Ben Nevis przez The Tower Ridge

Dziś mała zmiana przy klawiaturze wynikająca z faktu, że tę trasę Vespa ominęła. Poszła drogą, która opisywaliśmy już wcześniej na blogu w tej notce: >>LINK<<.  Charakter naszego następnego przedsięwzięcia wymagał absolutnej pewności siebie w kontakcie z ekspozycją lub lotnej asekuracji. Po wspólnej naradzie uznaliśmy, że nie mam jeszcze wystarczającej wiedzy, ani sprzętu by zapewnić bezpieczeństwo komuś, ale sam dam radę przejść tę trasę bez. Decyzja ta była poparta godzinami poszukiwań w necie i książkach, w wyniku których zebrałem informacje na temat tej drogi. Rozwój naszych wcześniejszych wycieczek scramblingowych utwierdził mnie zaś w przekonaniu, że podołam trudnościom tej. Decyzja zapadła, dostałem zielone światło na samotną wycieczkę przez grań. Spotkanie zaś wyznaczyliśmy na szczycie Ben Nevisa. Nie ukrywam, że oboje, choć pewnie z innych powodów, mieliśmy duszę na ramieniu gdy stanęło do jej realizacji.

Droga początkowa pokrywała się z naszym startem sprzed prawie dwóch lat. Po noclegu na polu namiotowym i szybkim dotarciu do rozwidlenia szlaków zeszliśmy z Pony Track obchodząc ramię zachodniego zbocza Ben Nevisa. Wkrótce ukazała się prawdziwa, ta najtrudniejsza twarz tej góry:


Stąd ścieżka wiedzie w głąb kotła jakie tworzą zbocza Carn Mor Dearg połączonego granią z samym Ben Nevisem. W jego głębi znajduje się chata ratowników górskich, która wyznacza charakterystyczny punkt orientacyjny. Stąd też rozpoczęła się moja samotna wędrówka, Vespa powtórzyła poprzednią drogę, tym jednak razem dodając szczyt niezdobytego uprzednio przez błąd w nawigacji we mgle Carn Mor Dearga, tak więc munros numer 41 został zaliczony.

Północne ściany jednego z kotłów Ben Nevisa:

Sama zaś grań Tower Ridge wygląda z tego miejsca tak:

Jej pierwsza, trójkątna piramida skalna nosi nazwę The Douglas Boulder, jest celem wspinaczkowym i podobno nie do pokonania bez sprzętu. Oferuje wiele dróg o różnym stopniu trudności, ale jako cel scramblingowy nie figuruje w opisach drogi przez Tower Ridge. Przewodniki zalecają jej obejście w kierunku wschodnim łatwą drogą po skałach i odnalezienie żlebu (kominka) jaki prowadzi na małą przełączkę u jej końca. Jest on łatwy do rozpoznania, gdyż wyznacza jedyną rozsądną drogę w górę w tym miejscu, przy czym dość upierdliwy we wchodzeniu – kruszyzna i mokro. Z przełączki na grań wiedzie kominek, w którym spotkałem wspinaczy:

Fragment ten jest stosunkowo stromy, ale oferuje znakomite chwyty i stopnie. Nie powinien stanowić problemu dla kogoś obytego ze skałą. I tu chwila offtopiku: jeśli Vespie zachce się zdefiniować scrambling na użytek naszego bloga to pewnie to zrobi, ja ostrzegam jedynie przed trudnością trasy – The Tower Ridge to scramblingowa 5. Drogi scramblingowe opisane przez innych charakteryzują się tym, że w teorii można przejść je bez asekuracji, choć dla wielu osób jest ona przydatna, z mojego subiektywnego doświadczenia wszystko od trójki w górę niesie za sobą ryzyko, a to ze względu na ekspozycję, długość lub trudne elementy w trasie, których nie da się ominąć. Ta droga oferuje wszystkie te podpunkty. Dodać należy jeszcze, że wycena drogi scramblingowej dotyczy warunków letnich przy suchej skale. Każde odstępstwo pogodowe może zmienić charakter trasy w poważne alpinistyczne przedsięwzięcie.

Kominek szybko winduje nas na grań właściwą, która w tym miejscu jest szeroka, świetnie urzeźbiona, a to co fajne widać dopiero przed nami, choć w moim wypadku widoki odsłaniały się i chowały w chmurach.



Pierwszy, widoczny na tym zdjęciu boulder nie stanowi istotnego problemu – jest świetnie wyrzeźbiony, a do tego omijalny trawersem w prawo. Nie wiem jak wygląda jego obejście gdyż poszedłem granią. Jest tu jedynie jedno trickowe miejsce: przed samym końcem ściany trzeba przejść zgiętym pod nawisem skalnym, mając za plecami nieco powietrza – są jednak dobre chwyty i podparcie dla stóp. Ktoś kto boi się ekspozycji i tak tutaj nie dotrze. Po chwili stoimy na wypłaszczeniu, a przed nami jest The Little Tower – kolejna trudniejsza część trasy.

Tu zmieniłem parę towarzyszy na szybszych.

Ci poruszali się tak jak ja, bez asekuracji, choć sprzęt mieli ze sobą.

Robiąc na przemian zdjęcia i goniąc za nimi przechodziłem kolejne ścianki, wszystkie oferują mnóstwo chwytów i opcji przechodzenia. Raczej bez siłowych ekscesów, czysta przyjemność. W końcu z mgieł wyłania się najpoważniejszy jak się okazało test moich nerwów – The Great Tower.


Zanim jednak osiągniemy jej podnóże, jeszcze kilka boulderków na rozgrzewkę.

Wielkiej Wieży nie da się zaatakować wprost bez użycia sprzętu. Jedyna droga scramblingowa wiedzie u jej stóp w lewo, należy przekroczyć spory głaz i odnaleźć bardzo eksponowaną galeryjkę:

…nad ponad cholera wie jak wysoką przepaścią. Mgły nie pozwoliły na inną skalę oceny.

Jej koniec zamyka kominek przywalony od góry potężnymi głazami, tworząc nyżę skalną. To jedyna logiczna droga dalej:

Walcząc z plecakiem nieco zostałem z tyłu. Stąd też pewnie gdy wydostałem się na skalną półkę powyżej moi szkoccy wspinacze byli już poza początkowymi trudnościami:

a ja zostałem sam nie wiedząc jak poszli. Musiałem improwizować i wmanewrowałem się w dość niemiłą sytuację. Za mną przepaść, wysokie stopnie ze skał i brak dobrych chwytów… Przesuwałem się po nich szukając jakiegoś wyjścia, aż w końcu korzystając z siły ruszyłem do góry klinując nogi w jakimś pęknięciu.

