Kościelec


Na Kościelcu byłam wcześniej dwa razy, i powiem szczerze że wielką fanką tego szczytu nie jestem (dlaczego, napiszę dalej). Nie sposób jednakowoż odmówić mu pewnych zalet. Przede wszystkim szlak turystyczny z Murowańca jest bardzo krótki, idealny na rozruszanie. Poza tym, w schronisku byliśmy koło 15, a dało się i obiad zjeść, i bez pośpiechu go ogarnąć.
Spod Muro kierujemy się nad Czarny Staw Gąsienicowy, skąd odbija ścieżka na grań Małego Kościelca. Granią (ładnie widać z niej całą Halę Gąsienicową) drepczemy na przełęcz Karb i z Karbu rozpoczyna się już podchodzenie właściwe północnym zboczem.
Kościelec od północy najostrzej wygląda z rejonu schroniska:



Im dalej, tym bardziej jednak łagodnieje:

Droga to głównie chodnik, plus kilka miejsc łatwego dwójkowego scramblingu, a także trochę gładkich płyt, które jak się domyślam są paskudne przy oblodzeniu.

Wchodzenie nie trwa długo, wysokość zyskuje się bardzo szybko. Poniżej grań Małego Kościelca i Czarny Staw Gąsienicowy, w lesie majaczy dach Murowańca:

Wierzchołek nie jest taki ostry, jak wydawało się z dołu. Przed samym szczytem najtrudniejsze miejsce – najtrudniejsze jak na warunki tego szlaku, bo samo w sobie łatwe.

Widoki… No właśnie z Kościelca nie są powalające. Ponieważ jest niższy od większości szczytów w otoczeniu – ma 2155m n.p.m. – można z niego podziwiać właściwie tylko otaczającą go grań od Żółtej Turni po Kasprowy. Jej częścią idzie Orla Perć, jesteśmy tak blisko że na fragmentach biegnących faktycznie po grani nie ma problemu z wypatrzeniem ludzi, więc jakiś walor poznawczy to ma, ale nie jest to widok o epickim oddechu.

Granaty – Kozi Wierch

Kozi – Mały Kozi

Granaty

Na mnie Kościelec jakiegoś specjalnego wrażenia nie wywiera. Ani jego kształt, że niby taki "tatrzański Matterhorn", który mnie się kojarzy od północy z kupą z zawijaskiem – oddają to dwie pierwsze fotki od góry, zwłaszcza druga. Ani widokowo, co uzasadniłam. Dla nas był to cel jak znalazł, bo krótki i mało forsowny, akurat na popołudnie.
Najfajniej jest na szczycie, nie ze względu na widoki, ale lufę od strony Czarnego Stawu. Główny wierzchołek jest wydłużony, warto przejść się po nim, poobczajać wschodnie ściany i resztę grani, od której oddziela nas głęboka przełęcz.
Wycieczka dobra na rozruch, albo na lżejszy dzień.

Scrambling

1. Czym jest scrambling?
Ścisłej definicji nie ma. Najbardziej przemawia do mnie ta zaproponowana w Classic Mountain Scrambles in Scotland Andrew Dempstera:
Movement on a mountain which is too difficult to be regarded as a hillwalk, but too easy to be regarded as a proper rock-climb
Przy czym we wszystkich źródłach autorzy zastrzegają, że granica jest płynna i w znacznej mierze subiektywna.
Teoretycznie można by założyć, że jeśli na jakimś odcinku trasy musimy wyjąć ręce z kieszeni, i zastosowanie znajduje zasada trzech punktów podparcia, to raczej na pewno mamy do czynienia ze scramblingiem. Przy czym są miejsca, które jeden przejdzie na nogach z papieroskiem, a inny będzie się pucował nie odrywając od skały. Pan Dempster wspomina o człowieku, który w ramach zakładu o 10 funtów przeszedł Aonach Eagach bez użycia rąk, a Aonach Eagach jest uznane za scramblingowy klasyk. Dlatego trochę pomaga skala.

2. Skala
Szkocka skala scramblingowa ma 5 stopni.
Stopień I: w większości na nogach, konieczność użycia rąk okazjonalna, w pewnych miejscach łagodny scrambling. Przykład: Carn Mor Dearg Arete >>LINK<<
Stopień II: mniej chodzenia, więcej scramblingu, gdzieniegdzie możliwa ekspozycja, ale w żadnym miejscu poważna a trudności w większości omijalne. Przykład: Forcan Ridge >>LINK<<, Fiacaill Ridge >>LINK<<
Stopień III: więcej scramblingu, więcej ekspozycji, możliwe momenty łatwej wspinaczki (easy rock-climbing w skali UIAA to będzie 0+). Przykład: Aonach Eagach >>LINK1<<, >>LINK2<<, >>LINK3<<, Curved Ridge >>LINK<<
Stopień IV: częściowo już poważny, w wielu miejscach eksponowany scrambling z fragmentami średnio trudnej wspinaczki (moderate rock-climbing czyli I UIAA). Żadnej czwórki nie robiliśmy.
Stopień V: bardzo poważny i wymagający scrambling, w większości mogący być zakwalifikowany jako średnio trudna wspinaczka z fragmentami trudnej (difficult rock-climbing to II-III UIAA), tylko dla doświadczonych scrambler
ów, najlepiej znających podstawy wspinaczki, zaleca się zabranie liny. Przykład: Tower Ridge >>LINK<<

3. Tatrzańskie realia
Z powyższej skali wynikałoby, iż przez scrambling rozumiemy wszelkie pozbawione ubezpieczeń drogi w terenie skalnym pomiędzy 0+ a III według UIAA.

