Ben Nevis po raz trzeci

Prognozy pogody na zeszłą sobotę były tak optymistyczne, że postanowiliśmy zrobić coś naprawdę fajnego: po raz pierwszy ogarnąć Ben Nevisa (przez Carn Mor Dearg Arete oczywiście, ceprostradzie mówimy nie) w piękny, widokowy dzień. Żeby trochę zmodyfikować znaną trasę zaplanowaliśmy wchodzenie przez grań opadającą z Carn Dearg Meadhonach. Co do tego punktu miałam, przyznaję, trochę wątpliwości ponieważ grań ta w warunkach letnich ma wycenę dwójkową (scramblingowo, nie wg UIAA ;P), a jakkolwiek dwójki latem są banalne, żadnej jeszcze nie robiliśmy w zimie.
Trip rozpoczęliśmy, wjeżdżając kolejką gondolową (gondola w gaelic to "gondala" :D) na Aonach Mor. Górna stacja znajduje się oczywiście nie na samym szczycie, a w połowie wysokości. Od stacji zaczęliśmy trawersować zbocze Aonach Mor, i wkrótce ukazał się CDM i jego grań:

W dolinie spotkaliśmy górołazów, którzy obozowali w dwóch namiotach. Strasznie fajny klimat, obudzić się w zimowej scenerii Nevis Range 🙂 Krotka wymiana zdań ujawniła, że na CDM byli poprzedniego dnia co oznaczało, że będziemy mieć przedeptaną ścieżkę.
Dojście do podstawy grani (a właściwie jej górnej, konkretniejszej części) było momentami nieco nerwowe, jako że im wyżej tym zbocze było coraz stromsze a śnieg bardzo mało związany i obawialiśmy się, że możemy podciąć lawinkę. Zimowe doświadczenie mamy jeszcze bardzo skromne i ciężko nam realnie ocenić, na ile sytuacja jest bezpieczna.

Wreszcie osiągnęliśmy grań i rozpoczęliśmy wchodzenie na pierwszą turnię. Od początku stało się jasne, że przy takiej ilości śniegu nie będzie mowy o porządnym scramblingu. Wszystkie nierówności były przykryte, w miejscach stromszych, gdzie w warunkach letnich trzeba było by użyć rąk, teraz wystarczało zabić czekan i się podciągnąć. Praktyczny brak trudności nie umniejszał bynajmniej urody grani, zwłaszcza po prawej stronie lufa była konkretna (po lewej – bardzo stromo, nie chciałabym się tamtędy stoczyć, ale jednak nie ekspozycja jako taka).

Wierzchołek Carn Dearg Meadhonach osiągnęliśmy szybko, poniżej rzut oka na końcówkę grani:

Ale oczywiście samo gęste znajdowało się po drugiej stronie. Po raz pierwszy było nam dane zobaczyć północną twarz Benka w pełnej okazałości. Podobnie pierwszy raz zobaczyliśmy jak właściwie wygląda przechodzona przeze mnie dwu, a przez Mariusza jednokrotnie Carn Mor Dearg Arete. Wiedzieliśmy, że widoki będą wymiatać, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak – dzięki pogodzie robiły kolosalne wrażenie, taki moment perfekcji przydarzył mi się w górach zaledwie parę razy.

Poniżej północna ściana Ben Nevisa z widoczną w centrum Tower Ridge. Idealne warunki sprawiły, że w ścianie było pełno ludzi. Na każdej grani znajdowało się po kilka zespołów, śnieg w żlebach poznaczony był śladami stóp – niektóre ścieżki prowadziły w miejsca, gdzie latem nie dałoby się wbić tak prosto, tu śnieg okazał się sprzymierzeńcem.

Szeroka póki co grań wyprowadziła nas na munro Carn Mor Dearg. Z tą górą przez długi czas mieliśmy pewien problem. Podczas naszej pierwszej wycieczki przez CMDA, gdy wbijaliśmy na grań na przełaj z doliny, we mgle wyszliśmy już na Arete, kawałek za wierzchołkiem munrosa. Z bólem, ale nie zaliczyliśmy go sobie wtedy, chociaż był to naprawdę krótki odcinek. Po raz kolejny przechodziłam Arete w czerwcu, gdy Mariusz łoił Tower Ridge. Stanęłam wtedy uczciwie na CMD i, nie bez pewnych wątpliwości, postanowiłam jednak wciągnąć go na naszą munro-listę. Jednak dopiero teraz, kiedy stanął na nim i Mariusz, uważam, że zaliczyliśmy go prawidłowo.



Arete zaczyna się kilkadziesiąt metrów od wierzchołka munrosa. Grań znacznie się zwęża, po obu stronach są stromizny (choć lufą bym tego nie nazwała, z wyjątkiem paru krótkich odcinków); i tym powietrznym szlakiem wędrujemy aż do bezpośredniego podejścia na Ben Nevisa, gdzie grań przechodzi w szeroki grzbiet. Latem Arete ma wycenę scramblingową 1, to znaczy: ręce zasadniczo nie są potrzebne, czyli jest łatwo. Jest to jednak scrambling, lajtowy bo lajtowy, ale tu i
ówdzie trzeba się podciągnąć, uważać na ruchome kamienie, ponadto dużo prościej jest trawersować grań, głównie od wschodu, niż posuwać się ostrzem (nie jest problematyczne ale tam właśnie koncentrują się wszystkie momenty dzięki którym droga została uznana za scramblingową). Teraz, przy śniegu, była to piękna ścieżka prowadząca po samym ostrzu. Cudowna sprawa, delektować się taką powietrzną trasą nie musząc myśleć o trudnościach. Myślę że zdjęcia mówią same za siebie (na pierwszym w tle Sgurr a’Mhaim w The Mamores):

Poniżej, na moim ulubionym zdjęciu, na drugim planie pięknie prezentuje się słynny mamoresowy szlak, opisany na tym blogu Ring of Steall:

Na Arete:

Oraz podejście na szczyt Ben Nevisa, który od tej strony ma tak śmiałe linie, że wchodzenie na niego Pony Trackiem powinno być zabronione – pomyśleć, że dla wielu osób atakujących Benka tą ceprostradą pozostaje on kopą, tyle że wyższą od innych…

Poniżej zaś Tower Ridge po raz kolejny. Przypatrzcie się, na jakiej wysokości znajduje się Great Tower. To za chwilę będzie istotne.

Atak szczytowy dał nam popalić – śnieg był głęboki i sypki, szło się raczej niemrawo. Na wierzchołku, po raz pierwszy widoki. Efekt trochę osłabiony przez wielkość plateau szczytowego – na wszystkich fotach widać przede wszystkim teren wierzchołka, a dopiero w oddali krajobrazy – ale i tak wrażenie (w pełni uzasadnione) górowania nad całą okolicą jest niebywałe. W Brytanii są tylko dwie góry powyżej 1300m n.p.m., i tę przewagę się czuje. Zdjęć nie daję gdyż 1) i tak najładniejsze były te z Arete; 2) znacznie bardziej unikalnym widokiem jest zaprezentowana poniżej Tower Ridge.
Pisałam, żeby zwrócić uwagę jak wysoko znajduje się Great Tower? No więc tu macie odpowiedź dlaczego, zaprezentowana sekwencja zdjęć ukazuje grań do punktu położonego tylko nieco niżej niż Wielka Wieża. Warto uzmysłowić sobie skalę całości.

Na początek odcinek końcowy, wg Mariusza latem bez trudności:



Miejsce najbardziej nerwowe, choć technicznie nietrudne, czyli słynna szczelina Tower Gap:

Tower Gap oraz Great Tower – trawers po jej prawej stronie to niesamowita galeryjka nad okropną lufą. Widać, że i tu śnieg pomógł, ponieważ najtrudniejsze latem miejsce zostało przez niektórych strawersowane, co latem niekoniecznie byłoby możliwe:

Oraz partia poniżej Wieży, czyli jeszcze ok. dwóch trzecich długości grani pozostało poza kadrem:

Mam wielką nadzieję, że za jakiś czas na tym blogu znajdzie się relacja z Tower Ridge mojego autorstwa. Mariuszową przeczytacie tu: >>LINK<<.
Jeśli jeszcze kogoś nie przekonałam, że zdobywanie Benka ceprostradą jest bez sensu, to niech weźmie koło i się… hmmm… tego… w czoło ;D
Tu >>LINK<< do galerii, chyba naszej najładniejszej jak dotąd.
Wycieczkę podsumuję krótko: cud, miód i orzeszki. Chyba widać.
🙂

Ben Lui

 
Nr 53, Ben Lui (Ben Laoigh)

Wymowa: ben lui

Znaczenie nazwy: hill of the calf

Wysokość: 1130m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 28.

