Sgurr Alasdair

Nr 78, Sgurr Alasdair

Wymowa: skur alasdier

Znaczenie nazwy: Alexander’s rocky peak

Wysokość: 992m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 154.

Data wejścia: 9.08.11

Sgurr Alasdair jest najwyższy w paśmie Black Cuillins. Nie leży w grani głównej a lekko na uboczu. Był doskonale widoczny z kempingu w Glen Brittle, wyglądał pięknie, i chyba to zdecydowało że wybraliśmy go na kolejny cel. Droga najłatwiejsza wiedzie przez kamienisty żleb Great Stone Shoot – my postanowiliśmy nią schodzić, na wejście zaś wybraliśmy grań południowo-zachodnią o wycenie scramblingowej 3 aka tatrzańskie 0+ (wybór umożliwiła książeczka Skye scrambles pod patronatem SMC, wspaniałe i wyczerpujące źródło informacji).

Startujemy z kempingu, za domkiem łazienkowym jest furtka, wiedzie stamtąd droga którą wbijamy na dzielący nas od Cuillinów niski wał. Otoczenie Coire Lagan ukazuje się nareszcie odsłonięte w całości – od lewej kolejno Sgurr Mhic Choinnich, Sgurr Alasdair, Sgurr Sgumain oraz Sron na Ciche.

Na rozwidleniu skręcamy w prawo – lewe prowadzi do Coire Lagan i będziemy nim wracać. My musimy jednak zajść Sron na Ciche od żopy strony, aby osiągnąć Alasdaira od pleców, z Coire a’Ghrunnda.

Kiedy zaczynamy wbijać się w górę, w kierunku kotła, coraz głębiej pomiędzy skalne zbocza i ściany, teren niesamowicie zaczyna przypominać Tatry Wysokie. Rzeźba, rodzaj skały, formacje, wszystko jest zadziwiająco podobne. Złudzenie pryska kiedy się odwrócimy – ten quasi tatrzański krajobraz dotyka do morza. Poniżej wyspa Soay:

Do Coire a’Ghrunnda trochę włażenia jest, mamy na tym odcinku sporo scramblingu, także trójkowego. Pamiętajmy jednak, że po osiągnięciu kotła zostanie nam jedynie symboliczna wysokość do celu – to jest praktycznie całe nasze podejście. Na zdjęciu dolny kocioł, by wbić się do tego właściwego trzeba wspiąć się na wysoki próg:

A tu Sgurr Sgumain i Sgurr Alasdair z Coire a’Ghrunnda – stąd już tylko krótki marsz na grań.

Skała nie wszędzie jest identyczna jak w Tatrach Wysokich, niemniej ogólne podobieństwo krajobrazu jest uderzające. W Szkocji nie ma drugiego takiego pasma jak Cuilliny. Są góry równie ciekawe pod różnymi względami, ale drugich takich Tatr w miniaturze nie ma. A przecież Cuilliny na liście munrosów wcale nie okupują wysokich lokat!

Tak prezentuje się Sgurr Alasdair ze Sgurr Sgumaina. Na przełęcz pomiędzy nimi można schodzić ostrzem grani, ale pod koniec może to być opcja nieco problematyczna, dlatego strawersowaliśmy ten fragment po stronie Coire Lagan.

Poniżej Sgurr Dearg a turnia na jego wierzchołku to Inaccessible Pinnacle. Bez wejścia na Inn Pinna nie można sobie zaliczyć tego munrosa.

Inn Pinn zzoomowany. Wchodzi się tak jak pan w pomarańczowym, po grańce o gdzieniegdzie 30 cm szerokości, acz podobno technicznie raczej łatwej. Schodzi – zjazdem z drugiej strony. Inn Pinn jest szczególnie ciężki dla osób nielubiących obustronnej ekspozycji i wiem że mnie poczesze w swoim czasie.

Poniżej południowy kraniec grani Cuillinów – Sgurr a’Choire Bhig i Gars-Bheinn.

Poniżej clou naszej trasy. Ten kominek jest najłatwiejszą opcją u zarania podejścia na wierzchołek Sgurr Alasdaira. Miał to być wprawdzie trójkowy scrambling, ale na zdjęciu w książce wyglądał nieszczególnie. Musieliśmy wziąć pod uwagę, że mogę tam potrzebować ubezpieczenia.

Kiedy podeń podeszliśmy, okazało się że wygląda inaczej niż w książce. Uważna analiza ujawniła, że w środku oberwał się blok skalny, dodając kilku stopni i chwytów w najtrudniejszym miejscu. Lina okazała się niepotrzebna.

Dalsza droga na Alasdaira była już prosta, znów można było iść ostrzem grani albo nieco z boku, w zależności od preferencji. Z tyłu Sgurr Sgumain a za nim Sron na Ciche:

Poniżej Sgurr Dubh na Da Bheinn i Sgurr nan Eag. Te wszystkie straszliwe nazwy w rzeczywistości mają absolutnie banalne znaczenie. Zresztą, ich fonetyczna zgroza także jest subiektywna – dla Brytyjczyka Jarząbczy Wierch czy Szeroka Jaworzyńska będą wyglądały i brzmiały równie bełkotliwie.

Sąsiedni munro Sgur Mhic Choinnich i wspinacze włażący King’s Chimney:

A to nieustraszony zdobywca na wierzchołku Sgurr Alasdaira. Faktycznie czuć, że jest najwyższy w paśmie.



Z Alasdaira łatwym scramblingiem schodzimy na przełęcz pomiędzy nim a Sgurr Thearlaich. Z przełęczy opada the Great Stone Shoot. Czułam, że będzie przewalony, ale jako weterankę która niejedno plugawe słowo rzuciła na drodze na Lodową Przełęcz przed zmodernizowaniem tamtego podejścia, nie był w stanie niczym mnie zaskoczyć. Powiem tyle, że tam naprawdę przydają się kaski oraz, że bardzo mnie cieszyło, że nikt za nami nie schodzi.

Naprawdę fajnie (i bezpieczniej) było znaleźć się na dole, w Coire Lagan. Kocioł budzi niebywale silne skojarzenia z Doliną Pięciu Stawów Spiskich – jezioro, skalne ściany dookoła, no i przede wszystkim piękne mutony. Niestety brak ekwiwalentu dla Terinki ale zawsze miło pomarzyć o słowackim piwie i parkach.

Ścieżka sprowadzająca z Coire Lagan łączy się wkrótce z tą dojściową – i szast prast jesteśmy z powrotem na kempingu.
Naszą trasę na Alasdaira bardzo polecam. Wszak dwukrotne pokonywanie Great Stone Shoot to byłby jakiś wyrafinowany masochizm. Jedynym trudniejszym – co nie znaczy że faktycznie trudnym – miejscem jest kominek, na pozostałych odcinkach scramblingowych wariantów jest wiele o różnych stopniach trudności. Nasz przewodnik opisuje jeszcze jedną trasę, przez grań południowo-wschodnią o gradacji zaledwie 2. Jakiejkolwiek opcji byście nie wybrali, na litość boską nie róbcie sobie tego i nie wchodźcie tym zakazanym żlebem. Męczenie się z nim w jedną stronę jest wystarczającą pokutą.

Mapka w przygotowaniu.

Quiraing

Najbardziej wysunięty z półwyspów Skye jest Trotternish. Wertykalnie przebiega przezeń pasmo Trotternish Hills o długości ponad 30 km. Jest to druga po Cuillinach atrakcja wyspy – wzgórza są niskie, ale kryją na swoim obszarze, na przeciwległych końcach, dwie niespodzianki, The Storr oraz Quiraing.

Quiraing to niesamowity park skalny w zboczach Meall na Suiramach. Nazwa prawdopodobnie oznacza otoczone kolumnami zamknięte / ukryte miejsce. Nasz przewodnik (Isle of Skye wyd. Collins) przytacza opinię autorki książki o legendach związanych ze Skye. Otóż pani ta jest zdania, że bardzo dziwne jest iż choć z większością co bardziej charakterystycznych miejsc wyspy wiążą się jakieś legendy, czasem kilka, to o tak niesamowitym miejscu jak Quiraing nie ma żadnych. Stawia ona tezę że w miejscu tym musiało się w zamierzchłych czasach wydarzyć coś tak strasznego, że stało się ono tabu. Prawda to czy nie, urzekła mnie ta hipoteza.

