Rohacze

Myli się ten, kto sądzi, że na hardkory można liczyć tylko w Tatrach Wysokich. Zachodnie też mają trochę do zaoferowania, z tym że wyłącznie po słowackiej stronie granicy. Najciekawszym szlakiem jest graniówka ciągnąca się od Rohaczy przez Trzy Kopy, Hrubą Kopę, Banówkę, Pacholę i Salatyn po Brestową – podobna charakterem do Orej Perci a dłuższa, na wielu odcinkach eksponowana i z zamontowanymi sztucznymi ułatwieniami. W tym roku testowaliśmy odcinek przez Rohacze i wrażenia jak najbardziej pozytywne. Szlak na pewno dokończymy za rok.

Wchodziliśmy od polskiej strony i była to opcja trochę desperacka. Napierw 8km Chochołowskiej (byliśmy tam o piątej rano), potem za schroniskiem zielonym szlakiem przez Chochołowską Wyżnią na przełęcz pomiędzy Wołowcem a Rakoniem, wreszcie przez Wołowiec na Jamnicką Przełęcz oddzielającą go od Rohacza Ostrego i dopiero trasa właściwa. A po przejściu rohackiej grani trzeba jeszcze wrócić (przełęcz Zabrat – Rakoń – wspomniany szlak zielony). Tak że naszego wariantu raczej nie polecam, lepiej iść na ten szlak od strony słowackiej (z Zuberca albo lepiej Chaty na Zwierówce, ale mówię na podstawie map, nie własnego doświadczenia), albo przynajmniej raz nocować w Schronisku Chochołowskim, bo Chochołowska dwa razy w ciągu jednego dnia to jest trochę dużo, zwłaszcza że w godzinach kiedy mamy nią wędrować rowery nie są dostępne – już albo jeszcze.

Drobna rada – jeśli byliście już na Wołowcu darujcie sobie wbijanie się na wierzchołek, a skorzystajcie z wydeptanego trawersu, który pozwala zaoszczędzić trochę czasu i energii. Niewiele, ale zawsze coś, zwłaszcza że ten szlak jest tak długi.

Rohacze po raz pierwszy odsłaniają się z przełęczy pomiędzy Woło a Rakoniem:

Rohacz Ostry (2084m n.p.m.) i Rohacz Płaczliwy (2126m n.p.m.)

W centrum Trzy Kopy z Hrubą Kopą



Smutna Przełęcz, z której opada szlak zejściowy do Doliny Smutnej



Jamnicka Przełęcz i Rohacz Ostry z końcowych partii ścieżki z Wołowca

Wspinanie zaczynamy od Jamnickiej Przełęczy. Z początku szlak jest dość niewinny, ale szybko stromieje, a teren staje się skalisty. Już niedaleko od pierwszego wierzchołka zaczynają się łańcuchy.

Idzie się dość łatwo. Jeden moment zrobił na mnie wrażenie: bardzo eksponowany trawers, który pokonywało się po niewielkiej półeczce. Nie było to trudne, ale wiadomo – pierwsze eksponowane miejsce na szlaku (zawsze tak mam, a potem w miarę pokonywania kolejnych trudności mi się to wytraca). No i tam chętnie skorzystałam z łańcucha. Nawiasem łańcuchy – inne niż polskie, dłuższe i cieńsze – momentami rozpięte są trochę bezmyślnie, na szczęście bez nich da się spokojnie wejść (z wyjątkiem tego jednego trawersu, ale to IMHO).
No i wreszcie – słynny rohacki koń. Stroma i eksponowana skalna płyta i odcinek grani tak ostry, że można się jej trzymać, co zresztą jest bardzo rozsądną opcją, bo ja przynajmniej nie mam koncepcji, co tam mogłabym zrobić z łańcuchami (a są). Idzie się po wyrzeźbionych w skale stopniach, trzymając się skały – jak mawia mój kumpel, pyk, cyk i fik, i jesteś w bezpiecznym miejscu. To tylko parę kroków i to nietrudnych, ale rozumiem czemu rohacki koń jest tak znany. Na mnie też zrobił wrażenie, przy czym efektowność nijak ma się tu do trudności technicznej, przynajmniej przy suchym.

Powyżej nie widać przepaści, więc można skupić się na faktycznej trudności odcinka – z takiej perspektywy strasznie to nie wygląda.
Poniżej już bardziej wiadomo, na czym polega cały wic:

A to kawałek dalej. Zdjęcie, zwłaszcza amatorskie, nigdy do końca nie odda ekspozycji, ale myślę że da się zauważyć, iż jest gdzie polecieć.

Za koniem szlak obniża się do Rohackiej Szczerbiny…

… a potem musimy pokonać ubezpieczony kominek, który wyprowadzi nas na drugi z wierzchołków Rohacza Ostrego. Bez hardkorów.



Widoki ze szczytu sobie daruję, z Płaczliwego są lepsze, bo jest wyższy, a ponadto najpiękniej w panoramie prezentuje się właśnie Ostry.
Schodząc w kierunku Rohackiej Przełęczy, jeszcze w rejonie wierzchołka, pokonujemy kolejny komin, bliźniaczo podobny do poprzedniego. Mnie wydał się trudniejszy (nie lubię schodzenia), ale zeszłam podobno bardzo sprawnie, stopni jest tam akurat tyle, ile potrzeba.

Powyżej komin od góry, poniżej od dołu. Jak zwykle od góry wygląda dużo słabiej.



Ten kominek to ostatni odcinek szlaku wymagający zamontowania łańcuchów. Na Rohacz Płaczliwy wbijamy się na lewo od grani, to po skałach to ścieżką. Za plecami mamy coraz bardziej wariacki w kształtach Rohacz Ostry. Na wierzchołku warto zatrzymać się na dłużej, bo jest wybitnie widokowy:

Kontynuacja graniówki przez Trzy Kopy, po prawej Smutna Przełęcz i zygzaki szlaku zejściowego

Wołowiec i Rohacz Ostry

Rohacz Ostry, w tle Kominiarski, Ciemniak i czubek Giewontu

Szlak ze Smutnej Przełęczy

Z Płaczliwego mamy jeszcze do przejścia spory kawałek skalistą granią. Można iść tak jak prowadzi szlak, jej ostrzem (nie jest trudno, za to ciekawiej) albo ścieżką po lewej stronie. Znaki są moim zdaniem za rzadko rozmieszczone, ten odcinek może być mylny we mgle.

Już niedaleko Smutnej Przełęczy napotykamy coś, co nazwałam Cmentarzyskiem Świstaków. Masa kopczyków, i to nie jakichś tam prymitywnych, tylko prawdziwie koronkowych konstrukcji. Co do niektórych aż ciężko uwierzyć, że to się nie przewraca:



Ze Smutnej Przełęczy można kontynuować marsz granią, albo zejść do Doliny Smutnej. Fakt, że za wesoło to ona się nie prezentuje, cała pokryta zielonkawymi piargami, o tym samym charakterystycznym odcieniu co podejście na Jarząbczy.

Rohacze z okolic Smutnej Przełęczy

Od Bufetu Rohackiego, gdzie Dolina Smutna przechodzi w Dolinę Rohacką (mają taniego Złotego Bażanta z kija) wbijaliśmy się krótkim i bardzo malowniczym szlakiem na przełęcz Zabrat, z której pół godziny wchodzi się na Rakonia.
Z tego szlaku Rohacze znów zaczynają się przezentować należycie efektownie, bo patrząc ze Smutnej Doliny, czyli od ich bezpośrednich podnóży, trudno uwierzyć że to te same dumne piramidy:

Rohacz Ostry (!)

Z Rakonia to już wiadomo: przełęcz, Chochołowska Wyżnia, schronisko.

Szlak jest po prostu cudowny. Widoki w Tatrach Zachodnich mają monumentalny charakter, doliny są tu głębsze, odległości większe, więcej przestrzeni i powietrza, a przy tym krajobraz nie jest tak drapieżny jak w Tatrach Wysokich, bardziej sielsko-pocztówkowy. Trudności oceniam na ****/*****. Teraz, kiedy siedzę przed kompem wydaje mi się, że to wszystko było proste ale taką ocenę sformułowałam na gorąco tuż po pokonaniu szlaku, więc niech będzie. Trasa zdecydowanie nie dla nieprzepadających za ekspozycją. Ludzi sporo, głównie Słowaków, momentami trzeba było poczekać na swoją kolej. Zadziwiły nas dwa kajtki tak na oko z siedem – osiem lat, wędrujące żwawo bez plecaków, i najwyraźniej same (!!!). Gdyby ich rodzice wiedzieli, że pociechy sobie na luzaku kicają po Rohaczach…
Przefajnie było. Już się nie mogę doczekać kontynuacji.