4. Kwestia asekuracji
W teorii, trasy scramblingowe są scramblingowymi właśnie dlatego, że spokojnie da się je przechodzić bez. Słowem kluczem jest "spokojnie" – bo indywidualne możliwości i odporność psychiczna bardzo się różnią. Na najtrudniejszych drogach część osób wybiera lotną asekurację. W szczegóły techniczne wdawać się nie będę, bo tego dopiero się uczę. W każdym razie, umiejętność asekurowania się jest o tyle istotna, że scramblingowa skala odnosi się tylko do optymalnych, letnich warunków. Te same trasy w ekstremalnych warunkach pogodowych tudzież w zimie mogą stanowić poważne taternickie przedsięwzięcie.

Carn Mor Dearg


Nr 41, Carn Mor Dearg

Wymowa: karn mor djerek

Znaczenie nazwy:
large red cairn like peak

Wysokość: 1220m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 8.

Data wejścia: 28.06.2009

Ponieważ dwa lata temu, idąc na Ben Nevisa przez Carn Mor Dearg Arete, we mgle wyleźliśmy kilkanaście metrów pod wierzchołkiem Carn Mor Dearg i nie chciało nam się wracać, miałam dylemat czy liczyć tego munro, czy jednak nie. Teraz zdeptałam go prawidłowo, więc choć Mariusz na wierzchołku sensu stricto nie był, wciągam CMD na oficjalną listę.
Dokumentacji fotograficznej nie będzie, ponieważ trafiła mi się jeszcze większa dupa pogodowa niż ostatnim razem. I na CMDA będę musiała p
ójść kolejny raz, bo z tego co oglądałam w necie, widoki są takie że nie dam rady tego odpuścić.
Poprzednia wyprawa tu: >>LINK<<. Mimo wszystko było widać odrobinę więcej.

Ben Nevis przez The Tower Ridge

Dziś mała zmiana przy klawiaturze wynikająca z faktu, że tę trasę Vespa ominęła. Poszła drogą, która opisywaliśmy już wcześniej na blogu w tej notce: >>LINK<<.  Charakter naszego następnego przedsięwzięcia wymagał absolutnej pewności siebie w kontakcie z ekspozycją lub lotnej asekuracji. Po wspólnej naradzie uznaliśmy, że nie mam jeszcze wystarczającej wiedzy, ani sprzętu by zapewnić bezpieczeństwo komuś, ale sam dam radę przejść tę trasę bez. Decyzja ta była poparta godzinami poszukiwań w necie i książkach, w wyniku których zebrałem informacje na temat tej drogi. Rozwój naszych wcześniejszych wycieczek scramblingowych utwierdził mnie zaś w przekonaniu, że podołam trudnościom tej. Decyzja zapadła, dostałem zielone światło na samotną wycieczkę przez grań. Spotkanie zaś wyznaczyliśmy na szczycie Ben Nevisa. Nie ukrywam, że oboje, choć pewnie z innych powodów, mieliśmy duszę na ramieniu gdy stanęło do jej realizacji.

Droga początkowa pokrywała się z naszym startem sprzed prawie dwóch lat. Po noclegu na polu namiotowym i szybkim dotarciu do rozwidlenia szlaków zeszliśmy z Pony Track obchodząc ramię zachodniego zbocza Ben Nevisa. Wkrótce ukazała się prawdziwa, ta najtrudniejsza twarz tej góry:


Stąd ścieżka wiedzie w głąb kotła jakie tworzą zbocza Carn Mor Dearg połączonego granią z samym Ben Nevisem. W jego głębi znajduje się chata ratowników górskich, która wyznacza charakterystyczny punkt orientacyjny. Stąd też rozpoczęła się moja samotna wędrówka, Vespa powtórzyła poprzednią drogę, tym jednak razem dodając szczyt niezdobytego uprzednio przez błąd w nawigacji we mgle Carn Mor Dearga, tak więc munros numer 41 został zaliczony.

Północne ściany jednego z kotłów Ben Nevisa:

Sama zaś grań Tower Ridge wygląda z tego miejsca tak:

Jej pierwsza, trójkątna piramida skalna nosi nazwę The Douglas Boulder, jest celem wspinaczkowym i podobno nie do pokonania bez sprzętu. Oferuje wiele dróg o różnym stopniu trudności, ale jako cel scramblingowy nie figuruje w opisach drogi przez Tower Ridge. Przewodniki zalecają jej obejście w kierunku wschodnim łatwą drogą po skałach i odnalezienie żlebu (kominka) jaki prowadzi na małą przełączkę u jej końca. Jest on łatwy do rozpoznania, gdyż wyznacza jedyną rozsądną drogę w górę w tym miejscu, przy czym dość upierdliwy we wchodzeniu – kruszyzna i mokro. Z przełączki na grań wiedzie kominek, w którym spotkałem wspinaczy:

Fragment ten jest stosunkowo stromy, ale oferuje znakomite chwyty i stopnie. Nie powinien stanowić problemu dla kogoś obytego ze skałą. I tu chwila offtopiku: jeśli Vespie zachce się zdefiniować scrambling na użytek naszego bloga to pewnie to zrobi, ja ostrzegam jedynie przed trudnością trasy – The Tower Ridge to scramblingowa 5. Drogi scramblingowe opisane przez innych charakteryzują się tym, że w teorii można przejść je bez asekuracji, choć dla wielu osób jest ona przydatna, z mojego subiektywnego doświadczenia wszystko od trójki w górę niesie za sobą ryzyko, a to ze względu na ekspozycję, długość lub trudne elementy w trasie, których nie da się ominąć. Ta droga oferuje wszystkie te podpunkty. Dodać należy jeszcze, że wycena drogi scramblingowej dotyczy warunków letnich przy suchej skale. Każde odstępstwo pogodowe może zmienić charakter trasy w poważne alpinistyczne przedsięwzięcie.

Kominek szybko winduje nas na grań właściwą, która w tym miejscu jest szeroka, świetnie urzeźbiona, a to co fajne widać dopiero przed nami, choć w moim wypadku widoki odsłaniały się i chowały w chmurach.



