było schować się przez midgesami w samochodzie. Poniżej niewielki fragment masywu Beinn Eighe:

Image Hosted by ImageShack.us

Poranek miał być piękny, ale i tak nas zaskoczył: takie niebo w Szkocji to ewenement.

Z naszego dzikiego biwaku pojechaliśmy do Kinlochewe, stamtąd skręciliśmy na Incheril i wyjechaliśmy prosto na parking. Z parkingu wyprowadza skrót: wąska ścieżka najpierw kawałek biegnie przez zarośla, by po może 100m dołączyć do szerszej drogi, biegnącej równolegle do rzeki.

Image Hosted by ImageShack.us

Płasko, wśród paproci i uroczego lasu wędrujemy aż Kinlochewe River przechodzi w jezioro. Wzdłuż brzegu jeszcze kawałek, do mostu przecinającego inną rzekę (łączącą Loch Maree z położonym po drugiej stronie masywu Sliocha Lochan Fada). Od tego momentu zaczynamy się wspinać. Ścieżka jest, a nawet dwie – druga biegnie wzdłuż wspomnianej rzeki do Lochan Fada i nas nie interesuje. 

Są trzy opcje: albo wbijać się na górujący nad nami Sgurr Dubh, początek grzbietu Sliocha; albo celować w kocioł za Sliochem (Coire na Sleaghaich), albo na drugie wybitne wzniesienie w masywie, Sgurr Tuill Bhain i z niego kontynuować granią. Pierwszej opcji nie polecam ponieważ strome podejście na Sgurr Dubh uważam za zbędną stratę energii. Opcją trzecią schodziliśmy. W celu wejścia kierowaliśmy się zatem do kotła. Bardzo słabo nam się szło, upał był masakryczny, to też zaważyło na wyborze drogi.

Beinn Eighe dominował w krajobrazie:

Image Hosted by ImageShack.us

Po wejściu do kotła ukazuje się kopuła szczytowa Sliocha, acz wierzchołka nie widać. Zbocze po lewej to Sgurr Dubh.

Image Hosted by ImageShack.us

Najwyższy widoczny punkt kopuły znajduje się już naprawdę blisko szczytu, oddziela je od siebie jedynie płytka przełęcz.

Image Hosted by ImageShack.us

Nasza ścieżka skręcała w lewo by łagodnie wyprowadzić na obniżenie w grani pomiędzy Sgurr Dubh a Sliochem. W obniżeniu znajdują się dwa jeziorka i nareszcie znowu można zacząć podziwiać widoki w stronę Glen Torridon. Jesteśmy już na tyle wysoko że oprócz Beinn Eighe ukazują się także Liathach i Beinn Alligin (poniżej). Widoki na stronę przeciwną póki co są przysłonięte granią łączącą Sliocha z Sgurr Tuill Bhain.

Image Hosted by ImageShack.us

Podejście które teraz się zacznie jest już finałowe, z tym że dość długie. Na niebie pokazało się na szczęście trochę chmur zatem szło się nam odrobinę lepiej i szybciej. Kawałek do kotła wlekliśmy się po prostu, tu też nie biliśmy rekordów prędkości ale było mimo wszystko łatwiej dzięki tej odrobinie cienia.

Image Hosted by ImageShack.us

I znów Beinn Eighe – to naprawdę konkretny masyw! – plus sam początek Liathach. Zza Beinn Eighe (po lewej) nieśmiało wygląda Beinn Liath Mhor:

Image Hosted by ImageShack.us

Tak prezentuje się wierzchołek z obniżenia pomiędzy nim a tym, co z kotła wydaje się być najwyższym punktem:

Image Hosted by ImageShack.us

Szczytowe – obraz słusznej satysfakcji. Ten munros w tych konkretnych warunkach to naprawdę była ciężka robota.

Image Hosted by ImageShack.us

Zbocza Sliocha opadające do Loch Maree mają faktycznie sporo charakteru. Sporo tu grani pomiędzy którymi leżą strome trawiaste połacie: coś jak rejon North Ridge na Ben Hope, czyli teren bynajmniej nie do wspinaczki, skały w sumie niewiele, ale niebezpieczny.

Plus kozy jakie dotąd widzieliśmy na pobliskim An Teallachu:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Tu natomiast grań wyprowadzająca na Sgurr Tuill Bhain, szczyt o za małej wybitności żeby zasłużyć sobie na status samodzielnego munro (na dalszym planie The Fannaichs):


Północny wschód: Loch Garbhaig i Lochan Fada, w tle An Teallach.

Image Hosted by ImageShack.us

Loch Maree cieszy się reputacją jednego z najpiękniejszych jezior Szkocji, i muszę powiedzieć że absolutnie zgadzam się z tą opinią!