Zdjęcia tu: >>LINK<<

Rysy


Chociaż po Tatrach chodzę już ładnych parę lat, na najwyższym szczycie Polski stanęłam dopiero w tym roku. W dodatku drugiego dnia po przyjeździe, bez żadnej aklimatyzacji – pewnie dlatego wlokłam się z wywalonym jęzorem. Acz były z tego i profity: nierokujące nadziei chmury ustąpiły ze szczytu tuż przedtem, nim tam dopełzłam. Ci, którzy startowali równo ze mną, nie mieli szansy na widoki.

W relacji skupię się na samym gęstym. Notki tatrzańskie, zwłaszcza z trudniejszych szlaków, mogą potencjalnie interesować dwa typy czytelników: takich, którzy szukają info o trudnościach (że jest ich wielu, wskazuje mnogość zapytań typu „szpiglasowa łańcuchy” w moich statystykach) oraz tych, co byli i chcą skonfrontować z kimś wrażenia. Tak że tym razem bez widoczków, miłośnicy mogą znaleźć setki lepszych stron.

Przebieg szlaku można prześledzić znad Czarnego Stawu pod Rysami:

Na żółto zaznaczyłam partie chodnikowe, na czerwono teren pokryty sztucznymi ułatwieniami.

Odcinek „żółty” jest dość żmudny, zwłaszcza w końcowej partii. Jest stromo i widoki tylko z tyłu – na Czarny Staw z przerażającą ścianą Kazalnicy, Morskie Oko i mur Miedzianego, zza którego stopniowo zaczną się wyłaniać wzniesienia Orlej Perci. Nas otacza z obu stron przepiękna Żabia Grań, której zarysy wyostrzają się w miarę jak brniemy do góry – najbardziej zaskakujący jest Żabi Koń (na zdjęciu – po prawej od najniższej przełączki), który z raczej obłej w kształtach turni zmienia się w niemal igłę.

Połowa szlaku wypada mniej więcej na Buli pod Rysami. Od Buli zaczyna się coś, co pan Nyka nazywa skalną grzędą, a ja określiłabym na chłopski rozum jako umiarkowanie strome, w całości skaliste zbocze. Tu zaczynają się łańcuchy.



Łańcuchów jest dużo. Bardzo dużo. Ktoś zaszalał. Nie zgrywam dzika, widać zresztą, że na wielu zdjęciach się ich trzymam. Ano, nie zawsze mam siłę i ochotę żeby kombinować, kiedy tak prosto jest schwycić łańcuch. Ale ponad połowę trasy przeszłam nie korzystając z nich, bo zwyczajnie było mi łatwiej wybrać inną opcję; Mariusz nie dotknął żelastwa ani razu i to w obie strony.

Stromizna raz jest słabsza, raz wzrasta, jednakowoż pionów tam raczej nie ma. Droga grzędą nie jest w ogóle eksponowana. Sturlać się na pewno można, ale polecieć już nie. Idziemy schowani pomiędzy zasłaniającymi widoki graniami, przepaści w polu widzenia brak – ten szlak raczej nie czesze psychiki.

Pod względem trudności odcinek grzędą porównałabym do Szpiglasowej, może w jednym czy dwóch miejscach do Świnicy (ale na Świnicy jednak ekspozycja jest). Tyle tylko że podejście na Rysy jest cholernie długie, a ilość łańcuchów nieporównywalna.



Zresztą, zdjęcia mówią same za siebie.

Wreszcie – hurra! – wychodzimy na grań. Widok na Słowację wymiata, ale jeszcze lepsza jest świadomość, że już praktycznie weszliśmy. Odcinek granią to dosłownie parę kroków. Jest to jedyne na całym szlaku eksponowane miejsce, co nie znaczy że trudne, zresztą jest łańcuch.

Powyżej pan w czerwonym kapturku przymierza się do trawersowania na lewą stronę grani…

… a sam trawers powyżej, i to jest właśnie to jedyne eksponowane miejsce. Skały po lewej to już wierzchołek.

Poniżej z kolei wyraźnie widać, że hardkorów na tym szlaku nie ma:

Z zatłoczonego wierzchołka polskiego przeszliśmy na o 4m wyższy słowacki. Widać stamtąd dobrze podejście od drugiej strony – zwykła ścieżka, przynajmniej w rejonie ogarnialnym wzrokiem.

Na polskim wierzchołku znajduje się tablica informująca że znajduje się tu przejście graniczne. Rozczula informacja, że przejście jest dozwolone również rowerzystom. Ja się nie skuszę, chociaż zjazd z Rysów byłby na pewno interesującym doznaniem.

W zejściu stopień trudności jest porównywalny.

Szlakowi daję ***, jeśli chodzi o trudność może wejść prawie każdy (co nie znaczy że ostrożność nie jest wskazana! To mimo wszystko nie jest Droga pod Reglami), natomiast słabszym przewyższenie może nieźle dać w kość (lepiej zanocować w schronisku, wyjść o szóstej i potem mieć luz z czasem. Tak też my zrobiliśmy). Trochę powietrza pod nogami tylko na króciutkim odcinku. Piękne widoki ze szczytu, w sumie wrzuciłabym fotkę czy dwie ale wyszły słabo ze względu na pogodę. Zresztą panoramę z Rysów można bez problemu wygooglać.

I jeszcze jedno – nie zapomnijcie rękawiczek, gdzie jak gdzie ale tu się przydadzą.

Komplet zdjęć tu: >>LINK<<

Aonach Eagach po raz drugi część I

Notka ze względów technicznych podzielona została na 2 części. Część II poniżej

Na
Aonach Eagach byliśmy po raz pierwszy w sierpniu ’07 i szlak ten
wywarł na nas wielkie wrażenie. Po roku przyszedł czas na
weryfikację – wiedzieliśmy już, czego się spodziewać, byliśmy
przygotowani psychicznie na trudności i bardzo chcieliśmy się
przekonać, czy tym razem odbierzemy tę drogę tak samo. No i
oczywiście potrenować przed Tatrami.

Tym razem wchodziliśmy
inną trasą, prosto z małego parkingu po prawej (patrząc na
zachód) stronie A82. Przypominam: rok temu wbijaliśmy się
trawersując zbocze Am Bodach wzdłuż potężnego żlebu ze
strumieniem i docierając do przełęczy pomiędzy… Hm, może
wytłumaczę tak. Grań, której częścią jest Aonach Eagach,
jest niezwykle długa. Rozpoczyna ją wzniesienie powyżej Blackwater
Reservoir, skąd wije się ona łagodnie, by wreszcie zacząć się
robić coraz bardziej poszarpana, na krótkim odcinku wręcz
zwariowana (to właśnie Aonach Eagach, nazwa odnosi się tylko do
tego niewielkiego fragmentu), po czym znów złagodnieć i po
kolejnych paru kilometrach sfiniszować w niewielkim Sgurr na Ciche
aka Pap of Glencoe nad Loch Leven. Nasza przełęcz oddziela tę
pierwszą, łagodną część od poszarpańców kulminujących
w AE. Z tej przełęczy na Am Bodach, które jest tradycyjnym
początkiem drogi (choć AE sensu stricto to jeszcze nie jest) trzeba
jeszcze kawałek podejść. Tegoroczny szlak jest dużo ciekawszy i
bardziej ekonomiczny niż nasza poprzednia trasa, ponieważ
wyprowadza prosto na wierzchołek Am Bodach, w dodatku fajną,
skalistą ścieżką, na której momentalnie zyskujemy
wysokość, a za plecami cały czas mamy Glencoe.

Teraz
weryfikacja (kursywą zaznaczyłam cytaty z zeszłorocznej
notki):

1. Pierwszym
wzniesieniem na trasie jest Am Bodach, 943m n.p.m. W tym rejonie
napotyka się już wstępne trudności: strome i eksponowane
trawersowanie skalnego zbocza, zdecydowanie podwyższające poziom
adrenaliny.

Pod
tym mogę się podpisać z jednym zastrzeżeniem: to jest bardzo
łatwy fragment. Rok temu wystraszyła nas ekspozycja, ponieważ się
jej nie spodziewaliśmy (o AE pojęcie mieliśmy praktycznie zerowe).
Teraz, patrząc na chłodno, oceniam to przejście jako
banalne.