Pierwszy, widoczny na tym zdjęciu boulder nie stanowi istotnego problemu – jest świetnie wyrzeźbiony, a do tego omijalny trawersem w prawo. Nie wiem jak wygląda jego obejście gdyż poszedłem granią. Jest tu jedynie jedno trickowe miejsce: przed samym końcem ściany trzeba przejść zgiętym pod nawisem skalnym, mając za plecami nieco powietrza – są jednak dobre chwyty i podparcie dla stóp. Ktoś kto boi się ekspozycji i tak tutaj nie dotrze. Po chwili stoimy na wypłaszczeniu, a przed nami jest The Little Tower – kolejna trudniejsza część trasy.

Tu zmieniłem parę towarzyszy na szybszych.

Ci poruszali się tak jak ja, bez asekuracji, choć sprzęt mieli ze sobą.

Robiąc na przemian zdjęcia i goniąc za nimi przechodziłem kolejne ścianki, wszystkie oferują mnóstwo chwytów i opcji przechodzenia. Raczej bez siłowych ekscesów, czysta przyjemność. W końcu z mgieł wyłania się najpoważniejszy jak się okazało test moich nerwów – The Great Tower.


Zanim jednak osiągniemy jej podnóże, jeszcze kilka boulderków na rozgrzewkę.

Wielkiej Wieży nie da się zaatakować wprost bez użycia sprzętu. Jedyna droga scramblingowa wiedzie u jej stóp w lewo, należy przekroczyć spory głaz i odnaleźć bardzo eksponowaną galeryjkę:

…nad ponad cholera wie jak wysoką przepaścią. Mgły nie pozwoliły na inną skalę oceny.

Jej koniec zamyka kominek przywalony od góry potężnymi głazami, tworząc nyżę skalną. To jedyna logiczna droga dalej:

Walcząc z plecakiem nieco zostałem z tyłu. Stąd też pewnie gdy wydostałem się na skalną półkę powyżej moi szkoccy wspinacze byli już poza początkowymi trudnościami:

a ja zostałem sam nie wiedząc jak poszli. Musiałem improwizować i wmanewrowałem się w dość niemiłą sytuację. Za mną przepaść, wysokie stopnie ze skał i brak dobrych chwytów… Przesuwałem się po nich szukając jakiegoś wyjścia, aż w końcu korzystając z siły ruszyłem do góry klinując nogi w jakimś pęknięciu.

Podejrzewam, że poszedłem zbyt daleko wzdłuż lewej ściany The Great Tower, oni zaś weszli łatwiej parę metrów obok. Na szczęście udało mi się odnaleźć drogę i szybko stanąłem na szczycie, który jest rozległy i można tu odpocząć. Mi nie było jednak to dane – ten fragment trasy stanowił dla Vespy największą trudność w teorii – grań zwęża się tutaj do może metra w paru miejscach, po obu stronach są pionowe ściany z ekspozycją na kilkaset metrów, a trudności dodaje słynna The Tower Gap –


– wyrwa na trzy metry szeroka i cztery głęboka, której przekroczenie wiąże się z pewnym ryzykiem. Trzeba opuścić się tyłem na skalne stopnie trzymając się bloku na krawędzi, zejść niżej, odwrócić i przejść na drugą stronę szczeliny skąd stopnie i chwyty prowadzą na jej przeciwległą krawędź. Wszystko to z potężną przepaścią dookoła. To widok z góry już po przejściu:


To już ostatnia prawdziwa trudność drogi – grań zamyka się w ścianie wspinającej się na plateau szczytu. Droga stąd jest dość łatwa, choć stroma i prowadzi zygzakami w górę, aż do chwili gdy staniemy na krawędzi szczytowej.


Stąd jedynie kilkaset metrów po płaskim i szczyt Ben Nevisa, który i tym razem ginął dla mnie w chmurach. Pod schronem na szczycie czekałem prawie dwie godziny na Vespę, której droga choć nie tak ekscytująca była jednak znacznie dłuższa…


Powrót klasyczną drogą The Pony Track wraz z tysiącem innych turystów. Tu filmik z przekraczania The Tower Gap nakręcony przez kogoś innego: >>LINK<<
Całość zdjęć: >>LINK<<

Cairn Gorm przez Fiacaill Ridge


Nr 40, Cairn Gorm

Wymowa: kern gorm

Znaczenie nazwy:
blue cairn like peak (chyba jasne już jest, czemu przestałam tłumaczyć nazwy?:/)

Wysokość: 1244m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 6.

Data wejścia: 19.06.2009

Po emocjach Liathach postanowiliśmy kompletnie zmienić klimat i wyskoczyć w Cairngormsy. Mariusz poprosił mnie o znalezienie tam jakiegoś scramblingu, żeby trochę urozmaicić sobie trasę, zaproponowałam więc Fiacaill Ridge, o której wyczytałam, że jest krótka i niezbyt trudna (dwójka), co istotne było zwłaszcza dla mnie, bo nie chciałam być na drugi dzień zjechana w pracy.

Po noclegu w namiocie w Glenmore, koło Aviemore, podjechaliśmy pod dolną stację kolejki na Cairn Gorm. Stacja mieści się na ponad 600m wysokości, zatem podchodzenia na szczyt, niezależnie od wybranego szlaku, jest stosunkowo niewiele.

Od stacji wyraźną ścieżką w kierunku mniej więcej południowym, aż po niedługim marszu ukazuje się taki oto kocioł:

Fiacaill Ridge biegnie po lewej, kulminując w niepozornym z tej perspektywy Fiacaill Buttress. Na grań wbijamy wedle uznania – być może jest gdzieś tam ścieżka, my jej w każdym razie nie znaleźliśmy i przyszło drałować po kamiennym rumowisku.
Na ścianach tak charakterystycznych dla tej części Grampianów stromych kotł
ów można nieźle załoić:

Sama grań to początkowo sterta kamieni. Gęstego jest zaledwie 150m.



Podejście widać poniżej. Od prawej leży łatwiejszy teren, którym można ominąć jakiś fragment, jeśli wola. Od lewej jest lufiasto.