My najpierw obeszliśmy Quiraing górą, po krawędzi klifu, a potem przeszliśmy się środkiem i polecam zrobić to samo (podkreślam to bo część osób szła dołem, gdzie w ogóle nie ma zabawy, a część obie strony pokonywała środkiem i traciła widok na całe to zamieszanie z góry). Poniżej początek całego systemu, a formacja po prawej to The Prison.

Widok na Trotternish Hills z The Storr częściowo w chmurach:

Tu zaś widok z góry na The Table, formację, której zdjęcie tak mnie kiedyś zafascynowało że byłam zdeterminowana pojechać na Quiraing podczas naszej pierwszej wizyty na Skye – Storr, choć jego też musimy zaliczyć, aż tak mną nie zakręcił.

Tu też Stół. Zachwyca mnie ta trawa, która wygląda jakby ktoś ją systematycznie pielęgnował.

Przez środek Quiraing prowadzi wiele wydeptanych ścieżek, my staraliśmy się wleźć wszędzie i zajrzeć w każdą dziurę, żeby niczego ciekawego nie przegapić.

Poniżej natomiast harce na Stole – pozwalają uzmysłowić sobie skalę. Trawa z bliska wyglądała niewiele gorzej niż z dalszej perspektywy.

Po przejściu Stołu powłaziliśmy na okoliczne dostępne ścieżkami pinakle. Wszędzie ta niesamowita trawa, i, uwaga – midgesy. To miejsce ma to do siebie że jest zaciszne i mało tam wieje. Środek na te cholery powinien obowiązkowo zostać zabrany!



Skała jest tam bardzo krucha, i podobno wyjątkowo niesprzyjająca wspinaczkom.

Ta wspaniała 36-metrowa formacja, The Needle, została wprawdzie zdobyta (nie mogę jakoś  znaleźć szczegółowych informacji na ten temat), jednak zdecydowanie odradza się jej łojenia właśnie ze względu na paskudną jakość skały.

Oprócz Stołu i Igły trzecią najbardziej znaną formacją jest The Prison. Trawers Więzienia nie do końca jest taki łatwy na jaki wygląda. Na główny wierzchołek Mariusz wszedł, ale mi (stałam trochę poniżej) odradził bo miałabym problem z zejściem. Więzienie to fajna sprawa dla amatorów scramblingu. Największe wrażenie robi pionowe, a w jednym miejscu lekko przewieszone zachodnie urwisko.

Na Quiraing zdecydowanie warto się wybrać nawet kosztem jednej wycieczki w Cuillinach (w sumie nie musi to być żadne wyrzeczenie, wystarczy wybrać dzień ze zbyt kiepską na konkretniejsze góry pogodą – rewelacyjna do zwiedzania tego akurat miejsca nie jest niezbędna). To również dobra opcja na dzień odpoczynku – trasa tak jak my ją przeszliśmy liczy ok. 7 km.

Zaznaczyłam tylko drogę wzdłuż klifu, teren na dole można (co zalecam) penetrować na bardzo liczne sposoby:


Stac Pollaidh i Suilven


Na szkocką Daleką Północ jeździmy rzadko ponieważ z pasa centralnego jest to prawdziwa wyprawa. Przez "daleką północ" rozumiem tereny położone na północny zachód od Moray Firth, a umowną granicą jest dla mnie miejscowość Ullapool.

Najciekawsze jest zachodnie oraz część północnego wybrzeża, z kompletnie zwariowaną linią brzegową – mnóstwo ukrytych zatoczek, mniejszych i większych półwyspów, wysp i wysepek. Tam właśnie się zatrzymaliśmy, na kempingu w Altandhu położonym na półwyspie Rubha Mor (jak już pisałam, kempingom poświęcę oddzielną notkę, na razie tylko wspominam).

Na Dalekiej Północy znajdują się jedynie cztery średnio interesujące munrosy, ale nie znaczy to iż brak tam ciekawych górskich celów. Ten rejon znany jest przede wszystkim ze swoich korbetów i grahamów. Stac Pollaidh (aka Stac Polly), Suilven, Cul Beag i Mor, Ben Mor Coigach, Ben Stack, Quinag, Foinaven i Arkle – każdy szanujący się miłośnik szkockich gór zna te nazwy.

Podczas tegorocznego tripu byliśmy otwarci na różne możliwości, ale bezwzględnymi priorytetami były dwa grahamy – ikony: Stac Pollaidh i Suilven. I niestety na tych dwóch istotnie się skończyło, jako że pogoda nie rozpieszczała.

Pierwszego wieczoru była co prawda bardzo obiecująca – i właśnie wtedy Mariusz trzasnął najładniejsze zdjęcia Stac Pollaidh. Graham ten liczy sobie zaledwie 613m n.p.m. lecz tym, co go wyróżnia, jest sylwetka niczym z westernu:

Loch Lurgainn:

Tak natomiast góra prezentuje się z początku szlaku. Szczyt jest maksymalnie po lewej stronie (informacja bardzo istotna, o czym dalej):

Tak zaś widok na Stac Pollaidh z zachodniego wybrzeża, wzniesienie po prawej to Cul Beag:

Niestety po tym pierwszym pięknym wieczorze pogoda zrobiła się raczej w kratkę. Całą nadzieję pokładaliśmy w niewielkich rozmiarach Stac Pollaidh – nawet w pochmurny dzień była wszak szansa, że pułap chmur będzie powyżej tych 613 metrów. Z początku istotnie tak było:

Ścieżka wychodzi z samego parkingu, po czym łagodnie się wznosząc okrąża górę od prawej, by od drugiej strony wyprowadzić na przełęcz.

Wierzchołek po lewej od przełęczy jest osiągalny w trzy minuty, i tam jeszcze mieliśmy widoki – niestety po chwili przylazła chmura.

Loch Lurgainn

Z wierzchołkiem właściwym nie jest już tak łatwo. Grań szczytowa Stac Pollaidh to niesamowity park skalny, z początku wariantów scramblingowych jest wiele, od naprawdę łatwych do bardzo zaawansowanych. Formacje skalne przypominają te w Torridon i nic dziwnego, są zbudowane z tego samego piaskowca.

O ile większość grani można obejść, ostatnia wyprowadzająca na wierzchołek trudność jest nieomijalna – piaskowcowy pinakiel z lufą po obu stronach. Teraz jestem mądra, bo po fakcie przeczytałam dokładnie naszą literaturę. Przed wycieczką jednak byliśmy raczej beztroscy i ograniczyliśmy się do sprawdzenia trasy dojściowej. Dlatego też kiedy stanęliśmy na drugim wierzchołku, o niemal tej samej wysokości, byliśmy przeświadczeni że to już najwyższy punkt więc można sobie podarować ten ostatni kawałek. Tzn. mnie nie podobała się jego lufiastość (było dość ślisko), Mariusz ten akurat aspekt miał gdzieś, ale skoro i tak nie było nic widać, uznał że wejście na szczyt wystarczy. Post factum doczytaliśmy że jednak właściwy wierzchołek to był ten dalszy. Szkoda, bo z tą wiedzą zaliczył by go przynajmniej Mariusz. Niestety w związku z powyższym nie wpisujemy sobie Stac Pollaidh na listę zrobionych grahamów. Nadrobimy to, mam nadzieję, podczas kolejnej wycieczki w ten rejon.

W dzień wypadu na Suilvena pogoda zapowiadała się bardziej obiecująco. Poniżej fragment drogi do Lochinver, który ukazuje najbardziej IMO zwariowany rys północnego krajobrazu (akurat w rejonie Stac Polladh nie występował więc przedstawiam go teraz) – niesamowite pofałdowanie terenu w niewielkie wzniesienia o wysokości plus minus 100m n.p.m. Nie da się tego nazwać wzgórzami. W takim krajobrazie niesamowicie łatwo jest się zgubić, brak charakterystycznych punktów, tylko morze mini – pagórków i marsz w górę i w dół. W takiej scenerii właśnie mieliśmy maszerować na Suilvena, drogą z parkingu w Inverkirkaig.