!
Żadna z fotek nie jest ilustracją dla powyższego akapitu. Obie
przedstawiają początkowe momenty trasy, tuż za Am Bodach !

2.
Atrakcją okazał
się piękny 15-metrowy komin, który z punktu, z jakiego
ujrzeliśmy go po raz pierwszy, prezentował się po prostu
strasznie. Było to pierwsze (i po prawdzie ostatnie, acz tylko
dlatego, że potem nie miałabym odwagi na wycofywanie się) miejsce,
gdzie powiedziałam: pieprzę, nie idę. Na szczęście M. namówił
mnie, żebym zeszła aż do samego podnóża komina i dopiero
stamtąd oceniła możliwości – faktycznie, z tej perspektywy
wyglądał na całkiem łatwy. Owszem, totalnie pionowy, ale tak
znakomicie wyrzeźbiony, że szło się jak po drabinie, bez żadnych
trudności.

Co
do oceny trudności zgoda, ale ten komin wcale nie wygląda tak źle.
Pewnie znów zadział brak efektu zaskoczenia, bo to miejsce
nie wydało mi się ani odrobinę groźne. Poniżej fotki z
komina:

3.
O
ile komin wyglądał tragicznie, a okazał się łatwy, o tyle na
Wariatach było inaczej. I wyglądały, i były hardkorowe.
Ekspozycja cały czas, momentami bardzo poważna, ŻADNYCH
ubezpieczeń, skały generalnie nieźle wyrzeźbione, ale w kilku
wspinaczkowych momentach nie było łatwo o dobry chwyt.

Z tym akapitem mam problem. Bo zasadniczo się z nim zgadzam,
wszystko tu jest prawdą. Ale z tych kilku zdań emanuje autentyczne
przerażenie, którego ten odcinek tym razem we mnie nie
wzbudził. Przyznaję, na trzech czy czterech ściankach miałam
drobne problemy. W jednym miejscu Mariusz musiał ustawić mi nogi,
ponieważ było tak eksponowane, że prosty manewr dania dużego
kroka i obrócenia się na kominko-ściance okazały się dla
mnie sporym obciążeniem psychicznym. Było kilka momentów
wymagających zastanowienia. W jedym miejscu zjechałam po gładkiej
płycie zdzierając skórę z łokcia. Ale nie mogę z czystym
sumieniem powiedzieć, że to były hardkory. Jedynym czynnikiem
utrudniającym była ekspozycja. Trudność szlaku samą w sobie
oceniam raczej nisko.


obycie z ekspozycją wcale nie miało kluczowego znaczenia, ponieważ
ten szlak jest autentycznie trudny sam w sobie.

J.w.
Nie jest.

4.
Potencjalni
czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, do jakiego stopnia
zwariowany jest ten szlak. Nie umiem ocenić, na ile jego trudność
jest spowodowana brakiem ubezpieczeń, nie wiem, czy ołańcuchowany
stałby się banalny. W każdym razie w takiej postaci, w jakiej jest
teraz, spokojnie wytrzymuje porównanie z zejściem z Koziej
Przełęczy do Pięciu Stawów, a na pewno jest dużo gorszy
niż np. Granaty.

Stwierdzam
to z pełnym przekonaniem: owszem, ołańcuchowanie zlikwidowało by
wszelką trudność. Dla mnie zasadne byłoby jedynie w dwóch
miejscach – na wspomnianej eksponowanej kominko-ściance i w (moja
nazwa :D) Kominie Śmierci. Oba miejsca są stosunkowo proste do
przejścia, ale niebezpieczne z powodu znacznej ekspozycji. Łańcuch
mógłby to niebezpieczeństwo zmniejszyć, zwłaszcza przy
śliskiej skale. Acz skoro przejść się bez niego da, niezbędny
nie jest.
Co do mojego porównania z tatrzańskimi szlakami,
wolę się nie wypowiadać, ponieważ na obu byłam naprawdę dawno i
nie wszystko pamiętam. Wydaje mi się jednak, że przesadziłam w
obu przypadkach, zwłaszcza z Granatami. Ocenię to po powtórnym
przejściu.

Aonach Eagach po raz drugi część II


5. Na szlaku co kilkanaście / dziesiąt metrów pojawiają się kilkumetrowe ścianki, niebezpieczne z tego samego powodu co kominy: ekspozycji. Nie można sobie tutaj pozwolić na zlekceważenie zasady trzech punktów oparcia, trzeba szukać chwytu aż do skutku. Nieodzowne okazuje się schodzenie przodem, które jak większość kobiet odbieram jako nienaturalne.

Znienawidzone przeze mnie schodzenie przodem okazało się niezbędne jedynie w bardzo niewielu i najtrudniejszych momentach. Tym razem nie dałam się przekonać Mariuszowi, który jest zwolennikiem takiego złażenia, i uparłam się, że robię po swojemu. Jak się okazało, można. Przodem schodziłam może ze trzy – cztery razy, na niewielkich fragmentach.

6. A tu najlepsze miejsce trasy, zaiste heart-stopping. Uwaga: szlak biegnie trawersem przez trawki aż do widocznego w dole komina zawieszonego nad przepaścią (…) Z tym miejscem naprawdę były jaja: nie dość, że wąski, nachylony i trudny, to jeszcze sprowadzał na wąską eksponowaną półeczkę, a dalej wcale nie było lepiej…

Komin Śmierci faktycznie może być kłopotliwy. Jest dość długi, w dolnej partii nie ma zbyt wielu chwytów i co najgorsze, faktycznie sprowadza tylko na niewielką półkę. Upadek prawie na pewno skończyłby się może nie lotem, bo tamtejsza przepaść nie jest ściętą ścianą nachyloną pod kątem prostym, tylko nadzwyczaj stromym zboczem – ale z pewnością dłuuugim i baaardzo szybkim turlaniem, co w temacie konsekwencji na jedno wychodzi.
Najlepszy dowód że Bat, który do tego momentu radził sobie świetnie, w KŚ zaczął zdradzać objawy paniki. Przez dłuższy czas nie mógł się zdecydować na żaden ruch, stwierdził nawet, że robi mu się niedobrze. Wreszcie z pomocą Mariusza pokonał paraliż i jakoś zlazł. Nie opisuję tej sytuacji po to, by nabijać się z kumpla, ale jako dowód, że to miejsce może psychicznie dać popalić, bo Baty w górach zawsze trzyma poziom, a nawet dla niego okazało się trudne.
Ja sama przeszłam komin ze strachem, lecz bez większych problemów (dużo dała mi świadomość, że już raz mi się udało), acz było to jedno z tych miejsc, gdzie musiałam zejść przodem i wcale nie trzeba mnie było przekonywać.
Poniżej zastanawiamy się z Batym co dalej u wylotu KŚ:

W KŚ. Siedzę w połowie długości i to ta dolna sprawia kłopoty. To zdjęcie dość dobrze oddaje skalę ryzyka, spad po lewej oraz półka zejściowa są nieźle widoczne:

7. Kiedy już udało się nam przedostać na półkę, czekała nas wspinaczka kilkunastometrową ścianą, która z dołu wyglądała na świetnie wyrzeźbioną (…), ale okazała się raczej przesrana, ponieważ uformowana była z grubsza w bardzo wysokie schody, tak wysokie że ani nogi zadrzeć, ani się złapać (krawędź schodów to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chciałabym widzieć jako uchwyt). Jakoś się udało, ale nie bez trudu i stresu. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że prędzej zadzwonię po 911 niż zawrócę, gdyby była taka konieczność. Za nic nie chciałam schodzić tą ścianką.

A to jest już bullshit drodzy państwo. Owszem, ścianka jest wysoka i eksponowana, ponieważ sytuuje się dokładnie nad naszą małą półeczką. Nie jest natomiast trudna. Nie wiem, gdzie ja widziałam te "schody". Chwyty są, jest na czym stanąć. Podejrzewam, że poprzednio byłam tak roztrzęsiona Kominem Śmierci, że zmieniło to moją perspektywę. Jest to jedyne miejsce szlaku co do którego moja obecna ocena różni się o 180 stopni.

"Ściana Śmierci", której już nie będę tak nazywać

8. Na szczęście nic gorszego już na nas nie czekało. Przy czym nie był to bynajmniej koniec trudności.

Tu się zgadzam. Należałoby zaznaczyć jedynie, że na tym właśnie odcinku szlaku sytuuje się ich najwięcej. W kilku momentach miałam małą zagwozdkę, ale faktycznie, niczego trudniejszego niż KŚ już tam nie ma.