Miałam w niektórych momentach niezłego pietra, bo wiatr był taki, że parę razy na serio bałam się, że mnie zepchnie.

Mariusz atakuje Fiacaill Buttress. Ja nie byłam pewna, włazić czy ominąć – kiedy wszedł, krzyknął do mnie, że jest łatwo ale żebym jednak ominęła. Przeszłam bokiem i nie żałuję. Z przyjemnością wrócę i ogarnę ten fragment w ładną pogodę, ale przy silnym wietrze i mżawce, skoro miałam możliwość zrezygnować, skorzystałam.

Końcówka grani:

Cairngorms Plateau kojarzy mi się najbardziej z Karkonoszami. Wysoko wyniesiony płaskowyż, kotły, nawet formacje skalne podobne (o ile pamiętam po mojej jedynej wizycie tamże sześć lat temu). Tylko roślinność inna, same mchy i porosty.

Nasza grań z dystansu:

Kiedy osiągnęliśmy plateau, wszystko zakryła mgła. Nie zmartwiło nas to jednak specjalnie, ponieważ nawigacyjnie trasa jest prosta – wystarczy iść wzdłuż krawędzi kotła, mając ją po lewej stronie, a nie sposób nie wyjść w końcu na Cairn Gorm. Kiedy po jakimś kwadransie energicznego marszu chmury się przerzedziły, włosy stanęły nam na głowie. To był zupełnie inny krajobraz, niż się spodziewaliśmy, po Cairn Gorm ani śladu, przed nami jakiś inny kocioł i inna dolina. Przypomniałam sobie, co nasz przewodnik z Curved Ridge mówił o kluczowej roli nawigacji w Cairngormsach. Zabłądziliśmy właśnie w najklasyczniejszy z możliwych sposób.

Wiadomo było, w która mniej więcej stronę należy wracać. Na szczęście chmury chwilowo sobie poszły. Skierowaliśmy się w kierunku z kt
órego przyszliśmy, biorąc kurs na widoczną w oddali przełęcz. Jeśli z przełęczy widać będzie Aviemore, to jesteśmy uratowani. Okazało się, że wyszliśmy centralnie na kocioł, Fiacaill Ridge mając po lewej. Wcześniej, we mgle, skierowaliśmy się zamiast wzdłuż krawędzi, w głąb płaskowyżu. Nie mam pojęcia jak nam się to udało.

Droga na Cairn Gorm, przypominający wielki stóg siana, z przełęczy była spacerowa:

Po prawej ciemne ściany kotła, w sąsiedztwie którego objawiliśmy się po błądzeniu we mgle:

Jeszcze nie jestem w stanie podpisać okolicznych szczytów, moja znajomość terenu jest póki co mizerna.

Widoków z Cairn Gorma nie będzie, ponieważ ogarnęły nas paskudne chmury które zresztą już się z plateau nie ruszyły – mimo kiepskich warunków i tak trafiliśmy na niezłe okno pogodowe.
Z wierzchołka zbiega ceprostrada, jakiej jeszcze w szkockich g
órach nie widziałam: normalnie brukowana droga, wykopczywkowana, po bokach "poręcze" z odblaskowych linek. Od górnej stacji kolejki zaczyna się droga jezdna – muszą jakoś dowozić zaopatrzenie – ale ponieważ wiedzie nieekonomicznymi długimi trawersami, warto ją skrócić idąc na rympał wzdłuż nartostrady. Klimat zejścia taki trochę gubałówkowy.

Fiacaillowi po ostrzu grani daję *** z plusem, ale dla mnie osobiście główną atrakcją było samo plateau. Żałuję, że nie mogliśmy poeksplorować go dłużej. Pustka, surowość, rozległość – dobrze się czuję w takich miejscach, uspokajają mnie.
A tak nawiasem. Moje obawy co do wiatru nie były przesadzone. W kt
órymś momencie podchodzenia na Cairn Gorm naprawdę zawiało tak, że poleciałam na plecy. Do tej pory zdarzało mi się co najwyżej lekko utracić równowagę – to był pierwszy raz, kiedy w absolutnie dosłownym sensie wiatr mnie przewrócił. Mariusz miał niezły ubaw. Co do mnie, cieszyłam się że nie stało się to na grani.
Fajna, ciekawa, niedługa wycieczka.


Zdjęcia: >>LINK<<

Liathach

Nr 38, Spidean a’Choire Leith i nr 39, Mullach an Rathain

Wymowa: spidżyn a kori lei; muluh an rahan

Znaczenie nazwy:
peak of the grey corrie; summit of the pinnacles

Wysokość: 1055m n.p.m.; 1023m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 75.; 108.

Data wejścia: 14.06.2009

Liathach (czyt. lijah, the grey one, na mój osobisty użytek Szarak) planowaliśmy już od dawna. Dziewięciokilometrowy masyw górski uchodzi – obok Aonach Eagach i An Teallach – za najciekawszą graniówkę szkockiego mainlandu (palmę pierwszeństwa dzierżą Black Cuillin na Skye). Klasyczny trawers Liathach nie zakłada przejścia całej grani, a jedynie odcinka środkowego pozwalającego zaliczyć dwa munrosy i Am Fasarinen Pinnacles. Drugą w miarę popularną, jakkolwiek o wiele mniej niż klasyk opcją, jest atak od północy przez Meall Dearg i Northern Pinnacles. Jest to wariant wciąż scramblingowy, ale trudniejszy i zaleca się na nim asekurację.

Jako że szliśmy drogą tradycyjną, wystartowaliśmy z Glen Torridon. Dolinę tę warto odwiedzić dla niej samej, nawet bez ambicji górskich bo jest przepiękna. Pod przytłaczającymi ścianami Szaraka kuli się hostel SYHA i kemping. Uwaga: pokoje w hostelu nie są koedukacyjne. Pomimo dwu wolnych miejsc w damskiej sypialni, w której niżej podpisana nocowała, panowie musieli się przespać w namiocie, walcząc z midgesami. Nie rozumiem i nie zrozumiem nigdy.

