Sgurr a’Mhaoraich


Nr 155, Sgurr a’Mhaoraich

Wymowa: skur a wurit

Znaczenie nazwy: rocky peak of the shellfish (za MunroMagic)

Wysokość: 1027m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 104.

Data wejścia: 22.6.15


Na tegorocznym urlopie postanowiliśmy poeksplorować głównie rejon Kintail z przyległościami ponieważ (obok Monadliath) jest to miejsce gdzie mamy wciąż bardzo dużo do zrobienia (a w przeciwieństwie do Monadliath dość daleko jak na jednodniową wycieczkę). 

Chodzi mniej więcej o ten obszar:

Te rejony są bardzo atrakcyjnym celem dla górołazów ponieważ jest tu chyba największe nagromadzenie munrosów w Szkocji a góry są dzikie, piękne i znacznie bardziej charakterne od tych w centrum kraju.

Pierwsza wycieczka miała być bardziej rozruchowa (ok. 14 km jeśli wierzyć GPSowi). Munro Sgurr a’Mhaoraich leży nad Loch Quoich, nad którym nigdy wcześniej nie byliśmy.  Nie jest to jezioro naturalne a rezerwuar, ale na malowniczość nie ma to wpływu. 

Zaparkowaliśmy w zatoczce tuż za mostem, u podnóży munrosa. Z wypatrzeniem ścieżki wznoszącej się ramieniem góry nie było problemów (z tego co pamiętam początek jest oznaczony kopczykiem).

Munros Gairich:

A poniżej w oddali nasz cel na kolejny dzień: munrosy Sgurr nan Coireachan, Garbh Chioch Mhor i Sgurr na Ciche.

Ramię którym idziemy nie wyprowadza na munrosa a na corbett top, więc korbeta można spokojnie strawersować.

Wierzchołek Sgurr a’Mhaoraich i grań, którą będziemy podchodzić:

Po drugiej stronie doliny piętrzy się mur Five Sisters of Kintail, z którego mamy zrobioną połowę. Co prawda od tej strony brak krzesanic i kotłów jakie opadają do Glen Shiel, ale monumentalność i kubatura całej grani robi wrażenie.

Gleouraich, wyższy od Sgurr a’Mhaoraich o… 8 metrów:

Pod szczytem grań się zwęża i spiętrza w serii ziemno-skalnych pinakli. Jeśli ktoś jest bardzo zdesperowany żeby znaleźć jakiś scrambling może na nie powłazić 😉

Na samej końcówce jest nieco stromizny:

Niestety widoki ze szczytu bardzo straciły na potencjalnej efektowności ze względu na pogodę – chociaż wiedząc teraz co spotkało nas na kolejnych wycieczkach, powinnam docenić że w ogóle coś było widać.


Z okolicznych gór najcharakterniej prezentowało się The Saddle z Forcan Ridge, scramblingowa trasa na której byliśmy ładnych parę lat temu.


Są trzy opcje zejścia z wierzchołka: ramieniem opadającym z niego do Loch Quoich (wtedy trzeba by nadrabiać ok. 3km szosą); obniżyć się do przełęczy a stamtąd wspiąć się na grań Am Bathaich (na pewno opcja najfajniejsza krajobrazowo) albo z przełęczy zejść do doliny. Ponieważ pogoda była jaka była poszliśmy po linii najmniejszego oporu i wybraliśmy opcję numer trzy, najmniej forsowną ale i najbardziej mokrą.


Na dole okazało się, że dolina tętni życiem: trwała tam budowa. Koparki i spychacze jeździły w te i nazad, z zakonspirowanych głośników dudniły jakieś siermiężne popy. Ktoś ewidentnie ma za dużo pieniędzy jeśli może sobie pozwolić na budowanie się w takiej lokalizacji- niee, wcale ale to wcale nie zazdroszczę 😉

Powrót wzdłuż odnogi jeziora byłby niewątpliwie przyjemniejszy gdybyśmy nie musieli uważać na toczące się drogą pojazdy. Swoją drogą robotnikom trafiła się fucha w fajnym miejscu. 

Gdyby nie ogólna szarzyzna pogodowa (tak wiem że mogło być jeszcze gorzej – i zresztą później było), to mogłaby być fantastyczna wycieczka. A tak – było po prostu fajnie.



Beinn Sgritheall

Nr 154, Beinn Sgritheall

Wymowa: ben skril

Znaczenie nazwy: scree hill (za MunroMagic)

Wysokość: 974m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 183.

Data wejścia: 12.6.15


Beinn Sgritheall ma opinię wyjątkowo męczącego, gdyż raz że wyrasta bezpośrednio z morza przez co wysokości względna i bezwzględna pokrywają się, dwa wszystkie opisy mówią o znacznej stromiźnie. Było wiadomo że czeka nas ciężka praca.

Góra znajduje się na półwyspie Glenelg, a idzie się na nią z maleńkiego Arnisdale. Munros góruje nad miasteczkiem (jeśli tak to można nazwać – nie ma nawet sklepu), które nieśmiało kuli się przy plaży. Poniżej Bealach Arnasdail na którą prowadzi ścieżka (na munrosa skręca się w lewo). 

A to poniżej to sam wierzchołek munrosa:

Woda poniżej pomimo nazwy (Loch Hourn) nie jest jeziorem a zatoką. Po drugiej stronie widać półwysep Knoydart, mający opinię jednego z najdzikszych rejonów w Szkocji (oczywiście od czasów Clearances – wcześniej, jak zresztą w całych highlandach, tętniło tu życie). Na Knoydart nie ma drogi jezdnej, można się tam dostać albo wodą albo baraaaardzo daleko tuptać z buta. Dlatego wyprawa na widoczny poniżej masyw Ladhar Bheinna będzie nieco bardziej niż zwykle skomplikowana logistycznie.

Wejście na przełęcz owszem męczy ponieważ nie ma kiedy się rozchodzić, ale aż tak stromo jak wynikałoby z opisów póki co nie jest.

Za przełęczą skręcamy na kopułę będącą przedwierzchołkiem munrosa o wysokości 906m, i tu już stromizna w połączeniu z piargami faktycznie może zmęczyć.