9. Szlak (…) doprowadza do miejsca, którego w żaden sposób nie da się ominąć (…) Jedyny sposób to przejście tym właśnie kominkiem (po lewej), starając się wystawać z jego rynny najmniej, jak to możliwe.

Jak widać poniżej, nie jedyny.

10. Trasa dostaje ode mnie *****. Szlak tylko dla osób obytych z ekspozycją, które są pewne, że nie sparaliżuje ich lęk wysokości. Sporo podciągania na rękach. Koniecznie należy pamiętać o zasadzie trzech punktów oparcia, ścieżki szukać ostrożnie (momentami wariantów przejścia jest więcej, nie warto ryzykować trudniejszego). Brak możliwości wcześniejszego zejścia z ponad trzykilometrowej grani. Przy złej pogodzie, śliskiej skale lepiej się wycofać póki jeszcze można. Schodząc z ostatniego szczytu na trasie uważać na ścieżkę.

Pięć gwiazdek – tak, ale tylko dla KŚ. Dla szlaku jako takiego ****.

Generalnie: Aonach Eagach pokonywane na chłodno okazało się nie aż tak trudne. Sądzę, że przyczyna różnicy ocen leży wyłącznie w mojej psychice. Za pierwszym razem byłam totalnie zaskoczona, ponieważ moja eksperiencja w temacie szkockich gór była dużo skromniejsza i nie spodziewałam się, że można tu znaleźć podobne szlaki. Ponadto przez całą długość drogi nie wiedziałam, co mnie JESZCZE czeka, a wyobraźnia pracowała na ostro. Tym razem miałam kilka poważnych przewag: wiedziałam, że szlak już raz przeszłam, pamiętałam jego przebieg i charakter trudności całkiem nieźle, więc nie mordowała mnie własna imaginacja. Myślę, że to właśnie jest recepta na strach: dać sobie spokój w wyobrażaniem, skupić się na tym, co aktualnie robimy. Na Orlej Perci będzie to o tyle trudne, że znam tylko małe fragmenty więc siłą rzeczy coś tam sobie wyobrażać będę. Ale obiecałam sobie, że spróbuję te wizje zminimalizować i postaram się koncentrować jedynie na obecnie pokonywanych trudnościach. Warunki fizyczne mam dobre, jestem sprawna i wystarczająco silna, mam długie kończyny. Jeśli tylko dam radę zmierzyć się z własną psychiką, nie ma powodów dla którego miałabym tego szlaku nie przejść.
Cieszę się, że wybrałam się na Aonach Eagach po raz drugi. Zwłaszcza dlatego, że pozwoliło mi to dojść do takich, a nie innych wniosków.

Bardzo dobra mapka, przy czym my schodziliśmy ze Sgurra nam Fiannaidh ścieżką prosto do Clachaig Inn, nie zaznaczoną na mapie (cieńsza fioletowa linia nie reprezentuje drogi).
Komplet zdjęć tu: >>LINK<<

The Saddle


Nr 14, The Saddle

Wymowa: ang.

Znaczenie nazwy: siodło

Wysokość: 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 121.

Data wejścia: 13.07.2008

Już od dawna korciła nas Glen Shiel, słynne skupisko 21 munrosów. Glen Shiel położona jest ok. 60 mil za Fort William, więc kiedy wybraliśmy się tam na weekend, postanowiliśmy wreszcie się z nią zapoznać. Za cel wycieczki obraliśmy sobie The Saddle, najbardziej spektakularny szczyt doliny. Rekomendowana trasa obejmuje prócz The Saddle także sąsiedniego munro Sgurr na Sgine, ale nie zdecydowaliśmy się na niego wchodzić. I tak nie zbierzemy wszystkich munrosów, postanowiliśmy więc nie ograniczać się żadną listą i wybierać po prostu co ciekawsze góry – co oczywiście nie wyklucza dalszego liczenia zdobytych munros, bo niby dlaczego.

Przez Glen Shiel biegnie droga A87, dość popularna, ponieważ prowadzi na wyspę Skye (jedyny most). W dolinie znajduje się kilka parkingów, kierujący się na The Saddle powinni wysiąść na tym przed Malagan Bridge (na mapach OS wszystko jest bardzo precyzyjnie zaznaczone), po lewej stronie szosy (jadąc w kierunku Skye). Odchodzą stamtąd dwa szlaki: jeden na Sgurr na Sgine, prostopadle do szosy, i drugi bardziej w prawo, wspinający się na niski wał wznoszący się nad drogą. Tym właśnie idziemy.

Na zdjęciu powyżej widać ten właśnie niski wał utworzony przez dwa wzniesienia bezpośrednio nad drogą. Szlak na przełęcz pomiędzy nimi (to ta po prawej stronie zdjęcia) jest chyba widoczny, choć możliwe że ja po prostu wiem gdzie patrzeć. Zza wału wyłania się z mgły Sgurr nan Forcan.

Na przełęcz wspinamy się bez trudności, łagodnie nachyloną ścieżką. Idzie to dość szybko, a podczas marszu można podziwiać rosnące w oczach Pięć Sióst Kintail po przeciwległej stronie szosy.

Dopiero z przełęczy otwiera się widok na The Saddle. Na zdjęciu poniżej jest to szczyt po prawej od Sgurra nan Forcan, najwyższego na fotce punktu masywu. The Saddle jest nieco w głębi, dlatego wygląda na niższy.

Z przełęczy Sgurr nan Forcan prezentuje się o wiele efektowniej niż nasz szczyt docelowy i trudno uwierzyć, iż to nie on jest najbardziej honornym szczytem Glen Shiel. Tymczasem sytuacja wygląda tak, że Forcan stanowi po prostu drugi najwyższy punkt spektakularnej grani, której kulminacją jest The Saddle. Forcan nie ma nawet statusu munro ze względu na zbyt małą wybitność.

Five Sisters of Kintail

Za przełęczą kawałek pokonujemy po względnie płaskim, po czym zaczynamy bezpośrednią wspinaczkę na Forcana.

Jakkolwiek wspinaczka istotnie w wielu momentach polega tu na wspinaniu zamiast wchodzeniu, trudno nie jest. Przyznam, bałam się co mnie czeka (opis w The Munros brzmiał trochę podejrzanie), ale niepotrzebnie. Forcan jest naprawdę łatwy do zdobycia, choć oczywiście należy zachować ostrożność, tym bardziej że szlak jest miejscami eksponowany.

Glen Shiel, widok w kierunku wschodnim

Z początku napotykamy trochę łatwych nachylonych ścianek, dalej na kilkudziesięciumetrowym odcinku grań się wypłaszcza (z tego punktu wreszcie widać szczyt) po czym ponownie spiętrza – wyraźną stromą ścieżką plus skałami wbijamy się na wierzchołek Forcana.

Płaski odcinek grani przed Forcanem

Cały czas prowadzi nas ścieżka biegnąca to po ostrzu grani, to z jej prawej strony. Na ogół jest wyraźna ale czasami na moment ginie, należy wtedy zachować szczególną ostrożność.



Na szczycie Sgurr nan Forcan, na drugim planie dwuwierzchołkowe The Saddle

Dopiero z Forcana staje się oczywiste, dlaczego The Saddle nazywa się tak a nie inaczej: drugi wierzchołek, o wysokości identycznej z pierwszym, prostopadły do naszej grani i przez to jak dotąd niewidoczny, tworzy ze swoim bliźniakiem faktycznie siodło.

Wreszcie odsłania się też najtrudniejszy odcinek The Forcan Ridge:

Grań pomiędzy Forcanem a The Saddle to wypisz wymaluj Aonach Eagach, tyle że bez najcięższych fragmentów. Gdyby z AE wyciąć wielki komin (ok, nie był trudny, ale robił wrażenie), kilka mniejszych kominków i finałowe trudności, pozostałaby dokładnie Forcan Ridge. Ciężej – acz bez przesady – było mi tylko raz, na kilkumetrowym bardzo stromym zejściu. Co prawda wybraliśmy opcję ścieżkową, którą autor naszej książki uważa za pośledniejszą – wg niego honorowo jest jedynie cały czas po ostrzu grani. Czyli głównie okrakiem, bo tak tam sytuacja wygląda:/

Naprawdę się obawiałam, co mnie czeka, i żałuję że sobie na to pozwoliłam, bo strach odebrał mi wiele przyjemności, a koniec końców okazał się bezpodstawny. Ten szlak naprawdę nie jest trudny. Jedynie eksponowany.

Forcan z Forcan Ridge

Końcowe partie podejścia na The Saddle to już zwykłe wchodzenie, żadnej wspinaczki.

