Tag: zima
Beinn a’ Chochuill i Beinn Eunaich
Nr 125, Beinn a’ Chochuill; nr 126, Beinn Eunaich
Wymowa: ben a czok-hul; ben ańjah
Znaczenie nazwy: hill of the shell; fowling hill (za MunroMagic)
Wysokość: 980m n.p.m.; 989m n.p.m.
Pozycja na liście munrosów: 172.; 156
Data wejścia: 1.3.14
Beinn a’ Chochuill i Beinn Eunaich mają pecha leżeć w sąsiedztwie masywu Ben Cruachana, który ze względu na kształt i charakter jest jednym z najsłynniejszych w Highlandzie. Główny szczyt to faktycznie wyjątkowo ładna góra, zaryzykowałabym twierdzenie że najładniejsza poza Skye. Dlatego sąsiedzi, choć niczego sobie, zawsze będą jedynie tymi pagórkami obok Cruachana. A niesłusznie.
Ponieważ nazwy tradycyjnie były dla Mariusza niewymawialne jednego munrosa ochrzcił Eunuchem, a drugiego tym czego eunuchowi brakuje. Żeby nie epatować słownictwem, przyjmijmy alternatywnie że Chochlą.
Zaparkowaliśmy za bramą wjazdową do Castles Farm. Parkingu jako takiego tam nie ma, ale jest dużo miejsca a napotkany farmer potwierdził że nie ma problemu. Od razu z terenu farmy wychodzi droga.
Przebijanie się przez stado krów było trochę adrenalinowe. Tak jak normalnie nie zwracają na człowieka uwagi, tym razem wyglądały na niezbyt przyjaźnie nastawione, zapewne ze względu na obecność cielaków. Jedna nafukała na nas i naryczała. Wrażenia olfaktoryczne daruję, nadmienię tylko iż to w czym one stoją to tylko w niewielkiej części błoto.
Idziemy dość wysoko ponad dnem Glen Noe, z początku trawersując zbocze Eunucha. Bardzo stroma ścieżka wspinająca się na ramię góry której początek jest oznaczony kopczykiem, będzie drogą zejściową – chyba że ktoś woli pokonywanie tej trasy w przeciwnym niż my kierunku.
Kileburn Castle na jeziorze Awe:
Kiedy mijamy przełęcz pomiędzy munrosami zbocze które trawersujemy należy już do Chochli. Kiedy należy rozpocząć pięcie się do góry? Polecam przeanalizowanie mapy, widać wyraźnie że góra wysyła na południowy wschód coś w rodzaju ramienia, które wyprowadza na grań szczytową.
Poniżej klasyczny highlandzki brązowo-zielony, zimowy widoczek:
Pogoda była mocno zmienna, chmury cały czas, ale momentami były w nich spore dziury. Tu wschodnia flanka podkowy Cruachana czyli jej drugi munro Stob Diamh:
Grań szczytowa Chochli jest rozciągnięta a że momentami w zadymce nic nie było widać, dwa razy fałszywie sądziliśmy iż dobijamy do wierzchołka. Tu pierwszy raz:
Glen Etive z Ben Staravem (w styczniu zginął na nim pan Tiso, właściciel sieci sklepów outdoorowych tej samej nazwy):
Kolejny fałszywy wierzchołek (prawdziwy w chmurze). Jak widać po raz pierwszy w tym sezonie posmakowaliśmy normalnej zimy.
A tu wreszcie prawdziwy. Nie powiem, ulżyło nam.
Wierzchołek jest na tyle nieobszerny (znaczy, nie żaden Sgurr nan Gillean, ale i nie cairngormskie plateau) że mogłam przebiec go wzdłuż i wszerz i albo kopca tam nie ma, albo był pod śniegiem. Myślę jednak że nie ma bo musiałby to być wyjątkowo mały kopczunio. Fota szczytowa:
Z Chochli zeszliśmy na przełęcz i rozpoczęliśmy ciśnięcie na częściowo skrytego w chmurze Eunucha. Warunki znacznie się pogorszyły. Wiatr dął – nie był to prawdziwy highlandzki orkan, dało się iść, ale masakrycznie zacinało śniegiem i lodem po twarzy. Widoczność po chwili zero. Dlatego nie ma zdjęć.
Z przełęczy na Eunucha jest krócej, ale i stromiej niż na Chochlę. Wszyscy szli / schodzili w rakach, nam nie chciało się zakładać, na szczęście lodu prawie nie było. To podejście, w tych warunkach dało nam obojgu popalić. Kiedy teren zaczął się nieco wypłaszczać wiedzieliśmy że znajdujemy się w rejonie szczytu ale nie było nic widać. Niebo i śnieg miały ten sam brudnoszary kolor. W pewnym momencie Mariusz stanął i krzyknął żeby się zatrzymać: okazało się że beztrosko maszerowaliśmy prosto na urwisko. Przez to że ciężko było odróżnić gdzie zaczyna się niebo zorientował się jakieś dwa metry od nawisu na krawędzi. Mapa pokazuje że choć pionów tam nie ma, jest skąd polecieć. I to właśnie był szczyt (znów wniosek na podstawie analizy mapy), choć zorientowaliśmy się dopiero po chwili (kopiec, który tam akurat na 100% jest, był zasypany). Od tamtego miejsca teren zaczął się już tylko obniżać, ale kiedy ogarnęliśmy sytuację nie było już mowy żeby wracać. W ten sposób zdjęcie szczytowe szlag trafił.
Zejść popod chmurę udało nam się bez obstrukcji ponieważ para przed nami zostawiła piękny ślad. Niżej dobiliśmy do ścieżki wspomnianej na początku, i nią stromo – do drogi nad Glen Noe.
Pomijając rozczarowanie faktem iż przegapiliśmy szczyt Eunucha (acz nie mam wątpliwości że na nim byliśmy, wystarczy zresztą spojrzeć na ukształtowanie terenu), wycieczka była znacznie lepsza niż się spodziewałam. Było i wydymanie przez naturę, i niewielki ale zawsze element przygodowy, niedużo ale trochę widoków oraz last but not least kolejne dwa munrosy zaliczone. Acz uczciwie przyznaję, post factum czułam się nie jak po 13 km, a po dwa razy tyle.
Beinn Chabhair
Nr 124, Beinn Chabhair
Wymowa: ben ka-war
Znaczenie nazwy: hill of the hawk (za MunroMagic)
Wysokość: 933m n.p.m.
Pozycja na liście munrosów: 244.