Podejrzewam, że poszedłem zbyt daleko wzdłuż lewej ściany The Great Tower, oni zaś weszli łatwiej parę metrów obok. Na szczęście udało mi się odnaleźć drogę i szybko stanąłem na szczycie, który jest rozległy i można tu odpocząć. Mi nie było jednak to dane – ten fragment trasy stanowił dla Vespy największą trudność w teorii – grań zwęża się tutaj do może metra w paru miejscach, po obu stronach są pionowe ściany z ekspozycją na kilkaset metrów, a trudności dodaje słynna The Tower Gap –


– wyrwa na trzy metry szeroka i cztery głęboka, której przekroczenie wiąże się z pewnym ryzykiem. Trzeba opuścić się tyłem na skalne stopnie trzymając się bloku na krawędzi, zejść niżej, odwrócić i przejść na drugą stronę szczeliny skąd stopnie i chwyty prowadzą na jej przeciwległą krawędź. Wszystko to z potężną przepaścią dookoła. To widok z góry już po przejściu:


To już ostatnia prawdziwa trudność drogi – grań zamyka się w ścianie wspinającej się na plateau szczytu. Droga stąd jest dość łatwa, choć stroma i prowadzi zygzakami w górę, aż do chwili gdy staniemy na krawędzi szczytowej.


Stąd jedynie kilkaset metrów po płaskim i szczyt Ben Nevisa, który i tym razem ginął dla mnie w chmurach. Pod schronem na szczycie czekałem prawie dwie godziny na Vespę, której droga choć nie tak ekscytująca była jednak znacznie dłuższa…


Powrót klasyczną drogą The Pony Track wraz z tysiącem innych turystów. Tu filmik z przekraczania The Tower Gap nakręcony przez kogoś innego: >>LINK<<
Całość zdjęć: >>LINK<<

Cairn Gorm przez Fiacaill Ridge


Nr 40, Cairn Gorm

Wymowa: kern gorm

Znaczenie nazwy:
blue cairn like peak (chyba jasne już jest, czemu przestałam tłumaczyć nazwy?:/)

Wysokość: 1244m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 6.

Data wejścia: 19.06.2009

Po emocjach Liathach postanowiliśmy kompletnie zmienić klimat i wyskoczyć w Cairngormsy. Mariusz poprosił mnie o znalezienie tam jakiegoś scramblingu, żeby trochę urozmaicić sobie trasę, zaproponowałam więc Fiacaill Ridge, o której wyczytałam, że jest krótka i niezbyt trudna (dwójka), co istotne było zwłaszcza dla mnie, bo nie chciałam być na drugi dzień zjechana w pracy.

Po noclegu w namiocie w Glenmore, koło Aviemore, podjechaliśmy pod dolną stację kolejki na Cairn Gorm. Stacja mieści się na ponad 600m wysokości, zatem podchodzenia na szczyt, niezależnie od wybranego szlaku, jest stosunkowo niewiele.

Od stacji wyraźną ścieżką w kierunku mniej więcej południowym, aż po niedługim marszu ukazuje się taki oto kocioł:

Fiacaill Ridge biegnie po lewej, kulminując w niepozornym z tej perspektywy Fiacaill Buttress. Na grań wbijamy wedle uznania – być może jest gdzieś tam ścieżka, my jej w każdym razie nie znaleźliśmy i przyszło drałować po kamiennym rumowisku.
Na ścianach tak charakterystycznych dla tej części Grampianów stromych kotł
ów można nieźle załoić:

Sama grań to początkowo sterta kamieni. Gęstego jest zaledwie 150m.



Podejście widać poniżej. Od prawej leży łatwiejszy teren, którym można ominąć jakiś fragment, jeśli wola. Od lewej jest lufiasto.

Miałam w niektórych momentach niezłego pietra, bo wiatr był taki, że parę razy na serio bałam się, że mnie zepchnie.

Mariusz atakuje Fiacaill Buttress. Ja nie byłam pewna, włazić czy ominąć – kiedy wszedł, krzyknął do mnie, że jest łatwo ale żebym jednak ominęła. Przeszłam bokiem i nie żałuję. Z przyjemnością wrócę i ogarnę ten fragment w ładną pogodę, ale przy silnym wietrze i mżawce, skoro miałam możliwość zrezygnować, skorzystałam.

Końcówka grani:

Cairngorms Plateau kojarzy mi się najbardziej z Karkonoszami. Wysoko wyniesiony płaskowyż, kotły, nawet formacje skalne podobne (o ile pamiętam po mojej jedynej wizycie tamże sześć lat temu). Tylko roślinność inna, same mchy i porosty.

Nasza grań z dystansu:

Kiedy osiągnęliśmy plateau, wszystko zakryła mgła. Nie zmartwiło nas to jednak specjalnie, ponieważ nawigacyjnie trasa jest prosta – wystarczy iść wzdłuż krawędzi kotła, mając ją po lewej stronie, a nie sposób nie wyjść w końcu na Cairn Gorm. Kiedy po jakimś kwadransie energicznego marszu chmury się przerzedziły, włosy stanęły nam na głowie. To był zupełnie inny krajobraz, niż się spodziewaliśmy, po Cairn Gorm ani śladu, przed nami jakiś inny kocioł i inna dolina. Przypomniałam sobie, co nasz przewodnik z Curved Ridge mówił o kluczowej roli nawigacji w Cairngormsach. Zabłądziliśmy właśnie w najklasyczniejszy z możliwych sposób.

Wiadomo było, w która mniej więcej stronę należy wracać. Na szczęście chmury chwilowo sobie poszły. Skierowaliśmy się w kierunku z kt
órego przyszliśmy, biorąc kurs na widoczną w oddali przełęcz. Jeśli z przełęczy widać będzie Aviemore, to jesteśmy uratowani. Okazało się, że wyszliśmy centralnie na kocioł, Fiacaill Ridge mając po lewej. Wcześniej, we mgle, skierowaliśmy się zamiast wzdłuż krawędzi, w głąb płaskowyżu. Nie mam pojęcia jak nam się to udało.

Droga na Cairn Gorm, przypominający wielki stóg siana, z przełęczy była spacerowa:

Po prawej ciemne ściany kotła, w sąsiedztwie którego objawiliśmy się po błądzeniu we mgle:

Jeszcze nie jestem w stanie podpisać okolicznych szczytów, moja znajomość terenu jest póki co mizerna.

Widoków z Cairn Gorma nie będzie, ponieważ ogarnęły nas paskudne chmury które zresztą już się z plateau nie ruszyły – mimo kiepskich warunków i tak trafiliśmy na niezłe okno pogodowe.
Z wierzchołka zbiega ceprostrada, jakiej jeszcze w szkockich g
órach nie widziałam: normalnie brukowana droga, wykopczywkowana, po bokach "poręcze" z odblaskowych linek. Od górnej stacji kolejki zaczyna się droga jezdna – muszą jakoś dowozić zaopatrzenie – ale ponieważ wiedzie nieekonomicznymi długimi trawersami, warto ją skrócić idąc na rympał wzdłuż nartostrady. Klimat zejścia taki trochę gubałówkowy.