Na ostatnim planie załapał się Ben Nevis – w realu był wyraźnie widoczny, na zdjęciu niestety już ledwo. Oczywiście tradycyjnie wierzchołek cały odsłonięty, pewnie dlatego że nas tam nie było.

Nieziemskie jest to wrażenie pustki i dziczy, chociaż to przecież żaden park narodowy, w dolinach leżą mniejsze i większe miejscowości i toczy się normalne życie.

Arnisdale cały czas doskonale widoczne, mogliśmy mieć na oku nasz samochód 😉

Kopuła na drugim planie to wspomniany przedwierzchołek, skąd na szczyt wyprowadza łagodna w jednym miejscu zwężająca się grań.

Szczyt:

Rejon Glen Shiel – można rozpoznać charakterystyczne sylwetki Five Sisters oraz The Saddle.

Mieliśmy chwilę grozy kiedy napatoczyła się chmura… Akurat z tej góry nie darowałabym sobie nie mieć widoków. 

Widok na wyspy Eigg, Rum i półwysep Sleat na Skye. Nad Black Cuillin niestety piętrzyły się chmury.

Trasa i sama góra nam obojgu bardzo kojarzyły się ze Sliochem >>LINK<<

Szczytowe:

Teraz jedynie należało zejść do drogi… Pozornie bułka z masłem 😀 W rzeczywistości czekało nas najpierw bardzo długie, strome (ale już bez piargów!) zejście na wypłaszczenie, potem zaś równie stromy marsz jednym z tych niezwykle urokliwych highlandzkich lasków które są przepiękne ale człowiek zawsze żałuje że nie zabrał maczety. 

Po przygodach w lasku, gdzie tradycyjnie dużo brzydkich słów padło, mieliśmy jeszcze ok. 3km szosą do Arnisdale. Po drodze spotkaliśmy wyluzowane renifery, których widok nas zaskoczył bo kojarzyły nam się dotąd wyłącznie z rejonem Cairngormsów.

Gdyby ktoś decydował się na wchodzenie naszą drogą zejściową, jej początek oznaczony jest kopczykiem (przewodniki mówią o niebieskiej beczce ale zdecydowanie jej tam nie było) – trzeba być uważnym bo łatwo go przegapić. 

Na deser rododendrony, nie moje ulubione pąsowe ale takich właśnie fioletowych jest w Highlandzie najwięcej:

Wycieczka była owszem forsowna ale nastawiła nas pozytywnie do urlopu który rozpoczynamy w niedzielę. Właśnie w tej rejon będziemy uderzać, jako że mamy tu multum munrosów do zrobienia, a robią się wolno bo to jednak za daleko na day trip.

Mapka pochodzi z Walkhighlands:

Weekend na Ardnamurchan

Niestety z górami od jesieni kompletnie nam nie idzie pomimo chęci – na szczęście sytuacja pracowa nam się już unormowała, więc teraz tylko czekać na pogodę – za to przynajmniej w zeszły weekend udało się nam trochę poeksplorować Highland, a konkretnie półwysep Ardnamurchan. 

Na Ardnamurchan po raz pierwszy zapuściliśmy się poniekąd przypadkowo w czerwcu. Ta wstępna eksploracja pozwoliła zaplanować fajną wycieczkę.

Zatrzymaliśmy się w Glenuig, w hotelu Glenuig Inn (czerwony krzyżyk). Bardzo sympatyczne miejsce, tym bardziej że byliśmy jedynymi gośćmi, oraz rewelacyjne jedzenie, zwłaszcza tamtejszy cullen skink >>LINK<<. Brak tradycyjnego scottish breakfast kosztem zdrowszych ale o ileż mniej atrakcyjnych alternatyw to w zasadzie jedyna rzecz jaką mogę przybytkowi zarzucić.
Rankiem wybraliśmy się na Ardnamurchan Point, który jest jakoby najdalej wysuniętym na zachód kawałkiem brytyjskiego mainlandu. Co prawda na mapie Kornwalia wygląda mi na bardziej wysuniętą więc przyjmijmy, że na 100% mainlandu szkockiego. To bardzo przyjemny rejon, paradoksalnie także dlatego że w okolicy nie ma munrosów. Tutejsze górki są przyjemne i gdzieniegdzie charakterne, ale niezadeptane i w wielu miejscach okolica ma charakter równie dziki co najdalsza północ.
Najnowsza szkocka destylarnia, uruchomiona w zeszłym roku. Kiedy byliśmy tu w czerwcu była jeszcze w budowie:
Ben Hiant, piękne 528m wyrastające prosto z morza. Do wejścia następnym razem.
Krowy już dawno powinny nam się znudzić ale jakoś nigdy nie możemy się oprzeć żeby je pofocić.
Ardnamurchan Point zaznaczyłam czarnym krzyżykiem. Latarnia  >>LINK<< stoi od 1849 roku.
Wiało tak że tym razem oparłam się pokusie połażenia po skałkach żeby mnie nie zdmuchnęło. Temperatura odczuwalna zdecydowanie poniżej zera. Ale właśnie na takie warunki liczyliśmy ponieważ morze dawało niesamowity spektakl. 
W tle wyspa Muck a za nią góry na Rùm – Rùm Cuillin.
Tu z kolei wyspa Eigg z charakterystyczną "płetwą" Ann Sgurr >>LINK<< wznoszącą się 393m n.p.m.
W drodze powrotnej spontanicznie skręciliśmy do Kilchoan (zielony krzyżyk) skąd odpływają promy na wyspę Mull, żeby zobaczyć jakie są ceny, tak na przyszłość. Maleńki prom akurat przypłynął (perfect timing!), okazało się że jeśli zostawimy samochód przeprawa wyniesie naszą czwórkę ok. 30 funtów w obie strony… Nie było się nad czym zastanawiać.