Z początku idziemy malowniczym wąwozem ponad rzeką Kirkaig. Po ok. 5 km szlak rozwidla się – w prawo prowadzi do Wodospadów Kirkaig, prosto wyprowadza nad Fionn Loch. Na mapce zaznaczyłam skrót umożliwiający ścięcie kawałka linii brzegowej. Jest tam ścieżka ale skoro w jedną stronę ja przegapiliśmy, nie jest ewidentna.

Koło jeziora wkraczamy w tę właśnie scenerię którą opisałam powyżej. Naprawdę należy tu uważać żeby nie zgubić ścieżki. Marsz pod Suilvena dłuży się w nieskończoność (ponownie z nietypową dla nas niefrasobliwością nie doczytaliśmy dokładnie, lecz trasa ta ma ponad 10 km długości w jedną stronę). Poniżej pięknie widać cały masyw, szczyt – Caisteal Liath, czyli Szary Zamek (731m n.p.m.) jest po lewej. Wierzchołki po prawej to Meall Bheag oraz Meall Mheadhonach:

Image Hosted by ImageShack.us

A tu Suilven zdjęty znad Fionn Loch:

Image Hosted by ImageShack.us

Ścieżka wyprowadzająca na przełęcz jest potwornie zerodowana. Osiągnięcie grani było prawdziwą ulgą.

Na wschodnie wierzchołki podobno jest trochę scramblingu, my jednak nie chcieliśmy powtarzać błędu ze Stac Pollaidh i zależało nam na 100% zaliczeniu szczytu, poszliśmy więc na ścieżkowy Caisteal Liath. Pomimo chmur które przychodziły i odchodziły widzieliśmy wystarczająco dużo by widoki wywarły na nas niesamowite wrażenie.

Poniżej m.in. Fionn Loch i półwysep Rubha Mor:

Tu zaś Cul Beag, Ben Mor Coigach w chmurach i, po prawej stronie, pięknie widoczne filigranowe Stac Pollaidh:

Image Hosted by ImageShack.us

Wschodnie wierzchołki z tej perspektywy wyglądają spektakularnie, choć mamy tu do czynienia z lekkim złudzeniem optycznym, w rzeczywistości grań nie wznosi się aż tak bardzo:

Schodziliśmy tą samą drogą. W niesamowitym wieczornym świetle krajobraz prezentował się po prostu magicznie. Poniżej Stac Pollaidh:

Oraz Cul Mor i Cul Beag znad Fionn Loch:

I sam Suilven:



Droga powrotna wlokła nam się potwornie. Nie że nie robiliśmy nigdy dłuższych tras, niemniej raz że nie byliśmy psychicznie nastawieni na taką, dwa było już naprawdę późno. Wydaje mi się że lepiej było wybrać wariant od drugiej strony, z Lochinver – nie wiem czy ładniejszy ale na pewno krótszy. Taki a nie inny jednak zrobiliśmy dlatego taki zaznaczam na mapce.

W >>LINKU<< więcej zdjęć z Północy. Pogoda nie pozwoliła w pełni oddać piękna i niesamowitości tych krajobrazów, ale musicie mi wierzyć, są jedyne w swoim rodzaju.

Beinn Alligin

Nr 76, Tom na Gruagaich, nr 77, Sgurr Mhor

Wymowa: tom na grujah; skur woor

Znaczenie nazwy: rounded hill of the maiden;  big peak (za MunroMagic)

Wysokość: 922m n.p.m.; 986m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 268.; 162.

Data wejścia: 2.08.11

Masyw Beinn Alligin to najmniej rozległy z trzech torridońskich olbrzymów. Pozostałych dwóch, Beinn Eighe i Liathach, nie trawersuje się zazwyczaj w całości, poprzestając na ogarnięciu fragmentu z munrosami, Beinn Alligin można za to bez problemu ogarnąć cały i nie jest to bynajmniej ekstremalna wyprawa.

Start z parkingu parę km za Torridon (przy drodze na Diabaig). Cel widać jak na dłoni. Najpierw będziemy piąć się w kierunku kotła pomiędzy ramionami pierwszego z munrosów w masywie, Tom na Gruagaich. Ścieżka jest wyraźna, inaczej niż w przypadku poprzedniej wycieczki mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć że zgubić się jej łatwo nie da.


Za pierwszym munrosem sytuacja będzie następująca: najwyższy punkt masywu, munro Sgurr Mhor, a potem trzy szczyciki Horns of Alligin, gdzie miało być trochę scramblingu (zwróćcie uwagę na szczelinę poniżej wierzchołka Sgurr Mhor):


Droga na Toma stromieje dopiero w kotle. Musimy wbić się na ramię po prawej stronie które szybko wyprowadza na wierzchołek. Wrażenie zrobiła na mnie głębia kotła Toll a’Mhadaih na którego stronę opada bardzo strome, niesamowite zbocze ukształtowane w charakterystyczny dla gór w tym rejonie sposób – całe pokryte regularnym deseniem skał ułożonych w poziome pasy.


W tle kolejno corbett Beinn Dearg, fragment Beinn Eighe oraz Liathach

Z wierzchołka dość stromo schodzimy na przełęcz, potem wznosimy się kawałek, osiągamy pomniejszy bezimienny szczycik, i dopiero stąd zaczyna się właściwe podchodzenie na Sgurr Mhor. Trasę urozmaicają klasyczne torridońskie "stosy bułek":


W krajobrazie największe wrażenie robi Liathach, choć grani Am Fasarinen właściwie nie widać, za to pięknie lansują się Northern Pinnacles:


Finałowe podejście jest zaskakująco łagodne i krótkie, dużo bardziej niż wydawało się z pierwszego munro. Idzie ekspresowo.

Szczelina opadająca spod wierzchołka – Eag Dubh, Czarna Szczerba – oglądana od góry po prostu rozwala!

Widoki ze szczytu moim subiektywnym zdaniem najbardziej spektakularne są na północ i zachód. Na morzu widać półwysep Trotternish na Skye, a dalej Hebrydy Zewnętrzne. Na północy można wypatrzeć An Teallach. Doliny po drugiej stronie masywu to pustkowie:

Fajnie prezentują się stąd Hornsy, choć wrażenie ostrości grani jest wywołane wyłącznie przez kąt pod jakim zostało zrobione zdjęcie. 

Na Hornsach scrambling jest opcjonalny, można trawersować po prawej, ale że nie jest trudno, warto przejść się granią wprost.

Zejście, z początku średnio lub bardzo strome, szybko łagodnieje a reszta drogi to już spacer doliną. Byłam zaskoczona jak szybko zleciał mi cały ten trawers – wcale nie mieliśmy rewelacyjnego tempa (nigdy nie mamy :P), a odcinek od pierwszego munro do końca grani Hornsów pokonaliśmy w AFAIR godzinę dwadzieścia, z postojem na posiłek. 

Wypad był bardzo fajny, niemniej z Liathach porównania nie ma – przede wszystkim scrambling jest o wiele łatwiejszy i nigdzie nie ma prawdziwej ekspozycji. Natomiast widoki na zachód, na morze, są o wiele bogatsze. Nabijać sobie munro-licznik takimi wycieczkami to czysta przyjemność.

Mapkę zrobię ASAP.

Glen Sannox (Arran)


Na wyspę Arran postanowiliśmy się wybrać bo… tam nas jeszcze nie było 🙂 Munrosów tam nie ma ale i tak jest zajebiście!



Sugerując się książką Classic mountain scrambles in Scotland wybraliśmy trasę graniami okrążającymi Glen Sannox. Prom na Arran odchodzi z miejscowości Ardrossan a przeprawa trwa 55 minut. Na stronie przewoźnika, Caledonian McBrayne >>LINK<< można zabukować bilety.