Samochód zostawiliśmy na początku szlaku, woląc podchodzić asfaltem póki i tak trzeba się rozchodzić.
Wbijka na grań Szaraka była łatwa, w nieprzesadnie stromym terenie, ale ze względu na swą długość nieco męcząca. Ponieważ kiedy uskuteczniam za długie notki blox się narowi, ograniczyłam ilość zdjęć oraz opis do samego gęstego. Komplet fotek, a jest na co popatrzeć, tutaj >>LINK<<.

Poniżej Am Fasarinen widziane z szosy:

Po wyjściu na grań widoki na przeciwległą stronę miażdżą (będą dalej). Kierujemy się w lewo – wzniesienie po prawej ma powyżej 914m, ale nie kwalifikuje się do munros. Odcinek początkowy nie jest trudny. Najpierw mamy fragment płaskiej grańki – można iść jej ostrzem, co już odrobinę daje przedsmak tego, co Liathach oferuje, jakkolwiek trudności nie występują – dalsza zaś droga na pierwszego munro (trzecie wzniesienie) wygląda tak:

Za Wojtkiem widoczny jest Stob a’Choire Dhuibh Bhig, który podobnie jak dwa szczyciki przed Spideanem nie załapał się do munros ze względu na MDW niższą niż 500ft.

Widok na kluczowy fragment trasy, grań Am Fasarinen, otwiera się dopiero ze szczytu Spideana. Nie wiem jak na zdjęciu, ale na żywo naprawdę robi wrażenie.

Tu obiecany widok na przeciwległą stronę grani, po prawej podnóże masywu Beinn Eighe, kolejnego ze szkockich klasyków:

Poniżej zaś prześledzić można resztę trasy. Am Fasarinen przechodzą w łagodną grań, kulminującą w Mullachu an Rathain. Czarne poszarpańce z prawej strony wierzchołka to początek – lub koniec, wedle preferecji – Northern Pinnacles:

Moje ulubione zdjęcie:

Mullach, Northern Pinnacles i Meall Dearg:

Tu zaś widać, którędy na Meall Dearg się drapać. Trasa podobno łatwiejsza niż wygląda, scramblingowa czwórka (Am Fasarinen mają dwójkę, pewnie dlatego że trudności można stopniować lub całkiem ominąć).

Am Fasarinen można obejść ścieżką biegnącą nad Glen Torridon, ale ze względu na jej stan nie jest to zalecane. Ponadto, na samych pinaklach też można stopiować trudności. Najłatwiejsze warianty są naprawdę proste. Korzystałam to z nich, to z trudniejszych, chłopaki leźli hardkorami (w mej subiektywnej ocenie rzecz jasna).

Piaskowiec jest pięknie urzeźbiony i daje wiele możliwości. Formacje w rejonie pinakli są takie:

Albo takie:

Wrażliwych może nieco poczesać ekspozycja. Przyznam że mnie mocno zdeprymował koń skalny na samym początku Am Fasarinen. Nie był trudny, ale od północy lufa taka, że spokojnie 100m wolnego lotu. Nie podobało mi się to i weszłam na skurczybyka od drugiej strony. Od południa, od Torridonu, spadło by się najwyżej kawałek: tam też jest lufiasto i to nawet bardziej, ale jednak dopiero te kilkanaście metrów od trasy. Tamtędy zresztą biegnie sobie scieżka – omijanka.
Tak to wygląda w stronę Torridonu:



A tak w stronę Coire na Caime, i tu nie ma żartów, bo ściana opada bezpośrednio z pinakli:

Nie jest trudno, chyba że naprawdę najcięższymi opcjami (jedną taką zaliczył Mariusz, przy oglądaniu tegoż nieco osłupiałam). Jedyne co może powodować dyskomfort to lufa. U mnie trochę powodowała. Nie przeszłam wszystkiego najłatwiej jak się dało ale najtrudniej też nie, z wyjątkiem jednego miejsca, gdzie zresztą przeżyłam chwilę grozy gdy zaklinowała mi się noga, a z prawej taki spad, że hej.

Za Am Fasarinen aż do Mullacha teren jest łatwy, jakkolwiek na prawo opadają imponujące ściany.

Rzut oka na Am Fasarinen od drugiej strony:

Z Mullacha do Torridonu schodzi się najpierw piarżyskiem, potem przyjemniejszą ścieżką. Można złazić ramieniem Mullacha (scramblingowa trójka), ale nawet nie przyszła nam do głowy taka opcja. Co mieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy. Liathach jest imponujące i piękne a okolica rzuca na kolana. Jest to na mojej prywatnej liście jedna z tych wycieczek, które dały mi prawdziwego energetycznego kopa i zapewniły uśmiech na twarzy na kolejne parę dni.
Tu >>LINK<< bardziej emocjonalna relacja. Niestety na blogu muszę się pilnować z ilością tekstu.

Garbh Bheinn przez Pinnacle Ridge

  Na Garbh Bheinn już byliśmy ale na tę górę warto wrócić, gdyż jest po prostu fajna. Należy do tej samej rodziny szkockich charakternych "mniejszych braci" co Cobbler, Stac Pollaidh, Suilven czy Sgorr na Diollaid – za małych na munrosy, ale z większym pazurem niż sporo z nich.
Garbh Bheinn jest zbudowany następująco: niebywale długie ramię główne kończące się niższym szczytem, przełęcz, szczyt właściwy. I to z rejonu tego właściwego schodzą najciekawsze warianty, jak bardzo trudna Great Ridge, nasza docelowa Pinnacle Ridge, czy wreszcie to tam znajdują się miejsca gdzie można się powspinać.