Rejs (rejsik?) do Tobermory to było jedne z najpiękniejszych 35 minut w moim życiu, nawet pomimo przenikliwego zimna. Fale, bujanie pokładu pod stopami, widoki… Poniżej Ben Hiant:
Wpływamy do zatoki w której leży stolica wyspy:
W Tobermory mieliśmy tylko półtorej godziny do kolejnego, ostatniego tego dnia promu. Wystarczyło akurat na przespacerowanie się główną reprezentacyjną ulicą oraz zjedzenie obiadu. Ponieważ rano nie przypuszczaliśmy nawet że znajdziemy się w tym miejscu, nawet taki plan minimum okazał się atrakcyjny.
Rejs powrotny nie obył się bez przygód. Pogoda zrobiła się taka bardziej sztormowa, zaczęło walić śniegiem i załoga stanowczo zasugerowała pozostanie w środku. Bujało nieziemsko a w dodatku tym razem płynęło z nami jakieś trzy razy więcej osób, więc w ciasnej kabinie panowała duszna, hałaśliwa i nieco imprezowa atmosfera. Na szczęście wszyscy zdołaliśmy utrzymać obiad w żołądkach.

Kolejnego poranka wreszcie zaczęło konkretniej sypać. Zanosiło się na malowniczy powrót.
Takich rzeczy w Lowlands się nie znajdzie:
Loch Sunart:
Powrót przedłużyliśmy sobie nieco przejeżdżając przez Lochuisge. Ruch samochodowy: 0, za to fresh venison meat mnóstwo.
Najbardziej malowniczy odcinek trasy wypada wzdłuż brzegów Loch Linnhe, skąd widać The Mamores a później także kawałek Glencoe.
Ostatnią atrakcją wodną była przeprawa promowa przez Corran Narrows. Powrót przez pokryte śniegiem Glencoe, Rannoch Moor i Trossachs też był wyjątkowo malowniczy, ale to już bliskie, swojskie rejony, bez tego epickiego oddechu Północy.
Po tak udanym weekendzie marzy mi się tylko jedno: żeby w sobotę lub niedzielę pogoda również sprzyjała i pozwoliła na wyjście w góry. Wypad był fantastyczny ale wyżej wspomniany powrót przez Glencoe etc. odczułam jak lizanie cukierka przez papierek. Wstępny plan mamy dość skromny, bo po tak długim okresie nie łażenia nie ma co zaczynać z wysokiego C… Niemniej zaciskam kciuki.

Beinn Fhionnlaidh (Glen Etive)

Nr 147, Beinn Fhionnlaidh

Wymowa: ben fionly

Znaczenie nazwy: Finlay’s hill (za MunroMagic)

Wysokość: 959m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 198.

Data wejścia: 6.9.14

Mapka pochodzi z nieocenionego Walkhighlands.

Beinn Fhionnlaidh jest sąsiadem góry na której byliśmy (raz bez sukcesu) dwukrotnie, czyli Beinn Sgulairda. Pamiętam jak oglądaliśmy go ze Sguilarda i komentowaliśmy ależ to będzie rzeźnia: niesamowicie rozciągnięty, lekko acz bezlitośnie pnący się do góry stok,w sumie sześć kilometrów monotonnego marszu pod górkę. Szukałam jakiegoś zdjęcia ale ewidentnie woleliśmy wtedy fotografować bardziej spektakularnych sąsiadów z Glencoe i Glen Etive.


Start z parkingu w Glen Creran, potem około kilometra do farmy Elleric u zarania Glen Ure. Widziałam dwa nieśmiało i rachitycznie zakwitające rododendrony, co mnie nieco zszokowało. Tam naprawdę panuje jakiś mikroklimat. Beinn Fhionnlaidh – to co wygląda na szczyt znajduje się w jakiejś jednej trzeciej drogi – po lewej.

Za farmą odbijamy w lewo, i wkrótce zaczynamy się wznosić. Krajobraz idylliczny, grunt dość bagnisty więc ścieżka często ginie. 

Wczesna jesień jest obok maja-czerwca (drony!) oraz końcówki zimy (śniegi!) najładniejszym sezonem w Highlandzie. W sumie chyba najmniej malownicze jest pełne lato. Dowody:

Zbocze okazało się dokładnie tak upiorne jak przypuszczaliśmy. Sześć kilosów monotonnej wspinaczki na kolejne garbki, bez perspektyw zobaczenia wierzchołka aż do samej końcówki:

W dodatku wkrótce ogarnęły nas chmury. Z początku wydawało się że szybko przejdą (ranek był wszak przepiękny!), ale nie dość że zostały, to jeszcze zaczęło padać. Warunki na zdjęcia fatalne. Ten niesamowity głaz musieliśmy jednak uwiecznić:

Wejście naprawdę się dłużyło i było dość heroiczne, jako że od pewnego momentu byliśmy przemoczeni totalnie. Teren raczej mało urozmaicony; mniej więcej w połowie drogi znajdowały się dwa malownicze jeziorka, potem grunt wystromiał nieco i zbocze się zwęziło w coś w rodzaju wciąż szerokiej grani, zrobiło się też bardziej kamieniście. Tylko to mieliśmy niestety do podziwiania. Kiedy wreszcie dodrapaliśmy się na szczyt panowała totalna ulewa i mizeria:

Odwrót momentalny, i jak najszybszy marsz w dół, do ciepłego i suchego samochodu.

Stopniowo niebo zaczynało się klarować, chmury rzedniały, przy jeziorkach można było już wyjąć aparat:

Gdybyśmy rozpoczęli podchodzenie dwie godziny później, mielibyśmy widoki na wierzchołku oraz zejściu. Ale kto to mógł przewidzieć! 

Elleric:

Beinn Fhionnlaidh okazał się jednym z bardziej irytujących i męczących murosów. W warunkach jakie mieliśmy – czysty masochizm. Tym bardziej jestem dumna że nie zawróciliśmy choć był moment że na serio to rozważałam.

Na dole panowała już sielanka, a ostatnie chmury powoli odpływały… Munros nieźle nas strolował.

Beinn Sgulaird, góra, którą bardzo lubię i polecam także nie-baggerom:

Glen Ure, pomiędzy Fhionnlaidhem i Sgulairdem:

Oraz sam Fhionnlaidh. Tu bez sentymentów. Po zejściu spontanicznie pokazałam mu środkowy palec.

Wątpię byśmy chcieli kiedyś powrócić na tego akurat munrosa. Z drugiej strony tak niesamowicie żal widoków na Glencoe i Glen Etive… Tak czy inaczej nie wcześniej niż za dekadę.