"Siodło" jest szerokie – w rejonie szczytu zmieściły się nawet dwa jeziorka – i od strony wschodniej opada całkiem łagodnie, hardkory występują od zachodu. Na południe i zachód odchodzą długie granie, które wyglądają na dość fajne, z tym że nie ma tam żadnych munrosów.

Grań południowa

Forcan Ridge ze szczytu The Saddle

Schodziliśmy wyraźną ścieżką opadającą z okolic drugiego wierzchołka. Ścieżka biegnie średnio stromo, głównie po trawie. Żadne skały już nas nie czekają. Na relaksie schodzimy na obniżenie pomiędzy The Saddle a Sgurr na Sgine, z którego – UWAGA! – jedyną sensowną drogą, o ile nie wbijamy się na drugiego munro, jest trawers do ścieżki którą wchodziliśmy. Doliną, choć jest to opcja kusząca, schodzić nie ma co. My popełniliśmy ten błąd i zaplątaliśmy się w liczne wąwozy, by wreszcie nadziać się na płot i wędrować wzdłuż niego aż do wysokości parkingu, gdzie napotkaliśmy szlak zbiegający ze Sgurr na Sgine. Opcja energochłonna i niekomfortowa, chyba że ktoś jest fanem jeleni: za płotem sporo tego się pasie (rezerwat jaki czy co?).

Szlak oceniam na ***. Polecam, jeśli ktoś słyszał już o Aonach Eagach i chciałby bezstresowo wczuć się w klimat. Piękna trasa i piękny szczyt. Widoki nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, chyba przez nieciekawą pogodę, choć przyznaję że Pięć Sióstr i generalnie otoczenie Glen Shiel jest imponujące. Wycieczka z tych nienajdłuższych, osobom ambitnym polecam wzbogacenie jej o nieodległy Sgurr na Sgine. Dzikom z kolei sugeruję pokonanie Forcan Ridge non stop po grani, jak to rekomenduje autor The Munros. Mariusz orzekł, iż rzecz nie jest arcytrudna i byłby to w stanie zrobić, ale bez balastu czyli mnie. Balast ustosunkował się do tematu stwierdzając, że nie będzie z tego powodu rozpaczał, albowiem zna swoje możliwości.
Bardzo interesująca i godna polecenia trasa. Więcej zdjęć tu: >>LINK<<

Lęki


Po rozważeniu wszystkich za i przeciw postanowiliśmy jednak nie kupować uprzęży. Miały nam posłużyć w te wakacje na Orlej Perci, a później kto wie, w jakie góry nas zaniesie. Ale jednak nie tym razem.
Co do zabezpieczania się na Orlej są dwie szkoły. Wszyscy są zgodni, że obecne ubezpieczenia nie są do takiego poruszania się przystosowane. Nie mają być. Powstały z myślą o chwytaniu się ich, a nie wpinaniu w nie. Pierwszy obóz twierdzi, że żelastwo z Orlej należy wymienić na długie stalowe liny, takie jak w Alpach. W ten sposób szlak będzie dostępny teoretycznie tylko dla osób ze sprzętem (acz jak znam ludzi, to…). Zwiększy to bezpieczeństwo i przetrzebi szeregi niedzielnych turystów, pozostawiając tych, którzy zdają sobie sprawę gdzie idą i podejmują decyzję świadomi charakteru trudności.
Obóz drugi głosi, że już teraz warto się na Orlej ubezpieczać, co jest oczywiście możliwe, choć z wielu względów niewygodne.
Po przejrzeniu odrobiny literatury oraz zasięgnięciu opinii dzików większych od nas, Mariusz uznał, że w obecnym stanie inwestować w takie zabawki nie ma sensu. Wychodzi, że poprzestaniemy na kaskach.
Żeby nie było, że ja tę Orlą jakoś demonizuję. Owszem, jak na razie przeszłam tylko najlżejsze fragmenty plus wszystkie drogi dojściowe, ale ogarniam jak to wygląda. Tylko że…
Jestem, kurcze, tchórzem.
Naprawdę jestem tchórzem. Owszem, tchórzem uzbrojonym w pasję, determinację i umiłowanie piękna, a także wielką wytrzymałość i upór. Ale jednak. Kiedy przechodziłam w mżawce i mgle Żleb Kulczyńskiego, były momenty że prawie się posikałam. Na Koziej Przełęczy miałam totalnie miękkie nogi. Na fragmentach Aonach Eagach strach przyklejał mi żołądek do kręgosłupa. Ok, nigdy mnie nie sparaliżowało na tyle, bym nie była w stanie iść dalej. Mam nawet uzasadnioną nadzieję, że w wielu przypadkach mój stan nie był dla otoczenia ewidentny. Ale ja wiem, że hardkory dużo mnie kosztują. Nie kokietuję. Owszem, nie wstydzę się przycukrować sobie, że dysponuję ogromną determinacją, dzięki której jednak te miejsca przechodzę.
Jest mi też o tyle trudniej, że mam… Nie, nie nazwę tego lękiem przestrzeni. Osoba z prawdziwym, fobicznym lękiem, nie byłaby w stanie pójść w góry w ogóle. To jest raczej sugestia lęku przestrzeni, poczucie, że gdybym spuściła swoje obawy ze smyczy mogłyby stać się dla mnie, hmm… dużą niedogodnością.
Ok, może jednak faktycznie kokietuję trochę. Przecież jednak po tych górach łażę, a dwa ostatnie akapity sugerują, że to dla mnie co najmniej pokuta. To też nie tak. Znam ludzi, którym już na balkonie trzeciego piętra robi się słabo, a o wejściu na Giewont prawdopodobnie będą z dumą opowiadać prawnukom. Ale nie porównuję się do nich, bo to bez sensu. Porównuję się do tych, którzy dzielą ze mną hobby. I to na ich tle często czuję się tak, jak opisałam. I dlatego zależało mi na zakupie uprzęży, bo wiem jak wygląda podejście na Kozi i wiem, że będę się tam bać. I to podwójnie, bo o siebie i Mariusza.
Może w ten weekend uda się jeszcze raz pojechać na Aonach Eagach. Znowu doświadczyć na finiszu tej satysfakcji, że dało się radę. Byłby to bardzo pozytywny kop przed Tatrami.
No, przyznałam się :)))

Wołanie w górach


Niedługo kolejny wypad w Tatry. Jak zwykle mam mnóstwo planów, z których dobrze, jeśli uda się zrealizować połowę. Potrzeba mi jeszcze tylko lepszych butów i zestawu viaferratowego, a tymczasem wprowadzam się w klimat książkami.
Skończyłam po raz trzeci Wołanie w górach Michała Jagiełły. Mój egzemplarz wydany został przez Iskry w 2006 r. i wygląda tak:

Pan Jagiełło przez dziesięć lat był ratownikiem TOPRu, z czego przez trzy również naczelnikiem tegoż. Alpinista, taternik, znany także ze swojej działalności pozagórskiej (ale z tym już nie do mnie, bo ta część mnie niezbyt interesuje), generalnie taki dzik, że czapki z głów.
Książka – smacznie grubaśna – jest relacją z wypadków w Tatrach. I właśnie przez taki pryzmat dowiadujemy się mimochodem bardzo wiele o Tatrzańskim Pogotowiu Ratunkowym, rozwijaniu się od samych początków turystyki tatrzańskiej i taternictwa, wreszcie o tym, co dzieje się w głowie ratownika. Tylko opowieści o akcjach ratunkowych, czasem bardzo rozbudowane, czasem jednozdaniowe; plus komentarz, próba analizy bądź refleksja, a także sporo ciekawostek*, płynnie wynikające jedne z drugich dzięki talentowi narracyjnemu autora.
Generalnym przesłaniem książki jest: kochajmy góry, bo są tego warte, ale kochajmy je rozsądnie. Autor naoglądał się w swojej toprowskiej karierze mnóstwa tragedii bądź sytuacji, które o włos by się nimi stały, w wielkiej części wynikłych z bezrefleksyjności ofiar i nie tyle błędnej oceny sytuacji, co raczej niepodjęcia w ogóle próby takiej oceny. A przecież (nie jest to cytat, ale dość wierne odtworzenie myśli zawartej w książce) jeśli ktoś nieświadomie wystawia się w górach na niebezpieczeństwo, to nie dlatego że jest debilem, tylko zwyczajnie brak mu elementarnej wiedzy, a może także wyobraźni, która wszak różnie u różnych ludzi pracuje. Dlatego zamiast potępiać, należy edukować i tę wyobraźnię pobudzać.
O ile opisy akcji czyta się genialnie, to mam nieco mieszane uczucia co do strumienia świadomości, jakiemu Pan Jagiełło co pewien czas daje upust, przerzucając się na refleksje na temat istoty bycia ratownikiem i tego, co dzieje się w ratowniczej duszy. Z jednej strony bardzo mnie te zagadnienia ciekawią i lektura tych fragmentów dała mi co nieco do myślenia. Z drugiej – momentami naprawdę popłynął, a ja wciąż nie jestem pewna, czy jeśli czegoś nie da się powiedzieć prostymi słowami, to nie lepiej nie mówić tego wcale…
Ach no i wiersze, oczywiście. Autor ma niekwestionowalny talent do snucia opowieści i posługuje się przepiękną polszczyzną, niemniej poetą to on jest tylko wannabe. Na szczęście zaserwował nam tylko dwa – i więcej naprawdę nie chcę.
Generalnie, dla Pana Michała wielki szacun i za działalność, i za będącą jej rezultatem świetną książkę, do której wracam regularnie i za każdym razem mam z niej taką samą przyjemność. Wołanie w górach polecam wszystkim zakochanym w Tatrach. Nie jest to fabuła, więc można czytać na wyrywki, z dołu do góry i od prawej do lewej, a co się nie podoba, ominąć bez szkody.
Każde wydanie – a parę ich już było – jest aktualizowane.