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wielkiego pięknego kruka nakarmiliśmy bułką i mielonką, za co zapozorował nam do zdjęć:

Image Hosted by ImageShack.us

An Teallach po raz kolejny. Korbet Beinn Dearg Mor (po lewej, zlewa się z masywem AT) też jest godny uwagi i mamy w planach go odwiedzić.

Image Hosted by ImageShack.us

Na odcinku ok. 500 metrów grań w stronę Sgurr Tuill Bhain zwęża się – jest to bardzo ładny odcinek trasy. Góry na które patrzę to znów The Fannaichs:

Image Hosted by ImageShack.us

Tu zaś na II planie widać wypłaszczenie z jeziorkami i nasze nań podejście, oraz spory kawał podejścia finałowego. Tło dominują Beinn Eighe oraz Liathach.

Image Hosted by ImageShack.us

Ze Sgurr Tuill Bhain zeszliśmy (można ścieżką, można po swojemu) do kotła, gdzie połączyliśmy się z drogą wejściową. Długość całości to ok 18 km.

Największym atutem Sliocha jest jego położenie – nad Loch Maree, mając po jednej stronie torridońskie olbrzymy a po drugiej munrosy Fisherfield, Dundonnell oraz The Fannaichs. Widoki o epickim oddechu, poczucie – zresztą najzupełniej słuszne – pustki i dzikości, wreszcie uroda samego Sliocha – góra wskazuje u mnie do szufladki z napisem "najbardziej ulubione". 

W kwestii kempingu: nad Loch Maree jest sporo oznaczonych i nieoznaczonych niewielkich parkingów, które niektórzy wykorzystują w takim właśnie celu. 

Creag Mhor i Beinn Heasgarnich


Nr 117, Creag Mhor; nr 118, Beinn Heasgarnich (na mapach OS Sheasgarnich)

Wymowa: kreg wor; ben esgarnih

Znaczenie nazwy: big crag; peaceful hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1047m n.p.m.; 1078m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 84.; 62.

Data wejścia: 13.07.13


Kolejną wycieczkę również zrobiliśmy raczej blisko domu. Co prawda bliższe rejony staramy sobie raczej oszczędzać na czas, gdy dzień jest krótki, ale prognozy mówiły że w rejonie Killin ma być najlepsza pogoda.

W Killin skręcamy do Glen Lochay: w tej dolinie byliśmy jak dotąd tylko raz, wchodząc na Meall Ghaordaidh >>LINK<<. Parkujemy nieopodal farmy Kenknock i uwaga: na początku trasy warto odbić asfaltówką w prawo, do drogi biegnącej 200m nad dnem doliny. Raz że zaoszczędzi nam to trochę podchodzenia później, dwa – będzie bardziej widokowo.

Glen Lochay nie jest jakaś spektakularna, acz w słońcu prezentowała się znacznie urokliwiej niż podczas poprzedniej bezśnieżno-zimowej wycieczki. Oprócz Meall Ghaordaidh i gór na które wbijaliśmy tym razem, po przeciwnej stronie doliny znajdują się jeszcze trzy munrosy, dostępne również z Glen Dochart (w tym Ben Challum, na którego właśnie stamtąd wchodziliśmy >>LINK<<). Poniżej Sgiath Chuil:

Image Hosted by ImageShack.us

Odcinek drogą pomimo że dość długi jest relaksacyjny, w ogóle nie ma tu podejść. Z okolicznych szczytów najwięcej charakteru wykazuje daleki Meall nan Tarmachan:

Image Hosted by ImageShack.us

Do góry zaczynamy się wbijać na wysokości łącznika pomiędzy ścieżkami dolną i górną. Podejście trawiasto – skalistym zboczem na ramię góry (my mówimy ramię, a w gaelic taka formacja to nos – sron), Sron nan Eun, jest najbardziej stromym odcinkiem całej trasy.

Image Hosted by ImageShack.us

W tle Ben Challum:

Image Hosted by ImageShack.us

Po osiągnięciu nosa teren się kładzie, i do szczytu wygląda to tak (przy czym to jeszcze spory kawałek, i nawet nie dlatego że zdjęcie przekłamuje, na żywo również sprawiało wrażenie że będzie znacznie bliżej):

Image Hosted by ImageShack.us

Wreszcie zaczynają się widoki na drugą stronę wału, na Glen Lyon. Widać Loch Lyon a ta wysoka górka po lewej to ładny munros Stuchd an Lochain >>LINK<<:

Image Hosted by ImageShack.us

Creag Mhor – obowiązkowa fota szczytowa!