Data wejścia: 12.12.09

Ben Lui bardzo nas zainspirował oglądany z Ben Vorlicha. Postanowiliśmy wejść na niego trochę mniej standardowo, granią rekomendowaną w Scotland’s mountain ridges. Wyczytałam tam że w warunkach zimowych jest to trójkowy scrambling (0+) – podkreślam, w zimowych, czyli latem spacer; i że warto go zrobić jako właśnie jako wstęp do scramblingów w zimie.

Samochód zostawiamy kawałek przed Tyndrum (patrz mapka) i maszerujemy ani długo, ani krótko przez Glen Cononish. Nasz cel ukazuje się bardzo szybko.

Nasza trasa, The Gaothaich Circuit, miała być pętlą okrążającą głęboką misę Coire Gaothaich.



Podchodzenie zaczęło się po przekroczeniu rzeki. Wymagało to pewnej ekwilibrystyki, jako że kamienie były totalnie zalodzone, co nie powiem, zaniepokoiło mnie. Nie miałam ochoty napotkać lodu na grani.

Za potokiem zaczęliśmy wbijać się pod górę, korzystając z wyraźnej ścieżki, aż osiągnęliśmy próg kotła i zarazem granicę śniegu. Stąd należało się przedostać na grań. Tu już ścieżki nie było, a jeśli nawet, to i tak ginęła pod śniegiem. Wchodziliśmy po swojemu i już to pierwsze podejście okazało się na tyle strome, że postanowiliśmy zaprzyjaźnić się z rakami i czekanami.

Dwoje z naszej grupy jako nie mający na nogach raków waliło bezpośrednio granią, po odsłoniętych skałach. Reszta zawzięcie wypróbowywała zimowy ekwipunek na połogim zboczu poniżej. W moim przypadku chodziło nie tyle o zabawę, ile o to, że w rakach na skale czuję się jeszcze bardzo niepewnie.

Po drodze Mariusz inteligentnie upuścił mapę, którą na szczęście udało mi się przechwycić, jako że znajdowałam się kilka metrów pod nim. Odnotowuję, bo on wypomina mi wielkanocne zgubienie mapy w Glencoe do dziś ;P

Dwa fragmenty trasy były bardzo strome i to ich tyczy się zimowa scramblingowa wycena 3. Najpierw trzeba było się kawałek wspiąć, co latem nie byłoby niebezpieczne – przepaści tam nie ma, w najgorszym wypadku spadło by się z kilku metrów – w zimie jednak szansa zatrzymania się na zaśnieżonym stoku jest już mniejsza, więc trzeba było uważać. Nie czułam się pewnie scramblingując po skale w rakach, na szczęście panowie pomogli. Dorota też potrzebowała pomocy – ona z kolei, nie mając raków na nogach, obawiała się śniegu i lodu cienką warstwą zalegającego na skalnych stopniach. Jednym słowem, na baby nie ma mocnych :/

Drugi ciekawy moment był technicznie (dla mnie) prostszy bo zalegało tam dużo więcej śniegu, ale należało strawersować stromą rynnę sprowadzającą na sam dół, co było ciut deprymujące.

Osiągamy wypłaszczenie powyżej pierwszej trudności:

Z wypłaszczenia na wierzchołek już niedaleko – był to niewątpliwie, razem z partiami szczytowymi, najpiękniejszy odcinek trasy.


Przed samym wierzchołkiem teren trochę się spiętrza i gdzieś tam znajduje się wylot wspomnianej rynny, z dołu niewidoczny bo jest po drugiej stronie grani.

Było tak cudnie, że nie wiedzieliśmy co fotografować. Morza mgieł skutecznie zasłaniały widoki, pozwalając tylko najwyższym górom odsłaniać wierzchołki, ale coś za coś: klimat był baśniowy, a chmury tworzyły formacje nie mniej efektowne od gór.

Widok z partii podszczytowych na drugi, niższy wierzchołek:

Narada przed forsowaniem rynny (znów te baby, w tym wypadku Dorota):

Jak wspomniałam niewiele było widać ale euforia była pełna:

Partie szczytowe Bena tworzą podkowę, z jednej strony wypuszczającą dość strome, ale jak najbardziej do zejścia zbocze, z drugiej obrywającą się do Coire Gaothaich. Wchodząc, obserwowaliśmy dwójkę turystów pnących się direttissimą przez środek kotła, i do celu dotarli bardzo szybko… Świetnie to wyglądało i zazdrościliśmy im, ale wobec mikrego zimowego doświadczenia i braków sprzętowych nie było się po co tam pchać – nie tym razem.

Podczas zejścia rozdzielilismy się – ja chciałam schodzić opcją najoczywistszą, granią wprost, ale że Dorota obawiała się stromizny (przy braku raków w pełni zrozumiałe) eskortowana przez kolegów schodziła wysuniętym na zachód łagodniejszym zboczem. Nasze drogi miały się przeciąć na dole przy potoku. Nam zejście upłynęło bez przygód, czego nie można powiedzieć o reszcie grupy. Kolega Przemek, chcąc tuż przy krawędzi uskutecznić dupozjazd, został ściągnięty na bok, przeleciał przez krawędź i zniknął. Kiedy objawił się ponownie przerażonym obserwatorom, okazało się że zjechał na samo dno kotła. Szczęśliwie nic mu się nie stało, ale potwierdza się że choć dupozjazdy rzecz fajna, pomyśleć czasem trzeba.

Reszta wycieczki, tj. zejście i wspólny powrót przez Glen Cononish, na szczęście nie obfitowała w dramatyczne wydarzenia. Ustaliliśmy, że wszystkim ogromnie się podobało, tak ze względu na znakomite warunki, jak i trasę samą w sobie, a Marcin odkrył że jego przeznaczeniem jest czekanowspinaczka 😉 Góra jest świetna, z Pasa Centralnego wciąż blisko, możliwości wejścia dużo, nie tylko naszą opcją bynajmniej – jeśli ktoś jeszcze nie wie, jaki cel wybrać na krótki zimowy dzień, Ben Lui jest bardzo fajną propozycją.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<


Scafell Pike

Po raz pierwszy odwiedziliśmy Anglię. Lake District leży w podobnej odległości od nas jak Glencoe, ale że tamtejsze trzytysięczniki nie liczą się do munros, jakoś nigdy nie wpadliśmy żeby je pozwiedzać. Aż do teraz, kiedy to (szac za pomysł Marcinie) postanowaliśmy przyatakować od razu najwyższego – Scafell Pike’a, i zrobić zarazem jakiś ciekawy scrambling.

Masyw Scafell jest konkretny. W sensie rozległości, bo wysokością, choć najwyższy w Anglii, nie imponuje. Nasz Pike to najwyższy z kilku wierzchołków, o wysokości 978m n.p.m. Dróg jest tam masa, my zdecydowaliśmy się na opcję zaproponowaną w piśmie Trail, co prezentuję poniżej:

Start z parkingu w Seathwaite, a potem tak jak pokazuje mapka, do połączenia z Corridor Route wygodnie i bez emocji.

Za połączeniem – tam gdzie na mapce szlak rozwidla się – wbijamy do Skew Gill, wąskiego i stromego wąwozu, który z dystansu wygląda tak:

Wąwóz nie zapraszał. Powiedziałabym, że wręcz odwrotnie. Byliśmy jednak tym bardziej podekscytowani, bo nareszcie miało się zacząć samo gęste. Zwłaszcza iż panowała dupówa pogodowa i wobec braku widoków trudności miały być jedyną atrakcją.

W wąwozie można było albo próbować wspinać się wzdłuż jego zboczy, albo machnąć ręką i walić środkiem, po strumieniu. Druga opcja była technicznie łatwiejsza, ale pierwsza nieco bardziej sucha (nieco, bo jaka była pogoda i warunki widać aż nadto wyraźnie). Ślizgawica, jak można się było spodziewać, niezła, ale skała przypominająca tatrzański granit (a co to faktycznie było, nie wiem, nie znam się) mimo wszystko dawała jakąś tam pewność.