* ja tam np. znalazłam opis wypadku, którego byłam PRAWIE świadkiem. Znaczy, i ja i ofiara byłyśmy na Orlej, ale w innych częściach. Ale widziałam śmigłowiec i na dole słyszałam dramatyczne relacje, co i jak. Książkowy opis, data, okoliczności i miejsce zdarzenia zgadzają się idealnie.

Zmałpiej!


… czyli jak zakosztować emocji związanych z wysokością bez wybierania się w góry.

W Dniu Dziecka zrobiliśmy sobie prezent szalejąc na Go Ape. Go Ape, cytuję za ulotką an award-winning high wire forest adventure course, mieści się w David Marshall Lodge Visitor Centre, obok miejscowości Aberfoyle w Trossachs. Dojazd z Glasgow drogą A81, ze Stirling kolejno A84, A873 i A81, ale najbardziej polecam opcję przejechania najpierw przez Callander, a potem w sąsiednim Kilmahog odbicie na A821, aby doświadczyć fantastycznej drogi przez wysoko położoną Dukes Pass. Widoki na Trossachs i Loch Venachar wymiatają.

Jako że bilety trzeba rezerwować wcześniej, będąc u celu udaliśmy się najpierw do kasy, gdzie potwierdziliśmy rezerwację, zostawiliśmy co cenniejszą zawartość kieszeni, oraz otrzymaliśmy karty z zasadami bezpieczeństwa do podpisania. Karty zawierały m.in. informację, że już dwie osoby zleciały na Go Ape, ponieważ nie zabezpieczyły się prawidłowo. Trochę nas zaniepokoił brak uzupełnienia, co się z nimi stało.

Po formalnościach trzeba było jeszcze chwilę poczekać, aż skończy się szkolić poprzednia grupa, i przyszła kolej na nasz trening. Każdy dostał od instruktora uprząż z dwoma karabinkami oraz został dopilnowany, by założyć ją prawidłowo (jak mnie pan instruktor docisnął, miałam wrażenie, że mi odpadnie górna połowa ciała). Zostaliśmy jeszcze raz pouczeni o zasadach bezpieczeństwa, po czym najpierw pokazano nam, jak i w jakiej kolejności należy się wpinać w zabezpieczenia, a potem każdy demonstrował, czy załapał.

Kiedy instruktor uznał, że jesteśmy gotowi, można było zacząć zabawę. Zacząć od razu, bowiem na teren Go Ape dostaje się półkilometrowym zjazdem nad doliną (poniżej stanowisko zjazdowe):

Początek zjazdu:

Widoki podczas zjazdu są fantastyczne, ale zrobienie zdjęć ze względów oczywistych jest dość trudne.



Kiedy się czekało na swoją kolej, wrażenie było naprawdę niesamowite: malejące figurki znikały kolejno w pokrytym mgłą lesie… Było, nie ma. Następny… A jeśli to wszystko podpucha, i coś tam na nas czyha?;D

Ten pierwszy zjazd dostarcza adrenaliny do tego stopnia, że kiedy w lesie człowiek otrzepuje się z trocin i przestaje się już śmiać, od razu ma ochotę na więcej i pędzi szukać wrażeń.

Go Ape jest podzielone na pięć sekcji, tak zorganizowanych, że automatycznie trafia się z jednej do drugiej, a każda kolejna jest tworzona przez wyższe platformy, co pozwala się oswoić z wysokością, a ta pod koniec jest naprawdę konkretna. Każda sekcja to kilka różnego rodzaju mostków rozpiętych pomiędzy platformami i zakończonych zjazdem. Żeby wejść na teren danej sekcji, trzeba wstukać kod, podany wcześniej przez instruktora. Kod zmienia się codziennie, więc mój sprytny plan, żeby znaleźć naziemną drogę na Go Ape i przyjeżdżać sobie tak często jak tylko się chce na darmową rozrywkę (bo wkrótce mamy sobie kupić własne zestawy do via ferrat) nie ma niestety szans realizacji 😉

Wpinanie się jest bardzo łatwe, zresztą pod drzewami kręcą się instruktorzy, których można poprosić o pomoc. Ponadto na platformie mogą być jednocześnie obecne trzy osoby, więc w razie czego kolega może potwierdzić, czy zabezpieczyliśmy się prawidłowo.



Mostki są bardzo różne, oprócz tych sfotografowanych pamiętam jeszcze podłużną ażurową beczkę, do której wchodziło się na czworakach.

Najlepsze są i tak zjazdy pod koniec, każdy kolejny z większej wysokości. Ostatni naprawdę odrobinę zmiękcza kolana.

Najtrudniejszym przejściem okazał się mostek (określenie mocno na wyrost) utworzony z luźno zwisających strzemion. Był też jedynym, obok którego prowadziło przejście alternatywne, ze zwisających poziomo palików. Przyznaję że zdecydowałam się na to drugie, widząc jakie akrobacje wyprawia Mariusz na strzemionach (albo raczej, co strzemiona wyprawiają z Mariuszem). Aczkolwiek szacunek, bo poradził sobie pięknie.

Najważniejsze to pokonać odruch chwytania wszystkiego rękami. W uprzęży jesteśmy bezpieczni czy się trzymamy, czy nie, więc rozpaczliwe łapanie się czego popadnie naraża nas jedynie na późniejsze zakwasy.

Ostatnia sekcja trochę nam dała popalić. Znajduje się tam najbardziej hardkorowy element, wysoki tarzan swing, gdzie cały wic polega na tym, że lina jest luźna – więc najpierw się spada, a dopiero potem leci, by jak wór kartofli pieprznąć w siatkę. Tu nie wystarczy się dyskretnie zsunąć z platformy, tu już trzeba skoczyć. Czy z pozycji pionowej czy kucznej, skok w dół jest nie do uniknięcia, wbrew protestującemu instynktowi przetrwania. Większość z nas poradziła sobie w miarę bezboleśnie, ale jeden kumpel przestał na platformie prawie 10 minut zanim się pod wpływem intensywnego dopingu zdecydował.

Po przejściu wszystkich sekcji wracamy tak jak przybyliśmy, zjazdem nad doliną. Mały ekran umieszczony na platformie pozwala zobaczyć, czy poprzednia osoba już wylądowała.

I na tym zabawa się kończy. Podobało się nam bardzo i na Go Ape na pewno jeszcze przyjedziemy.

Info praktyczne na stronie www: goape.co.uk
Tam też należy rezerwować bilety (alternatywą jest telefon ale wtedy płacimy funta więcej). Koszt biletu to 25 funtów dla dorosłych i 20 dla dzieci powyżej 10. roku życia.
Na stronie jest spis wszystkich 16 Go Ape’ów na terenie UK (w Szkocji znajduje się tylko ten jeden). Są też filmiki.


Kurcze, gdyby mnie było stać jeździłabym tam co weekend 😀

Ben Starav


Nr 13, Ben Starav

Wymowa: tak jak się pisze ale z akcentem na drugą sylabę

Znaczenie nazwy: hill of rustling, wzgórze szelestu. Wersji jak zwykle jest legion, więc podaję najpopularniejszą

Wysokość: 1078m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 62.