Data wejścia: 11.1.14
Beinn Chabhair to kolejny z
najbliższych nam geograficznie munrosów. Znajduje się w Glen Falloch
przez którą przebiega A82. W kierunku południowym rzut kartoflem od
Loch Lomond, w kierunku północnym też kartofel tylko większy do Crianlarich.
Którędy by nie jechać z Livi wychodzi ok. półtorej godziny.
Beinn Chabhair da się połączyć z dwoma
sąsiadami: już przez nas odwiedzonym An Caisteal (>>LINK<<)
oraz Beinn a’Chroin. Nam pasowało deptać go samodzielnie – 14 km
na wciąż krótki dzień jest ok.
Start z parkingu w Inveraran, kolo
Drovers Inn. Należy się stamtąd ruszyć (miałam napisać cofnąć, ale to
tylko dla tych co jadą od strony Crianlarich) poboczem w stronę
niedalekiego kempingu. Przekraczamy mostek, przechodzimy przez teren
kempingu, wpadamy na dead end, zatem skręcamy w prawo. Trasa właściwa
rozpoczyna się wąską dość stromą ścieżką biegnącą po lewej stronie
wyżłobionego przez strumień wąwozu (przy oblodzeniu gdzieniegdzie
uważać!). Jest stromo, ponieważ musimy wbić się na początkowy górski
wał po osiągnięciu którego teren znowu się wypłaszczy. Ten kawałek
jest całkiem ładny, tak ze względu na wąwóz i rwący potok (jest nawet
niewielki wodospad) jak i to że bardzo szybko zyskujemy wysokość i po
drugiej stronie doliny zaczynają się wyłaniać kolejne wierzchołki.
Kiedy osiągamy górną część walu teren
się kładzie. Znajdujemy się w poniekąd dolince obramowanej z jednej
(lewej) strony przez długi grzbiet Beinn Chabhair, po drugiej przez
szatańską kopę (666m n.p.m.) Parlan Hill.
Teraz macie wybór. Można
ścieżkami dnem dolinki, z
grubsza wzdłuż Beinn Glas Burn. Teren jest tam jednak niemożebnie
bagnisty. Wiosną czy jesienią, podejrzewam można się wyświnić po
pachwiny. Gdybym miała iść na tego munrosa jeszcze raz myślę że zaraz
po osiągnięciu wypłaszczenia starała bym się odbić w lewo, na
początek grzbietu – wariant zapewne sporo żmudniejszy ale mniej
syfiasty. Tym razem jednak poszliśmy “podręcznikowo”, tj. dolinką aż do Lochan Beinn Chabhair.
To jeszcze nie wierzchołek, a jedna z licznych kop po drodze:
W stronę stawu opadał szeroki żleb z
charakterystyczną formacją skalną po lewej stronie:
Tamtędy idzie
ścieżka. Ponieważ przylazła śniegowa chmura i piękne światło oraz
widoczność szlag trafił staraliśmy się jej w miarę trzymać na tyle na
ile nie była zasypana. Ta wędrówka na grzbiet a potem grzbietem to
bardzo fajny odcinek z ciekawą rzeźbą terenu charakterystyczną dla
wzgórz w tym rejonie: raz w górę, raz w dół, pomiędzy urozmaiconymi
formacjami skalnymi, taki trochę labirynt. Mimo zerowej widoczności i śniegowych "showersów" nie mieliśmy problemu z trafieniem na wierzchołek. Na dwóch ciut stromszych fragmentach gdzie śnieg był zmrożony na kamień trochę się zasapałam, jako że raków wyciągać nikomu się nie chciało. Gdzie indziej zapadałam się po kolana. Tęskniłam za zimą 🙂 Trochę nam tylko było szkoda widoków na Loch Katrine i jego dzikie otoczenie.
Na wierzchołku nie zatrzymaliśmy się
nawet na pięć minut, tak było zimno. Powrót z początku po własnych
śladach, potem chmura zaczęła się przesuwać ukazując ponownie piękne
niebieskie niebo. Szczyt odsłonił się w pełni przed 15, kiedy
zaczynaliśmy schodzenie z walu.
Znów piękne światło:
W prawym górnym rogu Beinn a’Chleibh, Ben Lui i Ben Oss:
Trasa jak wspomniałam liczy sobie 14 km ale wytrzepało nas nieźle. Ogólnie wycieczka oraz miejscówka okazały się bardzo przyjemne, a widoki pooglądałam sobie w relacjach na Walkinhighhlands. Fajnie bo jakoś nigdy wcześniej Glen Falloch nie zdołała sobie zaskarbić mojego serca. Cieszę się że jeszcze jeden munros nam tu został.
Nawiasem, ilość osób spotkanych na trasie: 1 😀
Meall Greigh, Meall Garbh i An Stuc
Nr 103, Meall Greigh; nr 104, Meall Garbh; nr 105, An Stuc
Wymowa: mil grei; mil garf, an stuk
Znaczenie nazwy: hill of the horse studs; rough hill; steep hill (za MunroMagic)
Wysokość: 1001m n.p.m.; 1118m n.p.m., 1118m n.p.m.
Pozycja na liście munrosów: 136.; 35.; 34
Data wejścia: 30.03.13
Tych trzech munrosów brakowało nam żeby skompletować grupę Lawersa. Wraz z Ben Lawersem i Beinn Glasem tworzą łańcuch dla bardzo szybkich do pokonania za jednym zamachem. Lawers, dziesiąty na liście munrosów, wybija się zdecydowanie choć Meall Garbh i An Stuc też zajmują wysokie lokaty. An Stuc do 1997 roku był uznawany za przedwierzchołek swego sąsiada i nie miał statusu munro – przełęcz między nimi jest naprawdę płytka – i w sumie nie wiem czy go uzyskał na skutek dokładniejszych pomiarów czy też uznano, iż przez wzgląd na jego charakter można trochę nagiąć reguły.
Wycieczkę rozpoczęliśmy spod Ben Lawers Hotel. Można tam zostawić samochód na dolnym parkingu ale należy zapłacić w hotelu 5 funtów (można także po prostu wydać je w barze). Kawałek idziemy szosą, by po przekroczeniu Lawers Burn skręcić w lewo, do wąwozu wyrzeźbionego przez potok. Ścieżka najpierw prowadzi zboczem wąwozu, by wyprowadzić na łagodne stoki Meall Greigh. Na tym etapie była już pod śniegiem, więc na pierwszego munrosa wchodziliśmy po prostu tak jak było nam wygodnie.
Meall Greigh z parkingu:

Ben Lawers, An Stuc i Meall Garbh zdjęte z tego pierwszego podejścia:

Loch Tay:

Bałam się że ze względu na duże przewyższenie do pokonania to będzie orka na ugorze, ale zbocze było tak łagodne że wchodziło się lekko. Meall Greigh, najniższy z trójki, jest połogi i niezbyt charakterny ale w śniegu przezentował się cudnie. Wszystko prezentowało się genialnie, a najbardziej północno-wschodnie zbocze An Stuca:

W lecie bywa jakoby problematyczne ponieważ jest, przy sporej stromiźnie, mocno zerodowane. Mieliśmy nadzieję że śnieg będzie tam związany i bez lodu, i ogólnie raczej ułatwi niż utrudni.
Widok z Meall Greigh na resztę trasy:

Zejście z pierwszego munrosa było fantastyczną zabawą, jako że zbiegaliśmy po gigantycznym, niemal dziewiczym (bardzo niewiele śladów) polu śnieżnym – niesamowita sprawa po raczej słabej zimie, nie spodziewaliśmy się że końcówka sezonu tak pozytywnie zaskoczy. Znów, schodzi i podchodzi się łagodnie, a oba szczyty dzielą dwa kilometry.


Wchodziliśmy wzdłuż płotu, który wyglądał jak flotylla obcej cywilizacji.

Z wierzchołka Meall Garbh widoki były takie, że poczuliśmy się w końcu jak w górach. Mamlorn, Glencoe, Ben Nevis, masyw Cruachana, Ben Lui, wzgórza koło Bridge of Orchy, reszta grupy Lawersa, Shiechallion z satelitami…
Poniżej Stuchd an Lochain a za nim początek Glencoe. Wydają się być bardzo blisko siebie, ale to skutek zoomu, w rzeczywistości dzieli je kawał Rannoch Moor.

An Stuc faktycznie w pierwszej chwili nieco mnie zaniepokoił. Raz że faktycznie skubaniec wyglądał na mega stromy, dwa – był calutki pokryty śniegiem. Ten drugi fakt oczywiście rzucał się w oczy już z pierwszego podejścia ale teraz jakoś nabrał znaczenia. Wszystko bowiem zależało właśnie od śniegu.