Am Basteir i Bruach na Frithe


Nr 136, Am Basteir; nr 137, Bruach na Frithe

Wymowa: am bastier; bruah na fri

Znaczenie nazwy: the executioner; slope of the deer forest (za MunroMagic)

Wysokość: 934m n.p.m.; 958m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 242.; 200.

Data wejścia: 11.7.14

Poniżej klasyczny, znany z pocztówek i kalendarzy, widoczek ze Sligachan. Trzej muszkieterowie Sgurr nan Gillean, Am Basteir, i… a tu się okazało że jednak nie Bruach. Bruacha zaczyna być widać jak podjedzie się bardziej na wschód. To poniżej to Sgurr a’Basteir, boczna odnoga grani. Ale trzeba przyznać ze we trójkę wyglądają wdzięcznie i symetrycznie. Tylko Gillean traci na drapieżności ponieważ poszarpańce Pinnacle Ridge zlewają się ze ścianą.

Droga spod Sligachan Hotel była nam już znana z wycieczki na Sgurr nan Gillean przez West Ridge. Jakieś trzy czwarte po połogim terenie, wyraźną ścieżką, i jedna czwarta skalisto-piarżystym kotłem.
Pinnacle Ridge. Może kiedyś ją tu opiszę:
A tu West Ridge, której (a właściwie wariantu której) opis się tu znajduje: >>LINK<<. Rany jak mi wtedy łydki latały. Ech, wspomnienia.
Nie Gillean jest bohaterem tej notki, ale jest taki śliczny że nie mogę się powstrzymać. Tu jakieś lepsze zawodniki schodzą z ostatniego przed szczytem pinakla, Knight’s Peak.
Z przełęczy pomiędzy Gilleanem a Basteirem grań tego ostatniego (w sensie to co widać) prezentuje się bezproblemowo, ale myśmy planowali, jak większość, trawersować niesławnego Bad Stepa. Opis naszego wariantu wg przewodnika Walkinghighlands wygląda następująco (piszę po części z pamięci, po części ze strony internetowej Walkinghighlands):
zacznij ostrzem, ale przed pierwszym znaczącym spiętrzeniem grani zacznij trawersować ją od lewej strony, do charakterystycznej pomarańczowo znaczonej płyty. Wespnij się tą płytą po czym kontynuuj trawersowanie ściany aż do skalistej znaczonej fioletowo rampy. Nią z powrotem na grań powyżej Bad Stepa i dalej już na luzie do szczytu.
…(podczas gdy publika wstrzymuje oddech przerywnik w postaci Sgurr na h-Uamha)…
No więc co się okazało. Z pomarańczową płytą nie było problemów (patrz niżej). Gorzej że kiedy po niej weszliśmy po krótkim czasie okazało się że wyszliśmy tuż na Bad Stepa.
Bad Step (będzie parę zdjęć niżej) może i jest do wejścia, ale do zejścia się średnio nadaje, więc trzeba było się obniżyć i szukać alternatywnego przejścia. To zbocze to nie jest jakaś ściana, ale wystarczająco strome i kruche żeby się sturlać, więc staraliśmy się iść z głową.
Początek trawersu:
Jeszcze raz pomarańczowa płyta:
Fioletowej rampy czymkolwiek ona jest niestety nie zlokalizowano.

Jeśliby zdarzyła się komuś identyczna sytuacja z Bad Stepem najlepsza rada jaką mogę dać jest taka by z góry wypatrzeć szeroką półę która trawersuje popod BS, a potem schodzić na nią jak puszcza, i na póle już dać się poprowadzić terenowi. Jeśli Mazio ma jakieś uwagi zapraszam do wpisania w komentarzach :p

Poniżej półeczki, przez które prowadzi to co uznaliśmy za prawidłową drogę:
A tu Bad Step. Wysokości dwóch dorosłych mężczyzn, najgorsza jest nie lufa a niewiele chwytów i, kiedy się schodzi, pochowane, niewidoczne stopieńki. Część przechodzi to na żywca, część się asekuruje, a największa część omija tak jak i my.
Kiedy dochodzimy do miejsca u podnóża Bad Stepa do szczytu jest tylko niewielki spacerek granią. Niestety chmury które przylazły znad środkowych Cuillinów przesłoniły całe pasmo, tak że podziwiać mogliśmy tylko stronę północną.
Ząb ginie w chmurze, Bruach też, widać jedynie ludzi na przełęczy:
Zejście po własnych śladach nie nastręczało już problemów orientacyjnych, więc wydało się dużo łatwiejsze. Postanowiliśmy pocisnąć na Bruacha. Z początku nie był uwzględniony ponieważ tym co nas interesowało był Am Basteir i zwyczajnie nie pamiętaliśmy że tuż obok znajduje się sąsiad-munros. W przeddzień wycieczki oświeciło nas przy ponownej lekturze przewodnika.

W celu dojścia na przełęcz skąd już blisko na Bruacha należy przetrawersować piargi pod północną ścianą Am Basteira, skąd przerażające wrażenie robi podwójnie przewieszony Ząb: 
Na wierzchołek z przełęczy wyprowadza łatwa i krótka grań – gdybyśmy nie zrobili tego munrosa razem z Am Basteirem bylibyśmy cieciami. Idzie się moment. Niewątpliwie jak na standardy Cuilinów łatwy munro, ale i tak bardziej charakterny niż 99% całej listy. Niestety nie mogę oddać Bruachowi pełnej sprawiedliwości: chmury zakryły nas już tak, że widoków nie było żadnych. 
Spontanicznie, nie chcąc się wracać przez piargi, zdecydowaliśmy się schodzić wysuniętą na północny wschód granią. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę: grań okazała się malownicza, skalista acz bez jakichkolwiek trudności, a odcinek którym już w dole musieliśmy nadrobić przesunięcie na wschód okazał się wręcz sielankowy; ścieżka biegła wzdłuż rzeki z licznymi wodospadami i wąwozikami. Było tak ładnie że zdjęcia z tego fragmentu planuję zamieścić w oddzielnej notce, gdzie będą fotki z urlopu które nie zmieściły mi się w notkach wycieczkowych a są zbyt ładne by je pominąć.
Podsumowując: jeśli omija się Bad Stepa, na Am Basteira trzeba wchodzić przytomnie a nie napierać jak dzik. Sensowna droga jest do znalezienia acz niekoniecznie musi być ewidentna. Jest to jednak tak krótki odcinek że można sobie pozwolić na chwilę zastanowienia. 