Ponieważ nasz prom odpływał o 7 rano, wieczorem przyjechaliśmy do Ardrossan i w sąsiedniej miejscowości Saltcoats znaleźliśmy caravan park, gdzie rozbiliśmy chyba jedyny na całym polu namiot. Kolejnego dnia pobudka o 5.00 – na terminalu trzeba się zameldować najpóźniej pół godziny przed odpłynięciem – i mogłam się po raz pierwszy przepłynąć promem z prawdziwego zdarzenia ("promiątko" pływające z Corran na Ardgour nie liczy się ;P).

Podczas przeprawy nie sposób się nudzić, zbliżająca się wyspa wygląda fascynująco. Nam pięknie odsłoniły się same najwyższe góry:



Prom płynie do "stolicy" wyspy, Brodick. Z Brodick mamy ok. 20 minut jazdy do Sannox, skąd rozpoczyna się nasza trasa.

No i tu mam problem. Generalnie u wylotu doliny musimy opuścić biegnącą całym jej dnem szeroką ściechę by wbić się na grań Cioch na h-Oighe po lewej ręce. Ścieżka z początku jest wyraźna, jednak na wrzosowym stromym zboczu skutecznie udało nam się ją zgubić. Większą część zbocza szliśmy po prostu do góry, co po tych wrzosach naprawdę nie było przyjemne. Ścieżkę ponownie odnaleźliśmy już całkiem blisko grani. Zaznaczam że byliśmy naprawdę uważni. Coś tam ewidentnie jest nie tak :/

Tym sympatycznym zboczem wchodziliśmy, na szczęście do rozrywkowego potencjału Meall na Teanga >>LINK<< trochę mu brakowało:

Fajnie było wbić się w końcu na grań i odpocząć od tych przeklętych wrzosów. Kolejnymi garbami grani posuwamy się na przedwierzchołek najwyższej góry wyspy, Goatfell, który to przedwierzchołek oficjalnie pozostaje bezimienny, niemniej w wielu źródłach nazywa się go roboczo North Goatfellem, i ja również będę używać tej nazwy.

Grań na North Goatfell, po prawej Cir Mhor:

Na naszej całej długiej trasie najbardziej spektakularnym momentem miała być zwariowana przerwa w grani pod sam koniec drogi, the Witch’s Step (Ceum na Caillich). Nie wiedzieliśmy czy zdecydujemy się przechodzić ją wprost czy trawersować, decyzję mieliśmy podjąć kiedy zobaczymy z bliska jak to wygląda. Póki co prezentowało się nieźle:

Gdzieś na tym odcinku zaczęło być jasne że mamy za mało wody, upał był niemiłosierny a my wciąż byliśmy dopiero na początku trasy. Z tego względu zaczęliśmy się poważnie zastanawiać, czy nie lepiej z North Goatfella pójść na wierzchołek główny, czyli raz że znacznie skrócić sobie wycieczkę a dwa, zaliczyć najwyższy szczyt wyspy. Na North Goatfell podjęliśmy jednak decyzję o pozostaniu przy oryginalnym planie. Na Goatfella prowadziła krótka spacerowa grańka, on sam wyglądał jak nieciekawa kopa, szans na scrambling nie było. Postanowiliśmy dojść przynajmniej do głębokiej przełęczy the Saddle pomiędzy North Goatfell a Cir Mhor – gdybyśmy naprawdę nie mogli już wytrzymać pragnienia z Siodła schodzi ta właśnie wspomniana na początku szeroka ściecha, która biegnie dnem doliny.

Grań sprowadzająca na przełęcz była bardzo ładna i widokowa:



Już całkiem blisko przełęczy zdecydowałam, że schodzę szukać wody. Byliśmy w miarę nisko, w dole szumiały potoczki, szkoda mi było kończyć wycieczkę na the Saddle. Wrzosowym, ale stosunkowo łagodnym w tamtym miejscu zboczem obniżyłam się kierując się dźwiękiem ciurkania i dzierżąc trzy puste butelki. Na szczęście nie musiałam bardzo daleko schodzić. Operacja szukania strumyka, nabierania wody oraz powrotnego balansowania w górę z butlami zajęła mi około 40 minut. Teraz jednak było już wiadomo że damy radę ukończyć trasę.

Tak prezentuje się masyw Goatfella z przełęczy:

Podejście na Cir Mhor jest strome i dość męczące – musimy pokonać 360m w pionie. Na pewno nie stytłało by nas tak bardzo gdyby nie aż nienormalny jak na Szkocję upał. Piszę te słowa ponad trzy tygodnie od wycieczki a z ramion jeszcze schodzi mi skóra (ok, nie byliśmy bez winy zapominając olejku ;)).

Pod wierzchołkiem Cir Mhor wreszcie robi się ciekawiej – skały podszczytowe można wprawdzie obejść, ale dużo fajniej jest włazić scramblingowo, wariantów jest kilka:

Wierzchołek Cir Mhor jest świetnym punktem widokowym. Oprócz grani którą weszliśmy i tej którą mieliśmy kontynuować marsz, odchodzi zeń także trzecia, przejście której opisane jest we wspomnianej na początku książce jako "the round of Glen Rosa" – ciekawa trasa na następny raz. My maszerowaliśmy w drugą stronę, na Caisteal Abhail, drugiego po Cir Mhor korbeta na trasie.

Caisteal Abhail w tle:

Widok z partii szczytowych na wyspę Bute:

Wierzchołek Caisteal Abhail to stos wielkich i obłych bloków. Z jednej strony można wejść na niego bez żadnej trudności, zwykłą ścieżką. Nad wchodzeniem tak jak my radzę się zastanowić bo okazało się trudniejsze niż wyglądało. Przede wszystkim choć skała jest jak papier ścierny więc oferuje znakomite tarcie, stopni i chwytów za wiele nie ma. My weszliśmy następująco (co nie znaczy że najmądrzej): nad moją głową widać głaz w kształcie cytryny. Stojąc przed nim miało się go na wysokości klatki piersiowej. Łapaliśmy się głazu i kładliśmy na nim górną częścią ciała, tracąc tym samym oparcie dla nóg, po czym wciągaliśmy się nań. Niby proste ale przyznam że było mi bardzo trudno zmusić się do zadyndania nogami w powietrzu – gdybym miała problem z wciągnięciem, nie było już bezpiecznego odwrotu, musiałabym skakać.

Po tym przejściu stwierdziliśmy że raczej nie będziemy przechodzić Witch’s Stepa, który składa się z jeszcze większych bloków a tam już naprawdę jest gdzie spaść. Jak efektowne nie byłyby podobne formacje, nie wchodzi się po nich najlepiej.

Przemierzając grań i podziwiając widoki zdecydowaliśmy, że Cir Mhor jest najpiękniejszą górą wyspy (to wysokie po lewej to Goatfell):

Kiedy osiągnęliśmy szczelinę utwierdziliśmy się w przekonaniu, że trawersujemy. Te wielkie kloce poprzerastane trawkami plus ekspozycja odpychały, zwłaszcza na końcówce:

Zeszliśmy do szczeliny trochę bardzo stromą ścieżką, a trochę scramblingowo. Tam okazało się że trawers również wymaga sporej uwagi. Można go wykonać na dwa sposoby, oba od lewej strony – z dna szczeliny, bez obniżania się, po oczywistych lecz dość eksponowanych i wąskich półeczkach, lub też obniżając się około 15 m i dalej w górę nietrudnym kominkiem.

W szczelinie:

Zostawiwszy Witch’s Step w tyle nie mieliśmy najmniejszej ochoty maszerować przez ostatnie, najniższe wzniesienie trasy Suidhe Fheargas. Nie uśmiechał się nam już marsz pod górę, nawet tak krótki. Zeszliśmy do doliny na dzika. Zejście było dokładnie tak przyjemne jak można by się spodziewać po kilkusetmetrowym wrzosowym zboczu i dłużyło się niemiłosiernie. W porównaniu z nim ścieżka, do której po tym nie kończącym się dramacie dobiliśmy, wydawała się czerwonym dywanem (choć jeszcze kawał jej był do przejścia). Wspaniale było znów znaleźć się koło samochodu.