Fiacaillowi po ostrzu grani daję *** z plusem, ale dla mnie osobiście główną atrakcją było samo plateau. Żałuję, że nie mogliśmy poeksplorować go dłużej. Pustka, surowość, rozległość – dobrze się czuję w takich miejscach, uspokajają mnie.
A tak nawiasem. Moje obawy co do wiatru nie były przesadzone. W kt
órymś momencie podchodzenia na Cairn Gorm naprawdę zawiało tak, że poleciałam na plecy. Do tej pory zdarzało mi się co najwyżej lekko utracić równowagę – to był pierwszy raz, kiedy w absolutnie dosłownym sensie wiatr mnie przewrócił. Mariusz miał niezły ubaw. Co do mnie, cieszyłam się że nie stało się to na grani.
Fajna, ciekawa, niedługa wycieczka.


Zdjęcia: >>LINK<<

Liathach

Nr 38, Spidean a’Choire Leith i nr 39, Mullach an Rathain

Wymowa: spidżyn a kori lei; muluh an rahan

Znaczenie nazwy:
peak of the grey corrie; summit of the pinnacles

Wysokość: 1055m n.p.m.; 1023m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 75.; 108.

Data wejścia: 14.06.2009

Liathach (czyt. lijah, the grey one, na mój osobisty użytek Szarak) planowaliśmy już od dawna. Dziewięciokilometrowy masyw górski uchodzi – obok Aonach Eagach i An Teallach – za najciekawszą graniówkę szkockiego mainlandu (palmę pierwszeństwa dzierżą Black Cuillin na Skye). Klasyczny trawers Liathach nie zakłada przejścia całej grani, a jedynie odcinka środkowego pozwalającego zaliczyć dwa munrosy i Am Fasarinen Pinnacles. Drugą w miarę popularną, jakkolwiek o wiele mniej niż klasyk opcją, jest atak od północy przez Meall Dearg i Northern Pinnacles. Jest to wariant wciąż scramblingowy, ale trudniejszy i zaleca się na nim asekurację.

Jako że szliśmy drogą tradycyjną, wystartowaliśmy z Glen Torridon. Dolinę tę warto odwiedzić dla niej samej, nawet bez ambicji górskich bo jest przepiękna. Pod przytłaczającymi ścianami Szaraka kuli się hostel SYHA i kemping. Uwaga: pokoje w hostelu nie są koedukacyjne. Pomimo dwu wolnych miejsc w damskiej sypialni, w której niżej podpisana nocowała, panowie musieli się przespać w namiocie, walcząc z midgesami. Nie rozumiem i nie zrozumiem nigdy.

Samochód zostawiliśmy na początku szlaku, woląc podchodzić asfaltem póki i tak trzeba się rozchodzić.
Wbijka na grań Szaraka była łatwa, w nieprzesadnie stromym terenie, ale ze względu na swą długość nieco męcząca. Ponieważ kiedy uskuteczniam za długie notki blox się narowi, ograniczyłam ilość zdjęć oraz opis do samego gęstego. Komplet fotek, a jest na co popatrzeć, tutaj >>LINK<<.

Poniżej Am Fasarinen widziane z szosy:

Po wyjściu na grań widoki na przeciwległą stronę miażdżą (będą dalej). Kierujemy się w lewo – wzniesienie po prawej ma powyżej 914m, ale nie kwalifikuje się do munros. Odcinek początkowy nie jest trudny. Najpierw mamy fragment płaskiej grańki – można iść jej ostrzem, co już odrobinę daje przedsmak tego, co Liathach oferuje, jakkolwiek trudności nie występują – dalsza zaś droga na pierwszego munro (trzecie wzniesienie) wygląda tak:

Za Wojtkiem widoczny jest Stob a’Choire Dhuibh Bhig, który podobnie jak dwa szczyciki przed Spideanem nie załapał się do munros ze względu na MDW niższą niż 500ft.

Widok na kluczowy fragment trasy, grań Am Fasarinen, otwiera się dopiero ze szczytu Spideana. Nie wiem jak na zdjęciu, ale na żywo naprawdę robi wrażenie.

Tu obiecany widok na przeciwległą stronę grani, po prawej podnóże masywu Beinn Eighe, kolejnego ze szkockich klasyków:

Poniżej zaś prześledzić można resztę trasy. Am Fasarinen przechodzą w łagodną grań, kulminującą w Mullachu an Rathain. Czarne poszarpańce z prawej strony wierzchołka to początek – lub koniec, wedle preferecji – Northern Pinnacles:

Moje ulubione zdjęcie:

Mullach, Northern Pinnacles i Meall Dearg:

Tu zaś widać, którędy na Meall Dearg się drapać. Trasa podobno łatwiejsza niż wygląda, scramblingowa czwórka (Am Fasarinen mają dwójkę, pewnie dlatego że trudności można stopniować lub całkiem ominąć).

Am Fasarinen można obejść ścieżką biegnącą nad Glen Torridon, ale ze względu na jej stan nie jest to zalecane. Ponadto, na samych pinaklach też można stopiować trudności. Najłatwiejsze warianty są naprawdę proste. Korzystałam to z nich, to z trudniejszych, chłopaki leźli hardkorami (w mej subiektywnej ocenie rzecz jasna).

Piaskowiec jest pięknie urzeźbiony i daje wiele możliwości. Formacje w rejonie pinakli są takie:

Albo takie:

Wrażliwych może nieco poczesać ekspozycja. Przyznam że mnie mocno zdeprymował koń skalny na samym początku Am Fasarinen. Nie był trudny, ale od północy lufa taka, że spokojnie 100m wolnego lotu. Nie podobało mi się to i weszłam na skurczybyka od drugiej strony. Od południa, od Torridonu, spadło by się najwyżej kawałek: tam też jest lufiasto i to nawet bardziej, ale jednak dopiero te kilkanaście metrów od trasy. Tamtędy zresztą biegnie sobie scieżka – omijanka.
Tak to wygląda w stronę Torridonu:



A tak w stronę Coire na Caime, i tu nie ma żartów, bo ściana opada bezpośrednio z pinakli:

Nie jest trudno, chyba że naprawdę najcięższymi opcjami (jedną taką zaliczył Mariusz, przy oglądaniu tegoż nieco osłupiałam). Jedyne co może powodować dyskomfort to lufa. U mnie trochę powodowała. Nie przeszłam wszystkiego najłatwiej jak się dało ale najtrudniej też nie, z wyjątkiem jednego miejsca, gdzie zresztą przeżyłam chwilę grozy gdy zaklinowała mi się noga, a z prawej taki spad, że hej.

Za Am Fasarinen aż do Mullacha teren jest łatwy, jakkolwiek na prawo opadają imponujące ściany.