Klimaty, głównie dzięki pogodzie, były jak z filmu fantasy względnie horroru:

W niektórych miejscach nie było wyboru i trzeba było dawać strumieniem.

Im wyżej, tym scrambling stawał się ambitniejszy. W najtrudniejszym miejscu, z którego zdjęć nie mamy (znajdowało się powyżej tego co pod spodem) było naprawdę nieźle – myślę, że na warunki tatrzańskie byłaby to I. Kilkumetrowa ścianka gdzie trzeba było się podciągnąć, stopnie i chwyty wyraźne, acz mikre, spływająca zewsząd woda i śliskość, plus ryzyko spadnięcia do strumienia. Bardzo emocjonujące miejsce, ale wszyscy daliśmy radę, każdy po swojemu.

Za tym najcięższym miejscem czekał nas jeszcze odcinek kruchym żlebem, po czym teren się wypłaszczył.


Zgodnie z opisem z Traila mogliśmy stąd pójść dwojako. Albo jeszcze konkretniejszym scramblingiem przez Custs Gully, albo znacznie łatwiej żlebem i zboczem przez tzw. The Band. Obie opcje wyprowadzają na początek rejonu szczytowego, The Great End. Zależało nam oczywiście na przejściu przez Custs Gully. Mapa nie do końca pokrywała się jednak z poglądowym, "przestrzennym" rysunkiem z pisma. Nie byliśmy pewni, którędy dalej, zwłaszcza że widoczność była słaba. Przed nami widniało w każdym razie coś takiego:

Jedyne co było wiadomo to to, że gdzieś tam w górze jest Great End. Daliśmy zatem prosto w jego kierunku, na przełaj, przez bulderki a potem przez żleb:

… po którego przejściu stało się jasne, że wzorowo odtworzyliśmy trasę, tyle że przez The Band. Nasz scramblingowy target mogliśmy sobie teraz popodziwiać z góry, na tyle na ile było cokolwiek widać. Niestety, przeciwko cofnięciu się przemawiało zbyt wiele argumentów i pomaszerowaliśmy w kierunku szczytu.

Z Great Endu na wierzchołek jest jeszcze trochę, głównie po płaskim ale jest też kilka podejść. Na górze stały chmury, nie spędziliśmy tam zatem ani minuty dłużej niż było konieczne. Zdjęć też nie daję, bo oprócz naszej dzielnej drużyny nic tam nie ma ;P 

Wracaliśmy przez Corridor Route i nawet przy mocno ograniczonej widoczności oczywiste było, iż jest to droga piękna. Prawie cały czas trawersująca zbocza masywu, z efektownymi wąwozami co jakiś czas, a formacje terenu, choć tego samego typu co w większości znanych nam szkockich grup górskich, wydały mi się jednak bardziej charakterne niż ich szkockie odpowiedniki. Oczywiście mówię o tym konkretnym typie rzeźby, bo Cuiliny, Torridon czy Assynt to zupełnie inna bajka. No i tym bardziej nie wysuwam daleko idących wniosków odnośnie ogółu Gór Kumbryjskich po zapoznaniu się z pojedynczym masywem. Mówię tylko jakie wrażenie zrobiło na mnie samo Scafell Range.

Wycieczka, nawet pomimo braku widoków, była świetna. Do Lake District będziemy wracać regularnie, zwłaszcza że jest tam całkiem sporo celów scramblingowych, no i wiadomo – urok nowości (chociaż jako absolutnie zakochana w Lochaber zawsze będę uznawać wyższość gór Szkocji) 😉

Zdjęcia pod >>LINKIEM<<

Meall na Teanga


Nr 51,
Meall na Teanga

Wymowa: miel na cienga

Znaczenie nazwy: rounded hill of the tongue

Wysokość: 918m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 275.

Data wejścia: 17.10.09

Pogoda na zeszły weekend zapowiadała się sucha i słoneczna. Postanowiliśmy zatem wykorzystać te sprzyjające okoliczności przyrody na coś mniej spacerowego, jakiś scrambling. Kryteria, jakie przyjął Mariusz, instruując mnie odnośnie szukanej drogi, były następujące:

– wycena scramblingowa na 3 (dwójki nie są wyzwaniem w ładną pogodę, a czwórek się jeszcze boję)

– co najmniej jeden munro na trasie.

Warunki, jak stwierdziłam po dość pobieżnej lekturze, idealnie spełniała opisana w Scramblings in Lochaber droga na Meall Dubh znad Loch Lochy. Meall Dubh nie ma co prawda nawet statusu donalda, ale można z niego przejść na dwa munrosy, Sron a’Choire Ghairbh bądź Meall na Teanga. Postanowiliśmy zrealizować opcję scramblingową a potem zastanowić się, czy damy radę zdeptać jednego czy dwa.

Wschód słońca zaczął się w Glencoe, i do maleńkiego Clunes, skąd zaczyna się trasa, dotarliśmy o bardzo fotogenicznej godzinie. Poniżej ponad mgłą Nevis Range, na fotce pod nim Loch Lochy:

Dojeżdżamy do leśnego parkingu za Clunes, skąd szeroką drogą do miejsca, gdzie wg mapy (patrz na koniec) las na zboczach jest najwęższy. Zbocze ponad drogą obrywa się nagle może czterometrowym, dobrze urzeźbionym uskokiem – tamtędy wbijaliśmy się do góry. Dalej lasem, o ścieżce zapomnijcie, przez plątaninę zwalonych pni, młodych drzewek (niestety głównie iglastych, gogle wskazane ]:>) i gęstego poszycia, po lewej mając głęboki wąwóz (uważać!). Jeśli posiadacie maczetę, koniecznie ją zabierzcie. Jeśli nie, zastanówcie się dwa razy zanim zdecydujecie się na tę trasę.

Po wyjściu z … lasu (w miejsce trzykropka można wstawić dowolny epitet/epitety, gwarantuję że będziecie mieć na to ochotę) ukazała się nam dalsza trasa, tj środkowa z poniższych grzęd. Trochę nie chciało nam się uwierzyć, jak na wpół wrzosowe zbocze może mieć wycenę 3 (0+), ale konsultacja z rysunkiem w książce nie pozostawiała wątpliwości, że idziemy dobrze.

Do początku trasy, gdzie jak informowała książka wyrasta pojedynczy nie do przegapienia iglak (to nie ten poniżej), należało najpierw przetrawersować stromym zboczem. Tzn. wtedy jeszcze wydawało nam się strome, potem już nie.



Iglak właściwy widoczny jest na fotce poniżej. Od momentu kiedy zakończyliśmy trawersowanie i rozpoczęliśmy wbijanie do góry, stało się jasne że trasa nasza nie będzie bułką z masłem.

Zbocze było dość pionowe. Pionowe nie w znaczeniu geometrycznym, bo do 90 stopni jednak mu nieco brakowało. Było jednak wystarczająco strome, by uniemożliwiać korzystanie jedynie z nóg. Gdyby zeń skoczyć, lotu swobodnego nie zaliczyłoby się więcej niż pół metra – metr – gdzieniegdzie dwa, za to reszta byłaby bardzo szybkim turlaniem aż do samego podnóża. Gdyby to była skała, ale taka porządnie urzeźbiona, z konkretnymi stopniami i chwytami, szła bym z lekkim cykorem, ale myślę że pewnie. Tymczasem musieliśmy pełznąć przez porośnięte wrzosem zbocze, i właśnie wrzosy służyły nam za chwyty, a czasem także stopnie.

Na tym najtrudniejszym odcinku, któremu trasa zawdzięcza swoją wycenę, skał nie było prawie w ogóle. Sama absolutnie nie uważam tej drogi za scramblingową. Jest to raczej jakiś wrzosowy hardkor dla masochistów.

Skałki zaczęły się pojawiać na górnym odcinku, gdzie teren nieco (ale nie było to duże "nieco") się położył. Wszystkie były omijalne, można więc było wybierać, czy w danym miejscu bardziej satysfakcjonuje nas scrambling czy wrzosing.

Poniżej Loch Lochy i Nevis Range:

Kiedy osiągnęliśmy łagodną grań Meall Dubh, byliśmy zjechani jak konie po westernie. Natomiast uczucia mieliśmy mocno mieszane – z jednej strony, potrzeba adrenaliny została w pełni zaspokojona; z drugiej, w zupełnie inny sposób, niż się spodziewaliśmy i niż jaki by nas usatysfakcjonował.