Trasa jest piękna i z pewnością nie aż tak męcząca w innej temperaturze i nie po kilkutygodniowej przerwie. Najciekawszy odcinek zaczyna się od the Saddle i warto rozważyć podejście na tę przełęcz doliną, choć mnie osobiście byłoby szkoda efektownego zejścia z North Goatfella. Dodatkowym atutem jest bliskość z pasa centralnego, zwłaszcza z Glasgow. Korbety na Arran to jedyne góry z prawdziwego zdarzenia na południu Szkocji.

Ścieżka na Cioch na h-Oighe na poniższej mapce została zaznaczona prawidłowo jako że na mapie figuruje jak wół:

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Sgurr nan Gillean


Nr 75
, Sgurr nan Gillean

Wymowa: skur nan giljan

Znaczenie nazwy: rocky peak of the young man (za MunroMagic)

Wysokość: 964m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 191.

Data wejścia: 31.07.11


Naszą przygodę z Black Cuillins na wyspie Skye postanowiliśmy rozpocząć właśnie tym przepięknym i charakternym munrosem. Prowadzą na niego trzy granie o różnym stopniu trudności. Najcięższa, Pinnacle Ridge, to piątkowy scrambling (tatrzańskie 3) i wymaga umiejętności zjeżdżania, którego ja wciąż muszę się nauczyć. Droga turystyczna to miejscami eksponowany, trójkowy solidny scrambling (tatrzańskie 0+) i nią mieliśmy schodzić. My wybraliśmy opcję trzecią, przez West Ridge. Ma ona również kilka wariantów do których jeszcze wrócę, nasz był najłatwiejszy (technicznie co nie znaczy że psychicznie), jedynkowy.

Zatrzymaliśmy się u przeciwległego, południowego krańca Cuillins, na kempingu w Glen Brittle (o kempingach napiszę oddzielnie). Jest to fantastyczny punt wypadowy w pasmo.


Droga rozpoczyna się z parkingu opodal Sligachan Hotel. Cel widnieje prosto przed nami, monumentalna bryła trzech szczytów: Sgurr nan Gillean, Am Basteir z jego słynnym zębem oraz już mniej śmiały Bruach na Frithe.


Póki co naszym celem jest przełęcz pomiędzy Sgurrem nan Gillian a Am Basteirem. Droga idzie prosto jak strzelił. Z początku wędrujemy wrzosowiskiem, wkrótce – na wysokości Basteir Gorge – grunt robi się stromszy i skalisty, natomiast pod samą przełęcz podchodzimy stromym piargiem.

Tak z podejścia prezentuje się Pinnacle Ridge:


A tak West Ridge (samego wierzchołka nie widać):


Z przełęczy możliwe są cztery warianty: dwa dwójkowe i dwa jedynkowe. Trudniejsze Nicholson’s Chimney oraz Tooth Chimney wyprowadzają na grań powyżej jej kluczowego miejsca, czyli Arete. Łatwy komin Tooth Groove wyprowadza wprost na Arete, a Lota Ledge idzie w ogóle od drugiej strony. My wybraliśmy wariant przez Tooth Groove. Oznaczało to dla mnie konieczność zmierzenia się z moimi lękami. Arete to krótki, ale bardzo i obustronnie eksponowany odcinek grani. Mimo jego niewielkiej technicznej trudności oboje wiedzieliśmy, że muszę tam iść na linie. Nie chcieliśmy powtórki z Lodowego Konia, a tu grań miała być węższa.

Tooth Groove to komin na wysokości pana w czerwonym polarze:

Ekipa przed nami w kominie:

Faktycznie okazał się prosty i równie dobrze mogliśmy użyć liny dopiero na górze.

Arete okazało się dokładnie tak przerażające jak sobie wyobrażałam. Grań na tym naprawdę krótkim odcinku tworzy kilka bloków skalnych, trochę podobnie jak na Koniu ale są mniejsze i nie da rady się po nich suwać. Ekspozycja jest ogromna. Potem mamy czterometrową ściankę, wciąż w ekspozycji, i… to koniec trudności. Dosłownie kilka metrów, nie wyglądających źle, ale z taką lufą, że nie można sobie pozwolić na najmniejszy błąd.

Mariusz przeszedł ten kawałek na pełnym luzie, na żywca, w ogóle nie zdeprymowany. Idąc tłumaczył mi gdzie będę mieć dobre stopnie i chwyty. Ciężko mi było na to patrzeć i odetchnęłam z ulgą kiedy skończył z przelotami i usiadł w już bezpiecznym miejscu.

Na Arete jak wspomniałam absolutnie nie dało by rady się suwać, należało tu wykonać kilka manewrów. Dla osoby z lękiem ekspozycji prawdziwe wyzwanie, nawet na linie (na żywca po prostu bym tam nie poszła). Chwyty i stopnie były, nie wszędzie rewelacyjne ale wystarczające. Przeszłam sprawnie, pozdejmowałam przeloty. Lufa wywarła na mnie ogromne wrażenie ale dzięki asekuracji mogłam się skupić na trudnościach technicznych, a te nie były duże. 

Reszta grani to dwójkowy – trójkowy scrambling, miejscami bardzo stromy ale z doskonałym tarciem. Bezpośredniej lufy już wiele nie ma, a jeśli już to tylko na jedną stronę.

Poniżej widok na Am Basteir, na którego również podchodzi się z tej przełęczy:

Tuż pod szczytem przechodzimy przez okno skalne:

O wierzchołku Sgurr nan Gillean przewodniki rozpisują się, jaki to on nie jest "powietrzny". Tu w Szkocji górskie szczyty poza Cuillinami są znacznie szersze i nie tak eksponowane, a przynajmniej nie z każdej strony, stąd wierzchołek porównywalny ze świnickim pod względem rozległości i lufiastości jest czymś na tyle niecodziennym, by robić z niego coś w rodzaju Żabiego Konia…

Żeby dostać się na południowo-wschodnią grań należy przejść przez długie i faktycznie nieźle podcięte, ale absolutnie bezproblemowe bloki skalne, po czym – z początku bardzo stromo – scramblingować w dół. Ta droga "turystyczna" nie cieszy się zbyt dobrą sławą, jako że (w lokalnych warunkach) swoim stopniem trudności przewyższa najcięższe warianty na większość gór. Mamy tu do czynienia z konkretnym scramblingiem, dla osoby chodzącej po Tatrach, nawet tylko po polskiej stronie i po szlakach, nie przedstawiającym niczego nowego. Faktem jednak jest że dla tych munro-baggerów, którzy nie mają aspiracji wspinaczkowych i na co dzień są przyzwyczajeni do podejść ścieżkami, może to być zupełnie nowa jakość.  

Na początku scramblingujemy bezpośrednio granią, po pewnym czasie jest możliwość przeniesienia się na łatwiejszy teren po prawej stronie. Droga wcale nie jest do końca oczywista i trzeba wybierać ją rozważnie, zwłaszcza kiedy idzie się w chmurach. Nam jak widać pogoda dopisała.

Jeden z fragmentów czysto scramblingowych:

W teorii powinno się zejść do przełęczy, ale kiedy grunt na zboczach trochę się położył, ścięliśmy kawałek. Droga powrotna do Sligachan jest niestety dużo dłuższa od podejścia i z początku wiedzie męczącym rumowiskiem. 