Im bardziej się obniżaliśmy, tym lepiej jednakowoż to wyglądało:

Opracowaliśmy wstępny plan którędy najlepiej lawirować po śnieżnych pólkach, i zeszliśmy na przełęcz.

Faktycznie cholernik był stromy, że bez raków nie podchodź!
Te 165 metrów przewyższenia było najbardziej męczącym kawałkiem trasy. Ale śnieg był rewelacyjny, szło się jak po drabinie, wszystkie skałki przykryte i jedyne o czym trzeba było pamiętać to ostrożność we wbijaniu raków, żeby się nie sturlać. U zarania kopuły szczytowej nie mogłam się nadziwić, że to już – ponieważ nie trawersowaliśmy a parliśmy prosto w górę, wysokość zyskiwaliśmy momentalnie.


Na sto-piątym munro:

Na przełęcz pomiędzy Stucem a Lawersem, który prezentuje się stąd gigantycznie, schodzi się dość łagodnie.

Zbocze którym obniżaliśmy się do całkowicie zasypanego Lochan nan Cat jest już sporo stromsze, ale spuściliśmy jedynie jedną tyci-mini lawinkę 🙂

Czekał nas jeszcze długi powrót podnóżami wszystkich trzech munrosów, z koniecznością przekraczania kilku mniejszych wąwozów. Trochę nas wymęczył, zwłaszcza że tu na dole słońce mocno rozmiękczyło śnieg. Jednakowoż doszliśmy i zapłaciliśmy za parking konsumując po pincie ale’a.
Była to jedna z naszych fajniejszych zimowych wycieczek, oczywiście w dużej mierze ze względu na pogodę i warunki, ale sama trasa też jest bardzo ładna. Zrobiliśmy ok. 16km, acz zmęczyłam się niewspółmiernie do odległości, pewnie dlatego że jednak trzy munrosy to nie to samo co analogicznie długa tura na jeden plus marsz doliną. Uważam że sezon zimowy, dość mizerny w tym roku, został zamknięty z klasą.
Mapka ASAP.
Beinn Dubhchraig i Ben Oss
Nr 101, Beinn Dubhchraig; nr 102, Ben Oss
Wymowa: ben dubhkreig; ben os
Znaczenie nazwy: hill of the black crag; hill of the loch-outlet (za MunroMagic)
Wysokość: 978m n.p.m.; 1029m n.p.m.
Pozycja na liście munrosów: 175.; 101.
Data wejścia: 23.02.13
Po raz kolejny wybraliśmy się w niedalekie okolice, tym razem zaliczyć dwoje sąsiadów jednej z najpiękniejszych gór w rejonie, Ben Lui. Beinn Dubhchraig i Ben Oss o wiele rzadziej pojawiają się na zdjęciach w kalendarzach i przewodnikach, ale przyszedł czas i na nie i już na wstępie mogę zdradzić, że są to góry warte odwiedzenia!
Start z parkingu w Dalrigh, tuż przed Tyndrum, tego samego z którego idzie się na Ben Lui. Na sąsiadów należy skręcić w lewo (patrz mapka).
Warunki pogodowe były smętne i pocieszaliśmy się tylko prognoza niezawodnego BBC Weather, mówiącą że po 12 się przetrze i będzie lampa. Nie zanosiło się na to jednak w najmniejszym stopniu i nadzieje mieliśmy, ale bardzo średnią.
Jeśli podobnie jak ja nie lubicie tego typu mostków, polecam moja opcje – odbicie w lewo (tj. tak żeby rzekę mieć po prawej) – jeśli akurat nie było jakichś większych opadów, po ok. 100 – 150 metrach będzie bród. Za rzeką należy kontynuować ścieżką biegnącą jej prawym brzegiem (jest i druga, którą poszliśmy i doszliśmy, ale nieco dłuższa).

Potem czeka nas marsz bardzo ładnym sosnowym lasem, który wygląda jak przeniesiony z Cairngormsów.

Kiedy wyszliśmy ponad granicę lasu, faktycznie pogoda zaczęła się jakby poprawiać. Na entuzjazm było jeszcze za wcześnie, ale z tą świadomością szlo się zdecydowanie lepiej.

Marsz stopniowo stromiejącymi, lecz wciąż połogimi zboczami wyprowadza na niewielką równię pod szczytem Beinn Dhubchraig. Stamtąd po raz pierwszy odsłania się Ben Lui, na którym przechodziliśmy piękną trasę "The Gaothach Circuit" >>LINK<<:

Stojąc na tej równi mieliśmy dylemat. Wyglądało na to, że na Ben Ossa jeszcze sporo podchodzenia, bo przełęcz pomiędzy munrosami wyglądała na głęboką. Wiec zastanawialiśmy się – czy na razie pominąć szczyt Beinn Dubhchraiga i uderzać na Ben Ossa póki mamy jeszcze energię, a szczyt zaliczyć wracając, ze świadomością ze to ostatni wysiłek wiec nie ma opcji żeby zrezygnować? A może jednak pominąć tym razem Ben Ossa w ogóle? Nie jesteśmy szybcy, dni wciąż jeszcze nie są bardzo długie, ja na drugi dzień do pracy. W końcu zdecydowaliśmy że jednak zaliczamy wierzchołek pierwszego munro żeby na 100% mieć jednego zrobionego, i potem decydujemy co dalej.
Z równi na szczyt jest kawałek stromszego podejścia, ale już niedługi. To co wydaje się wierzchołkiem w rzeczywistości jest początkiem grani szczytowej.
Pogoda poprawiała się przez cały czas i kiedy osiągnęliśmy najwyższy punkt Beinn Dubhchraiga była już przepiękna:
Największe wrażenie robił widok na Loch Lomond i Alpy Arrocharskie:

Po ponownym zejściu na równię zdecydowaliśmy że kontynuujemy na Ben Ossa. Na tle błękitnego nieba po prostu zapraszał:

Zejście na przełęcz jest strome i starałam się nie myśleć o tym, że będę się jeszcze musiała na nią wspinać w drodze powrotnej…
Na Ben Ossa też miejscami było dość męcząco – ukryta pod śniegiem ścieżka zapewne prowadzi zygzakami, my jednak szliśmy jak najprościej (po raz pierwszy tej zimy raki naprawdę się przydały!).


Na Ben Lui natomiast miała miejsce akcja ratunkowa. Wyglądało to tak, że ktoś wysypał się do głównego kotła, który jest popularnym celem zimowej wspinaczki. Albo wspinał się i coś poszło nie tak, albo powtórzył wyczyn naszego kolegi (ponownie, >>LINK<< do wycieczki) i zjechał do kotła – w tym drugim przypadku finał byłby raczej smutny:

Lubię to zdjęcie, pięknie oddaje ogrom góry:

Helikopter najpierw siedział na grani, potem zaczął krążyć:


Na wierzchołku Ben Lui też obserwowano, co się dzieje:

Helikopter zawisł nad kotłem i ratownicy wciągali poszkodowanego na pokład:

Zakładam, że nic poważniejszego się nie stało bo raczej byłoby o tym coś w prasie – o wypadkach górskich tej zimy pisało się sporo.
My zaś cisnęliśmy. Było ciepło, bezwietrznie, idealny śnieg – wchodziło się wspaniale. Stanowczo zrobilibyśmy duży błąd rezygnując z drugiego munrosa.


Na wierzchołku nie zabawiliśmy długo, ponieważ czekał nas powrót tą samą trasą (z pominięciem wierzchołka Beinn Dubhchraiga) – czyli tak naprawdę byliśmy dopiero w połowie drogi.

Podchodzenie z przełęczy na równię faktycznie dało nam w kość. Z Ben Ossa można co prawda zejść do Glen Cononish ale żaden z naszych przewodników nie poleca tej opcji. Wracając przez Beinn Dubhchraiga mimo wszystko jest dużo krócej.
Widok z równi na to, co wydaje się być wierzchołkiem (w rzeczywistości do wierzchołka jeszcze drugie tyle):

Męczący powrót osładzały widoki, poniżej ten wyższy to Beinn Dorain:

Do samochodu doszliśmy kiedy jeszcze było jasno, ale dosłownie w ostatniej chwili.
Wycieczka zakończyła się sukcesem, nie ulegliśmy pokusie odpuszczenia sobie i zrealizowaliśmy plan. Było rewelacyjnie, trasa mimo łatwości zdecydowanie nie należała do nudnych, ogólnie – dawno się tak dobrze nie bawiłam w górach!
The Cairnwell, Carn a’Gheoidh i Carn Aosda
Nr 98, The Cairnwell; nr 99, Carn a’Gheoidh; nr 100, Carn Aosda
Wymowa: kern-uel; karn a kui; karn usta
Znaczenie nazwy: peak of bags; cairn like peak of the goose; ancient peak (za MunroMagic)
Wysokość: 933m n.p.m.; 975m n.p.m.; 917m n.p.m.
Pozycja na liście munrosów: 245.; 180.; 278.
Data wejścia: 2.02.13













Stob a’Choire Odhair
Nr 97, Stob a’Choire Odhair
Wymowa: stob a kori uar
Znaczenie nazwy: peak of the dappled corrie (za MunroMagic)
Wysokość: 945m n.p.m.
Pozycja na liście munrosów: 226.
Data wejścia: 12.01.13
Stob a’Choire Odhair większość baggerów zalicza z sąsiednim, wyższym i ciekawszym Stob Ghabhar, ale na tym już byliśmy. Polecam zajrzeć do linku >>LINK< bo daje pojęcie jakie stamtąd są ładne widoki. Tym razem nie mieliśmy szczęścia.
W Bridge of Orchy należy skręcić koło hotelu. Do parkingu jedzie się parę minut. Przekraczamy most Wiktorii i kierujemy się w lewo, by po dwóch kilometrach osiągnąć początek dolinki pomiędzy Stob Ghabhar i Stob a’Choire Odhair.
Lokalne jelenie są wyluzowane na maksa, wcale się nie boją:

Jak widać warunki były niezimowe, śnieg tylko na szczytach, poza tym wyglądało to raczej na listopad niż styczeń. Aż trudno uwierzyć że tydzień później lawina zabiła pod niedalekim Bideanem cztery osoby.