Z Meall Dubh postanowiliśmy ruszać od razu na Meall na Teanga i stamtąd jakoś zejść – na dwa munrosy nie starczałoby by nam światła dziennego. Odcinek od wierzchołka Meall Dubh do szczytu munrosa zajął nam 45 minut. Podejście jest łagodne, jest tam też ścieżka. Jest to jedyna część pokonanej przez nas trasy, na której w ogóle jakaś ścieżka egzystuje. Na naszym wejściu i zejściu nie znaleźliśmy nawet śladu buta.

Widok na południowy zachód z podejścia na Meall na Teanga:

Z naszego munro, od którego już bliżej niż dalej do ogarnięcia pierwszej setki, skierowaliśmy się w stronę przełęczy łączącej go z sąsiednim wzniesieniem. Z przełęczy zeszliśmy na rympał nad jezioro, najpierw przyjemną trawiastą kotliną, eskortowani przez rozryczane jelenie, a potem, po raz drugi tego dnia, *&&%"::::?$@ lasem. Tym właśnie ślicznym, kolorowym lasem, który tak ładnie się lansuje poniżej:

Nad przeprawą przez las nie będę się rozwodzić, ostrzegę tylko iż należy uważać na zamaskowane dziury, bagna, skupiska młodych choinek, śliskie i wypróchniałe pnie oraz coś śluzowatego co tam wszędzie się pleni.
Na drogę udało nam się wyskoczyć w miejscu gdzie nie było żadnych uskoków. Przebyte trudy wynagrodził trochę widok zachodu słońca nad jeziorem.

Z całą pewnością mogę o naszej wycieczce powiedzieć dwie rzeczy:
1. Bardzo mi się podobało.
2. Nie mam zamiaru jej powtarzać.

Jeśli mimo to ktoś chciałby nasz szlak zdublować, życzę powodzenia i zalecam uczynienie tego w równie dobrych warunkach pogodowych, bo te wrzosy i na sucho były nieszczególne.

Całość: >>LINK<<

Angel’s Peak i Braeriach


Nr 46, Angel’s Peak (aka Sgor an Lochain Uaine) i nr 47, Braeriach

Wymowa: wersji gaelic – skyr an lochan uin; brea-riach (akcent na drugą sylabę)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the little green loch; grey upper part

Wysokość: 1258m n.p.m.; 1296m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 5.; 3.

Data wejścia: 19.09.09

Bardzo, ale to bardzo podoba mi się początek opisu tej trasy w Scotland’s Mountain Ridges: This is the journey into a heart of darkness (…) :DDD

Fakt, aby zaliczyć któregokolwiek z czterech munros wznoszącym się nad niesamowitym systemem kotłów nad doliną Lairig Ghru, trzeba pokonać konkretną odległość od cywilizacji, i to obojętnie od której strony idziemy. Jest to samo serce Cairngormsów, tu znajdują się najwyższe punkty, jedne z najwspanialszych kotłów, oraz najgłębsza i najdłuższa dolina, dzieląca na dwoje całą tę grupę górską.

Nasza pętla liczyła sobie 29 km i końcówka powrotu odbywała się już po ciemku.

Zanim znajdziemy się w dolinie, czeka nas jeszcze długi marsz (info o parkingu i dokładnym przebiegu trasy będzie na mapce).

Pierwszym spektakularnym miejscem na trasie jest Chalamain Gap – wąski wąwóz wyścielony złomami skalnymi, długi na jakieś 300m. Po deszczu niezbyt sympatyczne miejsce.

Po wyjściu z wąwozu po raz pierwszy ukazuje się Braeriach. Wyraźną ścieżką , nieco w dół, maszerujemy do rozwidlenia dróg. Prawa odnoga wspina się na Braeriach i to nią będziemy schodzić. Teraz kierujemy się w lewo, dnem Lairig Ghru.
Dolina na początkowym odcinku wygląda jak z kosmosu, jest wąska, prawie nic tu nie rośnie, nie widać żadnych śladów bytności człowieka.

Odcinek który nazwałam początkowym nie jest bynajmniej krótki, liczy sobie ładnych parę kilometrów. Na razie nie ma jeszcze żadnych spektakularnych widoków. Te odsłonią się dopiero w miejscu, gdzie dolina znacznie się rozszerza: po prawej ręce wspomniany zdumiewający system kotłów, ponad nimi wielkie plateau którego najwyższe punkty mają status munros, po lewej potężny masyw Ben Macdui, na przeciw nas – kontynuacja doliny, czyli Glen Dee (na zdjęciu poniżej).

Aczkolwiek dalsza część naszej trasy – zawieszona 300m powyżej dna doliny misa kryjąca jeziorko Lochan Uaine, znad którego wznosi się północno-wschodnia grań Angel’s Peak – od momentu wyjścia z wąskiego gardła doliny była widoczna jak na dłoni, i tu, jak się okazało w praniu, do przejścia był niezły hektar. Podejście do jeziora jest niedługie, ale żmudne. Najlepiej kierować się wzdłuż wodospadu, po jego prawej stronie. Strome zbocze jest w większej części trawiaste, poprzerastane skałami i boulderkami, które jednak w większości da się omijać.
Poniżej pierwszy widok na naszą docelową grań, zdjęty z końcówki podejścia pod jezioro:

Grań ma scramblingową wycenę 2, identycznie jak Fiacaill Ridge lub Am Fasarinen Pinnacles. Po raz kolejny przekonałam się, że wyceny scramblingowe zależą od mnóstwa rzeczy, nie tylko a nawet nie głównie od trudności. Nie należy ich absolutnie odnosić do najtrudniejszego miejsca na trasie. Rolę grają omijalność trudnych miejsc, długość trasy, odległość jaką trzeba pokonać by do niej dojść. Grań którą wchodziliśmy to mniej więcej w dwóch trzecich długości kamieniste zbocze, po którym można iść z rękami w kieszeniach. Właściwy scrambling jest dopiero pod szczytem, nie ma miejsc trudnych, wariantów jest wiele, nie ma bezpośredniej lufy. Słowem, nie ta półka co dwie wcześniej wymienione trasy. Am Fasarinen zawdzięczają tak niską ocenę swojej całkowitej omijalności, Fiacaill – chyba temu, że jest króciutki i łatwo dostępny z terenów cywilizowanych. Grań na Angel’s Peak jest piękna ale wyzwania nie stanowi, nawet dla mnie.

300m do góry, i stajemy na wierzchołku. Kontrast pomiędzy stromizną kotłów a łagodnością i rozległością płaskowyżu jest uderzający. Taki typ ukształtowania terenu jest spotykany w bardzo wielu miejscach Szkocji, ale w Cairngormsach osiąga swoje apogeum.

Falls of Dee

Z Anioła można się wybrać na niedaleki Cairn Toul, ale nie mieliśmy czasu na kolejnego munrosa. Wzdłuż krawędzi kotła (to ważne, jako że ścieżka momentami zupełnie niknie) powędrowaliśmy w drugą stronę, na Braeriacha. Ten odcinek również tylko na mapie wydaje się krótki. Poza tym choć to plateau, powierzchnia nie jest idealnie gładka, trzeba tu i ówdzie trochę podejść, co po tylu kilometrach już nieco męczy.

Ben Macdui i Angel’s Peak

Na Braeriacha (to poniżej to jeszcze nie najwyższy punkt) kierujemy się cały czas wzdłuż kotła, wierzchołek wypada bowiem niemal przy samej krawędzi. To ważne zwłaszcza przy braku widoczności, kiedy to absolutnie nie należy zapuszczać się w głąb płaskowyżu.

Za wierzchołkiem Braeriacha (jest oznaczony kamiennym kopcem) stok się łagodnie obniża i można w oddali dostrzec Chalamain Gap. Mamy do pokonania naprawdę potężną odległość, ale mi osobiście pomaga, kiedy widzę mniej więcej punkt docelowy, nawet jeśli jest tak daleko.

Coire Bhrochain, wschodni kocioł Braeriacha

Schodzimy długim ramieniem Braeriacha, ponad doliną, aż osiągamy rozstaj ścieżek, od którego nasz szlak będzie się pokrywał z dojściowym. Na tym etapie byliśmy już mocno zmęczeni ale cisnęliśmy do oporu, nie chcąc pokonywać Chalamaina po ciemku. Udało się na ostatnią chwilę. Wąwóz przekraczaliśmy już w szarówce, wciąż jednak światła dziennego było dość. Ciemności zapadły ostatecznie kiedy byliśmy już na prostej drodze, gdzie w zupełności wystarczały latarki.