   

Poprzednim razem wbiliśmy się od razu na ramię główne (trasa zielona). Teraz uderzyliśmy z boku, pod rejon szczytu podchodząc z boku dolinką (czerwona). Marsz nią zakończył się w momencie gdy odsłoniło się coś takiego:

Po lewej widać wierzchołek Garbh Bheinna, z którego opada Great Ridge, zaś Pinnacle Ridge (na mapce żółta) zaczyna się na boulderze na pierwszym planie, a potem biegnie przez rysujące profil góry dwa zęby.
Już przy forsowaniu bouldera zrobiło się ciekawie. Mianowicie kolega zleciał z ok. 5 metrów (efekt: kontuzja kostki, która na szczęście odezwała się na serio już kiedy kończyliśmy trasę). Aczkolwiek szacun za refleks, bo kiedy tylko zorientował się, że się ześlizguje, zmienił upadek w zeskok, dzięki czemu o ziemię rymnął w sposób w miarę kontrolowany, i skończyło się na kostce a nie wstrząśnieniu mózgu na przykład.
Wypadek ten odebrał mi sporo z pewności siebie i już do końca jej nie odzyskałam, dlatego przez resztę trasy starałam się w miarę możliwości omijać najtrudniejsze warianty, przez kt
óre pomykał Mariusz.

Po osiągnięciu wypłaszczenia ponad boulderem zaczęły się wątpliwości topograficzne. Wiadomo było, że napierać należy na bliższy z zębów, ale którędy? Struktura zboczy wyglądała na jeszcze bardziej wypadkogenną, więc właściwy wybór trasy miał pierwszorzędne znaczenie. W końcu zdecydowaliśmy się wbijać bokiem, po prawej stronie zęba.

Wchodziliśmy dość stromym, poprzerastanym trawnikami zboczem, gdzie warianty można było sobie wybierać wedle gustu. Trawy okazały się najzdradliwsze, bo cholernie śliskie a także z tendencją do obrywania się z kawałami ziemi spod nóg.

Wreszcie osiągnęliśmy grań. Badając topografię okolicy doszłam do wniosków, że
1) Żeby powtórzyć drogę z przewodnika nie powinniśmy wbijać się bokiem, tylko na przełaj;
2) Jednakowoż dla stopnia trudności nie ma to znaczenia bo "na przełaj" wygląda podobnie jak to co przeszliśmy;
3) Wbijając się po naszemu straciliśmy zaledwie kilkanaście metr
ów Pinnacle Ridge (co zresztą nadrobiliśmy cofając się do miejsca, gdzie grań się zaczyna, by popstrykać zdjęcia):

Sama Pinnacle Ridge jest rozczarowująco krótka. Owszem, efektowna i ultrawąska – w paru miejscach można ją przechodzić okrakiem – ale tylko z jednym konkretniejszym miejscem.

To jedyne trudniejsze miejsce to turniczka, na którą wspina się Mariusz. Była omijalna, więc z kolegą poszliśmy bokiem. Mariusz twierdzi, że turniczka nie była hardkorowa i spokojnie dalibyśmy radę. Jednak tak jak napisałam – obojgu nam morale siadło już na początku i mając wybór, woleliśmy skorzystać z nieryzykownego wariantu.

To już końcówka grani. Wierzchołek wspomnianej turniczki to wystająca skałka na drugim planie:

A ponieważ na fotce powyżej plany zlewają się ze sobą i wydaje się, że skałka ta jest tuż za mną…:

Na wypłaszczeniu powyżej tego miejsca grań się skończyła. Stąd w rejon szczytowy można było na mnóstwo sposobów, więc znów zaczęła się wolna amerykanka. Przyznaję, że po raz kolejny byłam bardziej ostrożna niż to niezbędne, rezygnując z kilku wersji które nie były poza zasięgiem moich możliwości technicznych. Taka jest niestety specyfika chodzenia bez szlaków – co z tego, że wiesz, że pokonasz najbliższe parę(naście) metrów, jak nie masz pojęcia co jest wyżej i czy w razie czego zdołasz zejść. Na szlaku znakowanym może być trudno, ale wiadomo że musi on być do przejścia z definicji. W miejscu gdzie dróg nie ma, łatwo się wmanewrować w dupę. Dlatego profilaktycznie wolałam iść tak, jak było mi łatwiej. Mariusz się tym absolutnie nie przejmował i walił na rympał, ale ja już od dawna uważam, że człowiek ten minął się z powołaniem. Gdyby odkrył swoje hobby dwadzieścia lat temu, kto wie na jakim etapie byłby teraz. Ja niestety muszę nad swoim strachem bardzo pracować.

Poniżej Glencoe – Sgurr nam Fiannaidh, grupa Bideana i początek Beinn a’Bheithir:

Loch Linnhe, horyzont rysują wzgórza Glen Etive. Widać m.in. Ben Starava i Ben Cruachana:

Wracaliśmy trasą "zieloną".
Wycieczka bardzo się nam podobała, pomijając oczywiście kontuzję kolegi. Sama Pinnacle Ridge nieco rozczarowuje swoją kr
ótkością, acz jest naprawdę efektowna. Trudności oceniać nie będę, ponieważ na większości trasy można je sobie dowolnie stopniować, a na jedynym fragmencie nieomijalnym, czyli na odcinku gdzie grań jest naprawdę wąska, jest eksponowanie, ale łatwo. Trasa jest niewątpliwie interesująca, a sama góra przypomina centrum wspinaczkowe, tyle daje możliwości i tyle zabawy. Garbh Bheinn niniejszym awansował na drugie moje ulubione miejsce w Highlandzie, zaraz po Glencoe.
Więcej zdjęć: >>LINK<<

Curved Ridge (Buachaille Etive Mor)

Na Wielkim Pasterzu Glen Etive już byliśmy, ale ścieżką turystyczną. Tymczasem rozpoczynające masyw Stob Dearg najbardziej znane jest ze swoich północno – wschodnich ścian, którymi prowadzą interesujące drogi scramblingowe (wspinaczkowe też) o różnym stopniu zaawansowania. W Ratho (>>LINK<<) zabukowaliśmy sobie wycieczkę przez – w zależności od pogody – Northern Buttress albo właśnie Curved Ridge, z zamiarem dowiedzenia się jak najwięcej o asekuracji na tego typu przejściach.
Już w Glencoe nasz mentor Nic zaproponował jednak Curved Ridge, raz z powodu pogody, dwa bo na trudniejszym NB nie bardzo jest jak się zatrzymywać i pokazywać "jak to się robi".