Po tej nadzwyczaj udanej turze wynieśliśmy się ze Skye do Gairloch. Był zamiar powrotu, ale najpierw mieliśmy w planach trochę hardkoru innego rodzaju niż rozorywanie palców na cuillińskim granicie…

(Mapka będzie jak będzie ;p)

Blaven


Nr 136, Blaven (Bla Bheinn)

Wymowa: blawen

Znaczenie nazwy: niejasne, prawdopodobnie blue hill (za MunroMagic)

Wysokość: 928m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 252.

Data wejścia: 10.7.14

Wakacje zaczęliśmy od Blavena nieprzypadkowo… Trasa turystyczna liczy sobie w obie strony zaledwie 7 km, toteż wyjechaliśmy o takiej porze jak zwykle, na Skye dotarliśmy po 13 i zdążyliśmy go bez problemu zaliczyć. Byliśmy zdeterminowani ponieważ pogoda była za dobra żeby ten dzień zmarnować wyłącznie na podróż. 

Z Blavena i jego sąsiada Clach Glasa z którym tworzą masyw są niesamowite kozaki, a trawers obu uchodzi za klasykę (zaawansowanego) scramblingu. Jest tam też wiele innych dróg scramblingowych i wspinaczkowych. Trasa turystyczna natomiast to dreptanina, do wejścia dla każdego. Nie jest jednak nudna!

Za Broadford należy skręcić na miejscowość Torrin (droga B8083). Start z parkingu nad Loch Slapin.

Clach Glas, czasami nazywany "Matterhornem Skye" (być może z emfazą ale polecam wyggoglać jego zdjęcia pod różnymi kątami, ma charakter), to oczywiście ten po prawej, oddzielony przełączką Putting Green.

Poniżej zaznaczyłam jak biegnie ścieżka turystyczna:

W terenie nie było do końca oczywiste, w którym momencie skręcić żeby zacząć się piąć w górę, wydeptanych dróżek jest tam więcej. Generalnie książkowa wchodzi w zbocze tuż za wielkim boulderem poniżej i dalej biegnie jego prawym ograniczeniem – warto się jej trzymać żeby wyżej mieć widoki na Clach Glasa znad samej krawędzi.

Wspinaczka mocno zerodowanym zboczem szłaby szybciej, gdyby nie oglądać się na okrągło za siebie, na wciąż rozszerzającą się panoramę West Highlands i wysp.

Poniżej widok na Loch Slapin, które jest zatoką, oraz półwysep Sleat (to wciąż Skye, mainland dopiero na ostatnim planie).

Putting Green i Clach Glas wreszcie z bliska. Zdążyłam się odzwyczaić od takich widoków. Trudno uwierzyć że to przecież wcale nie Cuilliny, a Red Hillsy. Chociaż ogólna opinia jest taka że te dwa szczyty to Cuilliny honoris causa. Popieram, dla mnie też Blaven jest Cuilinem. 

Kolejny w masywie, korbet Garbh Bheinn, też jest piękną górą, ale na razie mamy inne priorytety.

Odrobina scramblingu jest jedynie pod szczytem, można trudniej (kominkiem) albo bez trudności.

W centrum zdjęcia wyspa Raasay:

Efekt szoku przy wchodzeniu tą trasą jest porównywalny do tego który odczuwa się po raz pierwszy wchodząc na Krzyżne z Doliny Gąsienicowej. Widok miażdży system.

Najspektakularniej prezentuje się oczywiście Sgurr nan Gillean, ale to akurat było wiadomo jak dwa plus dwa jest cztery 😉

Nas interesował też dość intensywnie Am Basteir, nasz cel na kolejny dzień (ten z zębem). Potem miało się okazać, że i nieplanowany z początku Bruach na Frithe, ta ścięta piramida po lewej, się załapał.

Red Hillsy, z najwyższym Glamaig, która to nazwa zawsze jednakowo nas bawi:

Trasę pokonaliśmy (w obie strony) w cztery godziny, acz spokojnie da się sporo szybciej. Nam niby się śpieszyło (żeby zdążyć znaleźć nocleg / rozbić namiot), ale w taki dzień nie dało się nie pokładać i nie podziwiać widoków. W rezultacie i popodziwialiśmy, i z namiotem nie było problemów (pole w Sligachan), a nawet zdążyliśmy zjeść obiadokolację w barze Sligachan Hotel.

Był to najlepszy z możliwych start urlopu, a i później miało się dziać…

Mapka z Walkinghighlands >>LINK<<


Beinn nan Aighenan i Glas Bheinn Mhor

Nr 134, Beinn nan Aighenan; nr  135, Glas Bheinn Mhor

Wymowa: bin nan ajan; glasz win wor

Znaczenie nazwy: hill of the hinds; big green hill (za MunroMagic)

Wysokość: 960m n.p.m.; 997m n.p.m.;

Pozycja na liście munrosów: 196.; 145.

Data wejścia: 21.6.14

W ostatni weekend wybraliśmy się do Glen Etive. Najładniejszą i najciekawszą górą jest tam Ben Starav, który był naszym trzynastym munrosem >>LINK<<. Tym razem postanowiliśmy zdeptać jego sąsiada, na którego poprzednim razem nie starczyło nam energii, oraz jeszcze jednego munro: razem około 20 km. Trochę mnie bolało, że akurat do Glen Etive wybieramy się kiedy rododendrony przekwitają… Ta dolina to jedno z największych znanych mi dronowisk w Highlandzie. 

Na początek należało się wbić na przełęcz między Ben Staravem a naszym munro Glas Bheinn Mhor (nasza przełęcz to ta niższa, Starav jest po prawej, a po lewej widnieje korbet Meall nan Tri Tighearnan). 