Image Hosted by ImageShack.us

Zgodziliśmy się z Mariuszem że lato nie jest najfotogeniczniejszym sezonem w szkockich górach. Raz, że kiedy temperatura się podnosi to cała ta wilgoć z notorycznych tu deszczy zaczyna parować i przy teoretycznie pięknej pogodzie zamiast przejrzystego powietrza i super widoczności mamy przyszarzałe niebo i mgiełkę. Dwa, bez choćby drobnych śnieżnych akcentów, ten ocean zieleni zlewa się ze sobą i całość traci charakter. Zdecydowanie wolę zimę, wczesną jesień oraz wiosnę.

Poniżej Beinn Dorain z nowej perspektywy:

Image Hosted by ImageShack.us

O, tu dokładnie widać co miałam na myśli. W naturze przynajmniej jest przestrzeń, wielkość i trzeci wymiar. Na zdjęciu mamy po prostu zieloną plamę na szarawym tle.

Jednakowoż wybrałam je ponieważ widać na nim w całości drugiego munro, Beinn Hearsganich. Szczyt jest po lewej, zaś formacja najbliżej to kolejny górski nos: Sron Tairbh.

Image Hosted by ImageShack.us

Na nos biegnie ścieżka która meandruje licznymi zygzakami, nie pozwalając się zmęczyć. To istotne bo przełęcz pomiędzy tymi dwoma munrosami jest jedną z głębszych jakie tu widzieliśmy.

Image Hosted by ImageShack.us

Loch Lyon:

Image Hosted by ImageShack.us

Po wbiciu się na nos znowu robi się płasko i na mini-plateau szczytowe jest już przyjemny spacer.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Te wysokie w tle to Ben More i Stob Binnein:

Image Hosted by ImageShack.us

Na szczycie już padałam, po całym dniu wchodzenia w upale. A na tej dwu-munrosowej trasie podchodzenia było więcej niż tydzień temu na czwórce. No i czekało nas jeszcze zejście, co do którego nie byliśmy nawet pewni, który wariant wybrać, ale wiadomo było że będzie długie.

Image Hosted by ImageShack.us

Po obczajeniu terenu wybraliśmy zejście bezpośrednio ze szczytu, tak jak dyktuje ukształtowanie terenu, do połączenia z asfaltówką łączącą Glen Lyon z Glen Lochay. Mapka oddaje tę trasę w miarę wiernie. Pomijając iż byliśmy pieruńsko zmęczeni (głównie słońcem i temperaturą), szło się dobrze, ale muszę przestrzec przez jedną rzeczą. Skoro nawet teraz, kiedy mamy w Szkocji falę upałów i w górach jest sucho do tego stopnia że po większości potoków zostały puste koryta, a na tym odcinku było wciąż wilgotno i bagnisto – w bardziej standardowych okolicznościach on może być po prostu nie do przejścia, błoto po kolana jak nie wyżej. Myślę że w innej sytuacji warto byłoby raczej cofnąć się do nosa i stamtąd równolegle do wejścia na pierwszego munro, kombinować w dolinę. 

Nasza wersja była o tyle fajna, że ścięliśmy większość porannej ścieżki. Droga z Glen Lyon też się nico dłuży, ale zawsze to coś innego, no i asfalt – niesamowita ulga po usianym ukrytymi dziurami, chlupiącym bagnie.


Bez hardkorów, bez przygód ale klimat był, a i w tyłki trochę dostaliśmy. Nie wiem jak niektórzy dają radę dołączać do tej trasy Ben Challuma.

Pokonaliśmy ok. 21 km.

Cairn of Claise, Tom Buidhe, Tolmount i Carn an Tuirc


Nr 113, Cairn of Claise; nr 114, Tom Buidhe; nr 115, Tolmount; nr 116, Carn an Tuirc

Wymowa: kern o kleś, tom bui; tol-mun; karn an turk

Znaczenie nazwy: cairn like peak of the grassy hollow; yellow hill; valley hill; cairn like peak of the wild boar (za MunroMagic)

Wysokość: 1064m n.p.m.; 957m n.p.m.; 958m n.p.m.; 1019m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 71.; 204.; 202; 113.

Data wejścia: 6.07.13


Płaskowyże na południe od Cairngormsów to idealne miejsce do ponabijania sobie munro-licznika. Jak już się raz człowiek wbije na plateau, to może natrzaskać murosów na ile tylko starczy mu determinacji, oraz oczywiście czasu. Przewyższenia pomiędzy szczytami są niewielkie, podejścia łagodne, niemal wszędzie łatwy akces prosto z szosy więc nie trzeba robić takich chorych odległości jak w Cairngormsach. Tym razem padło na cztery munrosy które najłatwiej zdobywać z Glen Shee – i tam też przenocowaliśmy.

Nie jest to moja ulubiona dolina, ale swój specyficzny urok ma. Krajobraz jest tu księżycowy, tylko łagodnie falujące nagie wzgórza i – za każdym razem! – rekordowa ilość zabitych królików na szosie. 