Skorzystałam z naszej starej mapki – CR zaznaczyłam (na oko) na zielono. Startujemy z tego samego miejsca co szlak popularny. Po prawej wysoko na tle nieba widać dwa pionowo stojące głazy – to ultra charakterystyczny początek drogi przez Northern Buttress. My idziemy dalej, by przy również niemożliwym do przeoczenia Waterslide Slab, wielkiej skale z której cieknie woda, zacząć się wbijać do góry.

Nic związał nas liną od razu, co było bez sensu bo początek to przyjemny i łatwy scrambling. Za to po pierwszych progach zaczęłam być zadowolona, że mam zabezpieczenie – wspinaczka sama w sobie nie była szczególnie trudna, ale teren bardzo wystromiał, momentami po kilkanaście – dziesiąt metrów szło się w zupełnym pionie. Po drodze Nic pokazywał nam podstawowe węzły, oraz demonstrował zakładanie punktów asekuracyjnych.

Większość trasy to dość prosty scrambling. Skała jest rewelacyjnie wyrzeźbiona i nie trzeba specjalnie kombinować z szukaniem chwytów. Jest jednak kilka miejsc, ktore stawiają CR wyżej od Aonach Eagach na przykład.
Są to fragmenty, gdzie rzeźba skały jest o wiele gładsza, stopnie i chwyty minimalne, a za plecami całkiem sporo powietrza. W tych miejscach asekuracja dała mi spory komfort psychiczny. Niezabezpieczona byłabym pewnie tak speniana, że wydałyby mi się niesamowicie trudne. Przywiązana, mogłam nie zawracać sobie dupy strachem tylko skupić się na faktycznym stopniu trudności, a ten nie był porażający. Ale noga może tam się bardzo łatwo omsknąć, więc jeśli iść na żywca, to tylko przy suchej skale.

Niestety pogoda była niefotkowa, i po raz drugi ze Stob Dearg nie zobaczyliśmy nic.

Bardzo nam się podobało i sporo wynieśliśmy z tego wypadu. Pewne plany stały się o wiele bardziej realne – nie napiszę co, aby nie zapeszać, ale mamy już 100% pewności co do kolejnych celów, tym razem ogarniętych całkowicie własnym sumptem. Na Stob Dearg też na pewno jeszcze wrócimy.
Poniżej fotka która pokazuje, jak tam jest fajnie jak nie ma chmur:
>>LINK<<

Garbh Bheinn of Ardgour

Garbh Bheinn (zaznaczyłam, że ten z Ardgour, bo koło niedalekiego Kinlochleven jest drugi) mierzy zaledwie 885m n.p.m. zatem zalicza się do korbetów. Plan zakładał obadanie scramblingowej Pinnacle Ridge, ale coś się nam pomieszało z mapą, w sumie do tej pory nie wiem, jak to się stało, ale koniec końców przeszliśmy się granią główną. Z tym że i tak było bardzo fajnie – góra jest zdecydowanie godna polecenia.

Garbh Bheinn leży nad Loch Linnhe, bardzo blisko przeprawy promowej w miasteczku Corran. Startujemy z parkingu przy drodze A861 położonego tuż za miejscowością (hmmm, 3 domy) Inversanda. Jakaś ścieżka jest, ale najlepiej wbijać się po swojemu. Góra oferuje zarówno prawdziwe ściany, jak i banalne trawiaste zbocza, a także – i to nas interesowało – scrambling o różnym stopniu trudności.

Tym razem cel jako taki nie liczył się, ważna była zabawa i trening przed przyszło-weekendową eskapadą.



Wierzchołek, ścianki w centrum są naprawdę konkretne:

Kropka poniżej łoi. W sumie były dwa dwuosobowe zespoły.

My natomiast scramblingowaliśmy sobie radośnie, wybierając warianty adekwatne do indywidualnych możliwości.

Jeden z zespołów:

Mariusz i Wojtek, cytując tego ostatniego, mierzą się na ch***. Obydwoje udowodnili co mieli udowodnić. My z Batem zdecydowaliśmy się jednakowoż na lajtowszą drogę.



Pogoda trafiła nam się taka bardziej śródziemnomorska:

Resztki śniegu ostały się tylko gdzieniegdzie, najwięcej oczywiście na szczycie Ben Nevisa:

Widokowo Garbh Bheinn jest niesłaby, ponieważ podziwiać z niego można rejony od Glen Shiel aż po Ben Cruachana, ze szczególnym uwzględnieniem mojego ukochanego Lochaber.

W dolinę schodziliśmy nieprzyjemnym żlebem w którym wszystko się ruszało. Pozostałe warianty (wśród nich także Pinnacle Ridge, którą zlokalizowałam o wiele za późno) były bardzo strome i lepiej nadawały by się do wchodzenia. Poza tym żleb jest upierdliwy, ale że opada z najniższego fragmentu grani, dolinę osiąga się ekspresowo.

Garbh Bheinn w całej okazałości:

I na deser widok na masyw Bideana nam Bian z baru w Onich. Prawdopodobieństwo takiej sielanki pogodowej, kiedy akurat człowiek wybiera się w szkockie góry, oceniam na zbliżone do trafienia co najmniej czwórki w totka.

Bardzo nam się podobało, pomimo nieznalezienia drogi przez Pinnacle Ridge zdołaliśmy zapewnić sobie trochę atrakcji. Skała jest świetna, bardzo szorstka i przyczepna – warto zabrać rękawiczki, nam się zapomniało i trochę wiązanek poszło na okoliczność. Góra dla każdego, bo trudności można sobie wybrać i stopniować samemu.
Tu reszta zdjęć >>LINK<<. Polecam, cudności wyszły.