Na ramieniu powyżej widać zygzaki ścieżki. Widoczna część stanowi nieco więcej niż połowę drogi. Ludzi nawet trochę szło ale o wiele mniej niż poprzednio na Ben Challuma, zapewne z powodu smętnej pogody. Chociaż były i plusy: zero wiatru i dość wysoka temperatura, nawet para nie leciała z ust.
Wszystko poniżej to masyw Stob Ghabhar, ścieżka leci dalej na przełęcz pomiędzy munrosami z której mieliśmy schodzić:

Rzut oka za siebie i w zasadzie jedyne widoki jakie mieliśmy (najpierw resztę otoczenia zasłaniało drugie ramię naszej góry i Stob Ghabhar, a kiedy wyszliśmy wysoko i teoretycznie powinno być widać Rannoch Moor przylazła chmura):

Warunków śniegowych nie skomentuję, bo w obliczu niedawnej tragedii nie wypada.
Na szczyt wchodzi się bezproblemowo, stromizn większych od tej strony nie ma… Ta góra jest potencjalnie ekstra ze względu na widoki, a my niestety przeszliśmy się jedynie kondycyjnie.
Przełęcz jest głęboka a Stob Ghabhar potężnie nad nią góruje. W sumie to niewiele widziałam podobnych przewyższeń pomiędzy sąsiadującymi munrosami.
Z przełęczy w dolinkę schodzi się migiem, a dalej już powtarzamy poranną drogę.
I tyle, munro – wycieczka bez fajerwerków. Z drugiej strony, jak by nie patrzeć coś jednak zrobiliśmy. Na chwilę obecną zagrożenie lawinowe jest tak duże, że plany na sobotę stoją pod znakiem zapytania.
Na deser kolejny bezstresowy jeleń:
Trasa liczy 14 kilometrów:

Ben Challum
Nr 96, Ben Challum
Wymowa: ben kalum
Znaczenie nazwy: Malcolm’s hill (za MunroMagic)
Wysokość: 1025m n.p.m.
Pozycja na liście munrosów: 161.
Data wejścia: 01.12.12
Ben Challum leży w tym samym rejonie co cele naszych kilku poprzednich wycieczek. Dzień jest tak krótki, że ograniczamy się po prostu do tego, co najbliżej domu, czyli okolic Crianlarich – Tyndrum – Killin. Jest tu jeszcze multum munrosów, w większości niespecjalnie charakternych, za to bardzo widokowych. Który to opis zresztą pasuje jak najbardziej do Ben Challuma.
Góra wznosi się dokładnie nad Tyndrum (to to zbocze nad parkingiem koło Green Welly Stopu), ale z szosy prezentuje się jako niski nieciekawy wał, co wynika z tego że wyższe partie są cofnięte i tylko na odcinku tuż za Crianlarich przez jakiś czas ukazuje się przedwierzchołek.
Ok. 2 mili przed Tyndrum jest niewielki parking. Należy się z niego cofnąć kilkadziesiąt metrów i skręcić w lewo ładną drogą. Można nią też kawałek przejechać i zaparkować za mostem, wiele nie zaoszczędzimy ale zawsze coś.
Droga przecina zabudowania farmy, potem tory kolejowe, a potem, gdy teren zaczyna się bardziej podnosić, skręca mocno w lewo. Innej nie widać, ale teraz już wiem, że powinniśmy skierować się raczej w prawo, tak jak najwygodniej prowadzi teren, by wyjść na ramię góry. Prosto też można ale i tak w końcu trzeba będzie w to prawo odbić. Cały myk polega na tym że bardzo długo nie widać szczytu więc nie ma punktu odniesienia na który się kierujemy. Spróbuję dobrze oddać na mapce to, czego być może nie umiem jasno wytłumaczyć ;P
Widoki rozwalają. Nam jeszcze trafił się przepiękny poranek.
Ponad Glen Cononish, Ben Lui i korbet Beinn Chuirn:

Kiedy w końcu ukazuje się wierzchołek (zaraz zresztą zniknie), wygląda to tak (wierzchołek to ten dalszy):

Jak widać, ostrych podejść brak. Wkurza tylko monotonia początkowych partii drogi i to że przez dłuższy czas prawie nie zyskuje się wysokości.

Ben More oraz cel naszej poprzedniej wycieczki, Stob Binnein:

A tam w tle to chyba Cruachan:

Poniżej w centrum za to niewątpliwie widnieje Beinn Dorain. Zawsze miałam do tej góry słabość – nasz pierwszy munro!! – ale już zupełnie ją kocham odkąd na szczycie Stuchd an Lochain utarłam nosa wymądrzającemu się tubylcowi, który próbował się popisać swą wątpliwą znajomością topografii ale pechowo trafił (tu wstawić mój złowrogi chichot).

Gościa w króciaczkach komentować nie ma co, muszę jedynie pamiętać żeby pokazać go naszemu Kubie. Kuba kocha krótkie spodnie i nawet jesiennego, zimnego i deszczowego Scafell Pike’a zdobywał w swoim czasie w stup-nie-tutach ze skinotexu. Ciekawa jestem, czy po obejrzeniu przez niego tych zdjęć usłyszę "Challenge accepted!" czy jedna uzna wyższość tego anonimowego wędrowca.