Startujemy z ponad 600m n.p.m., co również bynajmniej nie utrudnia ogarnięcia kilku munro-sztuk od jednego machu.

Image Hosted by ImageShack.us

Początek trasy na parkingu nieopodal centrum narciarskiego. Pierwsze podejście jest zarazem najdłuższe, bo musimy się na ten płaskowyż wbić. Wędrujemy wzdłuż wyciągów i płotów wznoszącymi się łagodnie zboczami munro Glas Maol, na którego wierzchołku już byliśmy, tym razem więc należało go ominąć. 

Image Hosted by ImageShack.us

Niestety już na plateau pojawił się problem: chmury zakryły nas całkowicie, a wiadomo jak to jest na płaskowyżach bez widoczności. Żadnych puntów orientacyjnych, ścieżek jest więcej niż jedna i wszystkie wątłe (z powodu łatwości terenu ludzie chodzą milionem wariantów), po paru minutach można kompletnie się zamotać. Po dobrych 40 minutach kluczenia z kompasem wciąż nie byliśmy pewni czy idziemy w dobrym kierunku a czy nie na Glas Maol na przykład. Na szczęście w chmurach zaczęły robić się dziury, co prawda tylko na chwilę ale wystarczyło żeby mniej więcej zorientować się w kierunkach. W końcu natrafiliśmy ponadto na ścieżkę która wydawała się bardziej ewidentna.

Na pierwszego munrosa, Cairn of Claise idzie się terenem tak łagodnie nachylonym że w ogóle nie czujemy iż jesteśmy w górach. Na podejściu odsłaniało się nam już całkiem sporo na północnym wschodzie, niestety kolejny munros (Tom Buidhe) wciąż ginął w chmurzyskach i zanosiło się że będziemy go szukać na czuja.

Tego wyprztyka na drugim planie w ogóle nie wzięliśmy natomiast za oddzielną górę, dopóki mapa nie uświadomiła nam jednoznacznie iż jest to nasz trzeci w kolejce, Tolmount:

Image Hosted by ImageShack.us

Taki to już naleśnikowy urok płaskowyżu Mounth!

Ten z kolei Mount Pancake to nie co innego a Tom Buidhe. Nie można powiedzieć by wspinaczka stanowiła wyzwanie…

Image Hosted by ImageShack.us

Jednakowoż zanim ruszyliśmy zdobywać owe strzeliste turnie, trzeba było wbić się na szczyt Cairn of Claise. Pogodowo wciąż jeszcze było słabo co w połączeniu z tym akurat typem krajobrazu powodowało że nie chciało się za bardzo wyciągać aparatów. Niemniej fotka szczytowa obowiązkowa:

Image Hosted by ImageShack.us

Przynajmniej w międzyczasie chmury poszły sobie i zrobiło się całkiem przyjemnie oraz – dzięki niebieskiemu niebu – choć odrobinę bardziej dekoracyjnie, nawet Tom Buidhe zaczął się wydawać o promil czy dwa smuklejszy:

Image Hosted by ImageShack.us

Te Andy to natomiast kontynuacja w kierunku Lochnagaru, gdzie będzie można zrobić pętlę tym razem pięciomunrosową.

Image Hosted by ImageShack.us

Na Tom Buidhe, absolutnie nie czując że zdobyło się już dwa munrosy:

Image Hosted by ImageShack.us

Z Toma na Tolmounta jest moment. I właśnie Tolmount, ten jak go nazwałam wyprztyk, sprawił przyjemną niespodziankę: z niepozornego szczyciku odsłonił się zaskakująco uroczy widok na ukrytą Glen Callater z adekwatnie nazwanym Lochem, oraz cairngormskie olbrzymy Beinn a’Bhuird i Ben Avon, które dały nam popalić we wrześniu:

Image Hosted by ImageShack.us

Na czwartego munrosa, Carn an Tuirc, trochę się idzie, ale znów baaardzo łagodnie. Pogoda unormowała się już całkowicie, a ładne światło sprawiało że otoczenie nagle zaczęło wydawać się całkiem malownicze a brak charakteru stracił zupełnie na znaczeniu.

Image Hosted by ImageShack.us

… acz pozostawał niekwestionowalny.

Image Hosted by ImageShack.us

W tle Glas Maol, najwyższy munro w okolicy:

Image Hosted by ImageShack.us

Jakkolwiek nie powiem żebym czuła w nogach te cztery munrosy, finałowy szczyt powitałam z ulgą. Nie jest to trasa ekstremalna ale swoją długość ma.

Image Hosted by ImageShack.us

Poniżej odcinek jaki musieliśmy przejść szosą: od parkingu w Glen Clunie (po prawej) do centrum narciarskiego w Glen Shee.