Rzut oka na Am Fasarinen od drugiej strony:

Z Mullacha do Torridonu schodzi się najpierw piarżyskiem, potem przyjemniejszą ścieżką. Można złazić ramieniem Mullacha (scramblingowa trójka), ale nawet nie przyszła nam do głowy taka opcja. Co mieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy. Liathach jest imponujące i piękne a okolica rzuca na kolana. Jest to na mojej prywatnej liście jedna z tych wycieczek, które dały mi prawdziwego energetycznego kopa i zapewniły uśmiech na twarzy na kolejne parę dni.
Tu >>LINK<< bardziej emocjonalna relacja. Niestety na blogu muszę się pilnować z ilością tekstu.

Meall nan Tarmachan

Nr 37, Meall nan Tarmachan

Wymowa: mil nan tarma’kan

Znaczenie nazwy: hill of the ptarmigan

Wysokość:
1043m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 90.

Data wejścia: 5.06.2009

Efektowny masyw The Tarmachan Hills góruje nad miasteczkiem Killin, sąsiadując od zachodu z grupą Ben Lawersa. Tylko jeden z czterech głównych wierzchołków ma status munro. Tak masyw Tarmachan prezentuje się z drogi do Killin; od lewej widać kolejno Creag na Caillich, Beinn nan Eachan, najciekawszy Meall Garbh i, skromnie oddalony, Meall nan Tarmachan, z tej perspektywy wyglądający mało munrosowato:

Widok z Killin:

Trasę rozpoczynamy z parkingu koło Visitor Centre. Poniżej tama na Lochan na Lairige Reservoir:

Sympatyczna łagodna ścieżka spacerowo wyprowadza na niewybitny szczycik południowo-wschodni, skąd na przełęcz i na wierzchołek właściwy. Jest tak relaksacyjnie, ponieważ punkt startowy znajduje się na wysokości 400 metrów z hakiem, co pozwala zaoszczędzić mnóstwo energii i czyni wszystkie szlaki w okolicy, w tym będącego przecież na 10. miejscu munro-listy Ben Lawersa, celami wybitnie lajtowymi. Co absolutnie im nie uwłacza, widokowo są genialne.

Patrząc w kierunku wschodnim



Grupa Lawersa: Meall Corranaich, Beinn Ghlas, Ben Lawers

Loch Tay. Dalej Ben Vorlich i Stuc a’Chroin

Grupa Lawersa z Meall nan Tarmachan

Po osiągnięciu szczytu otwierają się zapierające dech widoki na północ. W każdą stronę dzieje się dużo, ale dla mnie osobiście czymś niezwykłym było zobaczyć (a widoczność mieliśmy świetną) z jednej strony daleki zarys edynburskich Pentland Hills, a z drugiej Glencoe, Ben Nevisa i The Mamores. Wzgórza koło Killin leżą jeszcze płytko w Highlandach, ciut głębiej niż Vorlich i Stuc ale to wciąż sąsiedzi, wciąż jest blisko do Lowlands, do Szkocji "cywilizowanej".



Na ostatnim planie The Mamores, Ben Nevis i Aonachs

Tak przy okazji, ten Ben Nevis to jednak jest niewąska kobyła. Mamoresy, całkiem przecież konkretne górki, o tatrzańskich przewyższeniach, wyglądają przy nim jak małe niuńki. Na powyższym zdjęciu dobrze to widać – delikatna koronka szczytów zostaje nagle zdominowana przez wielki byczy grzbiet. Nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy na Benka. Oby przy pięknej pogodzie. Ostatnim razem nic z niego nie widziałam i nie było możliwości żeby poczuć się królem świata. Jakie te wszystkie góry muszą być z niego małe…



Na ostatnim planie Meall a’Bhuiridh, Buachaille Etive Mor, Aonach Eagach

Rejon szczytowy masywu jest bardzo interesujący. Tu skałki, tam stawek, gdzie indziej wypłaszczenie idealne na biwak; przewyższenia pomiędzy kolejnymi wierzchołkami niewielkie, cały czas wygodna ścieżka. Poniżej droga wspina się na Meall Garbh, zaś wzniesienie po prawej to Beinn nan Eachan:



Za efektownym, miniaturowym wierzchołkiem Meall Garbh grań na krótkim odcinku mocno się zwęża. Jest to najpiękniejszy fragment trasy, ponieważ mamy widoki na każdą stronę, nic nam ich nie zasłania, naokoło góry po horyzont. Prawie jak lot w powietrzu.

Ten odcinek jest niestety bardzo krótki, zaraz zaczynamy obniżać się na kolejną przełęcz. Na kilkunastu metrach ścieżkę poprowadzono po stromych skałkach, chyba dla urozmaicenia, bo jest to jedyne takie miejsce na całym zboczu:

Na Beinn Eachan zdecydowaliśmy o niekontynuowaniu wędrówki. Ostatni wierzchołek masywu, Creag na Caillich, jest najniżej położony, niezbyt wybitny a widoki z niego wzbogaciły by się co najwyżej o szczegółowszą panoramę Killin. Postanowiliśmy schodzić po swojemu, trawersując zbocza na rympał. I tu wkracza element nadprzyrodzony. Po przejściu kilkudziesięciu metrów w dół natknęliśmy się na uwięzioną między skałami owcę. Mogliśmy przechodzić 100, 30, 14, ba, nawet 5 metrów od tego miejsca i byśmy jej nie zauważyli (nie wydawała dźwięków). Ale wleźliśmy dosłownie na nią i okazało się to dla niej łaską opatrzności. Owca była w totalnej panice, miała krew na rogach, wyglądało na to że jakiś czas (nie bardzo długi – nie była jeszcze osłabiona) tam tkwi. Nie była w stanie się wycofać, ponieważ musiała by w tym celu unieść tylne nogi na skalny schodek, rzecz z pewnością do wykonania technicznie ale poza możliwościami owczego IQ. Cały czas rzucała się do przodu, co skutkowało jedynie dalszymi otarciami rogów.

Nie było opcji, żeby ją tak zostawić. Kiedy próby wypłoszenia się nie powiodły, Mariusz, ryzykując połamanie palców, wyciągnął opierające się zwierzę za rogi. Co ciekawe kiedy była już w powietrzu, zamarła w bezruchu, totalnie zrezygnowana. Za to kiedy Mariusz ją wypuścił, poleciała jak torpeda. Moja druga połowa musi sobie teraz załatwić wdzianko a’la superbohater z płaszczem i literką S na froncie, jak Sheepman. Sheepman The Highland Hero. Wybawca owiec. Cóż to by była za kreskówka, po prostu to widzę 😀

Jako bonus "King of the Hill", ulubiona zabawa małych owiec. Najlepsze jaja są, jak one się wzajemnie spychają z tych górek. A raz widziałam taką małą głupotę, co wskakiwała na pryzmę piachu, tyłem zeskakiwała i wskakiwała znowu, tak dobrze się bawiła. Po czymś takim człowiek już nigdy nie jest w stanie zjeść jagnięciny.

Trasa jest piękna, łatwa i nieforsowna. Spożywanie wiktuałów na zielonej trawce, z widokami na Ben Nevisa, Mamoresy, Trossachs, centralne i wschodnie Grampiany – bezcenne. Co tu gadać. Polecam.