Data wejścia: 31.05.2008

Ben Starav wystrzela 1078m nad powierzchnię Loch Etive. Loch Etive jest fiordem, zatem jego lustro stanowi poziom morza. Te tysiąc z hakiem metrów do góry plus zdjęcie w przewodniku Ben Nevis & Glen Coe kusiły nas już od dawna.

Glen Etive sąsiaduje z Glencoe. Na krótkim dystansie doliny biegną względnie równolegle, rozdzielone grzbietem Buachaille Etive Mor, a potem rozchodzą się w kierunach z grubsza zachodnim (Glencoe) i z grubsza południowym (Glen Etive). Charakter obu dolin różni się dość znacznie. Glen Etive jest prawie dwa razy dłuższa i o wiele szersza. Jest też znacznie spokojniejsza, ponieważ jedyna droga, która tamtędy biegnie jest wąska z licznymi mijankami i urywa się nad Loch Etive. Krótko mówiąc, służy jedynie celom turystycznym. Przez Glencoe przebiega natomiast słynna A82, na której ruch nie ustaje nawet nocą.

Rozległa Glen Etive jest bardzo zielona, zamieszkuje ją mnóstwo fauny (widzieliśmy jelenie), teraz na wiosnę wszędzie kwitną rododendrony. Znacznie ciaśniejsza Glencoe jest surowsza, za to zapiera dech spektakularnością szczytów po obu stronach. Jak dotąd nic w Highlandach nie wbiło mnie w fotel bardziej, niż widok na wyłaniające się zza zakrętu Three Sisters.

Bez wątpienia cała okolica to jeden z najefektowniejszych rejonów Szkocji.

Początek trasy był nieco problematyczny, dróżkę odchodzącą od szosy łatwo przegapić, brak jakichś charakterystycznych punktów. Zamiast tłumaczyć, podaję mapkę zgodną z tą z przewodnika (na mapce widać, że można zaparkować wcześniej i ściąć część trasy, nie wiem czemu przewodnik nie podał takiej wersji):



Po przejściu drugiego mostka należy zwiększyć uwagę, żeby nie przegapić rozwidlenia dróg. Wspinamy się szlakiem, który zaznaczyłam na zielono. Czerwonym będziemy schodzić. Można oczywiście odwrotnie, tym bardziej że obie opcje są równie żmudne, ale idąc zielonym (oczywiście kolory to moja licentia poetica) szybciej osiągniemy szczyt.

Na ostatnim planie Stob Dubh kończący Buachaille Etive Beag, po jego prawej stronie widoczna końcówka Buachaille Etive Mor, między nimi przełęcz przez którą można się przedostać do Lairig Eilde i Glencoe

Zdjęcie poniżej pozwala prześledzić sporą część trasy. Nasz szlak pnie się potężnym ramieniem na niewidoczny na razie szczyt. Potem mamy krótki kawałek płaskiej grani (to tam, gdzie śnieg), która następnie lekko się obniża by – na tym odcinku zębata i poszarpana, co będzie widoczne dopiero na zdjęciach z mniejszej odległości – osiągnąć niższy wierzchołek masywu, Stob Coire Dheirg. Dalej szlak oniża się, wciąż po grani, w kierunku przełęczy, której zdjęcie już nie objęło. Od tej przełęczy można udać się na kolejnego munro, Glas Bheinn Mor, lub schodzić drogą którą na mapce zaznaczyłam na czerwono:

Poniżej odcinek od Stob Coire Dheirg po Glas Bheinn Mor, wspomniana przełęcz stanowi największe obniżenie grani:

Szczytu nie zobaczymy jeszcze długo, ale rekompensują to coraz rozleglejsze widoki za plecami, zwłaszcza w kierunku Glencoe, gdzie dominuje masyw Bideana nam Bian.

Kiedy wreszcie ukazuje się szczyt, jesteśmy już naprawdę wysoko. Szlak na krótkim odcinku się wypłaszcza, po czym wzbija w górę, na kamienisty wierzchołek. Na poniższym zdjęciu (zresztą w realu odczucie jest identyczne) wygląda to tak, jakby na górę było już blizutko, hyc-hyc i delektujemy się widokami ze szczytu. Oczywiście nie jest tak. Większą część wejścia istotnie mamy za sobą, ale i przed nami jeszcze ładny kawałek.

Nareszcie widać całą grań szczytową, od wierzchołka głównego po Stob Coire Dheirg. Najbardziej cieszyliśmy się na końcowy odcinek grani, fajnie pozębiony i wyglądający na eksponowany.



Od miejsca z którego ukazuje się szczyt wędrujemy po względnie płaskim, wzdłuż przepięknych krzesanic obrywających się na lewą stronę. Z drugiej za to powoli zaczynają się otwierać widoki na Loch Etive i południe.

Im wyżej, tym więcej kamieni. Sama piramida szczytowa to ogromny kamienny kopiec.

W głębi Bidean nam Bian, Stob Coire Sgreamhach i Buachaille Etive Beag

Atak szczytowy zajmuje około kwadransa. Idzie się miło, bo kamienistość terenu wymusza korzystanie także z rąk, więc nogi mogą trochę odpocząć. Coś na kształt ścieżki momentami się przewija, ale nie warto się nią przejmować. Logiczny kierunek jest tylko jeden.




Poniżej wspomniane skrzesane urwiska, szlak jest wyraźny:

Stob Coire Dheirg i najbardziej obiecujący fragment grani (przy uważnym przypatrzeniu się można dostrzec, że znajdują się na niej dwie osoby):

Na wierzchołku Ben Starava po prostu trzeba rozsiąść się na dłużej. Takie widoki – zwłaszcza przy pogodzie, jaka nam się trafiła – nie są czymś, co przydarza się często. Dla mnie był to mój osobisty – jak w pratchettowskim Złodzieju Czasu – moment absolutnej perfekcji.

Loch Etive, po prawej fragment wyspy Mull

The Cruachan Horseshoe z Ben Cruachanem

Beinn Trilleachan

Po prawej Stob Coir’an Albannaich. Za szczytami Glencoe widać The Mamores

Ze szczytu najpierw lekko w dół, zupełnie płaskim odcinkiem grani:

Zza Bideana nam Bian wyłania się wierzchołek Ben Nevisa, po jego prawej stronie The Mamores

Po tym pierwszym podszczytowym odcinku przyszła kolej na najbardziej interesujący kawałek trasy, czyli poszarpańce wyprowadzające na wierzchołek Stob Coire Dheirg. Istotnie, ekspozycja jest tam spora, ale idzie się bardzo łatwo. Trochę taka Carn Mor Dearg Arete w miniaturce, tyle że CMDA jest o wiele dłuższa i bardziej spektakularna. Powtarzam, trudności brak, ale jeśli ktoś mimo wszystko wolałby bezpieczniejszą opcję, po prawej strony poniżej ostrza grani biegnie ścieżka.

Stob Coire Dheirg

Ze Stob Coire Dheirg schodzimy na głęboką przełęcz, z której albo w dół, by połączyć się ze szlakiem dojściowym, albo na Glas Bheinn Mor. Ta druga opcja jest zastrzeżona dla osób z dobrą kondycją, ponieważ na szczyt kolejnego munrosa jest niezły kawał, a trzeba jeszcze zejść. Jeżeli ktoś planuje tę trasę a nie jest dzikiem, powinien zacząć wchodzenie naprawdę wcześnie.

My schodziliśmy przytulną kotlinką ograniczoną od prawej przez malutki Glas Bheinn Chaol, grzbiecik dzielący na pół olbrzymi kocioł poniżej Ben Starava i Glas Bheinn Mora. Dnem kotlinki biegnie głęboki widowiskowy wąwóz którym płynie Allt nam Meirleach. Zejście jest dość przyjemne, jedynie z początku trochę żwirku. Kiedy pokażą się pierwsze górskie sosny to znak, że wkrótce połączymy się ze szlakiem "zielonym", a stamtąd już tak samo jak w drugą stronę, przez mostki i las.

Piękna wycieczka, piękna góra, a Glen Etive to jedno z cudniejszych miejsc w ogóle, jakie widziałam do tej pory. Szlak oceniam na **, i przypominam, iż w paru miejscach należy zachować znaczną ostrożność pomimo ich łatwości technicznej. Długość drogi jest raczej tatrzańska niż highlandzka (jakby nie było, dajemy ponad tysiąc metrów do góry), i to pomimo iż atakujemy bezpośrednio, bez żmudnych podejść dolinami. Polecam i życzę podobnie pięknej pogody, jak podczas naszej wycieczki. Czyli przy ostrożnych szacunkach macie średnio dziesięć szans w roku, żeby się spełniło;)

Zielony – droga dojściowa, czerwony – zejściowa, żółty – grań pomiędzy szczytem a ostatnią przełęczą

Na Gruagaichean


Nr 12, Na Gruagaichean

Wymowa: na grujehan

Znaczenie nazwy: the maidens, panny

Wysokość: 1056m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 74.