Image Hosted by ImageShack.us

Zejście jest proste: rumowiskiem na rympał, i poniżej zaczyna się piękna, szeroka ściecha która wyprowadza na sam parking (na mapie jest coś nie tak, jestem na 100% pewna że zaznaczyłam trasę dobrze). Całkiem przyjemny odcinek w porównaniu z marszem szosą. Szosą idzie się bowiem pod lekką, ale wyczuwalną górkę, modląc się by żaden motocyklista o cię nie zahaczył oraz slalomując pomiędzy mniej lub bardziej zmasakrowanymi trupkami królików.

Wycieczkę zakończyliśmy w kafejce centrum narciarskiego, pałaszując burgery. W okolicy mamy jeszcze osiem munrosów, ale na razie będą musiały poczekać.

Trasa do nabicia wspomnianego licznika IDEALNA. Gdybym jednak nie dbała o licznik a jedynie o estetykę, spróbowała bym raczej Glen Callater – widać, że piękne miejsce i można się z niej wspiąć na co najmniej kilka górek.



Beinn Liath Mhor i Sgorr Ruadh

Nr 111, Beinn Liath Mhor; nr 112, Sgorr Ruadh

Wymowa: ben lija wor, skor rua

Znaczenie nazwy: big grey hill; red rocky peak (za MunroMagic)

Wysokość: 926m n.p.m.; 962m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 258.; 195.

Data wejścia: 8.06.13


Te dwa piękne munrosy leżą w Glen Carron, sąsiadującą z Glen Torridon od południa. Powyżej Inverness a zatem za daleko dla nas jak na jednodniowy wypad – trzeba było zabiwakować na dziko. Znaleźliśmy kawałek płaskiego terenu, co prawda kilkanaście metrów od szosy, ale ruch nawet za dnia jest tam niewielki.

Rano zalegała mgła, która miała jakoby zniknąć, ale na razie się na to nie zanosiło. Postanowiliśmy jednak dać jej szansę i nie śpieszyć się przesadnie. Zwinęliśmy namiot walcząc z midgesami i podjechaliśmy do odległego o kwadrans jazdy Lochcarron zjeść śniadanie na ławkach piknikowych nad jeziorem. Przez mgłę przeglądało gdzieniegdzie niebieskie, niemniej sytuacja nie wyglądała za dobrze. 

Samochód zostawiliśmy na parkingu pod stacją kolejową w Achnashellach. Po przekroczeniu torów i metalowej bramy należy skręcić w prawo. Droga z początku prowadzi malowniczą zalesioną doliną:

Image Hosted by ImageShack.us

Na rozejściu ponownie należy skręcić w lewo, i wypatrywać przy drodze małego kopczyka, który oznacza początek ścieżki wiodącej najpierw w lewo, a potem w głąb doliny. 

Po wyjściu z lasu teren wędrujemy łagodnie wznoszącym się szlakiem, pośród głazów i skał – nadal jest malowniczo. Jedyne co nas irytowało to mgła, która uparcie nie chciała się podnieść.

Image Hosted by ImageShack.us

Jak tylko osiągnęliśmy próg górnej części doliny, zaczęło się przecierać. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom – w idealnym momencie, w ciągu pięciu, może dziesięciu minut… Mgła zniknęła, rozwiała się zupełnie 😀 Momentalnie zrobiła się lampa.

Dolina do której weszliśmy jest łysa, wrzosowa i urokliwa w swej surowości. Otaczają ją (od lewej) monumentalne bryły Sgorr Ruadh i Beinn Liath Mhor:

Oraz chyba najbardziej spektakularna, piękna Fuar Tholl której do statusu munro zabrakło niestety 7 metrów:

Zwłaszcza środkowy filar (Mainreachan Buttress) robi wrażenie:

Od początku nie było jej w planach, ale nie z powodu niebycia munrosem, a napiętego planu: musieliśmy wrócić do domu tego samego dnia. Z chęcią ją jednak zaliczę w przyszłości.

Zaczęliśmy pętlę od Beinn Liath Mhor. Ścieżka jest wyraźna a nawigacja przy widoczności oczywista. Na wypadek mgły: są dwa rozejścia szlaków i na obu należy skręcić w prawo (pierwszy skręt w lewo wyprowadza na Fuar Tholl, drugi na przełęcz pomiędzy munrosami). BLM to długiiii garbaty grzbiet a wierzchołek mieści się na jego północnym krańcu. Kiedy już wbijemy się na grzbiet idzie sprawnie, pomimo dwóch dość głębokich przełęczy do pokonania.

Początek grzbietu: wierzchołek jest na samym końcu.