Trasy zejściowej nie zaznaczam, bo nie wiem jak – była kompletnie freestylowa.
Zdjęcia: >>LINK<<

Garbh Bheinn przez Pinnacle Ridge

  Na Garbh Bheinn już byliśmy ale na tę górę warto wrócić, gdyż jest po prostu fajna. Należy do tej samej rodziny szkockich charakternych "mniejszych braci" co Cobbler, Stac Pollaidh, Suilven czy Sgorr na Diollaid – za małych na munrosy, ale z większym pazurem niż sporo z nich.
Garbh Bheinn jest zbudowany następująco: niebywale długie ramię główne kończące się niższym szczytem, przełęcz, szczyt właściwy. I to z rejonu tego właściwego schodzą najciekawsze warianty, jak bardzo trudna Great Ridge, nasza docelowa Pinnacle Ridge, czy wreszcie to tam znajdują się miejsca gdzie można się powspinać.

   

Poprzednim razem wbiliśmy się od razu na ramię główne (trasa zielona). Teraz uderzyliśmy z boku, pod rejon szczytu podchodząc z boku dolinką (czerwona). Marsz nią zakończył się w momencie gdy odsłoniło się coś takiego:

Po lewej widać wierzchołek Garbh Bheinna, z którego opada Great Ridge, zaś Pinnacle Ridge (na mapce żółta) zaczyna się na boulderze na pierwszym planie, a potem biegnie przez rysujące profil góry dwa zęby.
Już przy forsowaniu bouldera zrobiło się ciekawie. Mianowicie kolega zleciał z ok. 5 metrów (efekt: kontuzja kostki, która na szczęście odezwała się na serio już kiedy kończyliśmy trasę). Aczkolwiek szacun za refleks, bo kiedy tylko zorientował się, że się ześlizguje, zmienił upadek w zeskok, dzięki czemu o ziemię rymnął w sposób w miarę kontrolowany, i skończyło się na kostce a nie wstrząśnieniu mózgu na przykład.
Wypadek ten odebrał mi sporo z pewności siebie i już do końca jej nie odzyskałam, dlatego przez resztę trasy starałam się w miarę możliwości omijać najtrudniejsze warianty, przez kt
óre pomykał Mariusz.

Po osiągnięciu wypłaszczenia ponad boulderem zaczęły się wątpliwości topograficzne. Wiadomo było, że napierać należy na bliższy z zębów, ale którędy? Struktura zboczy wyglądała na jeszcze bardziej wypadkogenną, więc właściwy wybór trasy miał pierwszorzędne znaczenie. W końcu zdecydowaliśmy się wbijać bokiem, po prawej stronie zęba.

Wchodziliśmy dość stromym, poprzerastanym trawnikami zboczem, gdzie warianty można było sobie wybierać wedle gustu. Trawy okazały się najzdradliwsze, bo cholernie śliskie a także z tendencją do obrywania się z kawałami ziemi spod nóg.

Wreszcie osiągnęliśmy grań. Badając topografię okolicy doszłam do wniosków, że
1) Żeby powtórzyć drogę z przewodnika nie powinniśmy wbijać się bokiem, tylko na przełaj;
2) Jednakowoż dla stopnia trudności nie ma to znaczenia bo "na przełaj" wygląda podobnie jak to co przeszliśmy;
3) Wbijając się po naszemu straciliśmy zaledwie kilkanaście metr
ów Pinnacle Ridge (co zresztą nadrobiliśmy cofając się do miejsca, gdzie grań się zaczyna, by popstrykać zdjęcia):

Sama Pinnacle Ridge jest rozczarowująco krótka. Owszem, efektowna i ultrawąska – w paru miejscach można ją przechodzić okrakiem – ale tylko z jednym konkretniejszym miejscem.

To jedyne trudniejsze miejsce to turniczka, na którą wspina się Mariusz. Była omijalna, więc z kolegą poszliśmy bokiem. Mariusz twierdzi, że turniczka nie była hardkorowa i spokojnie dalibyśmy radę. Jednak tak jak napisałam – obojgu nam morale siadło już na początku i mając wybór, woleliśmy skorzystać z nieryzykownego wariantu.

To już końcówka grani. Wierzchołek wspomnianej turniczki to wystająca skałka na drugim planie:

A ponieważ na fotce powyżej plany zlewają się ze sobą i wydaje się, że skałka ta jest tuż za mną…:

Na wypłaszczeniu powyżej tego miejsca grań się skończyła. Stąd w rejon szczytowy można było na mnóstwo sposobów, więc znów zaczęła się wolna amerykanka. Przyznaję, że po raz kolejny byłam bardziej ostrożna niż to niezbędne, rezygnując z kilku wersji które nie były poza zasięgiem moich możliwości technicznych. Taka jest niestety specyfika chodzenia bez szlaków – co z tego, że wiesz, że pokonasz najbliższe parę(naście) metrów, jak nie masz pojęcia co jest wyżej i czy w razie czego zdołasz zejść. Na szlaku znakowanym może być trudno, ale wiadomo że musi on być do przejścia z definicji. W miejscu gdzie dróg nie ma, łatwo się wmanewrować w dupę. Dlatego profilaktycznie wolałam iść tak, jak było mi łatwiej. Mariusz się tym absolutnie nie przejmował i walił na rympał, ale ja już od dawna uważam, że człowiek ten minął się z powołaniem. Gdyby odkrył swoje hobby dwadzieścia lat temu, kto wie na jakim etapie byłby teraz. Ja niestety muszę nad swoim strachem bardzo pracować.

Poniżej Glencoe – Sgurr nam Fiannaidh, grupa Bideana i początek Beinn a’Bheithir:

Loch Linnhe, horyzont rysują wzgórza Glen Etive. Widać m.in. Ben Starava i Ben Cruachana:

Wracaliśmy trasą "zieloną".
Wycieczka bardzo się nam podobała, pomijając oczywiście kontuzję kolegi. Sama Pinnacle Ridge nieco rozczarowuje swoją kr
ótkością, acz jest naprawdę efektowna. Trudności oceniać nie będę, ponieważ na większości trasy można je sobie dowolnie stopniować, a na jedynym fragmencie nieomijalnym, czyli na odcinku gdzie grań jest naprawdę wąska, jest eksponowanie, ale łatwo. Trasa jest niewątpliwie interesująca, a sama góra przypomina centrum wspinaczkowe, tyle daje możliwości i tyle zabawy. Garbh Bheinn niniejszym awansował na drugie moje ulubione miejsce w Highlandzie, zaraz po Glencoe.
Więcej zdjęć: >>LINK<<

Ben Vorlich i Stuc a’Chroin

Nr 35, Ben Vorlich i nr 36, Stuc a’Chroin

Wymowa: ben worlih; stuk a krojn

Znaczenie nazwy: hill of the bay; w zależności od źródła peak of danger/peak of the sheepfold (jak zwykle, WTF?)