Wycieczka była po prostu wspaniała i większej zachęty do dalszej eksploracji Czarnych Cuillinów nie mogłam sobie wymarzyć. Z moim lękiem ekspozycji poradziliśmy sobie liną i polecam to wyjście wszystkim z analogicznym problemem, jako że technicznie naprawdę trudno nie jest. Przypominam też o pozostałych trzech wariantach. Ponadto West Ridge jest dużo krótsza od grani turystycznej, więc choć w jedną stronę ułatwiamy sobie życie.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Stob Dearg: Lagangarbh Buttress & Crowberry Tower

Tym razem mieliśmy iść z nowymi znajomymi którzy chcieli spróbować jakiegoś scramblingu. Wyszperałam w książkach trasę na Stob Dearg (masyw Buachaille Etive Mor) przez Lagangarbh Buttress. Na Stob Dearg w Glencoe byliśmy już trzykrotnie (ja – raz tradycyjnie, dwa razy przez Curved Rigde) i czterokrotnie (Mariusz – to samo, plus dodatkowe CR na zimowym kursie), ale nigdy nie mieliśmy z niego widoków. Gdyby tym razem wreszcie udało się coś zobaczyć, byłoby fantastycznie. Samo wejście miało nie przedstawiać specjalnych trudności ale kryterium scramblingu spełniało, czyli powinno być fajną opcją jak na pierwszy raz. Start z tego samego parkingu z którego prowadzą wszystkie trasy na Stob Dearg. Lagangarbh Buttress na poniższym zdjęciu to ten pas skałek w centrum.

Dosłownie po paru minutach opuszczamy ścieżkę by zacząć podchodzenie. Skała na tej górze jest rewelacyjna, daje niesamowite tarcie. Właściwość tę szczególnie dało się odczuć na pierwszych kilkudziesięciu metrach, prowadzących przez mutonopodobne formacje.

Mariusz stwierdził że stworzyłam nowa dyscyplinę, gramoling. Nie mogę za bardzo z tym polemizować, faktycznie zdarza mi się tworzyć nawet na całkiem nieproblemowych momentach jakieś dziwaczne figury, z reguły kiedy mam mało energii 😛

Wysokości nabiera się bardzo szybko i z tego powodu wariant ten stanowi poważną konkurencję dla trasy tradycyjnej – jest trudniejszy ale krótszy.

Momenty scramblingowe przypominały Curved Ridge, z tą różnicą że tu mniej było skały i nie było prawdziwej lufy za plecami, ale szło się fajnie.

Widoki były, w dość smętnej aurze ale były. Miałam nadzieję graniczącą z pewnością, iż sytuacja ta jest stabilna i z wierzchołka też coś zobaczymy. Poniżej góry od the Mamores, poprzez uciętego chmurą w połowie Ben Nevisa i Grey Corries, po munrosy nad Loch Treig.

Ściana poniżej tylko wydaje się być tuż za mną, w rzeczywistości oddzielał ją od nas spory żleb. Mariusz chciał tamtędy włazić ale nie pozwoliłam – nadal byłby to technicznie nietrudny scrambling, bo skała tam jest niesamowicie rzeźbiona, ale z taką lufą, dziękuję bardzo – drapałabym się tam tylko z asekuracją. Może nie jestem najodważniejsza, ale mam dzięki temu szansę dożyć końca kolekcjonowania munros :/

Jak sobie człowiek pomyślał, że jeszcze niedawno przechodził obok tego małego białego  domku w dolinie, nogi momentalnie zaczęły się wydawać znacznie cięższe…

Ostatni scramblingowy fragment był najfajniejszy, bo bez tych cholernych trawek, pionowy, a tak ukształtowany że wchodziło się jak po drabinie.

W dole widać ścieżkę turystyczną:

Kiedy scrambling się skończył a do szczytu pozostał jeszcze kawałek, zakryła nas chmura. Po raz kolejny zanosiło się że nic nie zobaczymy :(. Wobec powyższego, zamiast kierować się bezpośrednio w górę, postanowiliśmy przetrawersować zbocze tak żeby dotrzeć do Crowberry Tower nie przechodząc przez niepotrzebny już wierzchołek. Trawersowanie trzeba było zakończyć kiedy kolejną przeszkodą okazał się głęboki Great Gully. Wyszliśmy na górę, na ostatnich -nastu metrach łącząc się z normalną trasą wejściową.

Na szczycie panowało tradycyjne mleko, mimo to postanowiliśmy poszukać Crowberry Tower, w którym to celu należało się obniżyć na wschód o ok. 100 metrów. W mleku szukaliśmy na czuja, co w górnych partiach Stob Dearg nie było przedsięwzięciem do końca odpowiedzialnym, ale w końcu wyłoniła się z mgły. Jako że na wieży już byłam a widoków i tak byśmy z niej nie mieli, zaproponowałam że usiądę na zboczu naprzeciwko i porobię chłopakom zdjęcia.

Wejście na Wieżę technicznie nie jest skomplikowane – pionowa ścianka plus eksponowany ale łatwy trawersik.

Chłopakom bardzo się podobało, bo kiedy w drodze do Glencoe pokazałam im zdjęcie Wieży robione z innego kierunku i zapowiedziałam że dzisiaj tam wejdą, byli przekonani że żartuję. Tymczasem bez problemu weszli i zeszli.

Wracając ponownie przeszliśmy przez wierzchołek, by zejść ścieżką turystyczną.
Pomijając moje usprawiedliwione chyba rozczarowanie brakiem widoczności, uważam wycieczkę za bardzo udaną, a najbardziej cieszę się że byliśmy w stanie pokazać komuś jakie fajne miejsca można tu znaleźć przy odrobinie chęci by nie leźć tak jak wszyscy :))

Ben Nevis przez Ledge Route – ponownie

Trasę tę opisywałam rok temu (>>LINK<<), tym razem jednak lepiej ją udokumentowaliśmy na zdjęciach i myślę że poniższy opis może być bardzo przydatny jeśli ktoś ma zamiar się tamtędy wybrać.

Podczas tej wycieczki istotne było dla nas także obejrzenie i dokładne obfotografowanie Castle Ridge, grani którą planujemy w tym masywie następnym razem.

Z Castle Ridge jest dziwna sprawa, bo pod różnymi kątami wygląda zupełnie inaczej i dlatego ważne było dokładne jej opatrzenie. Na poniższym zdjęciu jest to grań najbardziej po prawej i z tej perspektywy, z wyjątkiem kawałka na górze, wygląda prawie spacerowo:

Stąd już mniej, ale nadal nie wywiera szczególnego wrażenia. Zdjęcia górnej części pokażą, że jednak niesłusznie, ale żeby to zobaczyć trzeba być znacznie wyżej.

Poniżej żleb nr 5, którym rozpoczyna się trasa. Jest jeszcze drugi wariant do wykorzystania przy zagrożeniu lawinowym, ale Mariusz musi mi pomóc go zlokalizować na zdjęciu. My dwukrotnie podchodziliśmy żlebem, jako że drugi już raz przechodziliśmy tę trasę wiosną.

Żlebem dosłownie kawałek, do widocznego poniżej zachodu. Rok temu w całości pokrywał go śnieg i po prostu go przeszliśmy, tym razem skałki ponad zachodem były odsłonięte i śliskie, więc choć były to głupie 2-3 metry, było gdzie zjechać i to był pierwszy fragment scramblingowy. W ogóle scramblingu było teraz dużo więcej z powodu znacznie zredukowanej ilości śniegu.

Po przejściu zachodu należy się na chwilę skoncentrować – nie idziemy prosto, choć jest tam coś na kształt ścieżki, a skręcamy ostro w lewo, do krótkiego żlebiku:

Żlebik wyprowadza do niewielkiego kotła, ograniczonego od prawej granią, którą będziemy kontynuować. U nasady grani jest wspaniały punkt widokowy gdzie warto zrobić postój – my tym razem zajęliśmy się głównie obserwowaniem Castle Ridge, która odsłania się dopiero po osiągnięciu tego miejsca. Stąd już widać, że to nie taki spacer jak wydawało się z dołu.

Zaczynamy podchodzenie granią. Są momenty łatwego scramblingu, są i takie gdzie po prostu się idzie. Najcharakterniejszym fragmentem jest koń. Nie lubię tego miejsca, bo niby obiektywna trudność jest niewielka, ale mam jakieś swoje opory, i w rezultacie wolałam zejść trudniejszą ale nieeksponowaną ryską po lewej stronie.