Nawet przy nie najlepszej pogodzie Glen Etive sprawia bardzo przyjemne wrażenie. Nie dziwi, czemu zawsze tutaj tyle namiotów i ognisk. Pomijając midgesy, fantastyczne miejsce na kemping.

Glas Bheinn Mhor oraz Starav z początku stały w chmurach, ale BBC zapowiadało na popołudnie pełne słońce, więc się nie przejmowaliśmy. 

Za plecami cały czas mieliśmy widok na tyły Glencoe: moją ukochaną górę Bidean nam Bian (niestety przez większość czasu pod chmurową pierzynką) oraz "the lost munro of Glencoe", trochę niedoceniany Sgor na h-Ulaidh.

Masyw Starava miał zdecydowanie najwięcej charakteru ze względu na podszczytowe poszarpańce – pozostałe góry w polu widzenia miały zdecydowanie łagodniejsze linie.

Tu dla odmiany Bidean odsłonięty. Byliśmy na nim trzy razy (w samym masywie dodatkowe dwa) i wiem że będziemy jeszcze nie raz. Jest bardzo wiele munrosów na które po zaliczeniu nie wrócimy, są i takie które będziemy wałkować do oporu. Bidean gwarantuje świetny górski dzień.

Po osiągnięciu przełęczy nie poszliśmy jednak w lewo na Glas Bheinn Mhor, a prosto. Ukryty za granią Glas-Starav, nieco zapomniany (podejrzewam że odwiedzany jedynie przez baggerów) leży sobie munro Beinn nan Aighenan. Można do niego dojść także z Victoria Bridge nad Loch Tulla, co na mapie wydaje się całkiem ciekawą (przechodzimy przez totalne zadupie) opcją, tyle że wyklucza zaliczenie większej ilości munrosów.

Wśród głazów i skałek wchodziło się dość szybko, ale przyznam że przerażała mnie myśl o konieczności włażenia jeszcze na Glas Bheinn Mhor (widoczny poniżej). Jestem przepracowana, niedospana i zmuszanie się do wyruszania na kolejne munrosy udaje mi się tylko dlatego, że po każdej takiej wycieczce przez parę dni czuję się lepiej niż po najskuteczniejszych antydepresantach.

Tu dobrze widać zejście na przełęcz i dalszą drogę przez niestety nieomijalnego korbeta.

Widoki ze szczytu byłyby oszałamiające, ale przy innej pogodzie… Niedaleki Cruachan stał w chmurach, a choć cały pierdolnik od Rannoch Moor po Trossachs był dobrze widoczny, wszystko szare i bez blasku. BBC tym razem trochę dało ciała. Wiem że nie powinnam narzekać, bo pogoda była absolutnie wystarczająca na wyjście, tylko trochę szkoda że rejon z takim potencjałem a tak szaroburo…

Na wierzchołku nie zabawiliśmy długo: wycieczkę zaczęliśmy wyjątkowo późno, czas nam się kurczył – niby najdłuższy dzień roku, ale nie chcieliśmy być w domu przed północą. Na przełęczy przekąsiliśmy coś na biegu, i trzeba było cisnąć na drugiego munrosa.

Poniżej Beinn nan Aighenan oraz Beinn Eunaich i Beinn a’Chochuill, czyli Eunuch i Chochla sprzed kilku notek. Chmury za nimi zakrywają masyw Cruachana.

Wśród tego morza szarości dostrzegam Beinn Mora, Stob Binneina, Cruach Ardraina z Beinn Tulaicheanem, a takżę Ben Lui z kumplami oraz fragment Alp Arrocharskich.

Do korbeta szło się dobrze, bo jedynie lekko pod górę. Za szczytem jest niestety głęboka przełęcz której zawdzięcza on swój status, i podchodzenie na munrosa z tej przełęczy było gwoździem do trumny. Ratowały głupie żarty i historyjki plus majestatyczny Starav w tle.

Szczytowego nie ma bo "memory card error". Jest za to Buachaille Etive Mor, który bezczelnie lansował się w słońcu. Byliśmy na tej górze ja trzy razy, Mariusz cztery, i ani razu wierzchołek Stob Dearg nie był odsłonięty mimo relatywnie dobrej pogody. ANI RAZU. A tutaj proszę: szaro i ponuro, a Bukal się lansi. Zwariować można…

Jeszcze rzut oka na Starava oraz korbecika, który wygląda przy nim jak krasnoludek:

Z Glas Bheinn Mhora schodzi się na przełęcz nieco wyżej położoną niż poranna, ale ogółem długość drogi oraz jej charakter są bardzo zbliżone. Zbliżała się ósma, więc praktycznie zbiegaliśmy, nie mając czasu nacieszyć się pięknem doliny. Ja szłam już na autopilocie, tzn. mogłam nawet biegać: stan który osiągam kiedy przewalczę największe zmęczenie ponieważ nie mam wyjścia. Tryb autopilota oznacza masakryczne zakwasy na drugi dzień, ale koleżanki z pracy oraz praktyk już przywykły że w niedziele chodzę zazwyczaj jak kaleka.

Pomimo pogody wycieczka był tak udana że zachęciła mnie do ponownego uderzenia na Starava, tym razem w sezonie zimowym. Munro-bagging priorytetem, ale będę forsować ten pomysł!


The Glenfinnan Horseshoe

Nr 131, Sgurr Thuilm; nr 132, Sgurr nan Coireachan

Wymowa: skur hulum; skur nan korahan

Znaczenie nazwy: rocky peak of the hillock; rocky peak of the corries (za MunroMagic)

Wysokość: 963 m n.p.m.; 956 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 193.; 206.

Data wejścia: 31.5.14

Na te dwa munrosy stanowiące podkowę idzie się przez Glen Finnan – to tam, gdzie znajdują się Glenfinnan Monument oraz wiadukt który pojawia się w którejś części Harrego Pottera. Wiadukt w rzeczy samej jest bardzo ładny!

Plus to na co liczyłam najbardziej, czyli rododendrony (mają całą sesję zdjęciową):

Na punkcie dronów mam obsesję i cieszyłam się na ich obfitość nawet bardziej niż na góry 😛

W dolinie nie trzeba patrzeć pod nogi, ponieważ prawie do końca idziemy asfaltówką. Poniżej widok na część trasy jaką będziemy pokonywać. Pogrążona w cieniu, tylko nieznacznie widoczna kopuła na najostatniejszym planie, to wierzchołek Sgurr Thuilm. 