Po pierwszym nieco ostrzejszym podejściu osiągamy przedwierzchołek. Nareszcie widać gdzie dokładnie idziemy. Oba wierzchołki są prawie tej samej wysokości, rozdzielone płytką przełęczą:

Ze szczytu odsłania się widok na Glen Lochay:

Było masakrycznie zimno. Na wierzchołku zostaliśmy przez jakiś kwadrans, bo jednak nie dało rady tak od razu zejść, było za ładnie. Ludu pełno. Nic dziwnego – sobota, piękna pogoda, krótki i łatwy cel, blisko do Tyndrum gdzie można coś wszamać po wycieczce (jako i my uczyniliśmy).
Przedwierzchołek z głównego:


I na szczycie naszego 96. munro:

Powrót tą samą drogą.
Na Challuma podobno fajna jest trasa od zada strony, przez Glen Lochay, ale że dłuższa, woleliśmy pójść po najmniejszej linii oporu. Wycieczka faktycznie idealna na tę porę roku. Góra niby niepozorna, ale w śniegu – piękna. Ogólnie miodzio. Nawet zakwasy miałam raczej symboliczne ;D
Mapka będzie ASAP.
Beinn Sgulaird (porażka)
Beinn Sgulaird jest ładną górą niedaleko Oban, zaliczaną jeszcze do Glen Etive. Jest zatem położony "na tyłach" Glencoe; od Sgor na h-Ulaidh, "the Lost Munro of Glencoe" >>LINK<< dzieli go bodaj jeden munros. Beinn Sgulaird jest długi, jego szeroka grań szczytowa liczy sobie ponad trzy kilometry i słynie jako niezwykle widokowa. Wydawało się że będzie to pod każdym względem dobry cel na otworzenie ostatniej dwudziestki munrosów – ostatniej w pierwszej setce, rzecz jasna.