Powyżej konia odsłania się końcowa część trasy, aż do wyjścia na plateau.

Na plateau oczywiście tłumy. Dziś przynajmniej ci wchodzący ceprostradą mieli możliwość zobaczenia północnej ściany, o ile chciało im się podejść do krawędzi. W brzydki dzień bez widoczności można wejść i zejść z Ben Nevisa i mieć przeświadczenie iż było się na kopie.

Poniżej ładnie widać finalny fragment Tower Ridge: wierzchołek Great Tower, Tower Gapa i początek ostatniego podejścia.

Tym razem planowaliśmy zejście przez Carn Mor Dearg Arete, czyli trzeba było przejść przez wierzchołek. Z punktu gdzie Ledge Route się kończy jest na niego jeszcze spory kawał przez wznoszące się łagodnie, acz wyraźnie plateau. Paradoksalnie ten odcinek, w dodatku w słońcu, zmęczył nas bardziej niż LR.

Poniżej wierzchołek, który odsłania się dopiero gdy docieramy do końcówki Tower Ridge. Urwisko północnej ściany prezentuje się stąd przepięknie, zwłaszcza poprzez kontrast z płaskim, przyjaznym, oblepionym ludźmi plateau szczytowym.

Po raz pierwszy mieliśmy ładne widoki na Glencoe, jakoś za każdym razem niezależnie od pogody tam akurat stały chmury.

Na plateau zeszło nam tyle czasu (podziwialiśmy i fotografowaliśmy wszystkie granie północnej ściany) że kiedy zeszliśmy z wierzchołka i stanęliśmy na początku Arete, z żalem ale zdecydowaliśmy się na skrócenie drogi powrotnej. Można to było w miarę bezpiecznie zrobić tylko z miejsca w którym zapadła decyzja. Na krawędzi stoi tam metalowa tablica używana jako stanowisko zjazdowe w sytuacjach awaryjnych. Latem absolutnie nie byłoby mądrze próbować schodzenia tamtędy. Teraz jednak leżał śnieg, więc założyliśmy raki i zaczęliśmy iść. Początkowo stromizna była naprawdę duża i trochę deprymowała.

Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy w końcu teren się położył. Resztę zbocza pokonaliśmy w najprzyjemniejszy możliwy sposób, tj. na siedzeniach.

Dobrze było mieć możliwość przekroczenia potoku w górze doliny, gdzie składał się jeszcze z wielu małych strumyczków. Na dole zmieniał się w rwącą rzekę której wolałabym nie musieć pokonywać.

Od miejsca w którym skończyliśmy zjeżdżać do chaty CIC jest kawałek, ale trochę nam tam zeszło na pokonywaniu rumowiska. Poniżej chaty jest już relaks.

Tak prezentuje się Ledge Route: żleb nr 5 – zachód – żlebik – kawałek do początku grani gdzie znajduje się ten rewelacyjny punkt widokowy – grań – plateau.

I ostatni widok, który kojarzy mi się bardzo tatrzańsko:

Ledge Route jest wspaniałą alternatywą dla CMD Arete. Te dwie trasy to najłatwiejsze dojścia od północnej strony (LR odrobinę trudniejsza za to krótsza) i nie wymagają żadnych specjalnych umiejętności, a są o niebo ciekawsze niż ceprostrada. LR oferuje prawdziwie wysokogórski klimat i rewelacyjne widoki na Castle i Tower ridges. Jest nieco bardziej skomplikowana orientacyjnie niż CMDA, ale zdjęcie na którym ją zaznaczyłam powinno pomóc – właściwie uważać trzeba jedynie żeby po przejściu zachodu właściwie zlokalizować żlebik, bo pójście prosto może się skończyć zapchaniem się.

Tu wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Curved Ridge ponownie

Na Curved Ridge już byliśmy. Z przewodnikiem. Nasze doświadczenie scramblingowe było wtedy jeszcze w powijakach, podobnie jak moja pewność siebie. Ponieważ przez te parę lat rozwinęliśmy się nieco, postanowiliśmy przejść tę trasę ponownie i skonfrontować wspomnienia z aktualnymi wrażeniami. Linę zabraliśmy, mając jednak nadzieję że nie trzeba będzie jej wyciągać (ja co prawda byłam raczej pewna że w najtrudniejszym miejscu o nią poproszę). Dojściówka w końcowych partiach, już za Waterslide Slab, okazała się mniej oczywista niż zapamiętaliśmy. Na szczęście przed nami szło sporo luda więc nawigacyjnie daliśmy radę. Początek, tak jak zapamiętałam, był łatwy, choć przyznam że już na pierwszym kawałku na chwilę się zastopowałam, bojąc się wykonać prosty ruch na śliskiej ściance. Zadziałało tu zapewne prawo początkowego nierozruszania, bo później znacznie trudniejsze momenty przechodziłam bez żadnych kłopotów.
Grań składa się z odcinków stających dęba oraz z zupełnie poziomych, tworząc coś w rodzaju olbrzymich stopni:

Skała jest wspaniała, urzeźbiona tak rewelacyjnie że momentami trudno uwierzyć że nie ingerowała tam ludzka ręka. Technicznie scrambling jest prosty i przyjemny. Na pierwszej eksponowanej ściance z początku miałam trochę stracha, bo pamiętałam że podczas poprzedniego przejścia zrobiła na mnie wrażenie. Okazała się jednak banalna. W jednym miejscu, gdzie trochę mi się nie podobało iść bezpośrednio w górę, po prostu sobie przetrawersowałam w lewo i znalazłam fajniejszy wariant, chyba słusznie bo chłopaki też z niego skorzystały.

Poniżej ekipa szykuje się do atakowania Crowberry Ridge:

Scrambling tak jak napisałam był wspaniały. Bodaj w jednym miejscu poprosiłam Marcina o podanie ręki, obawiając się dać kroka na eksponowanych półeczkach.

Widoczność tego dnia nie była za rewelacyjna, pomimo ogólnie niezłej pogody. I tak jednak odsłoniło nam się dużo więcej niż za pierwszym razem, kiedy od samej podstawy góry szliśmy w mleku. Za mną River Coe i szosa A82:



To miejsce gdzie poprosiłam Marcina o rękę (hehe) jest gdzieś w rejonie ścianki widocznej na poniższym zdjęciu.

Z najtrudniejszego fragmentu zdjęć nie ma, bo zwyczajnie nie dało się go zmieścić w kadrze stojąc na półce poniżej. Faktycznie poprosiłam tam o linę. Ponadto użyłam pierwszej kości jako chwytu na początkowym zupełnie gładkim kawałku, więc w mojej ocenie asekuracja bardzo się przydała. Choć okazało się, że miejsce to jest w 100% omijalne: para, która szła za nami, strawersowała je od lewej, bardzo stromym, ale łatwiejszym niż nasz wariantem.

Natomiast ostatniego trudnego miejsca które zapamiętałam tym razem w ogóle nie zauważyłam. Może dlatego że teraz drogę wybieraliśmy sami.

W miejscu, gdzie Curved Ridge się kończy, zrobiliśmy odpoczynek i podzieliliśmy się wrażeniami. Moje były takie, że trasa jest łatwa, scrambling piękny, a ekspozycja momentami daje sporo adrenaliny. Zdecydowanie nie zaklasyfikowałabym tej drogi jako hardkor. Stopień trudności porównałabym do szlaku na Kazalnicę – przynajmniej w wejściu, bo w zejściu myślę byłoby znacznie trudniej (najtrudniejsze fragmenty kazalnicowe, tj. te usiane klamrami, można spokojnie przeleźć dupą do skały, tu piony były większe i w większości miejsc taki numer by nie przeszedł).
Jako że do szczytu został jeszcze ładny kawałek, postanowiliśmy obadać możliwości wejścia na Crowberry Tower. Weszliśmy na przełączkę u jej stóp, pany zostawiły plecaki na ziemi i zaczęły się drapać do góry. Po chwili zniknęli za załomem a minutę później pokazali mi się na wierzchołku. Mariusz zszedł kawałek i zachęcił żebym dołączyła, bo jest łatwo. Najpierw należało pokonać pionową scramblingową ściankę (zdjęcie poniżej), a potem łatwym trawersem, z dużą lufą po lewej, już tylko kilkanaście metrów do szczytu pinakla. Niestety widoków nie mieliśmy żadnych bo wyższe partie góry przykrywała chmura, ale i tak euforia ze zdobycia Crowberry Tower była wielka, ponieważ patrząc na tę kozacką turnię z doliny nie przypuszczaliśmy w najśmielszych marzeniach, że da się na nią wleźć tak łatwo.
W zejściu Mariusz trochę mi pomógł na tej pionowej ściance, ale dla kogoś kto nie ma problemu psychicznego z wyszukiwaniem stopni na oślep byłaby to łatwizna.