Jedna z przełęczy:

Widoki powalają. Najbardziej oczywiście na Torridon. Beinn Alligin chowa się co prawda za Liathach ale samego Szaraka oraz Beinn Eighe mamy jak podane na tacy.

Beinn Eighe:

Liathach:

Image Hosted by ImageShack.us

Sgorr Ruadh także wygląda nie najgorzej. Prezentuje się niebywale potężnie choć jest tylko trzydzieści metrów z hakiem wyższy od BLM. Inna rzecz że przewyższenia są tu faktycznie spore, jako że punkt startowy leży na wysokości ok. 70m n.p.m.

Pod koniec grzbiet się zwęża i robi bardziej "graniowy":


Do przełęczy pomiędzy munrosami musimy zejść poprzez kilka garbów. Z początku można iść dowolnie, acz schodząc z przedostatniego garbu, zwłaszcza we mgle, polecałabym jednak zlokalizować ścieżkę (początek oznaczony kopczykiem) – zbocza są tu niewysokie, ale bardzo gęsto poprzerastane słabo urzeźbionymi skałkami. Poniżej widać jak biegnie ścieżka:

Pierwszych ludzi tego dnia spotkaliśmy dopiero pod samą przełęczą – podchodzili na Sgorr Ruadh ścieżką biegnącą dnem doliny. Potem jeszcze dwie niewielkie grupy. I to wszystko, poza tym tylko jelenie: 

Z przełęczy na szczyt wcale nie było tak długo i mozolnie jak sugerował widok z BLM. Przeciwnie, miałam wrażenie że weszliśmy momentalnie! Finałowe podejście jest dość strome, dzięki czemu szybko zyskuje się wysokość, ale niezbyt długie.

Munro Maol Chean-dearg:

Wierzchołek BLM:

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz reszta grzbietu – to jednak jest konkret:


Na wierzchołku:

Image Hosted by ImageShack.us

Panorama wzbogaciła się o Loch Carron i leżące na nim miasteczko. Było widać munrosy Skye (niestety za daleko by je ładnie oddać). W Glen Torridon jak na dłoni lansował się hostel. Z hostelowej panoramic lounge widać wszak właśnie Sgurr Ruadh (po lewej) i Maol Chean-dearg.

Loch Carron:

Schodziliśmy w kierunku Fuar Tholl, znacznie łagodniejszymi zboczami. Trasa na jej wierzchołek jest naprawdę krótka, ale już nawet nie chodziło o czas – zwyczajnie nie mieliśmy siły w tym upale. Zanim droga połączy się w dolinie z dojściówką, musimy przekroczyć rzekę Lair. Z przyjemnością wykąpaliśmy się w niej (tzn. ja w zasadzie zamoczyłam nogi). Taka pogoda nie trafia się tu za często, więc jeśli już, trzeba korzystać na maksa.

Ostatni kawałek lasem w słońcu był jeszcze ładniejszy niż z rana. Flora w rozkwicie, fioletowych rododendronów na masę. Cuda, panie…

Wycieczka była fantastyczna, w wielkiej mierze dzięki pogodzie acz ten rejon jest tak atrakcyjny, że musi robić wrażenie także w mniej sprzyjających okolicznościach. Trasa nie nastręcza żadnych trudności (choć jak wspomniałam na zejściu z BLM warto trzymać się ścieżki). Już nie mogę się doczekać powrotu w te okolice – mam wielką ochotę zaliczyć Maol Chean-dearg jako następny 🙂

Trasa liczy ok. 15 km.

Image Hosted by ImageShack.us

Creag Meagaidh


Nr 110, Creag Meagaidh

Wymowa: kreig megi

Znaczenie nazwy: bogland crag (za MunroMagic)

Wysokość: 1128m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 30.

Data wejścia: 18.05.13


Tym razem pogoda miała być w najlepszym wypadku średnia, jednak byliśmy zdecydowani zrealizować ambitny plan: trzy munrosy, w tym najlepiej znane Creag Meagaidh. Góra ta popularność zawdzięcza pięknym klifom opadającym do Coire Ardair. Tu zdjęcia w pełni ukazujące o co chodzi: >>LINK<< . Pozostałe dwa munrosy sąsiadują z nią od wschodu a przewyższenia między nimi nie są jakieś straszliwe, więc były realne szanse na ogarnięcie tej trasy.

Parkujemy na północnym brzegu Loch Laggan (trasa A86) – parking jest bardzo duży i nie do przegapienia.

Poniżej turystyczna droga przez przełęcz zwaną the Window (na Creag Meagaidh odbija się z niej w lewo):

Image Hosted by ImageShack.us

My z początku zakładaliśmy możliwość wbijania najłatwiejszą z tras kotła, Easy Gully, ale ilość śniegu nas powstrzymała (nie wzięliśmy raków). Na pewno jest to fajny pomysł na przyszły sezon.