Trasa nas zauroczyła. Cairngormsy są niesamowitym miejscem, a dopiero podczas tej wycieczki mogliśmy się w pełni o tym przekonać.

Fotki: >>LINK<<

Granią od Wrót Chałubińskiego po Miedziane

Nasz pierwszy samodzielny udany offroad uskuteczniliśmy już po wejściu Mariusza na Mnicha, ale że nie ma on chwilowo weny, będzie niechronologicznie.

Wycieczkę odbyliśmy w towarzystwie mojego brata i jego przyjaciela – młode pokolenie zostało zarażone wirusem pozaszlakowości. Niebiosa widziały i nie zagrzmiały.

Na Wrota dla nich samych nie ma się za bardzo co pchać. Przełęcz jest wąska i niespecjalnie widokowa. Odbiliśmy w prawo, w kierunku Szpiglasowego Wierchu, początkowo ostrzem grani, a dalej to ostrzem, to – kiedy było to wygodniejsze lub bezpieczniejsze – ścieżką trawersującą zbocze od strony słowackiej.

Ścieżka na ogół nie jest trudna do wypatrzenia, czasem jednak niknie. Zbocze które trawersujemy jest bardzo strome – trudno nazwać to lufą, bo nie poleciałoby się lotem swobodnym, ale zjechać można. Nam marsz spowalniała kosmiczna ślizgawka, jako że cały czas mżyło.

Poniżej jedno z kilku miejsc, gdzie można by było ładnie zjechać:

Do pewnego momentu możliwy jest i marsz ostrzem grani, i trawersowanie. W końcu dochodzimy jednak do miejsca, gdzie strawersować po prostu trzeba. Tam właśnie ścieżka nie była z początku ewidentna, ale da się ją znaleźć, trzeba się w tym celu dość konkretnie obniżyć.

Poniżej jedyne miejsce, które w pierwszej chwili nieco nas zdeprymowało. Fota jest kiepskiej jakości bo obiektyw był mokry, ale myślę że widać o co chodzi. Po lewej (na zdjęciu prawej) był dobry spad, a kominek z góry wyglądał dosyć nieprzyjemnie – zastanawialiśmy się nawet przez chwilę, czy by nie zeskoczyć, ale na szczęście udało się normalnie zejść, ja tradycyjnie dupą do skały (dzięki ci Panie za me pajęczo długie odnóża).

Od tego miejsca już tylko kawałek na Szpiglasa. Akurat na wejście na szczyt zrobiła nam się ładna pogoda.

Ze Szpiglasowej Przełęczy wyraźną ścieżką (nie jest niezbędna, jako że prowadzi nas samo ukształtowanie terenu, ale daje do myślenia), na grań szczytową Miedzianego.

Grań jest łatwa, ale bardziej interesująca niż można by się spodziewać. Od strony Pięciu Stawów są fragmenty lufiaste, czego nigdy bym nie przypuszczała patrząc na Miedziane z dołu. Już w bezpośrednim rejonie wierzchołka grań mocno się zwęża i robi skalista – nadal bez trudności, za to miałam przyjemne skojarzenie z Carn Mor Dearg Arete. Widoki są podobne do tych ze Szpiglasa, ale ciekawsze bo jesteśmy mocno przesunięci na północny wschód, co daje unikalną perspektywę Doliny Pięciu Stawów.

Korciło nas żeby zejść przez Opalone – grań wyglądała na wąską, ale nie było widać trudności – ale chłopaki nam wcześniej odradzali trasę tamtędy ze względu na jakiś cięższy kawałek, zeszliśmy zatem tą samą drogą, do Szpiglasowej Przełęczy.

Schronisko w Piątce pod ciekawym kątem:

Grań w kierunku Opalonego:

Z przełęczy, tak jak zakładał plan, zbiegliśmy do Piątki, po czym nad Morskie Oko wróciliśmy przez Świstówkę Roztocką. Tłumy były straszliwe, a tym co mnie uderzyło był zadziwiająco duży odsetek jednostek totalnie nieprzygotowanych do wędrówek. Nie że górskich, ale outdooru w ogóle. Nie jestem fanatykiem, wiadomo że ubranie i ekwipunek za człowieka nie chodzą, i nie myślę bynajmniej o obuwiu niegórskim ale sportowym, czy dżinsach. To jest ok jeśli ktoś lubi. Moją uwagę zwracają raczej ekstrema. No więc na Świstówce napatrzyłam się na takie rzeczy, jak dziewczyna w baletkach, pan z gustowną torebką damską – żonie niósł, bo się była zmęczyła – spódnice i mocno odkryte sandały. Na jakąkolwiek aktywność outdoorową, wcale niekoniecznie górską, baletki, spódnica plus torebka na ramię są to ostatnie rzeczy, jakie przyszło by mi do głowy założyć (ok, przedostatnie, bo jeszcze obcasy). I to jest brak podstawowego myślenia, bo nie każdy musi mieć treki, ale te tenisówki czy coś podobnego to jednak wszyscy mają, ogólnie jakiś mniej lub bardziej sportowy outfit to sobie każdy skompletuje. Tymczasem część ludności woli się umartwiać. Nie ogarniam tego.

A nasza trasa, piękna 🙂 Bardzo się podobało i nam, i młodzieży (hehe). Bez większych trudności, a te które napotkaliśmy wynikały głownie ze ślizgawicy, w ciszy, spokoju, z możliwością zobaczenia znanych miejsc w nowym ujęciu. W sumie może trzeba było spróbować zejść przez to Opalone, byłaby pętelka, ale i tak wycieczka się nadzwyczaj udała.

Tu >>LINK<< od razu fotki z powyższego oraz z Mnicha, notkę o którym wysmaży Mariusz 😉

Łomnica – Jordanka.

Łomnica (2632m n.p.m.) jest drugim co do wysokości szczytem Tatr, zaś Jordanka – najtrudniejszym w Tatrach szlakiem turystycznym nieznakowanym. Oczywista, że nie zdecydowałabym się tam wchodzić, gdyby nie koledzy, o wiele bardziej doświadczeni i znający trasę (gwoli precyzji, znało ją dwu z nich), którzy zabrali nas ze sobą.

Jak wspomniałam w notce podsumowującej nasz wyjazd, dzień zdobywania Łomnicy był hardkorowy już na starcie. Startowaliśmy z Terinki, a dla mnie i Mariusza miał to być ostatni ranek tam spędzony, nocować mieliśmy już zamiar gdzie indziej. Ponieważ z Łomnicy mieliśmy schodzić przez Łomnicką Przełęcz, a stamtąd do schroniska Zamkovskiego, pojawiła się kwestia, co z naszymi plecakami bazowymi. Opcje były dwie: albo olać na razie temat, i po ukończeniu trasy zapieprzać z Zamkovskiego do Terinki po nasze wory, albo znieść je na dół rano przed wycieczką i wrócić. Wybraliśmy możliwość drugą, zapewniając sobie niezłą rozgrzewkę przed podchodzeniem właściwym.

Trasa rozpoczyna się niewinnie, w pierwszym żlebie mamy dwójkowy scrambling.

Bardzo szybko pojawiają się pierwsze miejsca lufiaste. Na razie nie jest trudno, ale z półki widocznej poniżej można było elegancko polecieć.

W prawym górnym rogu szczyt Łomnicy:

Za wspomnianą półką jest wypłaszczenie – moment relaksu – po czym zaczynamy się wspinać lewą stroną głębokiego żlebu. To wciąż scrambling, ale już konkretniejszy. Mariusz musiał mi niemal cały czas podawać rękę – na ile to kwestia mojego cykora a na ile słabych umiejętności, trudno mi ocenić. Pewnie pół na pół. Wszyscy inni radzili sobie normalnie – po prostu… szli.

Ponieważ na drodze stanął nam ogromny płat śniegu, trzeba było uderzać w lewo po skałach. I znów: chłopaki weszli bezproblemowo, nawet jeśli musieli się gdzieniegdzie zastanowić. Ja nie bardzo umiałam sobie wyobrazić jak mam się tam wbić. Znów, nie potrafię powiedzieć na ile rozłożył mnie strach, a na ile faktycznie byłam słaba.