Wysokość:
985m n.p.m.; 975m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 165.; 182.

Data wejścia: 22.05.2009

Ben Vorlichy są dwa, ten drugi nad Loch Lomond. Nasz BV kusił nas o tyle, że razem z sąsiadem Stuc a’Chroin stanowią bardzo charakterystyczny element panoramy widzianej z Pasa Centralnego. Jedynie Ben Lomond jest wysunięty bardziej na południe. Ben Vorlich i Stuc a’Chroin to forpoczta Highlandu (administracyjny Highland zaczyna się na północnych stokach Glencoe, ale dla mnie granicą jest Callander), morze szczytów otwiera się dopiero za nimi, one są jeszcze jedną nogą w Lowlands. Vorlicha z kuplem widać nawet z naszej okolicy, tylko trzeba znaleźć odpowiednio wysoki punkt (najdalszym munrosem którego zlokalizowałam z rejonu Livingston jest Ben More).
Jadąc z południa, mijamy Callander i przed miejscowością Lochearnhead skręcamy na mikrą ścieżkę biegnącą wzdłuż południowego brzegu Loch Earn. Ścieżka jest naprawdę mini-mini, z mijankami.

Droga rozpoczyna się nieopodal Ardvorlich House, który jest uwzględniony w atlasach i na mapach, AFAIR są też stosowne drogowskazy, więc ciężko przegapić. Etapem pierwszym będzie marsz przez Glen Vorlich – z jej zarania góra prezentuje się tak:

Do pewnego momentu szlak trawersuje ramię góry, by w końcu się na nie wbić i dalej już w jedynym oczywistym kierunku. Wejście jest szybkie i banalne (nam marsz od wylotu Glen Vorlich na szczyt zajął 2h, a bynajmniej się nam nie spieszyło). Ben Vorlich to bez żadnych wątpliwości jeden z łatwiejszych i mniej forsownych munros w ogóle.

Ostatnie podejście:

Najbardziej liczyłam na widoki na Lowlands, a konkretnie chciałam wypatrzeć Livingston, Edynburg i Pentland Hills. Niestety widoczność na tę stronę nie była najlepsza, chociaż Highlands za naszymi plecami lansowały się bezwstydnie, pozwalając sięgać wzrokiem po początki Glencoe i ośnieżone Cairngormsy. Pierwszy raz człowiek poszedł hillwalkingować nie dla widoku gór, to szkocka pogoda i tak go wydymała. Takie rzeczy, to tylko tu.

Z Vorlicha na Stuca nie jest daleko:

Najpierw obniżamy się na głęboką przełęcz, potem mamy odcinek praktycznie po płaskim, by osiągnąć podnóże stromej formacji – jakby boulderów poprzerastanych trawnikami – tędy po prawej stronie biegnie stroma ścieżka, wyprowadzająca w ekspresowym tempie w rejon szczytu.


Po lewej ledwo widoczny zarys Ochil Hills, za nim jasna plama zatoki Forth, po drugiej stronie której leży Edynburg

Na tym stromszym fragmencie rozpadał się grad i zrobiła się taka ślizgawica, że w tym łatwym przecież terenie uważaliśmy na każdy krok. Przy okazji gdzieś w tym rejonie potwierdziło się Pierwsze Prawo Vespy: jeżeli na ścieżce znajduje się dziura (to prawo, w nieco zmienionej formie, dotyczy też kałuż), opcjonalnie uformowana pod takim kątem że nawet celowo byłoby ciężko włożyć do niej nogę, Vespa wpadnie w nią bez pudła.

Loch Earn, a przyprószone dalekie góry po prawej to już początek Cairngorsmsów:



Grupa Ben Lawersa – Meall Corranaich, Beinn Ghlas i sam Lawers
:

Vorlich ze Stuca:

Beinn Tulaichean, Stob Binnein oraz Ben More; na prawo od tego ostatniego, na ostatnim planie prawdopodobnie zarys Creise:

Trossachs i Arrochar Alps, z widocznymi Ben Lomondem i Cobblerem, kry niestety przy tym rozmiarze zdjęcia jest praktycznie nie do rozpoznania:

Ze Stuca schodziliśmy tą samą drogą do przełęczy, skąd można wydeptaną, wygodną ścieżką strawersować Ben Vorlicha – ścieżka łączy się ze szlakiem dojściowym w Glen Vorlich, tuż przed miejscem gdzie podchodzący zaczynają się wbijać do góry.

Wycieczka na oba munrosy generuje same zalety. Przede wszystkim, bliskość z Pasa Centralnego – z Edynburga niewiele ponad godzinę. Zdecydowanie nie trzeba wstawać o czwartej. Ponadto: łatwość, nieforsowność i ogólny lajt przy jednoczesnej znacznej widowiskowości. Po wrażenia i hardkory jeździ się do Torridonu czy na Skye, a na sympatyczny spacer kondycyjny polecam właśnie Ben Vorlicha z sąsiadem. Mnie osobiście urzekło zestawienie dwóch kompletnie różnych światów – z jednej strony swojskie (ok, słabo widoczne, ale widziałam gdzie patrzeć) rejony, które kojarzą mi się z pracą i życiem codziennym, a w przeciwnym kierunku dalekie zarysy miejsc, które są dla mnie odskocznią i relaksem. Przecież odległość między nimi nie jest duża, skoro można je ogarnąć wzrokiem stając na górze. A jednak to dwa zupełnie różne światy.

Na deser zameczek nad Loch Earn:

Przebieg zielonego trawersu może się minimalnie różnić:

Całość: >>LINK<<

Creag Leacach i Glas Maol


Nr 33, Creag Leacach i nr 34, Glas Maol

Wymowa: kreg lehtah; glasz mul

Znaczenie nazwy: slabby crag; grey-green hill*

Wysokość:
987m n.p.m.; 1068m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 159.; 69.

Data wejścia: 8.05.2009

Poprzednia trasa spodobała nam się na tyle, że tym razem wybraliśmy się o rzut beretem.
Do Glen Shee kierujemy się drogą A93 (my jechaliśmy z południa, przez Perth i Blairgowrie). Jest tam sporo munros
ów, a w północnej części doliny zaczyna się już Cairngorms National Park. Ambitny plan zakładał zrobienie – tak jak poleca przewodnik McNeisha – sześciu munros, co nie jest takim wyzwaniem, jak by się mogło wydawać, bo trasa jest owszem długa, ale już pisałam o specyfice łażenia po płaskowyżach. Niestety pogoda pozwoliła nam zrealizować jedną trzecią planu, to jest Creag Leacach i Glas Maol.
Początek trasy na pierwszym w dolinie parkingu, po prawej stronie, za Spittal of Glenshee. Początkowo droga jest wyraźna. Po przekroczeniu strumienia porzucamy ją i zaczynamy wspinać się dość łagodnym zboczem na grzbiet (dostałam opieprz od Mariusza że zbytnio szafuję słowem "grań", co wzięło mi się od obcowania z lokalną g
órską literaturą, gdzie ridge to i grań sensu stricto, i grzbiet, i żebro), którym na nieodległy szczyt Creag Leacach.