Image Hosted by ImageShack.us

Zatrzymaliśmy się na popas nad Lochan a’Choire, jeziorem położonym na dnie Coire Ardair, z którego przy lepszej pogodnie pięknie byłoby widać klify (patrz link powyżej), w złudnej nadziei że może chmury się trochę podniosą. Niestety stały tak nisko że widzieliśmy zaledwie podstawę ścian i wyloty żlebów.

Biorąc poprawkę nie tylko na śnieg, ale i ogólnie pogarszającą się pogodę, postanowiliśmy wchodzić przez the Window. Ścieżka prowadząca nań jest z początku bardzo wyraźna – wije się po stromym zboczu, przekracza strumień, wbija ostro do góry by w końcu rozmyć się i zatracić w rumowiskach. Przy widoczności żaden problem, przełęcz widać jak na dłoni, my jednakowoż mieliśmy drobne problemy nawigacyjne. 

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Pogoda pogarszała się cały czas. Na przełęczy pierońsko wiało – nie było to jeszcze ostateczne highlandzkie ekstremum, ale wystarczyło żeby mnie przesunąć czy wywrócić. Chłopaki zdecydowali się wchodzić na rympał, bezpośrednio z przełęczy na zachód. Stromizna była tam duża, trochę scramblingu więc że wiatr robił ze mną co chciał wolałam pójść ścieżką – prowadzi dalej w poprzek siodła przełęczy i skręca w lewo dopiero przy jego końcu. 

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wkrótce spotkaliśmy się u zarania plateau – był to pierwszy i ostatni moment kiedy udało się zobaczyć wierzchołek, to nie ten z kopcem tylko wybrzuszenie po prawej:

Image Hosted by ImageShack.us

Wydawało się, że będzie to krótki spacer. Nic bardziej błędnego. Widoczność pogarszała się przez cały czas. Z początku mogliśmy chociaż popodziwiać nawisy ponad kotłem:

Image Hosted by ImageShack.us

… ale kiedy weszliśmy głębiej w płaskowyż, do podziwiania była tylko jednolita biel i zupełnie straciliśmy orientację.

Image Hosted by ImageShack.us

Na szczęście Maciek miał GPS a ponadto udało się znaleźć stary, ledwo ale widoczny ślad. Mimo to wielokrotnie musieliśmy przystawać i ustalać, czy dobrze idziemy. Te krótkie ale częste postoje wydłużyły to, co wydawało się być spacerkiem, co najmniej dwukrotnie.

Przy kopcu GPS potwierdził – udało się znaleźć szczyt 🙂

Image Hosted by ImageShack.us

Wracając mieliśmy identyczne kłopoty z nawigacją i kiedy dotelepaliśmy się do the Window było po czwartej. Raz, że za mało czasu na kontynuowanie na pozostałe munrosy, dwa byliśmy przemoczeni i przewiani, postanowiliśmy więc schodzić, acz bez specjalnego żalu. Jeden cel padł, przyroda dobrze nas wygrzmociła, naprawdę nie było na co narzekać.

Image Hosted by ImageShack.us

Gdy wracaliśmy chmury stały odrobinę wyżej i pozwalały podziwiać nieco większe partie Coire Ardair:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Powrót dłużył się jak nie wiem, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu że podjęliśmy słuszną decyzję. Do samochodów dotarliśmy dobrze stytłani oraz mokrzy, stwierdziliśmy jednak zgodnie że wycieczka była super. Bardzo dobrze że zostawiliśmy te dwa munrosy na później – będzie można tam wrócić w ładniejszy dzień, kiedy kocioł będzie odsłonięty, i wejść na plateau przez Easy Gully, czyli trzy grzyby w barszcz 🙂

Zrobiliśmy ok. 18 km:


Stob Coire Sgriodain i Chno Dearg


Nr 108, Stob Coire Sgriodain; nr 109, Chno Dearg

Wymowa: stob kori skrityn; kno dzierek

Znaczenie nazwy: peak of the scree corrie; red hill (za MunroMagic)

Wysokość: 979m n.p.m.; 1046m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 174.; 86.

Data wejścia: 17.05.13


Tym razem wybraliśmy się dokompletować munrosy znad Loch Treig. Bardziej spektakularnych i wyższych zachodnich sąsiadów (Stob a’Choire Mheadhoin i Stob Coire Easain – >>LINK<<) mieliśmy już zdeptanych, więc przyszła kolej na Stob Coire Sgriodain i Chno Dearg. Start z parkingu w Fersit, nie wiem czemu nie zaznaczonego na mapie.