Widząc, że nie wyperswadują mi wejścia, Maciek założył stanowisko i rzucił linę. W pierwszej chwili ulżyło mi ogromnie – pamiętałam, jak dobrze szło mi z asekuracją na Curved Ridge – w następnej jednak cykor napłynął nową falą. W miejscu, którym miałam wchodzić, były chwyty ale nie było stopni. Lina liną, ale lina za człowieka nie wejdzie – ok, dzięki niej nie zabiłabym się, ale to w niczym nie poprawiało moich fizycznych możliwości wbicia się na górę. Nie mam na tyle silnych rąk żeby się podciągać – a z zaufaniem tarciu wciąż mam problemy.

Skończyło się tak, że Mariusz wypiął się i mnie wyciągnął pionowo do góry, za jedną rękę, jak tę nieszczęsną owcę kilka notek wstecz.

W tamtej chwili w ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jeśli byśmy polecieli to nasz ciężar mógłby wyrwać stanowisko (ja wciąż przecież byłam przypięta) i pociągnąć resztę w dół.

Po tym niefajnym miejscu należało trawersować głęboką rysę – stopnie i chwyty były mikre, ogólnie trochę słaby kawałek, przynajmniej dla mnie, rozdygotanej i upokorzonej tym, co się właśnie stało. Ten odcinek również przeszłam za rękę z Mariuszem. Nie próbowałam nawet samodzielnie, moja psychika w tym momencie przypominała bowiem rozgotowany haggis (dla tych co nie znają: w dużym uproszczeniu jest to szkocka kaszanka).

Po przejściu rysy łatwym, ale pierońsko kruchym zboczem wbiliśmy się na Klimkową Przełęcz – od tej pory mieliśmy już iść z grubsza granią.

Grań mocno mnie zdeprymowała. Tak już mam z lufiastymi graniówkami i nie potrafię tego przemóc. Przy czym lufiastość nie musi oznaczać pionowych klifów po obu stronach. Na wąskiej graniówce naprawdę niewiele mi potrzeba, by poczuć się niepewnie.

Poniżej turniczka, która w pierwszej chwili mnie przeraziła. Samo wejście nie wyglądało na arcyciężkie, ale mój mózg uparcie nie chciał wyłączyć ekspozycji po bokach. Na Orlej jakoś udawało mi się wejść w tryb "nie widzę lufy", tu jednak było dużo trudniej. Weszłam, i faktycznie technicznie było łatwo, ale co się nanarzekałam i najęczałam, to moje ;P

Dalej następuje kawałek jeszcze póki co bez żelaza, po grani lub trawersując ją, na przemian w górę i w dół.

Wreszcie podobno najtrudniejsze miejsce trasy, tj dwójkowe. Tu chłopaki założyli poręczówkę. Mnie osobiście dużo gorsze wydało się to pierwsze niefortunne wejście, tam gdzie Mariusz mnie wciągał. Tam nie miałam w ogóle koncepcji, co zrobić. Tu należało po prostu dać dużego kroka.

Powyżej zaczęły się łańcuchy. Stromizna była dużo większa niż na Orlej, ale generalnie z łańcuchem to wiadomo – nawet jak stopnie są minimalne, to ten chwyt masz i jakoś wejdziesz. A że dodatkowo się w nie wpinałam, bardzo dobrze robiło mi to na psychikę.

Lufa też nieporównywalnie większa niż na OP.

No i wreszcie słynny komin Franza. Prawdopodobnie dlatego, iż wiedziałam że jestem blisko celu i skoro tyle przeszłam, to już raczej się nie wysypię, ale jakoś bardzo mnie nie przeraził. Pomógł też fakt że komin jest strasznie ożelaziony – mamy do dypozycji, oprócz klamer i platform, dwa równolegle zwisające łańcuchy – jest się czego złapać, jest gdzie postawić nogę.

Za Franzem jeszcze kilka łańcuchów, i ostatni łatwy kawałek do szczytu. Przygotujcie się, że będziecie stanowić atrakcyjne widowisko dla tych, którzy wjechali kolejką.

Zejście do Łomnickiej Przełęczy w swej ołańcuchowanej górnej partii przypomina stromsze odcinki OP. Tamtędy wiedzie trasa najpopularniejsza, ta opisana w przewodniku Nyki. Łańcuchy pokonywałam, przyznam, w tempie raczej ślimaczym, głównie z powodu paskudnego bólu kolan, który zresztą utrzymywał się ze zmiennym natężeniem do końca wyjazdu. Podejrzewam, że zawdzięczam go mojej nadmiernej skłonności do schodzenia dupą do skały, nawet w miejscach, gdzie nie jest to wskazane.

Poniżej łańcuchów jest bezproblemowo, nie licząc kruszyzny. Gdyby moje kolana mogły wydawać dźwięki, na tym odcinku by wyły.

Po zejściu na przełęcz zjechaliśmy wyciągiem do Łomnickiego Stawu, skąd w godzinę można zbiec do Zamkovskiego, co też uczyniliśmy. Z Zamkovskiego pobraliśmy wory i popędziliśmy na Hrebienok, gdzie udało nam się cudem złapać ostatnią kolejkę. Z tego zejścia jestem niewiele mniej dumna niż z faktu, że przeżyłam Łomnicę. Z tobołem na plecach i płonącymi kolanami dałam radę zmieścić się w czasie, jaki sobie założyliśmy. Był to też mój moment przełomowy wyjazdu – od tego dnia, choć nie był to jeszcze koniec łażenia, zaczęłam czuć się coraz bardziej zmęczona.

Jordanka jest najtrudniejszą drogą, jaką do tej pory przeszłam w górach – jak na moje obecne umiejętności, za trudną. Gdyby nie pomoc Mariusza i kolegów nie dałabym rady. Albo zleciałabym gdzieś po drodze, albo zostało by mi dzwonić po Horską Službę. Nie wierzę, że na dzień dzisiejszy przeszłabym to sama.

Opinia Mariusza jest zupełnie inna. Trasa ogromnie mu się podobała, ale nie wywarła takiego wrażenia jak na mnie. Dla niego – pomijając konieczność ustawicznego wciągania mnie – to była zajebista zabawa. Stwierdził też, że Jordankę można postawić w jednym rzędzie z Tower Ridge. Ta pierwsza jest wprawdzie dłuższa, ale na drugiej znajduje się jedno miejsce trudniejsze od jakiegokolwiek na J.

Tu moja relacja z forum: >>LINK<<. Jest dużo bardziej emocjonalna, prawem pierwszego przelania odczuć na ekran. Tu natomiast komplet fotek: >>LINK<<. Enjoy 🙂

Czerwona Ławka

Szlak przez Czerwoną Ławkę jest jedną z dwu znakowanych tras w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich (drugim jest droga na Lodową Przełęcz). Podobno jeden z najtrudniejszych na Słowacji, słynący z ekspozycji. Jako że byłam już po Orlej, nie dałam się tym informacjom zastraszyć (normalnie prawdziwy ze mnie brejwhart ;D). Bardzo natomiast chciałam zweryfikować ich prawdziwość.
Plan zakładał zejście z przełęczy do Doliny Staroleśnej, oraz powrót Doliną Zimnej Wody do Terinki. Ładna pętelka, nie za długa, nie za krótka, taka w sam raz. Podobało mi się też, że trudności są na samym początku, więc nie będę jeszcze zmachana.

Po prawej stronie od przełęczy widnieje Mały Lodowy Szczyt, po lewej Spąga:

Po chodniczku przekraczamy ramię Kopy Lodowej, i po krótkim czasie napotykamy rozstaj szlaków. Zielony będzie sobie szedł na Lodową Przełęcz, my truchtamy żółtym pod ścianę.

Pod łańcuchami pierwsze zaskoczenie. To, co wydawało się z odległości niemal pionową ścianą, w rzeczywistości jest zboczem. Ok, w górnych partiach dość mocno nachylonym, ale zdecydowanie nie pionowym. Chwilę przyglądamy się zmaganiom ludzi na łańcuchach i nadchodzi zaskoczenie drugie – ułatwienia są porozwieszane nieco bezsensownie. Przede wszystkim, biegną po dość gładkim fragmencie, podczas gdy po lewej stronie mamy genialnie urzeźbiony, znacznie przyjaźniejszy teren. Mariusz zdecydował, że będziemy wchodzić po swojemu, a gdyby wyżej wystąpiły jakieś trudności, po prostu przetrawersujemy do ułatwień.