Podchodzenie zboczem:

Droga A93, na zdjęciu na wysokości 670m n.p.m.:

Na pierwszym munro pogodę mieliśmy fatalną, wiało tak, że co chwila wiatr mnie przesuwał i ku uciesze Mariusza zatrzymywałam się każdorazowo na murku nawigacyjnym. Poniżej tenże murek biegnący w kierunku Glas Maol:

Jakkolwiek wiatr nie raczył ustać ani na moment, zmieniał jedynie natężenie, przynajmniej chmury sobie poszły. Widoki były niesamowite. Tundra. Zero drzew, nawet w dolinkach. Zero wiosny, która zaczęła już nieśmiało docierać do West Highlands. O tym, jak taki krajobraz na mnie działa, mogłabym napisać dużo, ale boję się, że popłynę i zacznę – jak mawia moja druga połowa – górnolotnie popierdalać.

Na Glas Maol kawałek się idzie, ale głównie o, po takiej Nizinie Mazowieckiej jak na Driesha:

W tle grzbiet, ktorym się wbijamy i Creag Leacach

Wiatr i dość późna pora były czynnikami które zdecydowały o niekontynuowaniu sześciomunrosówki. Z Glas Maol schodzi się nadzwyczaj wygodną tj. szeroką, bitą ścieżką – ze względu na obecność wyciągu w sezonie jest zapewne bardzo uczęszczana, stąd ta wygoda – z powrotem na szosę, skąd jakieś 2km do samochodu.

Poniżej zbocze wyprowadzające na Creag Leacach:

Pora za późna na kontynuowanie łażenia nie była za późną na zwiedzanie na czterech kołach. Wracaliśmy okrężną drogą, przez Cairngorms National Park. Kilka zdjęć:

A tu te właściwe Cairngormsy, te najwyższe. Drogi jezdne omijają je z dala, i bardzo dobrze.

Piękny rejon, wymarzony (tak wiem wspominałam) do włóczęg z namiotem. Już niedługo…

* pisownia w gaelic pozostaje dla mnie zagadką – w taki sam sposób tłumaczona jest nazwa Beinn Ghlas. O ile zgaduję że beinn i maol oznaczają różne typy gór, zapewne nieprzetłumaczalne (Eskimosi mają jakąś kosmiczną liczbę rodzajów śniegu, to Szkoci mogą mieć rodzaje gór), o tyle czemu raz jest ghlas, a raz glas, nie potrafię ogarnąć. W highlandzkim nazewnictwie takie różnice w pisowni zdarzają się nagminnie i czasem naprawdę żałuję, że nie wiem nic o gaelic.

Mayar i Driesh

Nr 31, Mayar i nr 32, Driesh

Wymowa: miijar; drisz

Znaczenie nazwy: być może od m’aighear, my delight. Albo od magh – a plain. Do mnie najbardziej przemawia wersja z MunroMagic – obscure hill – mayar jest faktycznie ukryty, wycofany; thorn bush – ale czytałam też, że trójkąt

Wysokość:
928m n.p.m.; 947m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 253.; 219

Data wejścia: 2.05.2009

W naszej pierwszej wycieczce na wschód eksplorowaliśmy The Mounth plateau, obszar na południe od najwyższych gór w Szkocji, Cairngormsów.  East Highlands, choć to również Grampiany, różnią się znacznie od sąsiadów z zachodu. Przestrzenie wydają się tu większe, zamiast zaostrzonych wierzchołków mamy rozległe płaskowyże, krajobraz jest tundrowaty. Mc Neish w "The Munros" pisze (o Cairngormsach, ale można to odnieść także do okolicy):
Z powodu swej wysokości i ekspozycji (nie w znaczeniu wspinaczkowym rzecz jasna, nie jestem pewna jak to przetłumaczyć) wzg
órza te mają ze wszystkich brytyjskich gór klimat najbardziej zbliżony do arktycznego, a ukształtowanie terenu, gleby, wegetacja oraz świat bezkręgowców i ptaków wykazują znaczne podobieństwo do arktycznej części Kanady, Islandii czy Grenlandii, o wiele większe niż do południowoeuropejskich pasm górskich – Alp, Pirenejów czy Kaukazu.

Trudności na tym obszarze trzeba sobie wyszukiwać, ale owszem, są. Przy czym te opiszę dopiero, jak poeksploruję.

Mayar z Drieshem leżą we wschodniej części płaskowyżu Mounth, na południowym skraju East Highlands. Tym razem wyruszaliśmy z Dundee, z którego jedzie się ok. półtorej godziny.

Z Dundee kierujemy się (najpierw A90, potem A928) na Kirriemuir, i dalej do Glen Clova. Samoch
ód zostawiamy na parkingu w Glen Doll, skąd spacerowa droga w ciągu 30 min. wprowadza nas do klimatycznego Corrie Fee.

"Tatrzańskim" chodniczkiem okrążamy kocioł od lewej, by wzdłuż strumienia zacząć się wspinać na Mayara.

Po wyjściu ponad kocioł otwierają się widoki na Mounth plateau. Ten typ krajobrazu jest tylko na zdjęciach mniej spektakularny od gór o wyraźniejszej rzeźbie. W realu ta przestrzeń jest czymś niesamowitym – melancholijnym i uspokajającym…

Znad Corrie Fee łagodnym zboczem jakieś pół godziny (nieśpiesznie) na wypłaszczenie szczytowe Mayara z kamiennym kopcem. Na płaskowyżach owe kopce są niezbędne – samemu bardzo ciężko byłoby ustalić gdzie znajduje się najwyższy punkt.



Na wierzchołku:

Z Mayara na nieco wyższego Driesha (widocznego poniżej) jest przyjemny spacer:

Patrząc na niektóre zdjęcia aż trudno uwierzyć, że były robione w górach i to jeszcze na munrosach – toż to, panie, Nizina Mazowiecka, tylko wierzby ukradli:

We wschodnich Highlandach kluczowym problemem nie są trudności techniczne, a nawigacja. Przy braku widoczności może zrobić się naprawdę poważnie. Graniami (to słowo nabiera tutaj zupełnie innego znaczenia) biegną zatem gdzieniegdzie płotki lub linie tyczek, można też napotkać kopczyki.

Czy tak wyglądałyby Bieszczady, gdyby je ogołocić z drzew?

W dole Glen Clova:

Z Driesha schodziliśmy zerodowaną i stromą ścieżką, niezbyt miłą dla kolan. Na szczęście dość szybko sprowadza ona w dolinę, skąd do parkingu już tylko kawałek wygodną drogą.