Tu już szczyt się schował, widać za to ramię którego prawą stroną idzie ścieżka. Widoczny odcinek oszacowałabym na trochę mniej niż dwie trzecie całego podejścia.

Widok na Glen Finnan i Loch Eil jest fantastyczny. Nad jeziorem lansuje się charakterystyczna piramidka Sgurr Ghiubhsachain, który jest zaledwie korbetem a jest bardziej wart odwiedzenia niż większość munrosów.

Po lewej szczyt. Kulminację zbocza po prawej polecam strawersować, zapas energii będzie na tej trasie bardzo potrzebny…

Fota szczytowa. Kopulasty wierzchołek sam w sobie nie powala, za to widoki… Z ciekawostek historycznych, podczas powstania Jakobitów Karol Stuart aka Bonnie Prince Charlie, ten sam co stoi sobie na Glenfinniańskim Monumencie, spędził na nim noc (nie wiem czego tam szukał, podaję za McNeishem).

Tak prezentuje się Sgurr nan Coireachan (widać po co nam będzie wspomniany zapas energii):

The Ben. One and only:

Morze szczytów półwyspu Knoydart:

Loch Arkaig:

Loch Morar i wyspa Rum na ostatnim planie:

Po lewej The Mamores, po prawej Bidean nam Bian:

Przyjemność oglądania widoków psuła nam świadomość że jeszcze kawał przed nami, a oboje byliśmy w średniej formie, choć z różnych powodów.

Na drugiego munro trzeba pokonać trzy kopki, nazwy sobie daruję:

W pewnym momencie widoczny się staje wiadukt w Glen Finnan.

W oddali Czarne Cuilliny. Od kiedy dowiedziałam się jakie skojarzenia może budzić nazwa Cuilliny, nie umiem patrzeć na nie tak jak dotąd (nie pytajcie) 😛

Sgurr Thuilm z trasy. Na wschodnich płaskowyżach by się wyróżniał, tu na zachodzie szału nie robi.

Sgurr nan Coireachan ma nieco więcej charakteru:

Widok na kopki i Sgurr Thuilm spopod szczytu Sgurr nan Coireachan: 

Osiągnięcie drugiego munro nie oznaczało bynajmniej końca ciężkiej pracy. Czekały nas jeszcze dwa ostre zejścia zerodowaną ścieżką, jedno podejście, i na koniec śliczny trawers trawiastych zboczy ponad doliną. Oraz oczywiście marsz samą doliną, gdzie z radością powitaliśmy asfalt. Choć pokonaliśmy tylko 22 km czułam się bardziej zjechana niż po ostatniej trójmunrosowej wycieczce. 

W tym rejonie, co warte odnotowania, znaduje się mnóstwo ciekawych widokowo oraz gdzieniegdzie scramblingowo gór nie posiadających statusu munro (na dwu z nich byliśmy). Chociażby sąsiedni korbet Streap wyglądał całkiem zachęcająco. Na pewno będziemy tam wracać częściej niż wynikałoby z samej kwestii munrobaggingu – miód na serce po wschodnich naleśnikach.


Beinn a’ Chochuill i Beinn Eunaich

Nr 125, Beinn a’ Chochuill; nr 126, Beinn Eunaich

Wymowa: ben a czok-hul; ben ańjah

Znaczenie nazwy: hill of the shell;  fowling hill (za MunroMagic)

Wysokość: 980m n.p.m.; 989m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 172.; 156

Data wejścia: 1.3.14


Beinn a’ Chochuill i Beinn Eunaich mają pecha leżeć w sąsiedztwie masywu Ben Cruachana, który ze względu na kształt i charakter jest jednym z najsłynniejszych w Highlandzie. Główny szczyt to faktycznie wyjątkowo ładna góra, zaryzykowałabym twierdzenie że najładniejsza poza Skye. Dlatego sąsiedzi, choć niczego sobie, zawsze będą jedynie tymi pagórkami obok Cruachana. A niesłusznie. 

Ponieważ nazwy tradycyjnie były dla Mariusza niewymawialne jednego munrosa ochrzcił Eunuchem, a drugiego tym czego eunuchowi brakuje. Żeby nie epatować słownictwem, przyjmijmy alternatywnie że Chochlą.

Zaparkowaliśmy za bramą wjazdową do Castles Farm. Parkingu jako takiego tam nie ma, ale jest dużo miejsca a napotkany farmer potwierdził że nie ma problemu. Od razu z terenu farmy wychodzi droga. 

Przebijanie się przez stado krów było trochę adrenalinowe. Tak jak normalnie nie zwracają na człowieka uwagi, tym razem wyglądały na niezbyt przyjaźnie nastawione, zapewne ze względu na obecność cielaków. Jedna nafukała na nas i naryczała. Wrażenia olfaktoryczne daruję, nadmienię tylko iż to w czym one stoją to tylko w niewielkiej części błoto.

Idziemy dość wysoko ponad dnem Glen Noe, z początku trawersując zbocze Eunucha. Bardzo stroma ścieżka wspinająca się na ramię góry której początek jest oznaczony kopczykiem, będzie drogą zejściową – chyba że ktoś woli pokonywanie tej trasy w przeciwnym niż my kierunku.

Kileburn Castle na jeziorze Awe:

Kiedy mijamy przełęcz pomiędzy munrosami zbocze które trawersujemy należy już do Chochli. Kiedy należy rozpocząć pięcie się do góry? Polecam przeanalizowanie mapy, widać wyraźnie że góra wysyła na południowy wschód coś w rodzaju ramienia, które wyprowadza na grań szczytową. 

Poniżej klasyczny highlandzki brązowo-zielony, zimowy widoczek: 

Pogoda była mocno zmienna, chmury cały czas, ale momentami były w nich spore dziury. Tu wschodnia flanka podkowy Cruachana czyli jej drugi munro Stob Diamh:

Grań szczytowa Chochli jest rozciągnięta a że momentami w zadymce nic nie było widać, dwa razy fałszywie sądziliśmy iż dobijamy do wierzchołka. Tu pierwszy raz:

Glen Etive z Ben Staravem (w styczniu zginął na nim pan Tiso, właściciel sieci sklepów outdoorowych tej samej nazwy):

Kolejny fałszywy wierzchołek (prawdziwy w chmurze). Jak widać po raz pierwszy w tym sezonie posmakowaliśmy normalnej zimy.