Mniej więcej cztery piąte szlaku to dość prosty scrambling. Dopiero w końcówce, kiedy zrobiło się stromiej, zaczęłam trochę cykorzyć. Mariusz zdecydował, że idzie po swojemu aż do końca, ja nie byłam pewna – mityczna lufa okazała się o wiele mniejsza niż sobie wyobrażałam, ale wystarczająca by się ładnie sturlać w razie pomyłki. Już całkiem blisko celu podjęłam decyzję, że jednak przeproszę się z łańcuchami.

Są rozmieszczone w taki sposób, że parę razy musiałam się podciągnąć, a że nie jestem w tym najlepsza, ta końcówka mnie zmęczyła. Generalnie uważam, że podejście to jest nieco trudniejsze od Zawratu, ale chodzą w tej samej wadze.

Z przełęczy można w 45 minut wleźć na Mały Lodowy, ale ja o tym nie pamiętałam, a Mariusz nie wiedział w ogóle – czy to dobrze, czy źle, nie wiem, w każdym razie poszliśmy zgodnie z planem. Tu pierwsze metry za przełęczą, łańcuchów jest tylko kilka i przydają się, bo skała jest dość gładka:

Z przełęczy chodnikiem schodzimy do pięknej i dzikiej Doliny Staroleśnej. Podobnie jak w sąsiedniej Małej Zimnej Wodzie, to są Tatry Wysokie pełną gębą: poszarpane granie, turnie i turniczki o koronkowych kształtach, ogromne piarżyska. Coś pięknego. Poniżej w centrum niesamowity Staroleśny Szczyt, a przełęcz po prawej to chyba Rohatka, ale tę widziałam dotychczas jedynie od drugiej strony więc muszę jeszcze sprawdzić:

Pośrednia Grań ma tak samo zwariowane linie z obydwu stron:

Poniżej Sławkowski Szczyt – i pomyśleć, że z chaty Zamkovskiego wygląda tak niepozornie – a w dole dach Zbójnickiej Chaty (za ich pražený syr można dać się pokroić):

Ze Zbójnickiej bardzo ładny i niestety niemiłosiernie zatłoczony szlak sprowadza w dolną część doliny. Koło Warzęchowego Stawu na skale rozpięte są łańcuchy, może na wypadek oblodzenia? Albo dlatego, że tak tam tłoczno i mnóstwo małych szkodników łazi? Naprawdę, takich tłumów jeszcze w Tatrach Słowackich nie widziałam, choć fakt, iż nawet Nyka pisze że obie Studene Doliny (Staroleśna to V’elká Studená dolina , Małej Zimnej Wody – Malá Studená dolina) są jednym z bardziej zatłoczonych miejsc po południowej stronie granicy.

Poniżej jeden z tragarzy. Szacun wielki dla tych ludzi, mój plecak bazowy ważył tego roku 13 kg i przez cały czas gdy był na moich plecach miałam wrażenie, że taszczę wór kamieni. Ci ludzie potrafią wnieść do schronisk ponad 100 kg, a wcale nie idą jakoś bardzo wolno. Straszne cyborgi, mam nadzieję że przynajmniej dobrze im płacą.

Już za połączeniem obu dolin, na szlaku do Chaty Zamkovskiego, spotkaliśmy dziewczynę-tragarza. Pakunek dźwigała mniejszy niż panowie, ale i tak byłam pod wrażeniem.

Już w Małej Zimnej Wodzie obserwowaliśmy z napięciem akcję śmigłowca w ścianie Pośredniej Grani. Trochę to trwało, ale w końcu pobrał kogoś ze ściany. Myśleliśmy, że uratowali kogoś, nawet go głowy nam nie przyszło, że tam się rozegrała tragedia – człowiek zginął, znany himalaista zresztą. Aż mnie dreszcz przeszedł, jak później dowiedziałam się, że wypadek zdarzył się po 11 – my obserwowaliśmy transport ciała po 14, więc partnerzy tego pechowca, również w pełni widoczni, siedzieli w ścianie ponad jego zwłokami prawie trzy godziny. Współczuję.

Wycieczka była – pomijając przykry akcent na końcu – nadzwyczaj udana. Przede wszystkim zwiedziłam dotychczas zupełnie mi nie znaną, a bardzo ładną, Dolinę Staroleśną. Sama Czerwona Ławka jest fajna, ale jak pisałam wcześniej, straszne opowieści dziwnej treści są przesadzone, przede wszystkim tam nie ma aż takiej ekspozycji, jest po prostu w górnej części znaczna stromizna, niemniej nie da się tego nazwać pionowym urwiskiem, jak można sobie wyobrażać po lekturze niektórych opisów. Taki dłuższy i trochę trudniejszy Zawrat, że się powtórzę. No i te nieszczęsne tłumy na całej długości pętli – w słoneczny dzień nie ma przebacz, nie da się ich uniknąć. Mimo to trasa jest zdecydowanie warta polecenia.

Zdjęcia z całego pobytu w Terince tutaj: >>LINK<<

Przymiarka do Lodowego / Baranie Rogi

Kolejnych parę dni spędziliśmy w Schronisku Tery’ego w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich w słowackiej części Tatr. Byliśmy, pod zgubnym wpływem pewnego forum, nastawieni na chodzenie poza szlakami znakowanymi. Na Słowacji na przeważającą większość szczytów wolno wbijać się tylko z przewodnikiem, za słoną opłatą. Jednak kto się orientuje w topografii, może sobie organizowania przewodnika oszczędzić.
Szlaków offroadowych nie będę opisywać tak precyzyjnie jak znakowanych, bo raz, że nie wiem czy umiałabym, a dwa, bo to nielegal 😉

Pierwszego dnia postanowiliśmy zdobyć Lodowy. Skończyło się na osiągnięciu grani, gdzie powiedziałam pas. Nie miałam w zasadzie racjonalnych powodów, owszem pogoda była słaba, ale nie lało ani nie było burzy. Po prostu zwyczajnie scykorzyłam, po części z powodu mgły, po części dlatego że naczytałam się o Lodowym Koniu. Tu mała dygresja: zaczęłam zwracać baczniejszą uwagę na sposób, w jaki opisuję trudności pokonywanych tras. Nie chcę, żeby z powodu mojej pisaniny ktoś zrezygnował ze swoich planów, więc staram się być tak obiektywna, jak tylko to możliwe.

Biorąc pod uwagę co przeszliśmy w późniejszych dniach myślę, że gdyby wycieczka na Lodowy zaplanowana została na koniec pobytu w Tatrach, doszła by do skutku. I dojdzie w przyszłym roku mam nadzieję.

Kilka zdjęć:

Lodowy

Pośrednia Grań

Widok na Terinkę

Na grani

Następnego dnia ze znajomymi z forum wybraliśmy się na Baranie Rogi. Chłopaki chcieli na Pośrednią Grań, ale że lało, wybrali łatwiejszy cel. Tutaj wielkie podziękowania dla nich, że nas tam zaprowadzili, pomimo iż byli tam już, trasa nie stanowiła dla nich żadnego wyzwania a w dodatku pogoda była psia.

Baranie Rogi zdjęte poprzedniego dnia:

Trasa od Terinki jest krótka i nietrudna, ale fajna. Prawie na całej długości scrambling, powiedziałabym że dwójkowy. Właziliśmy w potokach wody, a szło sprawnie, nawet się specjalnie nie ślizgaliśmy. Niestety, widoków tego dnia nam oszczędzono.

Do Baraniej Przełęczy trasa jest oczywista, wyżej już trzeba uważać jak się idzie, bo szeroki taras szczytowy Baranich Rogów jest popodcinany urwistymi ścianami.



Szczytowanie:

Obie wycieczki, niezależnie od rezultatu, dużo mi dały. Przede wszystkim mam zamiar uprawiać straszliwy i zbrodniczy proceder chodzenia poza szlakiem i nie mam zamiaru wdawać się w dyskusje z nikim, kto uważa że to niewłaściwe.