Z dołu oba munrosy (wierzchołków nie widać) prezentują się raczej mało obiecująco:

Zaczęliśmy od położonego nad samym jeziorem Stob Coire Sgriodain. Zgodnie z przewodnikiem za zabudowaniami farmy (wrażenia zapachowe gwarantowane) należy skręcić w kierunku małej czerwonej szopy, minąć wonne pastwisko i… tu zgłupieliśmy, bo nie było widać ani śladu ścieżki. Niby droga nawigacyjnie oczywista, ale teren za pastwiskiem był tak paskudnie miękki i podmokły że naprawdę fajnie by było gdyby jakaś utwardzana dróżka jednak biegła na munrosa. Ponieważ jednak nie daliśmy rady jej znaleźć poszliśmy tak jak było nam wygodnie, co mniej więcej udało mi się oddać na mapce.

Strawersowaliśmy "nos" góry i zaczęliśmy wbijać się dość stromym zboczem, mając jezioro za plecami. Był to najbardziej męczący, acz krótki, odcinek całej trasy – reszta podejść jest nadzwyczaj łagodna. Kiedy osiągnęliśmy szeroką grań okazało się że do wierzchołka jeszcze spory kawałek ale już po prawie płaskim. Cel naszej poprzedniej wycieczki w ten rejon, dwa munrosy z naprzeciwka, prezentowały się bardzo malowniczo i potężnie:

Widoki – jak to w Lochaber – zamiatały konkurencję pod dywan:


Okazało się też że to pierwsze wrażenie niepozorności było błędne. Od strony jeziora góra posiada piękny kocioł:



Za to Chno Dearg prezentował się ze swego sąsiada jak totalny naleśnik, co oznaczało iż przynajmniej nie zmęczymy się nadmiernie 😀

Ciekawie było odbyć tę akurat wycieczkę jako kolejną po Beinn Sgulairdzie, ponieważ w obu wypadkach znaleźliśmy się w skrajnych punktach Lochaber (poprzednio południowo-zachodnim, tym razem północno-wschodnim) co pozwoliło na obejrzenie sobie tych samych gór z odmiennej perspektywy.

Bidean nam Bian prezentował się super spektakularnie. Ciemniejsza trójkątna formacja z przodu to Stob Coire nan Lochan, którego obie granie wyglądają tu na ostre jak żylety, co jest oczywiście złudzeniem optycznym. Wierzchołek najbardziej po prawej to Stob Coire nam Beith, przez który wiedzie bardzo ładna i chyba najmniej popularna z trzech głównych tras wejścia.



Poniżej Buachaille Etive Mor – jak widać w żlebie którym biegnie ścieżka popularna leży jeszcze śnieg. Pod szczytem da się wypatrzeć zarys Crowberry Tower: 

Dalsza droga na Chno Dearg wiedzie przez kilka niewielkich garbów. Południową odnogę masywu, Meall Garbh, baggerzy mogą spokojnie pominąć: pomimo odpowiedniej wysokości nie posiada statusu munro (ze względu na zbyt małe przewyższenie sklasyfikowana jest jako munro top).

Ostatnie podejście jest bardzo łagodne. Wierzchołek Chno Dearg jest rozległy i położony o 67 m. wyżej niż sąsiedniego munro, dzięki czemu po raz pierwszy ukazuje się czubek Ben Nevisa, dotąd zasłonięty przez swych sąsiadów. 

Poniżej Meall Greigh, An Stuc i Ben Lawers:

Shiechallion, który z tej jednej jedynej strony wygląda jak Góra, a nie wywrócone koryto:

Ben Lui – wygląda to na ostatni moment na zimowe wspinanie w kotle:

Oraz Aonach Eagach. Uderza, jak niebywale jest symetryczna – z obu stron ma niemal identyczny kształt:

Wygląda na to iż najwięcej śniegu (poza co oczywiste Nevis Range) uchowało się w Mamoresach. Poniżej ich najwyższy (i moim zdaniem najpiękniejszy) szczyt, Binnein Mor:

Oraz zapowiadany czubek Ben Nevisa. Garb poniżej wierzchołka to Great Tower:

Z braku ścieżki ponownie schodziliśmy po swojemu, lawirując pomiędzy łachami mokrego śniegu. Pachnące pastwisko i farmę widać było jak na dłoni więc tym razem tak wycyrklowaliśmy żeby je obejść. Niestety nie udało się nie przemoczyć butów, jako że im niżej tym teren robił się bardziej bagnisty. 

Trasa liczy sobie ok. 13 km. Góry nie są jak widać spektakularne, ale dla widoków zdecydowanie warto je odwiedzić. Na pewno fajna trasa na śnieżną zimę, kiedy całe to bagno jest zamarznięte. Nam obojgu ta wycieczka sprawiła mnóstwo radochy 🙂