Po tej wycieczce zostałam fanką wschodnich Grampianów. Pokonywanie trudności i charakterne niebezpieczne szlaki są genialne, ale równie fajnie jest wybrać się na włóczęgę po pustkowiach. Ten rejon to wymarzone miejsce aby przyjechać z namiotem (mamy, plany już są) i łazić sobie bez pośpiechu, aby odetchnąć od cywilizacji. No i ponieważ nie jest trudno ani bardzo męcząco, podczas takiego wypadu powiedzmy na weekend można zaliczyć ładną kolekcję munrosów. Że mało prestiżowych? Pff. Prestiżowe nie uciekną 🙂

Całość: >>LINK<<

Curved Ridge (Buachaille Etive Mor)

Na Wielkim Pasterzu Glen Etive już byliśmy, ale ścieżką turystyczną. Tymczasem rozpoczynające masyw Stob Dearg najbardziej znane jest ze swoich północno – wschodnich ścian, którymi prowadzą interesujące drogi scramblingowe (wspinaczkowe też) o różnym stopniu zaawansowania. W Ratho (>>LINK<<) zabukowaliśmy sobie wycieczkę przez – w zależności od pogody – Northern Buttress albo właśnie Curved Ridge, z zamiarem dowiedzenia się jak najwięcej o asekuracji na tego typu przejściach.
Już w Glencoe nasz mentor Nic zaproponował jednak Curved Ridge, raz z powodu pogody, dwa bo na trudniejszym NB nie bardzo jest jak się zatrzymywać i pokazywać "jak to się robi".

Skorzystałam z naszej starej mapki – CR zaznaczyłam (na oko) na zielono. Startujemy z tego samego miejsca co szlak popularny. Po prawej wysoko na tle nieba widać dwa pionowo stojące głazy – to ultra charakterystyczny początek drogi przez Northern Buttress. My idziemy dalej, by przy również niemożliwym do przeoczenia Waterslide Slab, wielkiej skale z której cieknie woda, zacząć się wbijać do góry.

Nic związał nas liną od razu, co było bez sensu bo początek to przyjemny i łatwy scrambling. Za to po pierwszych progach zaczęłam być zadowolona, że mam zabezpieczenie – wspinaczka sama w sobie nie była szczególnie trudna, ale teren bardzo wystromiał, momentami po kilkanaście – dziesiąt metrów szło się w zupełnym pionie. Po drodze Nic pokazywał nam podstawowe węzły, oraz demonstrował zakładanie punktów asekuracyjnych.

Większość trasy to dość prosty scrambling. Skała jest rewelacyjnie wyrzeźbiona i nie trzeba specjalnie kombinować z szukaniem chwytów. Jest jednak kilka miejsc, ktore stawiają CR wyżej od Aonach Eagach na przykład.
Są to fragmenty, gdzie rzeźba skały jest o wiele gładsza, stopnie i chwyty minimalne, a za plecami całkiem sporo powietrza. W tych miejscach asekuracja dała mi spory komfort psychiczny. Niezabezpieczona byłabym pewnie tak speniana, że wydałyby mi się niesamowicie trudne. Przywiązana, mogłam nie zawracać sobie dupy strachem tylko skupić się na faktycznym stopniu trudności, a ten nie był porażający. Ale noga może tam się bardzo łatwo omsknąć, więc jeśli iść na żywca, to tylko przy suchej skale.

Niestety pogoda była niefotkowa, i po raz drugi ze Stob Dearg nie zobaczyliśmy nic.

Bardzo nam się podobało i sporo wynieśliśmy z tego wypadu. Pewne plany stały się o wiele bardziej realne – nie napiszę co, aby nie zapeszać, ale mamy już 100% pewności co do kolejnych celów, tym razem ogarniętych całkowicie własnym sumptem. Na Stob Dearg też na pewno jeszcze wrócimy.
Poniżej fotka która pokazuje, jak tam jest fajnie jak nie ma chmur:
>>LINK<<

Garbh Bheinn of Ardgour

Garbh Bheinn (zaznaczyłam, że ten z Ardgour, bo koło niedalekiego Kinlochleven jest drugi) mierzy zaledwie 885m n.p.m. zatem zalicza się do korbetów. Plan zakładał obadanie scramblingowej Pinnacle Ridge, ale coś się nam pomieszało z mapą, w sumie do tej pory nie wiem, jak to się stało, ale koniec końców przeszliśmy się granią główną. Z tym że i tak było bardzo fajnie – góra jest zdecydowanie godna polecenia.

Garbh Bheinn leży nad Loch Linnhe, bardzo blisko przeprawy promowej w miasteczku Corran. Startujemy z parkingu przy drodze A861 położonego tuż za miejscowością (hmmm, 3 domy) Inversanda. Jakaś ścieżka jest, ale najlepiej wbijać się po swojemu. Góra oferuje zarówno prawdziwe ściany, jak i banalne trawiaste zbocza, a także – i to nas interesowało – scrambling o różnym stopniu trudności.

Tym razem cel jako taki nie liczył się, ważna była zabawa i trening przed przyszło-weekendową eskapadą.



Wierzchołek, ścianki w centrum są naprawdę konkretne:

Kropka poniżej łoi. W sumie były dwa dwuosobowe zespoły.

My natomiast scramblingowaliśmy sobie radośnie, wybierając warianty adekwatne do indywidualnych możliwości.

Jeden z zespołów:

Mariusz i Wojtek, cytując tego ostatniego, mierzą się na ch***. Obydwoje udowodnili co mieli udowodnić. My z Batem zdecydowaliśmy się jednakowoż na lajtowszą drogę.



Pogoda trafiła nam się taka bardziej śródziemnomorska:

Resztki śniegu ostały się tylko gdzieniegdzie, najwięcej oczywiście na szczycie Ben Nevisa:

Widokowo Garbh Bheinn jest niesłaby, ponieważ podziwiać z niego można rejony od Glen Shiel aż po Ben Cruachana, ze szczególnym uwzględnieniem mojego ukochanego Lochaber.

W dolinę schodziliśmy nieprzyjemnym żlebem w którym wszystko się ruszało. Pozostałe warianty (wśród nich także Pinnacle Ridge, którą zlokalizowałam o wiele za późno) były bardzo strome i lepiej nadawały by się do wchodzenia. Poza tym żleb jest upierdliwy, ale że opada z najniższego fragmentu grani, dolinę osiąga się ekspresowo.

Garbh Bheinn w całej okazałości:

I na deser widok na masyw Bideana nam Bian z baru w Onich. Prawdopodobieństwo takiej sielanki pogodowej, kiedy akurat człowiek wybiera się w szkockie góry, oceniam na zbliżone do trafienia co najmniej czwórki w totka.

Bardzo nam się podobało, pomimo nieznalezienia drogi przez Pinnacle Ridge zdołaliśmy zapewnić sobie trochę atrakcji. Skała jest świetna, bardzo szorstka i przyczepna – warto zabrać rękawiczki, nam się zapomniało i trochę wiązanek poszło na okoliczność. Góra dla każdego, bo trudności można sobie wybrać i stopniować samemu.
Tu reszta zdjęć >>LINK<<. Polecam, cudności wyszły.