Orla Perć (odcinek Zawrat – Kozi Wierch)

W tym roku wreszcie odważyłam się dokończyć OP (zeszłego lata przeszliśmy odcinek Granaty – Krzyżne, >>LINK<<). Pogoda nie mogła trafić się lepsza, więc wszelkie wymówki odpadały. Z Murowańca wyszliśmy około siódmej, dzięki czemu podczas całej trasy spotkaliśmy zaledwie kilkanaście osób. Piękne słońce, sucha skała, brak zatorów – nawet nie marzyłam o takich warunkach, ale jak widać, zdarzają się.

Poszłam za radą Mariusza i starałam się używać łańcuchów tylko tam, gdzie było to naprawdę konieczne. W rezultacie na Zawrat, a potem Mały Kozi Wierch, udało mi się wejść bez korzystania z nich (ok, może raz czy dwa). Zawrat tylko po skale jest łatwiejszy! Jeśli nie ma ślizgawicy, zdecydowanie polecam samodzielne wyszukiwanie chwytów, łańcuchy w paru miejscach tylko komplikują nietrudną przecież drogę.

Z Zawratu na Mały Kozi szlak wiedzie po grani – wbrew pozorom, na Orlej wielu takich miejsc nie ma, głównie się trawersuje. Odcinki graniowe są najbardziej widokowe:

Wierzchołek Małego Koziego:

Jak na razie, trudności są niewielkie, za to efektowność pierwsza klasa.

Pierwszym cięższym miejscem jest Żydowski Żleb, czyli Honoratka. Mnie sytuację ułatwił fakt, iż choć jest tam gdzie się sturlać, nie ma lufy jako takiej. Honoratką niestety się schodzi, ale nie ma dużego problemu z wyszukaniem dobrych stopni.

Dalej bez większych trudności, acz ubezpieczenia są porozpinane na gęsto. Znów mamy trochę grani, ściana Zamarłej robi spore wrażenie. Na szerokiej Zmarzłej Przełęczy można wygodnie odpocząć. Wyznam szczerze, że bardzo chciałam żeby ten odcinek się jak najszybciej skończył, wiedząc, że jego zwieńczeniem jest słynna drabinka do Koziej Przełęczy. Nie byłam pewna, jak zareaguję na lufę, i wolałam mieć już to za sobą.

Drabinka jest efektowna, i owszem. Kiedy na nią weszłam (co wbrew pozorom nie stanowi najmniejszego problemu, jeśli nie myśleć o ekspozycji, a o szerokiej półce na którą zejdziemy), trochę latały mi łydki na pierwszych szczeblach, ale poszło normalnie. Póła zejściowa jest rozmiaru stolika do kawy, trzeba być na konkretnej bani żeby w nią nie trafić.



Drabinka nie sprowadza na samą przełęcz, trzeba jeszcze kawałek zejść. Zaraz za przełęczą miejsce, które pamiętałam z przeprawy przez KP sześć lat temu (na tym krótkim odcinku żółty szlak z Gąsienicowej do Piątki biegnie bowiem równolegle do Orlej) – wyślizgana p
ółka, gdzie łańcuchy się bardzo przydają. Nie mam zamiaru żadnych miejsc demonizować, żeby ktoś się tak jak ja potem nie naczytał i nie szedł zestrachany – po prostu, trzeba trochę bardziej uważać i już. Fakt, nie wiem jak przy mokrym, ale jakby co zawsze można względnie łatwo zejść na Halę.

Wejście na Kozie Czuby trochę męczy, jest to chyba najdłuższy odcinek podejściowy na OP.



Drabinka z dystansu. O dziwo, tego przechylenia się nie czuje:

Grań Kozich Czub jest jednym z tych fragmentów, o których naczytałam się niestworzonych rzeczy. Tymczasem nie pamiętam, żeby to miejsce było jakieś wybitnie trudne czy przerażające. Szlak jest wytrasowany tak, że w bardzo niewielu miejscach biegnie tuż obok przepaści. Znów, przy suchym powinno być ok.

Podejście na Kozi z Czub przedstawia się nieco hardkorowo, ale wiedziałam, że jeśli przejdę Kozią Przełęcz Wyżnią, to już nie mam czego się bać. Kozia Wyżnia budziła mój największy respekt, jest zresztą na ogół wymieniana jako najtrudniejszy fragment OP.

Istotnie, dla mnie też okazała się najcięższa. Skojarzyła mi się z kominkiem pod Orlą Basztą, w którym rok temu miałam problem – pionowe zejście, gdzie stopnie są malutkie i szuka się ich, macając na oślep. Poszło sprawnie, ponieważ Mariusz (on nie miał tam żadnych kłopotów, ale szedł z wyraźnie większą uwagą i było to jedno z nielicznych miejsc gdzie pomagał sobie łańcuchami) podpowiadał mi, gdzie stawiać nogi. Nie demonizuję, przejść się da, tyle że przy bardziej wytężonej koncentracji.

Na podejściu na Kozi stres ze mnie zszedł, wiedziałam już że najgorsze mam za sobą. Komin, którym wchodzimy, jest tak genialnie urzeźbiony, że w górnych partiach nawet nie zamontowano ułatwień, nie są potrzebne. Tej pionowości też się za bardzo nie czuje. Trudności bardzo podobne jak w wejściu na Kozie Czuby, tyle że sam odcinek nieco krótszy.

Widoków z Koziego nie będę dawać, bo to przesunięta i wzbogacona panorama z Krzyżnego. Warto zrobić tu dłuższy postój. Dzięki temu, że wciąż jeszcze było relatywnie wcześnie, szczyt dzieliliśmy zaledwie z dwiema osobami 😀

Odcinek od Koziego do Przełączki nad Dolinką Buczynową przechodziłam już parokrotnie, więc miałam luz. Trudności na tym etapie nie ma żadnych, niestety widokowo bez rewelacji, bo trawersujemy grań. Widziałam wchodzącą na Kozi od Piątki nietypową parę – ona szła z pełną asekuracją, on pomagał. Nie mam absolutnie zamiaru kpić, zwłaszcza że ze mnie samej żaden wymiatacz, ale ten widok mnie zaskoczył. No i szacun dla babki, że przy takim strachu jest na tyle zdeterminowana, żeby w góry jednak chodzić. Skądś to znam;)

Ze względu na narastające zmęczenie zdecydowaliśmy się schodzić pierwszą dostępną możliwością, czyli Żlebem Kulczyńskiego. Jak dotąd tylko nim wchodziłam, kupę czasu temu, i byłam ciekawa, czy okaże się tak trudny jak zapamiętałam. Bać się już nie bałam, wiedząc że skoro przeszłam Orlą, to i z Kulczynem sobie poradzę.

Dość upierdliwa jest górna część Żlebu, stroma i krucha. Można ją pokonywać pionowo, ale ja wolałam jednak siadać tyłkiem na skale. Część ubezpieczona, sporo krótsza, wymaga większej koncentracji ale jest przyjemniejsza. Przynajmniej idziemy po solidnej skale, a dzięki żelastwu trudności nie odbiegają od tych z Honoratki na przykład. W jednym miejscu szlak jest ciut mylny, mało brakowało a Mariusz wpakował by się tam w dupę – podobno jest tam gdzieś nawet narysowana czacha, ale nie zauważyłam. Generalnie wystarczy uważać, którędy biegną łańcuchy, nawet jeśli z nich nie korzystamy.

Od wyjścia ze żlebu do Murowańca jeszcze spory kawałek, ale to już spacer.
Moje wnioski po Orlej są takie:
– szlak jest bardzo męczący, niemniej głównym problemem nie jest jakość trudności (które tylko w kilku miejscach są znaczniejsze), ale ich nagromadzenie;
– mity o straszności drabinki należy wykasować sobie z głowy, przejść ją jest w stanie każdy bez fobicznego lęku wysokości;
– dwa subiektywnie najtrudniejsze miejsca to zejście do Koziej Wyżniej i p
ółka za Kozią Przełęczą, acz w dobrych warunkach wystarczy tam wzmożona koncentracja;
– szlak jest o wiele mniej lufiasty niż się spodziewałam;
– Orla jest absolutnie przepiękna 🙂
Jeśli ktoś tak jak ja i chce, i boi się, niech najpierw wypr
óbuje dojściówki: przeprawi się przez Kozią Przełęcz i wejdzie Kulczynem. Dają o wiele pełniejszy obraz trudności na tym szlaku niż polecane zazwyczaj Granaty.

Całość, od razu z Kościelcem: >>LINK<<