Rozpoczęliśmy z miejsca zwanego Elleric. Z dołu Beinn Sgulaird nie prezentował się jakoś bardzo spektakularnie, zresztą nie jest zbyt wysoki (zaledwie 937m n.p.m.). Mapka u McNeisha jest mało precyzyjna, postanowiliśmy więc iść tak jak prowadzi nas ukształtowanie terenu. Okrążyliśmy zabudowania farmy i weszliśmy kawałek w dolinę Ure pod północnymi zboczami munrosa, by tam zdecydować w którym momencie zacząć wbijać się w górę.
Zdecydowaliśmy się wchodzić łagodnie wznoszącym się garbem, którego lewe obramienie stanowił głęboki wąwóz, zaś charakterystycznym punktem było dziwaczne drzewo, wznoszące się tuż nad jego zboczem. Ponad drzewem teren na moment się wypłaszczał by znowu lekko spiętrzyć, i powyżej spiętrzenia zaczął się już śnieg.
Do szczytu było jeszcze bardzo daleko.
Coraz bardziej białym zboczem dość żmudnie wbijaliśmy się wyżej i wyżej, myśląc (ja na pewno) że to już do końca będzie taki dość uciążliwy, monotonny marsz.
Tymczasem zaczęło się robić coraz bardziej stromo, coraz więcej skałek trzeba było omijać. Nie pomagał fakt, że z powodu zerowej temperatury śnieg był mokry i obsuwał się odsłaniając śliskie kamulce, równie śliskie trawki i lód.
Kiedy w końcu osiągnęliśmy partię zbocza jeszcze bardziej stromą, ale za to z całkiem związanym śniegiem, na którym raki miały już zastosowanie, Daniel wyrwał do przodu na rekonesans, jak daleko jest do wierzchołka. Ponieważ grzebaliśmy się (a zwłaszcza ja) niemiłosiernie, było już po drugiej po południu. Chłopaki uznali, że jeśli na szczyt będzie za daleko odpuścimy sobie dalsze wchodzenie, żeby nie walczyć w takich warunkach po ciemku.
Mieliśmy na Daniela poczekać, ale po chwili znudziło nam się i ruszyliśmy za nim. Ja i Mariusz już w rakach, Ernest bez, momentami więc nie było mu łatwo jedynie z pomocą czekana i Mariusz trzymał się blisko, gotów zaasekurować jakby co.
Kiedy znowu spotkaliśmy się z Danielem pokazał nam filmik nakręcony z miejsca, skąd było wreszcie widać szczyt. Odcinek końcowy miał już być całkiem łagodny, niemniej był to jeszcze spory kawałek, do przejścia tam i z powrotem gdyby było południe, a nie grubo po drugiej. Niestety pozostało jedynie zawrócić.
Nie bardzo mieliśmy ochotę schodzić po własnych śladach, postanowiliśmy znaleźć przyjemniejsze zejście. I tak oto Mariusz wpuścił nas w żleb 😀
Najtrudniej mi było przejść ze zbocza do dna żlebu. Śnieg osuwający się ze skał nie dawał rakom żadnego oparcia (a jedna osoba i tak raków nie miała). W żlebie to samo, tak że jedynym rozsądnym sposobem były kontrolowane, kilkumetrowe dupozjazdy. Podarłam na tę okoliczność moje nowe przeciwdeszczowe spodnie. Wszystkie moje przeciwdeszczowe spodnie bardzo szybko zyskują dziury na dupie
Żlebem nie bardzo nam się uśmiechało na sam dół, kawałek ogarnęliśmy zboczami, ale wszędzie była ta sama wujnia z coraz bardziej, im niżej, miękkim śniegiem. Raz pojechałam zupełnie bez kontroli, i Mariusz mnie złapał, gdyby nie to w rakach połamałabym nogi – z drugiej strony na tym etapie jeszcze sporo ułatwiały, ze względu na lód. No za gładko to schodzenie nie szło i dolną granicę śniegu osiągnęliśmy, kiedy już szarzało – dopiero wtedy odważyliśmy się zrobić postój.
Tu teren zabawy, początek żlebu widać u góry:
Kiedy zeszliśmy w dolinę, było już zupełnie ciemno.
Byłam zła, bo nie zaliczyliśmy munrosa i trzeba będzie wracać i poprawić. Z drugiej strony, było dużo bardziej emocjonująco niż ktokolwiek z naszej czwórki się spodziewał. Dlatego wycieczkę zaliczam mimo wszystko do udanych.
Co do mapki i detali topograficznych, na razie sobie daruję, bo "po Bożemu" raczej wejdziemy nieco innym wariantem.
Zdjęcia: >>LINK<<
Meall Ghaordaidh
Nr 80, Meall Ghaordaidh
Wymowa: nie ma bata, ja to słyszę jako "mil cior(h)dy"
Znaczenie nazwy: hill of the shoulder
Wysokość: 1039m n.p.m.
Pozycja na liście munrosów: 93.
Data wejścia: 14.01.12
Nasz pierwszy munro nowego roku okazał się zarazem okrągłym osiemdziesiątym! Postanowiliśmy że ten rok będzie o wiele aktywniejszy od marnego poprzedniego. Oczywiście tłumaczy nas fakt, że przez 6 miesięcy byliśmy bez samochodu, co było bardzo niefajnym doświadczeniem. Teraz chcemy ostro ponadrabiać zaległości i odbudować kondycję, zaczynając od krótkich tras i skupiając się na tym na co tak często szkoda nam było czasu, czyli munro-baggingu.
Na Meall Ghaordaidh idzie się z Glen Lochay. W Killin należy skręcić na północ (patrz mapka), droga będzie się rozpoczynała przy niewielkim parkingu.
Pogoda była strasznie rozczarowująca, tym bardziej iż poprzedni dzień był idealny na góry i bardzo się na nie napaliliśmy. Jednak byliśmy zdeterminowani żeby cel osiągnąć, skoro nie dla widoków to dla konsekwencji w realizowaniu planu.
Po długiej przerwie szło się nam z początku koszmarnie! Droga co prawda wznosiła się bardzo łagodnie. Widoki niestety były nieszczególne, wyższe partie wzgórz niknęły we mgle. Liczyliśmy na ładny widok na leżący vis a vis piękny masyw Tarmachana >>LINK<<, ale nie było szans. Wszystko wyglądało bardziej listopadowo niż styczniowo.

Smętną sytuację śnieżną widać tu:

Droga z dolinki skręca na miejscami połogie, miejscami ciut stromsze zbocze, i tym zboczem wędrujemy do samego końca.
Czaszkę chciałam zachować, ale że mimo wszystko przy bliższym oglądzie była trochę nieapetyczna, więc darowaliśmy sobie.

Dość szybko zaczęła nas ogarniać mgła – i było po widokach. Niestety, już do końca wycieczki. Smętne bo smętne, zawsze jakieś były, ale machnęliśmy ręką w myśl hasła "Nie jesteśmy tu dla przyjemności!".
Im wyżej tym więcej było lodu. Z jednej strony trzymał w ryzach bagniste podłoże, na którym w innych warunkach uświnilibyśmy się nieludzko. Z drugiej, jednak dość mocno spowalniał. Z tej przyczyny, droga na szczyt zajęła nam czas nieco dłuższy niż można by się spodziewać po rozległości tego odcinka.
Mariusz twierdzi że w mym nowym buffie wyglądam jak teletubiś, więc z braku panoramy szczytowej pozowałam w adekwatnych aranżacjach.
Podkład muzyczny: >>LINK<<

Powrót nastąpił dokładnie tą samą drogą. Za nami podchodziło trochę ludzi – ewidentnie munro-baggerów, bo nikt inny nie ładował by się w tak słabą pogodę na raczej mało znaną i średnio efektowną górę.
Plan został zrealizowany – ruszyliśmy się wreszcie, zaliczyliśmy munrosa, spaliliśmy kalorie. Uważam to za pozytywny początek roku nawet pomimo nieszczególnych wrażeń estetycznych (pomijając oczywiście uroczego teletubisia).
Mapka w przygotowaniu 🙂













































