Z przełączki wbijaliśmy się na rympał po stromiźnie, aż teren znacznie się położył, zobaczyliśmy w oddali ludzi i wkrótce okazało się, że to już szczyt. Pod spodem za nami Crowberry Tower:

Na wierzchołku Stob Dearg stanęliśmy trzeci już raz i trzeci raz widać było jedynie mleko. Widoki zaczęły się dopiero kiedy obniżyliśmy się popod chmurę, niewiele powyżej przełęczy oddzielającej nasz szczyt od reszty masywu Buachaille Etive Mor. Na szczęście ściany Stob Dearg oferują tyle wariantów wejścia, że na pewno prędzej czy później staniemy tam w piękną pogodę.

Widok zdjęty już poniżej przełęczy, ze ścieżki zejściowej:

Glencoe wyglądało przepięknie.

Poniżej udało się uchwycić Crowberry Tower, kiedy chmura na chwilę ją odsłoniła – przełączka z której wchodziliśmy znajduje się po jej prawej stronie i niestety jest zakryta:

Reasumując, nasza (a zwłaszcza moja) obecna percepcja tej trasy wskazuje iż nasze możliwości znacznie się rozwinęły, co jest bardzo budującą konkluzją. Curved Ridge polecam każdemu miłośnikowi scramblingu – dzięki temu że w ogóle nie ma tam zejść jest łatwiejsze od Aonach Eagach na przykład.

The Cobbler po raz drugi

Na Cobblerze już byliśmy, w samych początkach naszego poznawania szkockich gór: >>LINK<<. Bardzo nam się wtedy podobało i, nieco bardziej na skutek upływu czasu doświadczeni, postanowiliśmy połazić po nim ponownie, trenując (trochę też dla zabawy) asekurację.

Cobbler (aka Ben Arthur, od gaelickiego Beinn Artair) leży w Arrochar Alps gdzie wzgórza są niezbyt wysokie i raczej obłe (choć trzeba oddać sprawiedliwość, że do naleśników takich jak np. Drumochtery im daleko). On bynajmniej nie jest najwyższy w rejonie, mierząc 884m n.p.m. posiada zaledwie status corbetta, za to zdecydowanie wyróżnia się kształtem i możliwościami jakie oferuje.

Wierzchołki Cobblera to od lewej kolejno najniższy Szczyt Południowy aka Arthur’s Seat, główny – turnia którą ochrzciliśmy Igiełką, oraz najbardziej rozległy Szczyt Północny.

Zaparkowaliśmy inaczej niż poprzednio, w samym Arrochar. Nieopodal z daleka widocznego sterczącego z lasu masztu zaczyna się wygodna droga, nieco dłuższa ale też przyjemniejsza od tej z Glen Croe.

Na Arthur’s Seat postanowiliśmy się wbijać od frontu. Pierwszego zaatakowanego buldera odpuściliśmy. Skała była fatalna do zakładania przelotów – słabo urzeźbiona i w jakieś totalnie obłe formy. Wbiliśmy się kolejnym (dzięki za kolano Marcin :)), ponad którym była scramblingowa pionowa ścianka widoczna poniżej. I na bulderze i na niej asekurowaliśmy się. Nie dlatego że technicznie nie dalibyśmy rady tego przejść na żywca, ale przyjechaliśmy tam przecież po to, żeby poćwiczyć.

Krajobrazy oczywiście wymiatały, ten rejon Szkocji jest ładny przede wszystkim dlatego że dość mocno zalesiony. Poniżej Ben Lomond a pod nim Loch Long:

Spodziewaliśmy się że wejście będzie trudniejsze i dłuższe, ale i tak fajnie było znaleźć się na górze. Lufa jest tam elegancka na trzy strony, a sam szczyt jest na tyle szeroki, że można było się rozłożyć z tobołami i spokojnie delektować pogodą. Poniżej lans na tle Igiełki:

Schodziliśmy drogą którą Mariusz za pierwszym razem wchodził. Pierwszy odcinek był trudny i niemiły: gładki blok skalny z bardzo niepewnymi stopniami, więc tu zeszliśmy z liną. Moim zdaniem opłacało się budować stanowisko, bo choć ten odcinek miał zaledwie kilka metrów, poślizgnięcie było tam prawie pewne. Dalszy etap nie wymagał już asekuracji, bo jakkolwiek było się skąd spieprzyć, sam scrambling nie należał do najtrudniejszych. Choć gwoli uczciwości przyznam, iż ten odcinek również przeszłam z liną z tego prostego powodu że Mariusz się uparł, że skoro już jestem związana to mam tak zostać i basta. Ale sensu większego to nie miało.

Poniżej teren naszego zejścia:

Na Igiełkę wymyśliłam, że wejdziemy od frontu. Wejście tradycyjne, wg Wikipedii zwane "threading the needle" (zapewne z powodu przechodzenia przez okno skalne jako ucho igielne, a może też z powodu kształtu turni – tak czy siak zbieżne z moim skojarzeniem) z którego skorzystaliśmy poprzednim razem, postanowiliśmy zostawić sobie na zejście. Opcja od przodu dawała powód do użycia liny, no i zawsze fajnie zrobić coś inaczej niż większość.

Technicznie było łatwo, ale tam na żywca nie odważyłabym się wchodzić, kadr nie obejmuje lufy ale zapewniam: była. Znaczy już sam upadek do podnóża Igiełki miałby nieprzyjemne konsekwencje, lufy mogłoby nawet nie być – wspominam o niej dlatego, że jednak nieco deprymowała.

Arthur’s Seat spod wierzchołka Igiełki:

Szczyt Północny i kolekcja Arrochar Alps: od lewej Ben Vane, Ben Vorlich (zlewają się) i Beinn Narnain.

Na Igiełkę od punktu w którym się odwiązywaliśmy wchodzi się banalnie, acz należy uważać. Ostatni krok to półka nad ponad trzydziestometrową (w ostatniej notce oszacowałam ją na kilkanaście metrów, ale zweryfikowałam tę informację) pionową ekspozycją. W zejściu trochę nieprzyjemny dla psychiki, acz tym razem tam nie kombinowałam, tylko siadłam, spuściłam nogi i zeszłam.

A poniżej tego eksponowanego miejsca schodzi się piękną półą, która kończy się oknem skalnym ("Argyll’s eyeglass"):

Klasyczny kadr, który gości zapewne w tysiącach albumów papierowych i internetowych:

Szczyt Północny sobie darowaliśmy, jako że scramblingów tam nie ma, jest albo zwykła ścieżka albo o, takie cuda, na które jeszcze się nie pchamy:

Schodziliśmy z przełęczy u podnóża ostatniego wierzchołka. Ścieżka jest niefajna, krucha i kamienista – jako drogę wejściową bardziej polecam ścieżynę równoległą do naszego wejścia, biegnącą poniżej skalistych partii.

Wycieczkę oceniliśmy jako nadzwyczaj udaną. Żaden wielki cel nie padł, ale fantastycznie się bawiliśmy, a Cobbler jest bardzo piękną górą. Ponadto pogoda nas rozpieściła i widoczność była tego dnia wyjątkowo dobra.

A jak będziemy bardziej ogarnięci, są tam tematy dla których warto jeszcze odwiedzić to miejsce – co też na pewno zrobimy.