Data wejścia: 18.05.2008

Tym razem zachciało nam się Mamoresów. The Mamores (w sumie powinnam spolszczać to słowo na "mamory", ale "mamoresy" mają jedyny w swoim rodzaju czar:D) to efektowne pasmo o fenomenalnym położeniu pomiędzy Ben Nevisem a Glencoe. Z Ben Nevisem sąsiadują, do Glencoe jest wciąż blisko, ale jednak dalej – przy czym to nawet lepiej, co zamierzam udowodnić zdjęciami. Z Mamoresów pięknie widać całe otoczenie doliny, od Buachaille Etive Mor po Sgorr na Ciche i dalej.

Mamoresy można ekspolatować od Glen Nevis bądź od Loch Leven położonego po stronie przeciwnej. Do miasteczka Kinlochleven, bo tę opcję wybraliśmy, od Glencoe jedzie się zaledwie kilkanaście minut.

Co do trasy, to koncepcje mieliśmy dość mgliste, tym razem miała jedynie być krótka i niezbyt forsowna. Na Na Gruagaichean padło, ponieważ prowadziła nań najkrótsza droga, i to pomimo że góra wcale słaba nie jest – pod względem wysokości trzecie miejsce w grupie Mamoresów, a trochę tam szczytów jest. Zachęcił nas też opis z The Munros, które przezornie wzięliśmy że sobą, że niby Na Gruagaichean jest "most imposing" w tym paśmie.

Trasa zaczyna się przy hotelu Mamore Lodge. Hotel jest położony wysoko – przejeżdżając przez Kinlochleven możecie dostrzec hen na zboczu rzucające się w oczy (oj ktoś miał fantazję, że tam się pobudował) domki. To właśnie hotel (to większe) i nieodległy dom nie wiem czyj, ale cholernie tej osobie zazdroszczę. Parking pod Mamore Lodge kosztuje 3 funty, a zaoszczędzamy kupę czasu i około 200 metrów różnicy wzniesień.

Najpierw czeka nas krótka przechadzka przez bujny las. Bujny las tu, w Szkocji, to prawdziwa gratka. Ten, choć puszcza to nie była, prezentował się w majowej szacie po prostu cudnie. Wszędzie rosną tam rododendrony. Drzew iglastych jest niewiele. Przyroda niby swojska, północnoeuropejska, ale jednak zupełnie inny klimat niż w Tatrach.

Am Bodach, Stob Coire a’Chairn i Na Gruagaichean widziane ze zbocza powyżej Kinlochleven. Białe punkciki w ramieniu Am Bodach to Mamore Lodge (lewy) i wspomniany dom

Po krótkim (za krótkim!) marszu lasem skręcamy do doliny, którą nazwę doliną Ba, jakoże płynie nią Allt Coire na Ba. I dalej nią, terenem łagodnie się wznoszącym, szczyt docelowy (a właściwie szczyty, gdyż Na Gruagaichean jest dwuwierzchołkowy) mając po ręce prawej, nie chowający się ani na chwilę. Od lewej dolinę flankuje Am Bodach, który w miarę jak nabieramy wysokości staje się coraz bardziej imponujący. Na Gruagaichean jest wyższy, ale z doliny to Am Bodach robi większe wrażenie.

Górne partie grani Na Gruagaichean nie chowają się, jak wspomniałam, ani na chwilę, więc od razu szukajcie o, takiej przełęczy:

Jest to największe obniżenie w grani, już bardzo blisko pierwszego ze szczytów, więc tam właśnie należy się wbijać.

Kolejno wygląda to tak: idziemy wyraźną ścieżką wzdłuż Allt Coire na Ba, aż szlak skręca w prawo i zaczyna się wznosić, by po jakimś czasie,kiedy jesteśmy już całkiem wysoko, skręcić w lewo. Jest to mniej więcej pod przełęczą, więc skręcamy tylko na chwilę (skręt dłuższy wyprowadziłby nas na Stob Coire a’Chairn, a dalej hulaj dusza, granie Mamoresów stoją otworem – opcja jak najbardziej do wypróbowania), i kierujemy się na rympał prosto w górę. Trochę mozolnie, ale króciutko. Na przełęczy otwierają się nowe widoki, a w krajobrazie dominuje Ben Nevis widziany od strony Carn Mor Dearg Arete.

Poniżej rejon, w którym szlak skręca przed rozpoczęciem podchodzenia na przełęcz:

I sama przełęcz:

Już na przełęczy, widok w kierunku The Grey Corries:

Z rejonów podszczytowych Na Gruagaichean Mariusz cyknął fajną panoramkę. Zobaczcie koniecznie (należy kliknąć w zdjęcie, aby powiększyć) >> LINK <<. Żałuję tylko, że z przyczyn wiadomych nie miałam jak opisać tego, co na niej widać. Poniżej kilka wybranych zdjęć:

Początek Glencoe. Plan trzeci zajmują Glen Etive Hills. Pasmo na planie drugim to Buachaille Etive Mor, kulminujące w Stob Dearg (najb. po lewej) i Stob na Doire. Pasmo z planu pierwszego to dłuuuuuuuugaśna grań, której klejnotem jest króciutkie Aonach Eagach

Plan III: Stob Dubh, Beinn Fhada, Stob Coire Sgreamhach, Bidean nam Bian. Plan II: grań sięga już do początków szlaku przechodzącego przez Aonach Eagach. Rozpoczyna go kopulasty wierzchołek Am Bodach

Z tyłu Bidean, bliżej wreszcie Aonach Eagach – to te ciemne poszarpańce – przechodzące w Stob Coire Leith i Sgorr nam Fiannaidh

A tu koniec grani z efektowną piramidką Sgurr na Ciche

Am Bodach i Sgurr an Lubhair

Sgurr a’Mhaim, najwyższy w Mamoresach. Piękny. Jak piramidka bitej śmietany



Jest i król. Ben Nevis wyglądający jak fala tsunami, Carn Mor Dearg Arete i Carn Mor Dearg

Z przełęczy na pierwszą pannę wchodzi się szybko. Szczyt jest długi i spłaszczony, ale fajna ekspozycja na obie strony – na prawą owszem dałoby się zejść, wprawdzie kosztem wielkich zakwasów, ale na lewą nie polecam. Nowe widoki na rejon Perthshire, Great Wall of Rannoch i Crianlarich Hills. Widać Ben Mora i Stob Binneina, ale trzeba wiedzieć gdzie patrzeć, bo z tej odległości to mikroby są.

Z panny nr 1 stromo na przełęcz, skąd na pannę 2 jest dosłownie kilka minut.

Na fotce powyżej jasno widać, że panna pierwsza ma gdzieniegdzie co pokazać. Zbocze po prawej to już prawie ściana.

Widoki z najwyższego punktu Na Gruagaichean są tak zbieżne z już opublikowanymi, że wrzucam tylko jedno zdjęcie. Poniżej Loch Eilde Mor a dalej Blackwater Reservoir:

Schodziliśmy obniżającą się długą granią, a kiedy stało się oczywiste że podążanie nią do końca, tj,. do samego dołu skaże nas na bardzo długie podchodzenie do szlaku ku Mamore Lodge, zdecydowaliśmy się na zejście na dzika zboczem, bezpośrednio do Doliny Ba. Zejście było męczące, długie, bardzo strome ale torfowo-trawiaste, więc bez niebezpieczeństw, acz wchodzić przy takim nachyleniu bym nie chciała. W dolinie pozostało przedostać się przez ogrodzenia dla owiec i po kwadransie od zejścia byliśmy na parkingu.

Mamoresy są… piękne. Dla miłośników szkockich gór obowiązkowe. Następnym razem w tym rejonie będziemy robić Ring of Steall, graniówkę obejmującą większość szczytów the Mamores – to już kosztowniejsza impreza, bo z noclegiem, ale nie mam najmniejszych watpliwości, że wrażenia z nawiązką zrekompensują każdego funta. I to pomimo że szlakowi przebytemu daję *, i jakoś mi się nie wydaje żeby w tym rejonie była szansa na hardkory. Ale te widoki, wysokość – miód. Polecam.