Creise i Meall a’Bhuiridh


Nr 27, Creise i nr 28, Meall a’Bhuiridh

Wymowa: krisz; milla wuri

Znaczenie nazwy: nieustalone; hill of the bellowing

Wysokość: 1100m n.p.m.; 1108m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 50.; 45.

Data wejścia: 4.04.2009

Creise leży u wylotu Glen Etive, sąsiadując z Buachaille Etive Mor. Meall a’Bhuiridh, z którym tworzą masyw, wysuwa się na plan pierwszy wyrastając nad drogą A82 – to ta góra, z ktorej spada wyciąg narciarski – zaś wycofane Creise staje się widoczne dopiero po osiągnięciu Glen Etive. Szczyt można osiągnąć na wiele sposobów. The Munros McNeisha rekomenduje najłatwiejszą drogę, wzdłuż żlebu w centrum. Dla zaawansowanych jest grań Inglis-Clark. My wybraliśmy opcję pośrednią, czyli wchodzenie granią przez Sron na Creise.

Najpierw trzeba było pokonać niekończące się wrzosowisko. Na początku pomyliliśmy drogę próbując startować z parkingu u wylotu Glen Etive, co wiązało się z koniecznością przekraczania rzeki. Teraz wiem, że najlepiej zaczynać na wysokości mostu na A82 i dawać na przełaj po najprostszej linii, rzekę mając po prawej stronie.

W krajobrazie dominuje Stob Dearg, bardziej imponujący sąsiad. Nam niestety jakoś nie chciał się do końca odsłonić.

Po przekroczeniu strumienia teren wreszcie stromieje, co oznacza że zaraz zacznie się trasa właściwa. Pojawiają się pierwsze skałki. Z początku szliśmy po prawej stronie żlebu ktory oddziela Sron na Creise od reszty masywu, by wkrótce zdecydować że wbijamy na grań.

Od tego momentu zaczyna się scrambling. Skała jest bardzo dobra, przede wszystkim na tyle szorstka że nawet po mokrej się jakoś specjalnie nie ślizgaliśmy. W dwóch momentach musiałyśmy z Kasią trochę pokombinować, panowie natomiast nie mieli tam żadnych zagwostek.

Trudność nie większa niż na Aonach Eagach, ale wszystko na zaledwie 300 metrach.

Już blisko szczytu Sron na Creise przeżyliśmy chwilę grozy. Grań zamykał potężny boulder, a obejścia nie było widać.



Wydawało się, że możliwości są dwie. Mariusz wszedł bardzo stromą rysą z minimalnymi chwytami i stopniami, ale reszta z nas wolała poszukać czegoś prostszego. Tym sposobem wmanewrowałam się w kominek, który Wojtek ocenił na tatrzańskie 4 z plusem. Mariusz probował mi pomoc od góry, pozostali od dołu, aż po kilku minutach spanikowałam totalnie, nawrzeszczałam na wszystkich i jakoś się wycofałam. Cieszę się, że nie wlazłam wyżej, bo stamtąd w przypadku utknięcia mogłoby nie być tak prosto się wydostać.

Po moim wycofie wiadomo już było, że kominkiem nie ma się co pchać. Na szczęście po małym rekonesansie okazało się, że po lewej stronie jednak jest obejście! Krótki trawers po zboczu, a potem mały scrambling wyprowadziły nas dokładnie na wierzchołek Sron na Creise.
Poniżej odpoczynek od wiatru i deszczu w bothy bagu:

Ze Sron na Creise musimy jeszcze spory kawałek podejść granią. Scrambling zakończył się definitywnie.

Warunki pogodowe były najoględniej mowiąc słabe. Deszcz przeszedł w śnieg, widoczność zerowa, a wiatr mną i Kaśką po prostu rzucał. Uważam jednak, że i tak mieliśmy sporo szczęścia, że najtrudniejsze miejsca udało nam się przejść kiedy było jeszcze całkiem znośnie.

Z wierzchołka odbijamy w lewo na przełęcz.

Dupozjazdy były boskie:

Na Meall a’Bhuiridh wchodziliśmy około 30 minut. Idzie się niezbyt stromą, kamienistą granią. Skalisty wierzchołek to najwyższy punkt całej trasy.

Kilkadziesiąt metrów poniżej wierzchołka zaczyna się wyciąg. Schodzimy wzdłuż niego na sam dół. Całą długość orczyka udało się pokonać na siedzeniach, niestety poniżej śnieg się skończył i trzeba było tuptać z buta. Zejście w dolnych partiach jest bardzo strome, ścieżka całkiem zerodowana i moim zdaniem jest to najbardziej męcząca (ex aequo z brodzeniem we wrzosowisku) część trasy. Pozytyw jest zaś taki, że schodzimy prosto na parking.

Kiedy schodziliśmy, pogoda zmieniła się diametralnie i po raz pierwszy tego dnia można było zobaczyć nasz cel w całej okazałości. Poniżej Sron na Creise i grań szczytowa, wierzchołek właściwy góry nie jest widoczny na zdjęciu.

A tu jeszcze widok z szosy, Sron na Creise to ta wielka trójkątna formacja po prawej. Widać stamtąd całą naszą część scramblingową. Wierzchołek ponownie niewidoczny.



Wycieczka była genialna. Najtrudniejszym momentom daję ****, acz Mariusz by się z tym pewnie nie zgodził. No ale skala jest MOJA. Wariantów przejścia jest w większości cięższych miejsc więcej niż jeden, gdzieniegdzie trudności można całkowicie ominąć, choć z wyjątkiem tego bouldera pod granią szczytową nie warto moim zdaniem tego robić.
Samochód najlepiej zostawić na parkingu koło Glencoe Ski Centre, tego na który będziemy schodzić. O tej porze roku dobre buty konieczne – śnieg spływa z gór i wrzosowiska po prostu pływają.