A tu wreszcie prawdziwy. Nie powiem, ulżyło nam.

Wierzchołek jest na tyle nieobszerny (znaczy, nie żaden Sgurr nan Gillean, ale i nie cairngormskie plateau) że mogłam przebiec go wzdłuż i wszerz i albo kopca tam nie ma, albo był pod śniegiem. Myślę jednak że nie ma bo musiałby to być wyjątkowo mały kopczunio. Fota szczytowa:

Z Chochli zeszliśmy na przełęcz i rozpoczęliśmy ciśnięcie na częściowo skrytego w chmurze Eunucha. Warunki znacznie się pogorszyły. Wiatr dął – nie był to prawdziwy highlandzki orkan, dało się iść, ale masakrycznie zacinało śniegiem i lodem po twarzy. Widoczność po chwili zero. Dlatego nie ma zdjęć.

Z przełęczy na Eunucha jest krócej, ale i stromiej niż na Chochlę. Wszyscy szli / schodzili w rakach, nam nie chciało się zakładać, na szczęście lodu prawie nie było. To podejście, w tych warunkach dało nam obojgu popalić. Kiedy teren zaczął się nieco wypłaszczać wiedzieliśmy że znajdujemy się w rejonie szczytu ale nie było nic widać. Niebo i śnieg miały ten sam brudnoszary kolor. W pewnym momencie Mariusz stanął i krzyknął żeby się zatrzymać: okazało się że beztrosko maszerowaliśmy prosto na urwisko. Przez to że ciężko było odróżnić gdzie zaczyna się niebo zorientował się jakieś dwa metry od nawisu na krawędzi. Mapa pokazuje że choć pionów tam nie ma, jest skąd polecieć. I to właśnie był szczyt (znów wniosek na podstawie analizy mapy), choć zorientowaliśmy się dopiero po chwili (kopiec, który tam akurat na 100% jest, był zasypany). Od tamtego miejsca teren zaczął się już tylko obniżać, ale kiedy ogarnęliśmy sytuację nie było już mowy żeby wracać. W ten sposób zdjęcie szczytowe szlag trafił.

Zejść popod chmurę udało nam się bez obstrukcji ponieważ para przed nami zostawiła piękny ślad. Niżej dobiliśmy do ścieżki wspomnianej na początku, i nią stromo – do drogi nad Glen Noe.

Pomijając rozczarowanie faktem iż przegapiliśmy szczyt Eunucha (acz nie mam wątpliwości że na nim byliśmy, wystarczy zresztą spojrzeć na ukształtowanie terenu), wycieczka była znacznie lepsza niż się spodziewałam. Było i wydymanie przez naturę, i niewielki ale zawsze element przygodowy, niedużo ale trochę widoków oraz last but not least kolejne dwa munrosy zaliczone. Acz uczciwie przyznaję, post factum czułam się nie jak po 13 km, a po dwa razy tyle.

Weekend w Highlandzie



W góry zupełnie nie udaje nam się ostatnio wyskoczyć, ale w ostatni weekend zrobiliśmy sobie objazdówkę po Skye i zachodnim Highlandzie. Złota jesień plus okno pogodowe zaowocowały fantastycznymi wrażeniami. Szkoda że nie jestem w stanie wrzucić wszystkich zdjęć.


W sobotę na Skye jeszcze nie było rewelacyjnie, trochę co chwila popadywało, ale dało się coś zobaczyć. 

Storr stał w chmurach, za to Qiraing nie rozczarował:
Image Hosted by ImageShack.us
Hebrydy Zewnętrzne wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Za krową widać góry na Harris.

Image Hosted by ImageShack.us



Czarne Cuilliny odsłoniły się dopiero wieczorem, ale jak już to już. Sgurr nan Gillian wygląda od tej strony tak, że słowackie Tatry Wysokie by się nie powstydziły:

Image Hosted by ImageShack.us
Zachód słońca był spektakularny.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us


W niedzielę – masakra. Od rana pogoda taka że trudno było uwierzyć. Śniadanie z widokiem na przyśnieżone, skąpane w słońcu Cuilliny, bezcenne.

Image Hosted by ImageShack.us


Nie chciało nam się tak od razu wracać więc najpierw pojechaliśmy na półwysep Sleat, gdzie nas jeszcze nie było. Roztaczają się stamtąd widoki na dziki półwysep Knoydart z piękną górą Ladhar Bheinn (najwyższa na zdjęciu) na którą od dawna się szykujemy (wycieczka niestety dość skomplikowana logistycznie).

Image Hosted by ImageShack.us



Image Hosted by ImageShack.us

Loch Alsh:

Image Hosted by ImageShack.us

To natomiast niewątpliwie dwie najwyższe z Five Sisters of Kintail >>LINK<<.

Image Hosted by ImageShack.us

Na cmentarzu u wylotu Glen Affric było tak pięknie, że zrobiliśmy tam dłuższy postój.

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejne dwa wypadły nad Loch Garry, pierwszy na znanym punkcie widokowym:

Image Hosted by ImageShack.us

I drugi, bo nie dało się przejechać mimo wobec tych kolorów.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Jako że wypadał Remembrance Day, pod Commando Memorial koło Spean Bridge był niezły tłum. Było na co popatrzeć.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Postanowiliśmy podskoczyć jeszcze do Glenfinnam i po drodze ustrzeliliśmy Benka który był jak zwykle bezbłędny.

Image Hosted by ImageShack.us

Glenfinnan Monument i wiadukt załapały się na zdjęcia w ostatnich chwilach przed zachodem słońca:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Glencoe i reszty już się uwiecznić nie dało. Ale co ogarnęliśmy to nasze. Niezapomniany dzień.

Śniegu jest już całkiem sporo i nie mogę się doczekać kiedy w końcu pójdziemy w góry!!!